Za Chiny Ludowe: czyli moje chińskie życie i inne niezręczności – blog

Polska sie usmiecha c.d.- list od przedstawiciela PARP

Drodzy Czytelnicy,

Dostalam mail od przedstawiciela Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiebiorczosci (PARP) z prosba o umieszczenie go na blogu jako polemiki z moim wpisem pt.: Polska sie… usmiecha, w ktorym opisalam moje wrazenia po wizycie w Pawilonie Polskim na Expo. Do prosby sie przychylam. Oto on:

“Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości jest głównym organizatorem udziału Polski w Światowej Wystawie EXPO 2010 w Szanghaju – zrealizowała projekt wybudowania cieszącego się spektakularnym zainteresowaniem zwiedzających Pawilonu Polski oraz wyposażenie jego przestrzeni wewnętrznej. Przygotowała także obszerny program promocji Polski na  w tej Wystawie – program gospodarczy, kulturalny, program promocji regionów i miast polskich.”

E-mail zawiera opinie tworcow Pawilonu:

“Sklejka to duży walor pawilonu

Projekt od pierwszego, inicjalnego szkicu zakładał wykończenie elewacji Pawilonu odpowiednio zaimpregnowaną sklejką, jako materiałem naturalnym, odnawialnym, i spełniającym nasze estetyczne kryteria. Wykorzystanie w zamian blachy, co byłoby oczywiście wielokrotnie tańsze i prostsze, nie wyszło nigdy nawet poza proces myślowej weryfikacji.
Co ciekawe, zastosowanie brzozowej sklejki na pawilonie zostało odebrane przez krytykę, zarówno branżową, jak i spoza kręgu profesjonalistów, jako największy walor obiektu. Jako projektanci mamy uczucie, że dzięki temu wyraźniejsze są konotacje z polską tradycją, m.in. rękodziełem, a co chyba najistotniejsze, budynek wyróżnia się swoim ciepłym, naturalnym walorem wśród przeważającej ilości stalowych lub zbudowanych z tworzyw sztucznych elewacji. Na koniec wreszcie, prezentuje się świetnie w kontraście do szaro-burego  nieba nad Szanghajem, w towarzystwie innym drewnianych fasad, np. Hiszpanii i Norwegii, krajów które mają odwagę postawić na low-tech, klimat i swoja tradycję.
Istotna zmiana, którą niestety musieliśmy wprowadzić na etapie realizacji, to rezygnacja z penetracji wnętrza przez światło słoneczne. W obliczu ostrej redukcji budżetu przeznaczonego na budowę i lokalnego prawa ppoż. było to nieuniknione. Warto chyba porównać ile kosztował pawilon Polski – 20 mln PLN, a ile pawilon Arabii Saudyjskiej – 146 mln US lub Japonii – 140 mln US. Patrząc z tej perspektywy cieszymy się, że wystawa którą mieliśmy szansę zaprojektować we współpracy z wybitnym scenografem, Borisem Kudlicką, z oświetleniem autorstwa Holendra Marca Heinza i eksperymentalnymi animacjami warszawskiego studia Lunapark, cieszy się na tyle dużym zainteresowaniem  zwiedzających, że ustawiają się w długiej kolejce wokół budynku.

Marcin Mostafa, Natalia Paszkowska – twórcy Pawilonu Polski”

W e-mailu zawarta jest tez wypowiedz pana Tomasza Baginskiego, tworcy filmu o historii Polski prezentowanego na Expo:

“Historia Polski, jak zresztą historia każdego kraju, to ogrom wydarzeń, ludzi i dat. Mnogość danych. Nie tylko aktów, także rzeczy mniej uchwytnych.

To historia w dużej mierze stoi za tożsamością każdego narodu, do niej odnosimy się, mówiąc o rzeczach dla nas ważnych. Nawet skrótowe i z założenia banalne opracowania historyczne roją się od informacji.

Jak to wszystko zawrzeć w kilkuminutowym filmie, nazywanym „Historia Polski?”. Tego zrobić się nie da. Nijak w parę minut nie da się zawrzeć wszystkich ważnych faktów, w taki sposób, aby widzowie cokolwiek zarejestrowali.

Cofnąłem się więc w założeniach. Czy widzowie, którzy przyjdą obejrzeć ten film, rzeczywiście chcą lekcji historii? Ściągawki z faktów, wypracowania przekrojowego? Czy możemy narodowi, którego historia sięga parę tysięcy lat wcześniej niż nasza, zaimponować, pokazując parę dat? Nie, widzowie chcą wrażeń. Zaskoczeń. Odpłynięcia w inną rzeczywistość, zachwytu obrazem i muzyką, uczuć.

Jeśli nawet pragną wiedzy, to raczej chcą dowiedzieć się czegoś o wnętrzu Polaków, o tym, czym nasz kraj się wyróżnia. Chcą wiedzieć, dlaczego warto nas znać i co to za europejskie plemię Polacy.

Odszedłem więc od dosłownego traktowania tematu „Historia Polski”. W ośmiu minutach da się przekazać tylko wrażenia ogólne, nastroje i klimat, więc taki też powinien być nasz film. Wizualny poemat, wiersz opowiadany obrazem, zainspirowany przez polską historię. Ponieważ takich projektów praktycznie nie ma, doprecyzuję, o co chodzi.

Wyobraźmy sobie obraz przedstawiający wszystkie wydarzenia, bohaterów, ważne miejsca i ważne momenty naszej historii. Obraz, w którym owe momenty są wymieszane ze skojarzeniami, które przynoszą, z symbolami, prezentacjami miast, ludzi, charakterystycznych budowli. Gigantyczny kolaż najróżniejszych elementów, połączonych ze sobą bardzo płynnie.

Tomasz Bagiński , reżyser animowanej <<Historii Polski>>”

Autor listu (i ja tez) jest ciekawy Panstwa wpisow, zapraszam wiec do komentowania!

tu przejscia nie ma

Blog to jest jednak fajna forma pisarska. Kazdy wpis to kolejny wycinek ukladanki, ktora oczywiscie z wielu powodow nigdy nie bedzie tworzyc calosci. Ale moze tworzyc np. ciagi – chociazby taki: od nostalgii przez melancholie po przygnebienie.

Wracamy wczoraj z beztroskiego dnia w parku (lazenie jak malpa po dziwnej konstrukcji z lian, puszczanie latawca, rozplatywanie prawie 40 minut z pomoca miejscowych fanatykow tegoz sportu sznurka od mojego latawca, fajne rozmowy, picie kawy nad brzegiem Jangcy), jestesmy juz prawie w domu, niose zwinieta karimate, w srodku zrolowany latawiec, co chwila z karimaty wypada mi kolowrotek. Swiezo przybyla do Szanghaju A. niesie ksiazki, kremy do opalania i przenosny wiatraczek na baterie w ksztalcie swinki.

Przed znajomym skrzyzowaniem, tuz przed moja ulica, niedaleko szpitala pulmonologicznego, na chodniku stoi starsza kobieta z jakimis papierami w dloni. Dopiero jak juz przechodzimy, dociera do mnie jej pytanie: “gdzie tu mozna cos odbic na ksero?” Odwracamy sie. Kobieta stoi, trzyma te papiery. Na to ja: “na xx 路 przejsc przez skrzyzowanie i po lewej”. Odpowiedzia jest dezorientacja. Patrze na oczy starszej kobiety – jedno prawie calkowicie biale od zacmy, drugie jakby za mgla. Pewnie nawet nie zauwazyla, ze pyta cudzoziemki. Bierzemy ja pod reke, mowie, ze zaprowadze. Jest z Xinjiangu. Przyjechala do syna, ktory tydzien temu znalazl sie w szpitalu. Idziemy powoli, widac, ze jest zagubiona w tej przestrzeni. Rzucam okiem na kartki, ktore starsza pani sciska w dloni i nagle porazaja mnie. Badanie na HIV. Wynik – pozytywny. Pacjent ma 28 lat.

“Moj syn ma tylko 28 lat” – mowi kobieta. “Lekarze mowia, ze ma jakas straszna chorobe i ze trzeba zaplacic dziesiec tysiecy juanow za leczenie , inaczej wypisza ze szpitala”. Przyjechal tutaj dorabiac, ale nigdy nie powiedzial, co to za praca. Zadzwonil przed tygodniem. Ze bardzo zle sie czuje, ze potrzebuje pomocy, ze jest w szpitalu. “Wsiadlam w pociag i przyjechalam tutaj z Xinjiangu, zeby go dogladac”. Patrze na jej biale oczy i nie wiem, jak tego dokonala. Jak znalazla ten szpital, jaka musi miec sile, ze zdobyla sie na taki wyczyn. Teraz on mieszka na szpitalnym korytarzu a ona od kilku dni w marniutkim pokoiku wynajmowanym za ciezkie pieniadze rodzinom chorych. Pieniadze (w sumie to te, ktore on wysylal) sie koncza. Wiekszosc poszla na bilet i noclegi.

“Czy wiesz, gdzie jest siedziba telewizji szanghajskiej?” – pyta starsza pani. “Chce tam pojechac i opowiedziec o naszym nieszczesciu“. W wyobrazni widze, jak starsza pani wspina sie po schodach prowadzacych do stacji, szuka zamglonymi oczami wejscia, jak straznik pyta czy jest z kims umowiona na spotkanie.

Kserujemy ten straszny wyrok. Jej trzesa sie rece, kartki sie rozsypuja. Prosze o zszycie. W reku trzymam karimate, latawiec i niesforny kolowrotek. Wychodzimy. Pytam sie, czy cos jadla. Ona: “ja nic nie zjem”. Biore znowu pod reke i wracamy w kierunku szpitala. “Jak myslisz, czy mozliwe, ze ta choroba sama sie cofnie?” - pada pytanie. A mnie wiele kosztuje, zeby powiedziec, ze trudno mi powiedziec, ze nie jestem lekarzem, ale ze chlopak przeciez jest mlody, wiec organizm bedzie z pewnoscia walczyl z choroba. Kiwa glowa, bedzie walczyl z choroba. Po drodze ujgurska knajpa. Tlumacze starszej pani, ze musi jesc, bo musi miec teraz sily, sadzamy ja, kartki z wyrokiem kladziemy obok. Patrzy sie na menu, ale bez wyrazu. “To jedzenie z Xinjiangu” – mowie. Jest ok, nie ma wieprzowiny.  Gdy podchodzi kelnerka starsza pani prosi o “zwykle biale kluski”. I kleik z wolowina dla syna na wynos. “Bo ja tak jak wy, tez jestem z Xinjiangu” - mowi kobieta.  Zero odpowiedzi, nawet kiwniecia glowa ze strony kelnerki. “Chodzcie ze mna, odwiedzcie mojego syna” – roluje kartki. Wyobrazam sobie chlopaka na korytarzu. Patrze na jego drobna matke. Za pol godziny mamy sie stawic na moim pozegnalnym przyjeciu. Konczy sie moj rok w Szanghaju i na tym moim nieszczesnym uniwersytecie.

Gdybysmy poszly do szpitala, ta nierozwiazywalna, absolutnie beznadziejna sprawa stalaby sie nasza sprawa. Sprawa, w ktorej nie mozemy zrobic wlasciwie nic. Bo nie jest jednostkowa, bo jest, choc tak tragiczna z bliska, tylko elementem pewnej ukladanki. Jej elementem jest chlopak na szpitalnym korytarzu, ktory zglosil sie tam dopiero wtedy, gdy choroba byla juz w pelni rozwinieta. Jej elementem jest drobna kobieta z zamglonymi oczami, ktora przejechala pare tysiecy kilometrow pociagiem. Zegnajac sie sciskamy sie serdecznie, mowimy sobie wiele cieplych slow, usiluje jej dodac otuchy, wciskam jej w reke tyle, zeby przez najblizsze dni mogli oboje jesc cieple posilki. Kelnerki patrza na scene pozegnania jak na cyrk, a na dwie blondynki z karimata jak na wariatki.

Przyjecie pozegnalne urzadzaja znajomi Tajwanczycy. Na stol wjezdzaja golebie, wielkie kraby i potrawka z zolwia. Wesole szczebiotanie moich wspolstudiujacych. Wszystkie macaja wlosy A. i nie moga sie nadziwic, jakie miekkie. I skora taka biala – jakie kremy stosuje?

P.S. Poniewaz zycie A. , podobnie jak moje wlasne, to takze porzadna porcja niezrecznosci, przeto A. jedzac kosztujaca mniej niz jedna dwusetna tego, co ta nieszczesna kolacja, ale – w naszej zgodnej opini – o niebo lepsza, rybe z syczuanskiej osiedlowej knajpy, dlawi sie oscia. Tzn. scislej biorac, osc ta osadza sie jej gdzies w przelyku i tylko uparcie wlazi coraz glebiej, nijak nie chcac wyjsc. Jedziemy do znajomego mi juz szpitala. I znowu to samo – wchodzimy do krystalicznie czytego hallu, pobieramy numerek, placimy kilkanascie yuanow, siadamy w estetycznej poczekalni czekajac az chinskie imie A. (ktore jej kiedys w przyplywie weny poetyckiej nadalam), pojawi sie na ekranie. I znowu -   dostajemy szybka i mila pomoc. Lekarz zartuje, czy wyjeta osc chcemy zapakowac i wziac na pamiatke, czy moze juz wyrzucic do kosza. Slyszac, ze jestesmy z Polski, zza kotary wychodzi inny z lekarzy (rozpoznaje go, jego zdjecie wraz z opisem dokonan w leczeniu raka przelyku mignelo na jednym  z ekranow w poczekalni) i pyta sie, czy jestesmy zadowolone z nowego prezydenta. Odpowiadamy. Wszyscy sie smieja i ogolnie jest bardzo sympatycznie. A ja od wczoraj mysle o nich.

Bracia

Czasem zdarza mi sie dac tutaj na blogu omowienie jakiegos ciekawego artykulu z chinskiej prasy (no dobra, dzis dodam od siebie zdjecia wlasnej roboty). Nie to, ze mam poczucie misji, tylko zdaje sobie sprawe, ze w naszym kraju raczej nie mozna za czesto liczyc na cos takiego (no bo przeciez, jak wiadomo “co moze niby byc ciekawego w takiej rezimowej prasie?”), a patrzac na Czytelnikow i komentujacych mojego bloga, mam dosc jasne wrazenie, ze odczuwaja brak takich informacji. Dzis – no tak, oczywiscie, wczorajszy Nanfang Zhoumo, czyli “Weekend Poludnia”. Artykul pod tytulem “释比兄弟”, czyli “Bracia shibi“.

Shibi? Czyli kto? Shibi to w jezyku narodu Qiang ktos, kto “rozumie sprawy duchow, swietosci, rozumie sprawy ludzi, odprawia czary, leczy choroby, czci gory, sprawuje kult”. Yang Guisheng (lat 65) jest shibi. Jego starszy brat Yang Shuisheng tez jest shibi. Jako nastolatkowie dostali przekaz od duchow we snie, odziedziczyli od starszych w klanie swiete przedmioty potrzebne do odprawiania obrzedow, leczenia – poczerniala ze starosci czaszke malpy i beben ze skory kozy. Tylko, ze swiete akcesoria mlodszego z braci, Yang Guishenga, plesnieja dzis na strychu nowego domu ze zbrojonego betonu. Akcesoria starszego z braci tez nie sa juz nikomu potrzebne. Ma 71 lat. Zostal w wiosce (a raczej w tym, co z niej zostalo) sam i czeka, zeby “polaczyc sie z przodkami”.

Wioske zmiotlo z powierzchni ziemi wielkie trzesienie z 12.05.2008, znane u nas pod nazwa trzesienia w Syczuanie albo trzesienia w Wenchuan. Prawie rowno 4 miesiace temu pojechalam do Wenchuan. Dotarlam tam nowiutka droga zbudowana posrod krajobrazu ksiezycowego – gory zostaly wynicowane przez trzesienie na druga strone. Do wioski braci Yang (a raczej miejsca gdzie byla) nie dojechalabym, nawet jakbym bardzo chciala. Nawet przed trzesieniem byla to jedyna wioska w prefekturze, do ktorej nie bylo normalnej utwardzonej drogi. Z “cywilizowania” (najblizszego miasteczka) dalo sie dojechac tylko koniem (oczywiscie wierzchem, nie wozem, lud Qiang jest drobny, czesto bylo tak, ze jechalo ich kilku na jednym). Nic dziwnego, ze wioska byla najbiedniejsza w regionie.

Najwiekszym szacunkiem cieszyli sie oczywiscie bracia Yang. To oni leczyli, sprawowali kult przodkow, kult przyrody, przekazywali wiedze o historii ludu. Tradycyjna religia Qiangow oparta jest na animizmie – jak zauwaza autor artykulu “nawet taboret ma swoja taboretowa dusze”. W czterech katach domow zbudowanych z lupka kamiennego ludzie Qiang rozmieszczaja cztery kamienie. Zeby okazac naturze wdziecznosc za podpowiedzienie ich praprzodkowi, ze ma pokonac wrogow za pomoca draga z kamieniem przytroczonym do jednego z koncow. Czyli – tlumaczac na jezyk antropologii – za pokazanie im jak wytwarzac narzedzia, czyli tworzyc kulture.

No wiec natura sprzatnela wioske z powierzchni ziemi. Dotarli ratownicy i zarzadzili ewakuacje tych, ktorzy przezyli. Niedlugo po tym, sto pare kilomentrow dalej (daleko od ducha kuchennego taboretu, daleko od czczonej gory, daleko od duchow przodkow) zbudowano dla nich osiedle w miasteczku w duzej czesci zamieszkalej przez Chinczykow Han – domy z pieterkiem, ze zbrojonego betonu, nie rozpadna sie w sekunde grzebiac ludzi w srodku, tak jak to stalo sie w przypadku domow z lupka.  Qiangowie z wioski musieli zaczac uczyc sie poslugiwac pieniedzmi. Jak mozna sie domyslec, nie zawsze dobrze to wychodzilo. To co bylo cenne, nagle stracilo wartosc. To, co powinno byc za darmo (np. przejazd w jakies miejsce) nagle zaczelo miec bardzo konkretna wartosc.

W zyciu Yang Guishenga, mlodszego brata, byl jeden szzcegolnie wazny moment. Na dwa lata przed trzesieniem dostal certyfikat, ze faktycznie dziedziczy przekaz shibi, ze jest shibi. Jego certyfikat dumnie wisi na betonowo-zbrojonej scianie domu. Czasem zagladaja sasiedzi Hanowie i pytaja: “dziadku Yang, a co to jest shibi? A co to jest dziedziczenie przekazu?” Mowi im, ze shibi to taki czarownik, choc slowo “czarownik” nie oddaje nawet ulamka znaczenia i roli jaka gra shibi.

W niepismiennej kulturze Qiang to shibi recytujac, potwarzajac opowiesc o mitycznych poczatkach, spiewajac historie ludu i jego zwiazkach z przodkami, dba o utrzymanie w nim nalezytej orientacji. Czesc Hanow smieje sie z niepismiennego, ledwie dukajacego po chinsku specjalisty od “przesadow” (czyli przeciwienstwa tak tutaj kochanego “swiatopogladu naukowego”). A wladze prefektury, widzac usychanie przesiedlonych Qiangow, siedzacych w betonowych domach i gapiacych sie w telewizory (ktore kazda rodzina dostala w prezencie na dobry poczatek) i – jednoczesnie – upatrujac w nich srodek do mozliwego podniesienia prefekturalnego GDP, znalazly sposob. Yang Guisheng, mlodszy brat, ma dla publicznosci odprawiac “obrzedy” – tanczyc, bic w beben, recytowac swiete poczatki ludu Qiang. Za stowke od kazdego turysty. Takie “centrum kultury ludu Qiang” to magnes dla turystow.

W tym momencie Nanfang Zhoumo wsadza swoja nanfangowa szpile, za ktora tak go lubie. Plynnie przechodzi od dzisiejszych wystepow do wystepow z przeszlosci, czyli do doswiadczen braci z czasow Rewolucji Kulturalnej. Naturalnie, zostali oni wtedy uznani za 牛鬼蛇神  – “krowie upiory i wezowe duchy” (co ciekawe, samo okreslenie pochodzi z buddyzmu), sily niosace szkode. Mlodziutkiemu wowczas Yang Guishengowi zawieszono na glowie 7 kilogramowa glowe boddishatwy i oprowadzano po ulicach. Wiele swietych przedmiotow nalezacych do klanu zostalo zniszczonych. Przetrwala czaszka malpy, ktora obecnie plesnieje na strychu dawnego “wezowego ducha”.

Po trzesieniu drugi z braci tez zostal przesiedlony. A po roku wrocil na miejsce apokalipsy. Tlumaczyl, ze chce umrzec razem z przodkami. Jego dorosle dzieci zostaly w nowym osiedlu. Wnuczki mowia plynnie po chinsku. Powrot to bylo jak zamieszkac na golej gorze, jakby nigdy nie bylo cywilizacji. Do miejsca gdzie kiedys byla wioska, oczywiscie nie dochodzi juz linia elektryczna, jest problem z woda. Nie ma juz zwierzat (Qiang to lud pasterski). Zostala kamienna wiezyczka ku czci przodkow, starszy brat Yang osiedlil sie na przeciwko niej. Gdy zapada gorski zmrok idzie spac. Rano wyrusza na poszukiwanie leczniczyh ziol i korzeni w gorach.

Trzesienie spowodowalo w Chinach fale zainteresowania mniejszoscia Qiang. Jeden z pionierow badan tej mniejszosci znal starszego brata Yang wczesniej, czesto u niego bywal, zawsze na zasadzie czystej goscinnosci. Teraz starszy brat odwiedzajacym go naukowcom sugeruje zaplate za nocleg.

A mlodszy rzuca dziennikarzowi Nanfanga na odchodne: “mozecie od siebie zorganizowac jakas wycieczke? Stowa od glowy za pokaz i bedzie ok!”

Dwoch braci, dwie decyzje, jedna prefektura i – z niczyjej winy – brak dobrego rozwiazania. Folkloryzacja to rzecz jasna nie tylko domena Chin kontynentalnych. Nigdy nie zapomne wizyty w “wiosce aborygenskiej” na Tajwanie, gdzie facet przedstawiony nam jako “krol plemienia” byl w “wiosce” czyli parku tematycznym kierowca meleksa wozacego turystow. Naprawde nie wiadomo, co w takiej sytuacji powiedziec. Tak czy inaczej nie zdziwie sie, jesli w niedalekiej przyszlosci bedzie tak, ze zarowno ludowe ubrania tajwanskich Atayal jak i blekitno-granatowe stroje Qiangow szyte beda w tej samej fabryce gdzies w Jiangsu. Choc moze juz nie w Jiangsu, bo tutaj, na wybrzezu coraz mniej ludzi godzi sie na prace w fabrykach, rosna koszty. Fabryki trzeba przeniesc gdzies wglab Chin.

Zdjecia. Jakos dlugo nie moglam sie zdobyc, zeby pokazac zdjecia tych przenicowanych gor. To gory w dolinie rzeki Min, w drodze do Wenchuan (z autobusu, wiec kiepskiej jakosci). Szczyty maja ok 3 do 4 tysiecy metrow.

Po tej stronie doliny byla droga, w momencie, gdy nastapilo trzesienie, budowano tez autostrade:

DSC07373Nie wiem, jaka wysokosc moze miec to rumowsko:

DSC07386DSC07414Powyzej – teraz resztki mostu wystaja prosto z gory. Obok ruiny szkoly. Zdjecie ponizej – trzeba powiekszyc, zeby zobaczyc resztki trakcji elektrycznej powyzej rumowiska:

DSC07420DSC07427Powyzej: resztki mostu przez rzeke Min pozostawione jako pamiatka. Ponizej: tam byla droga i wioski:

DSC07443DSC07512Powyzej – Tybetanczycy i Qiang tworza razem prawie polowe mieszkancow prefektury. Jezyk Qiang jest jezykiem mowionym. Skrypt tybetanski mozna spotkac czesto, tak, jak na tej tablicy powyzej.

Ponizej: sklep ze strojami Qiang w Wenchuan:

DSC07526Ulica w Wenchuan. Kobiety Qiang przygladaja sie pracy ulicznego 拔牙 – wyrywacza zebow. Naturalnie na stoliku, jako reklama, leza juz wyrwane zeby:

DSC07470Kobieta z ludu Qiang:

DSC07549

Nostalgia, warstwy przeszlosci i duch yananski

Mialo byc o Yananie. Musi byc o Yananie. Ale jesli o Yananie, jesli w ogole o Shaanxi, to przy okazji musi byc troche i o nostalgii. I w ogole o spotkaniach z przeszloscia – ta niedawna, ta dawna, ta mityczna i ta konstruowana na uzytek tego, co dzisiaj.

Na moj trzeci festiwal Smoczych Lodzi w Chinach ucieklam do Shaanxi – prowincji trzech mitycznych poczatkow – jest tam kurhan legendarnego Zoltego Cesarza, Grob Qinshi Huangdi, cesarza, ktory zjednoczyl Chiny i wlasnie Yanan – mityczny poczatek komunistycznych Chin. Ucieczka nie byla tak szybka jak sie spodziewalam (ze niby godzina na Pudong, dwie godziny samolotem do Xianu i po sprawie). Kiedy skierowano nas, pasazerow, do jakiegos bocznego gate’u a na tablicy zaczelo sie pojawiac coraz wiecej czerwonych znakow (lot skasowany, opozniony, skasowany, opozniony), juz wiedzialam, ze nie bedzie dobrze. Gdy po dwoch godzinach rozdano lunchowe pudeleczka i wode, wiedzialam, ze bedzie zupelnie kiepsko. Sprytnie przewidzialam te okolicznosc i zabralam ksiazke - coz by innego - Red Star Over China Edwarda Snowa, osoby, ktora ma niepodwazalne zaslugi w budowaniu legendy Mao na Zachodzie i na Wschodzie (”jak zauwaza wasz znany dziennikarz Snow…”). Snow opisuje swoja podroz do Yananu (miala miejsce w 1937 roku). Robi to jednak (czego mniej sprytnie nie przewidzialam) tak, ze 5 godzin oczekiwania na Pudongu uplynelo mi glownie na spaniu z ksiazka ta pod glowa. I rozmawianiu przez telefon z tymi, ktorzy mieli wiecej szczescia, jesli chodzi o loty i udalo im sie do Xianu dostrzec wczesniej (“mowie Ci, linia X tak ma, oni zielonego pojecia nie maja, co sie tam zespulo, teraz probuja na chybil-trafil, jesli w ogole wyleci, to doleci albo nie doleci…”). W hali odlotow wpada mi w oko reklama:

DSC08712 Tak, karty kredytowe z Transformersami. To pokolenie, ktore liznelo kolorowych, plastikowych dobr gdzies w latach 90-tych, to ktore dorastalo z pierwszymi grami komputerowymi wyhodowalo juz wlasna, osobna nostalgie.  I zaczelo  za pierwsze pensje nabywac produkty do jej podkarmiania. Jak pisze 人物周刊 w cenie (bo nostalgia to jest, jak wiadomo, wielki biznes) u dziesiejszych 25-latkow sa rzeczy tak rozne jak: pierwsze mangi, guma do skakania, ubrania sportowe marki 梅花,(polecam przejrzec cala zalinkowana strone, takze zdjecia ponizej zdjecia samej bluzy), piorniki z klapkami, gra w szklane kulki,znaczki z Mao i torby hongweibinskie. A teraz jeszcze te transformersy. Czyli jak to zwykle - pamiec, ta wlasna i ta zbiorowa zajmuje sie glownie nie przechowywaniem, ale rekonfigurowaniem, sklejaniem, przygotowywaniem paczek z prezentami, ktore maja pomoc oswajac to, co jest dzisiaj.

Dzisiejsi 50-latkowie: ogladanie telenowel migajacych burymi mundurkami i czapkami z gwiazdkami. Dzisiejsi 50-latkowie z pieniedzmi: kolekcjonowanie sztuki. Migajacej burymi mundurkami i czapkami z gwiazdkami (zdjecie zrobione ukradkiem w jednej z modnych szanghajskich galerii, radze zwrocic uwage na rekwizyty tla, w szczegolnosci na pagode na gorce, jeszcze bedzie o niej mowa):

DSC02110

W Chinach trzeba byc przygotowanym na to, ze spotykaja sie ze soba rzeczy, ktore na pozor sie wykluczaja, nie lacza sie, niby nie pasuja. Ale Shaanxi nawet kogos przygotowanego (kto przeszedl szkole “szanghajska”, gdzie generalnie malo co sie z soba laczy) moze przyprawic o zawrot glowy.

Armia terakotowa pierwszego cesarza, ktory zjednoczyl Chiny (Qinshi Huangdi), spotyka sie z cesarzem ostatnim:

DSC09709

Dzisiejsi Chinczycy spotykaja sie z Chinczykami z przeszlosci:

DSC09606

DSC09615

…Chinczycy z przeszlosci spotykaja sie ze szmatami z terazniejszosci:

DSC09544

…Chinczycy dzisiejsi spotykaja sie z legendarnymi Chinczykami z przeszlosci (grobowiec Zoltego Cesarza, chlopak powtorzyl poklon, bo zle na zdjeciu wyszedl):

DSC09495 Przyszywani Chinczycy w swiatyni czczacej wszystkie klany Chin przy kopcu (kurhanie) Zoltego Cesarza spotykaja sie ze swoim przyszywanym klanem i przyszywanymi przodkami:

DSC09513 Posrod rzedow tabliczek z chinskimi nazwiskami odszukuje  ”moja”. Tabliczka zostaje umieszczona na oltarzu, od lampki z napisem “szczescie” zapalam trociczki i zaczyna sie. “Pierwszy poklon!” - pada komenda. Robie. “Drugi poklon!”. Trzeci. “Pierwszy ketou! (kowtow)” etc. Jak normalnie trudno mi w takich sytuacjach uderzyc czolem o ziemie, to przed tymi pokoleniami ludzi o nazwisku Bai jakos latwo mi to przychodzi.

No, ale w Shaanxi naprawde kazde spotkanie jest mozliwe. Idziemy dalej:

Mao i mandaryni:

DSC09806

Stopien trudnosci rosnie: 弥勒佛 —Budda Maitreja, 财神—Bog Bogactwa i generalicja pod przewodnictwem Zhu De na przysklepowym oltarzu:DSC09810

Generalicja w podobnym skladzie osobowym przychodzi z odsiecza zwiedzajacym w niemilosciernym skwarze kwatere armi terakotowej:

DSC09634

Shaanxi to nie tylko spotkanie Chinczykow z roznych epok, z roznych bajek i o roznych statusach ontologicznych. To takze spotkania z laowajami (z rownie roznych bajek i o roznych statusach ontologicznych). Obrazek pierwszy – Obama, Mao i Beckham (chwilowo daruje tu sobie wstawki o kulcie Obamy czy Obamao). Drugi obrazek – stopien trudnosci ponownie wzrasta, jako, ze nastepuje dodatkowo spotkanie tych wszystkich szacownych postaci (polecam powiekszenie) z pania w dolnym rzedzie, druga od lewej. Trzeci obrazek, ech, te laowaje…

DSC09802DSC08886

DSC08733

W samym Yananie wyjatkowych spotkan jest jeszcze wiecej:

DSC09108

DSC09124

DSC09121

Nie, to nie sceny z krecenia ktorejs z popularnych telenowel o czasach wojny z Japonia. To spotkanie komunistow sprzed 70 lat z wycieczka kandydatow na czlonkow Partii z Henanu. Stroje wypozyczyli za 15 kuajow od osoby na stoisku przed wejsciem. Przyjechali do zrodel, poszukac korzeni tego, do czego aspiruja, wypowiedziec przysiege w miejscu mocy, popstrykac wielkimi aparatami te kilka miejsc - symboli:

DSC09137
A to miejsce, ktore jest tlem dla zdjec to symbol jeszcze innego rodzaju spotkania. Kiedys kosciol, po przybyciu komunistow do Yananu zamieniony na miejsce obrad. Na (bylym?) oltarzu Mao i Zhu De:

DSC09111

DSC09100

Nad otlarzem haslo (wyznanie?) “Pod szandarem Mao do zwyciestwa”:

DSC09103 Po bokach oltarza czterech ee…ojcow rewolucji:

DSC09104DSC09112

Niedaleko stare kwatery Mao, Zhou Enlaia, Zhu De. Wszystkie wydrazone w miekkim, zoltym lessie:

DSC09050DSC09150

Hanowie wspolczesni zagladaja z ciekawoscia. Wielkie aparaty cykaja zdjecia. Kilka drewnianych mebli, na lozku Przywodcy rozsypane papierosy. Drewniana miska, dokumenty. To wszystko. Cos faktycznie jest z tej atmosfery skromnosci, zwyczajnosci, dostepnosci, o ktorej pisal Snow (ktorego zdjecie z Mao wisi w jednej z sal wystawowych urzadzonych w jednej z jaskin). Ach, kiedys to bylo autentycznie, romantycznie. Kiedys to wszyscy mieli po rowno. Kiedys to wszyscy byli mlodzi. Dzis juz tak nie ma. Dzis to kopia i produkcja masowa. Dzis duch upadl. Ale zrodla mamy dobre, gdyby wrocic na chwile… Mowi Nostalgia. I pokazuje obity kubeczek Mao i talerzyk Zhou Enlaia w muzeum.

Skoro duch upada, trzeba go szukac na wszelkie sposoby. W Yananie niemal na kazdym kroku a to wygrawerowana kaligrafia Hu a to Jianga, a to slowa Denga. “Trzeba pielegnowac duch yananski” . “Duch yananski nigdy nie zginie”. Co ciekawe, duch ten przebywa w “Yananie (tzn nie to ciekawe, to oczywiste) – swietej ziemi Chinskiej Rewolucji (o, to ciekawe)”. Tablica w yananskim Muzeum Rewolucyjnym, choc to okreslenie mozna w miescie spotkac powszechnie:

DSC09185

Po drugiej stronie miasta kolejne spotkanie. “… i dochowac wiernosci Partii, strzec sekretow Partii…” dochodzi do nas ze szczytu wzgorza, gdyt zblizamy sie do stojacej na nim pagody  (tak, tej zza Mony Lizy, oswieconej sloncem, do ktorej zmierzal Dlugi Marsz, rowniez przedstawiony na dziele). Pagoda to inne jeszcze, oprocz dawnego kosciola, ale nawet bardziej owiane legenda, miejsce spotkan komunistow sprzed 70 lat. Henanczycy i tutaj zdecydowali sie powtorzyc swoja przysiege:

DSC09229 Wracamy powoli do miasta. Na zboczu gory wydrazone domki – takie same, jak te w ktorych 70 lat temu mieszkali Mao i Zhu De. Nic sie nie zmienilo. Najlepszym chlodzeniem jest lessowa ziemia, najlepszym ogrzewaniem w zimie – takze lessowa ziemia. Nawet brudna wode wylewa sie wciaz przed dom. Przed domami malwy i psy, w domach drewniane lozka, na drzwiach tradycyjne chunliany – zyczenio-wiersze na chinski nowy rok.

DSC09429DSC09262DSC09366DSC09347DSC09270P.S. Ale dzisiejszy Yanan to wcale nie wydmuszka po dawnym, wspanialym swiecie. Dzisiejszy Yanan ma cos, w czym  przechowalo sie cos z tej mitycznej dziarskosci, energicznosci, radosci zycia, entuzjazmu. Czyli…yananskiego ducha wlasnie. Ma Yananczykow.

Kiedys przyjda jeszcze takie czasy, ze ludziom nie bedzie chcialo sie tanczyc na ulicy, ze nie bedzie im sie chcialo grac. Ze gdy zabraknie ozdobnej parasolki, nie bedzie chcialo sie plasac ze zwyczajna. Wtedy bedzie mozna ogladac te filmiki ponizej i tesknic za Chinami, ktore w roku 2010 byly energiczne, roztanczone i jakie tam jeszcze Nostalgia podetknie okreslenia. Ja juz tesknie.

yanan4

yanan3

P.P.S. przepraszam za kiepska jakosc filmikow. Kompresowalam na wpol spiaco.

O wyborach i o nodze

Wiem, ze mialo byc o Shaanxi, o Yananie. I jeszcze bedzie, bo sie w miejscu zakochalam. Po powrocie do Szanghaju, majac w pamieci yannanskie  domy wydrazone w lessowych gorach, yannanskie hipnotyzujace tance na ulicach, yannanskie daktyle wielkosci piastki dziecka, siegnelam na polke po zakurzony Lonely Planet po Chinach i otworzylam na stronie 436 – by dowiedziec sie, ze “for most foreign travellers Yannan does little more than elicit long yawns and drooping eye-lids”. Ciekawe, mam identyczne symptomy czytajac Lonely Planet. No ale dzisiaj nie o tym. Bo dzisiaj – no tak – o wyborach i nodze (a co?).

To najpierw o tym drugim. No wiec po bieganiu po lessowych wzgorzach i swietych miejscach rewolucji w Yananie (w klapkach japonkach), po wspinaniu sie na kilka 60 metrowych pagod (w klapkach japonkach), po objechaniu xianskiego muru miejskiego rowerem na tempo (13.7 km w klapkach japonkach) boli mnie stopa. Stopa ta boli mnie troche, ale constans, uniemozliwiajac mi dluzsze chodzenie (nie mowiac o joggingu) i w ogole uprzykrza mi zycie. No wiec powloczac owa stopa powloklam sie wczoraj do najblizszego szpitala.

Opisze po prostu wizyte. Jest sobota, wchodze z upalu do klimatyzowanego, czysciutkiego hallu. Szpital jest gigantyczny, jest w nim mnostwo specjalizacji. Na srodku okragla recepcja, w niej pielegniarki. Podchodze i wyznaje, ze…niespodzianka! – boli mnie stopa.  Dostaje druczek z napisem “ortopedia” i ide do jednego z kilkunastu okienek dokonac oplaty z wizyte. Pani w okienku przejezdza moja karta szpitalna przez terminal (karte juz mam, ale o tym za chwile), na ekranie skierowanym w moja strone wyskakuja moje dane. Place, dostaje wydruk z numerkiem i numerem oddzialu na ktory mam sie zglosic. Szpital jest krystalicznie czysty, ma mnostwo zieleni. Na korytarzu kraniki z woda do picia. Kustykajac ide na ortopedie, siadam w jasnej, przestronnej poczekalni. Obserwuje ekran, na ktorym przesuwaja sie numerki i nazwiska pacjentow wraz ze wskazaniem, do ktorego gabinetu maja sie zglosic. Informacje te sa tez czytane na wypadek, gdyby pacjent mial nienajlepszy wzrok.

Pacjentow jest mnostwo, ale lekarzy ortopedow tez. Chyba co najmniej siedmiu. Na drugim z ekranow przewijaja sie ich zdjecia (wszyscy wojskowych mundurach, to oficerowie, szpital jest wojskowy, ale jak widac, korzystac moze kazdy), opis ich specjalizacji, dokonania naukowe (jezdza po swiecie, pisza ksiazki), godziny przyjec. Po 15 minutach jestem juz w gabinecie. Lekarz obmacuje i wygina nieszczesna stope, wypytuje co robilam, jakie buty nosilam. Na moje opowiesci o bieganiu po Shaanxi w 人字拖鞋  (”klapki w ksztalcie znaku czlowiek” , czyli 人, no jak tu nie lubic chinskiego?) ma chyba ochote popukac sie w czolo, ale sie opanowuje. Mowi, ze rzecz wyglada na nadwyrezenie laczenia pomiedzy koscmi srodstopia, przepisuje leki (recepta drukowana! Nie ma zadnego bazgrolenia, jest za to cena leku), kaze isc do domu i noge przez najblizsze dni oszczedzac. I wrocic, jakby jednak nie mijalo.

Z recepta ide znowu do okienka platniczego, place za lek (cena znowu wyswietla sie na ekraniku skierowanym w moja strone), dostaje numerek okienka do wydawania lekow (okienka te znajduja sie tuz obok okienek – kas). Staje przed swoim okieneczkiem, nazwiska pacjentow przewijaja sie na ekranie u gory (XYZ – po odbior lekow, BXY – prosze sie przygotowac do odbioru lekow, ok to sie przygotowuje). Biore leki w garsc, opuszczam szpital. Od momentu wejscia wprost z ulicy do szpitala wizyta u specjalisty wraz z kupieniem leku zajela mi lacznie moze 40 minut.

Tym razem obylo sie bez bardziej zlozonych badan. Ale kiedys juz bylam w tym szpitalu (stad mam karte) i lekarz zlecil badanie USG. Wszystko odbylo sie na indentycznej zasadzie. Po prostu lekarz zamiast recepty napisal skierowanie, poszlam oplacic badanie (niestety nie pamietam juz ile, ale chyba ok 40 kuajow, to, jesli chodzi o sile nabywcza, odpowiednik 40 zlotych), dostalam numerek, usiadlam w poczekalni i patrzylam w ekran, czy juz wyswietla sie moja kolejka. Dostalam do reki wynik, wrocilam do lekarza, ktory na miejscu go zinterpretowal (czyt. uspokoil mnie).

Widzialam szpitale w tzw. starej Europie,  w tym i w jednej z najzasobniejszych czesci Europy, czyli we wloskiej Gornej Adydze, ale czegos takiego jak ten szpital nigdy. No chyba, ze na filmie. Organizacja tego szpitala, ilosc dostepnych serwisow i badan w jednym miejscu, to poczucie bezpieczenstwa wynikajace z pewnosci dostania natychmiastowej pomocy, to wszystko jest dla przecietnego Polaka nie do wyobrazenia.

Wiem, wiem i nie mam zadnych zludzen, ten szpital jest wyjatkowy w skali Chin, w samym Szanghaju tez bynajmniej nie wszedzie jest tak cudnie (wojskowa dyscyplina no ale i wojskowe standardy i wzgledy).  W Chinach widzialam tez i inne szpitale, w dwoch sie nawet znalazlam. Jeden z nich byl w malenkiej wsi, do ktorej jeszcze wtedy (rok 2008) wlasciwie nie bylo normalnego dojazdu, tylko rozmyta blotnista droga z jakiegos zapyzialego miasta (teraz, dwa lata pozniej jest juz zapewne inaczej, wtedy robiono autostrade obok wioski – po miejscu zapewne kraza teraz tlumy turystow z aparatami wielkosci tlustego jamnika).

Pamietam jak wczoraj, gdy w tej malutkiej wioseczce kobiety z wezelkami na plecach (w srodku najczesciej niemowle), otaczajac grupa (w gabinecie z metalowym wiatrakiem na suficie i rozgniecionymi muchami na scianach) biureczko rumianej lekarki mowily jedna przez druga. Mezczyzni spluwali na podloge. Lekarka ze swieta cierpliwoscia (nazwalam ja w myslach Stasia Bozowska) odpowiadala w lokalnym narzeczu, zagladala w podtykane jej dzieciece uszy i nosy, ogladala wybite palce. Obok stal potworny, kilkudziesiecioletni zardzewialy fotel ginekologiczny z rownie pordzewialym kublem pod spodem. Niestety, lekarstwa, ktorego potrzebowalam nie bylo, probowali innych, ale srednio pomagaly. Codziennie przyk(l)uta do 3 kroplowek z rzedu (normalna w Chinach praktyka, nie trzeba byc wcale obloznie chorym, zeby zarobic kroplowke), odganiajac muchy, ogladalam barwny korowod pacjentow i niestrudzona Stasie.

Chiny obecnie tez zmagaja sie z reforma sluzby zdrowia – glownym problemem jest oczywiscie wies i problem ubezpieczen zdrowotnych dla jej mieszkancow. Chinski system opieki zdrowotnej jest – jak wszelkie systemy tutaj – bardzo zlozony i zroznicowany, majacy mnostwo podregul. O ile pracownicy sektora panstwowego moga cieszyc sie darmowa sluzba zdrowia a czlonkowie ich rodzin moga korzystac z opieki za minimalna oplata, o tyle inni moga korzystac np. z ubezpieczenia oferowanego przez pracodawce (jesli maja takie szczescie), spolecznosc, w ktorej mieszkaja, sami je wykupic czy wreszcie, tak jak ja – po prostu wejsc z ulicy i zaplacic (no dobra, mam jakies ubezpieczenie, ale dla 8 kuajow nie chcialo mi sie robic problemu).

Nie chce tutaj prawic o reformach systemu opieki zdrowotnej (na ktore spojrzenie tak wdziecznie i merytorycznie poroznilo ostatnio naszych glownych kandydatow), bo sie na tym zwyczajnie nie znam. Pewnie, ze inaczej rzecz wyglada, gdy wchodzi w gre operacja, powazna, dlugotrwala choroba, lezenie w szpitalu przy braku obowiazkowego ubezpieczenia (zwlaszcza, jesli sie jest ubogim rolnikiem z konca swiata), a inaczej, gdy sie idzie z jakas blahostka. Ale w tych moich dwoch przypadkach wizyt w szanghajskim szpitalu ten pokaz sprawnosci, kompetencji, szybkosci i synergii sprawiaja, ze z wdziecznoscia zostawilam swoje pieniadze w okienku kasy.

No, to bylo o nodze, to bedzie o  wyborach. Dzis powloczac stopa (yy, no dosc o nodze) powloklam sie do punktu wyborczego – polskiego Konsulatu w Szanghaju. Po raz pierwszy (no dobra, po raz drugi, ale pierwszy sie nie liczy, bo wtedy bylam tam jako gosc a nie petent) stojacy w bramie chinscy zolnierze na moje niezmiennie radosne “nimen hao!” nie zahaltowali mnie pokazujac gestem nie znoszacym sprzeciwu lini na chodniku, ktora wlasnie przekroczylam , tylko odwzajemnili powitanie i usmiech i gestem zaprosili do srodka. Ciekawa jestem czy to dlatego, ze wreszcie zaczeli mnie po roku mniej lub bardziej regularnych odwiedzin kojarzyc, czy to jakis inny powod (no dobra, tak naprawde to jestem ciekawa, co i czy w ogole mysla widzac grupki blondynow idacych w niedzielne popoludnie na wybory prezydenta). W kazdym razie o naszej chinskiej 14:30 z ok. 240 osob, ktore zglosily chec glosowania w konsulacie, zaglosowalo ok 25-30%  (musialam zapytac z zawodowej ciekawosci).

Wracajac, w metrze przegladam nowy numer mojego ulubionego Nanfang Zhoumo. Oprocz tekstu o tym, jak badac nierownosci spoleczne w Chinach i dlaczego wyliczenia wspolczynnika Ginniego w Chinach sa zanizone, wpada mi tez w oko krociutki komentarz jednego z publicystow dziennika, zatytulowany “Demokracja to rodzaj regul gry”. Publicysta pisze o swojej niedawnej wizycie w Delhi i odwiedzinach w indyjskim Muzeum Narodowym. Po wejsciu dziennikarza czekalo bezgraniczne dziwienie – ekpozycja jest stara, zarowno sposob prezentacji jak i jej stan zdradzaja, ze nie byla zmieniana od czasow kolonialnych. Pozolkle tabliczki, stary sposob opowiadania. Gdy pyta sie znajomych indyjskich dziennikarzy, jak to mozliwe, zeby ten relikt kolonializmu przechowywac pod nazwa Muzeum Narodowego w niepodleglym kraju, otrzymuje taka oto odpowiedz: prob zmodernizowania muzeum bylo mnostwo, ale to rzecz nielatwa. Za kazdym razem, gdy powstaje jakas propozycja, jednoczesnie podnosi sie wiele roznorodnych glosow i protestow. Co wiecej, dyskusje tocza sie i tocza, az projekt w koncu upada albo sie dezaktualizuje.

Gdy chinski publicysta pyta ponownie, czy tego rodzaju spetujaca nogi i rece demokracja nie budzi aby ich sprzeciwu, dostaje kolejna dziwna odpowiedz (swoja droga ciekawe czy szczera, czy na potrzeby zaprezentowania sie przed “chinskim Innym”?). Owszem, niesie ona pewne niebezpieczenstwa, ale sa one duzo mniejsze niz te wynikajace czyjegos 凌驾 – wywyzszania sie ponad spoleczenstwo i recznego sterowania.

Publicysta przywoluje luxunowskiego (Lu Xun) “pana De” – czyli “Pana Demokracje”(德先生, byl jeszcze 赛先生, “pan Sai”, od science, czyli “pan Nauka”). Pisze, ze w przeciagu tych blisko stu lat od przedstawienia go Chinom, pan De bywal czesto przestawiany w sposob wykrzywiony, wylacznie jako walka, konflikt, spor. Publicysta konczy artykul wlasnym credem: demokracja to reguly gry, ktorych musimy sie nauczyc, tak aby kazdy mial sposobnosc wyrazenia wlasnego glosu, zeby nikt nie  wywyzszal sie ponad spoleczenstwo, zeby nikt nie musial placic rachunkow za czyjes wywyzszanie sie czy reczne sterowanie.  Zdaniem autora, taka sytuacja, choc nie gwarantuje natychmiastowego efektu, pozwala jednak uniknac niezrecznosci (tak, pisze wlasnie “niezrecznosci” – 尴尬)wyniklych z dokonywanych raz po raz gwaltownych zmian.

Ech, chcialabym zyczyc dzis nam, Polakom, zebysmy do takiego idealu choc w malej czastce sie (kiedys) przyblizyli. I zeby drugi z panow przywolanych przez Lu Xuna - pan Sai, czyli pan Nauka, zwlaszcza ten od medycyny, zaczal kiedys choc troche przypominac tego,  ktorego dostrzeglam w odwiedzonym przeze mnie wczoraj szpitalu.

Chinska Republika Parkowa

Chinska Republika Parkowa (zwana dalej ChRP) ma przyczolki rozlokowane  w obrebie znacznej czesci Chinskiej Republiki Ludowej (ChRL). Podobnie jak ChRL, ChRP jest zroznicowana geograficznie i kulturowo. Piszaca te slowa za kazdym razem, gdy jest w jakims zakatku ChRL odleglym od Udzielnego Ksiestwa Hu (Hu 沪 – Szanghaj) stara sie przeprowadzac obserwacje zachowan populacji ChRP na danym terenie (vide post Kunming-obserwacja uczestniczaca czy – czesciowo  - ten post)

W zasadzie okreslenie “populacja ChRP” jest nieprawidlowe. Ludnosc ChRP to ludnosc w calosci naplywowa. Sredni czas pozostawania na terenie ChRP wynosi okolo kilku godzin. Granice ChRP zazwyczaj przekraczane sa przez ludnosc ChRL masowo w weekendy. Ale nawet wtedy czas oczekiwania na granicy nie jest zbyt dlugi. Ot, dajesz przygotowane 15 czy 10 kuajow, dostajesz, z reguly zielony, bilecik i przekraczasz granice. Nikt nie pyta o wiek, o status spoleczny, ilosc drobnych w kieszeni, co zamierzac w ChRP robic.

Nie masz walizki. No chyba, ze targasz w niej sprzet fotograficzny. Mozesz miec namiot, torbe piknikowa a nawet przygotowane juz szaszlyki i rozen. Mozesz miec tez sprzet do przekraczania powietrznej granicy ChRP - latawiec. Przyczolki ChRP to prawdopodobnie jedyne miejsce na swiecie, w ktorym do lotu wzbijaja sie pingwiny a nawet zlote rybki.

ChRP ma flage podobna do flagi ChRL. Choc moze to zolte to kwiaty?

DSC08564

Poszczegolne przyczolki ChRP cechuja sie bogatym zroznicowaniem geograficznym: obecne sa jeziora, wodospady, rzeczki, gorki a nawet bagna. Na terenie ChRP mozna spotkac powszechnie rosnace maki - Papaver somniferum (nawet w przyczolku ChRP ktory kiedys byl bastionem obrony Chin w wojnach opiumowych – park Paotai Wan nad Jangcy). Maki te rosna sobie jak gdyby nigby nic. Na terenie ChRP mak jest makiem… jest makiem… jest makiem:

DSC08512

Pomimo bogactwa form uksztaltowania terenu, orientacja w  ChRP jest zazwyczaj bardzo prosta – centrum kazdego z przyczolkow ChRP znajduje sie w miejscu, nad ktorym unosza sie latawce.

Transport w ChRP. ChRP posiada zroznicowane srodki transportu. Od roweru wzmacniajacego wiezi rodzinne/partnerskie:

DSC08664

przez rower wzmaniajacy poczucie indywidualizmu:

DSC08542

po meleksy i inne takie tam, az po transport kolejowy (w wybranych osrodkach)

DSC08605

i lodz piratow. Piszaca te slowa wybrala srodek traportu, ktory wydal jej sie najbardziej eksytujacy - wielka wsciekle machajaca lape, na koncu ktorej znajdowal sie jakby wiatrak, na ktorego skrzydlach znajdowaly sie krzeselka. Wiatrak machal rownie wsciekle co lapa i to we wszystkich mozliwych plaszczyznach. Piszaca te slowa leciala bokiem, do gory nogami, twarza do dolu, nad drzewami, w kierunku “pnia” potwornego urzadzenia. Po zakoneczniu podrozy, po oddaleniu sie kilka metrow od miejsca kazni  zaobserwowala, ze ciagle jest w tym samym miejscu, nadal w ChRP, tylko tym razem w pozycji polklecznej, przewieszonej przez barierke. Zaobserwowala tez, ze stan w jakim sie znalazla po tej podrozy wywoluje smiech politowania ludnosci ChRP i chec utrwalenia stanu piszacej za pomoca aparatow fotograficznych.

Ludnosc ChRP reprezentuje wszystkie warstwy spoleczne i przedzialy wiekowe. Podstawowe formy organizacji rodzinnej i spolecznej:

I. Klasyczny model 2+1:

DSC08659

II. 2+2:

DSC08665

III. Model kolektywny (tak, flaga z tylu to flaga Partii):

DSC08598

Typem nadprezentowanym na terenach ChRP jest

IV. Podstawowa komorka spoleczna in statu nascendi:

DSC08626

DSC08630

DSC08632

tzn nie mloda para + fotografowie+ ciagnik+ ogrodnik, tylko mloda para po prostu. Jak w przypadku kazdej komorki in statu nascendi - moze z niej jeszcze wyrosnac wszystko.

Na podstawie obserwacji przeprowadzonej w dniach 5-6.06.2010 na terenie dwoch przyczolkow ChRP (park Paotai Wan na rzeka Jangcy i Park Lesny w dzielnicy Yangpu) na terenie Ksiestwa Udzielnego Hu, mozna zaobserwowac, ze ludnosc populujaca ChRP trudni sie wieloma zajeciami, np.

1. Lowiectwem. Grupy lowieckie sa z reguly male, rodzinne.

DSC08519

Zaobserwowano tez mezczyzn, ktorzy w celu wykazania sie zwinnoscia i zaradnoscia (czyli cechami pozadanymi w organizacji rodzinnej na terenie ChRL), poluja samodzielnie pod okiem wybranej kobiety.

DSC08514

2. Puszczaniem latawcow. Wyniki eksperymentu, jaki przeprowadzila piszaca te slowa,  polegajacego na samodzielnych probach puszczania latawca, wykazaly, ze czynnosc ta moze jednoczesnie stanowic dobra namiastke zarowno zeglowania jak i wyprowadzania (niezbyt grzecznego) psa na spacer.

3. Konstrowaniem prowizorycznych domostw odzwierciedlajacych podstawowe struktury spoleczne ChRL (formy organizacji spolecznej: od komorek dwuosobowych po kolektywy):

DSC08560DSC08541

4. Zbieractwem zdjec (kwiatkow, motylkow etc.)

ChRP - jak niegdysiejsze cesarstwo chinskie, cechuje sie duza zdolnoscia do asymilacji przybyszow z zewnatrz. Np. piszaca te slowa po obserwacjach prowadzonych na terenie ChRP poczula prawdziwie przemozna, wprost nie do zwalczenia chec nabycia i puszczania latawca (czyli przeprowadzenia w/w wspomnianego eksperymentu). Tutaj nalezy zauwazyc, ze proces asymilacji, pomimo zyczliwego nastawienia trudniacej sie wypasem latawcow czesci populacji ChRP, w tym konkretnym przypadku nie przebiegal szczegolnie pomyslnie. Podczas eksperymentu dalo sie zaobserwowac trzy czynniki odrozniajace puszczanie latawca w wykonaniu piszacej te slowa od wykonywania tej czynnosci przez ludnosc regularnie przkerajaczaja granice ChRP:

1. O ile stali przybysze podczas puszczania latawca przyjmowali pozycje statyczna, o tyle piszaca te slowa latala jak glupia po calej lace gubiac buty

2. Latawce stalych bywalcow ChRP  szybowaly wysoko i stabilnie. Latawiec piszacej te slowa nie szybowal, tylko wykonywal ruchy Browna (czyt. latal na wszystkie strony w 3D), czesto w locie korkociagowym w kierunku ziemi, dziobem do dolu.

3. Stali bywalcy nie byli cali oplatani linka, tylko jakims cudem nawijali ja na kolowrotek…

W kazdym z przypadkow ChRP sasiaduje z ChRL. Tutaj np. granica na rzece Jangcy:

DSC08569

Czasami obie Republiki dzieli mur, ktory nie od razu pozwala dostrzec z terenow ChRP republike przylegla.  Jednak srodki przedsiewziete przez piszaca te slowa, w postaci podskokow i ustawiania kamieni jeden na drugim pozwolily mimo wszystko na pobiezna obserwacje terenu po drugiej stronie granicy:

DSC08636

Tak, jednej Republiki nie byloby bez drugiej.

Eksperyment. Roznice kulturowe

Z pierwszej ksiazki (崔婷《全球化与当代中国. 跨文化交流》Cui Ting, “Globalizacja i wspolczesne Chiny. Wymiana miedzykulturowa”. Rok wydania 2009):

“Bezposrednim efektem globalizacji jest fenomen konwergencji kulturowej. Sprawia ona, ze zachodnia (glownie amerykanska) kultura i wartosci przenikaja do innych krajow. Fenomen konwergencji kulturowej zaciera tozsamosc i cechy charakterystyczne przyrodzonej kulturze narodowej. Zachodnia przewaga informacyjna powoduje rdzewienie ducha narodowego krajow rozwijajacych sie, ich przekonan politycznych i moralnosci”

“Wymiana kulturowa w internecie zniosla granice geograficzne pomiedzy Chinami a Zachodem, bariery odnoszace sie do kraju pochodzenia.”

“Jaka kultura korzystnie jest eksportowac? Ewidentnie kulture postepowa, harmonijna, odbijajaca nowy etap rozwoju ludzkiej cywilizacji, tylko ona jest konkurencyjna, ma moc przyciagania[...] Przygotowujac chinska kulture, ktora ma pojsc w swiat, konieczne jest miec mysl przewodnia. [....] Przewodnia mysla dla przygotowywanej do pojscia w swiat chinskiej kultury jest marksizm-leninizm, mysl Mao Zedonga, teoria Deng Xiaopinga, wazna mysl o Trzech Reprezentacjach i idea rozwoju naukowego”

Z drugiej ksiazki (史蒂夫•莫滕生编选《跨文化传播学——东方的视角》, S. Morteson (red.), “Komunikowanie miedzykulturowe- perspektywa wschodnia”. Rok wydania 1999):

“Zachod charakteryzowany jest przez indywidualizm, Wschod zas przez orientacje kolektywne”

“O ile ludzie Zachodu traktuja siebie samych jako centrum, o tyle Chinczycy za centrum uwazaja otoczenie”

“Wielu Chinczykow szybko sie westernizuje, wielu juz zmienilo nastawienie z nastawienia na otoczenie jako centrum w nastawienie na siebie jako centrum”

“Badanie to ma na celu zbadanie roznic w wyrazaniu wlasnych uczuc przez Amerykanow i Chinczykow, przede wszystkim roznic pomiedzy dwoma kulturami w aspekcie doboru tematow i slownictwa […] Badaniem zostala objeta grupa amerykanskich studentow oraz chinskich studentow pochodzacych z Tajwanu[…]Czas przebywania chinskich studentow w Stanach Zjednoczonych wyniosl srednio trzy lata i trzy miesiace

Przedmiot: 国际传播与跨文化传播 – Komunikacja miedzynarodowa i komunikowanie miedzykultorowe

Prowadzacy: szycha Wydzialu, byl 10 lat w Japonii. Specjalizuje sie w roznicach kulturowych (czy ja juz gdzies nie pisalam o tym, jak wielce kocham to wyrazenie?) i w ramach tego na wykladach np. opowiada godzinami, “jak laowaje mysla“.

Czym wzbudzil moja niechec: powyzszym (tzn nie Japonia, tylko tym, ze wie, jak mysle) oraz usmiechaniem sie glupio przy wspominaniu o katastrofie smolenskiej (“hehe, tam u was, hihi, samolot z oficielami i prezydentem, hehe, sie rozbil, haha, prawda?” Ja wiem, ze to, hehe, taka roznica kulturowa, ze to zaklopotanie, a nie smianie sie w twarz, hehe, ale i tak mi sie, hehe, zrobilo przykro i antypatie do tego znawcy zwyczajow laowajow poczulam. Laowaje zle mysla o kims, kto wie, co laowaje mysla, a mimo wszystko sie laowajom tym chichocze z katastrofy samolotowej).

Polecenie: ksiazki, z ktorych cytaty powyzsze pochodza przeczytac i napisac o swoich wrazeniach po lekturze. No to przeczytalam i napisalam. Co sadze o mysleniu dualistycznym, antynomicznym, o traktowaniu wszelkich zmian jako okcydentalizacji, o wrodzonych duchach narodowych, no i w ogole o esencencjonalizmie w odniesieniu do tozsamosci, kultury, narodu, no i o autoorientalizacji. I w ogole o pisaniu w roku 2009 tak jakby byl 1970. O stereotypowym i przeciwnym faktom mysleniu o mediach, internecie. I o bledach metodologicznych (w najlepszym wypadku pars pro toto), nieuzasadnionym wnioskowaniu etc. Wyrazanie tego, co mysle o ekportowaniu kultury postepowej z kilku dosc oczywistych wzgledow sobie darowalam.

Ksiazka numer dwa jak i sam profesor podkreslaja, ze ludzie Zachodu posluguja sie logika liniowa, sa nastawieni indywidualistycznie, jawnie wyrazaja krytyke i traktuja siebie jako centrum (w dokladnych przeciwienstwie do Chinczykow ktorzy – co za mily przypadek ! odpowiednio – posluguja sie logika obrazowa, sa nastawieni kolektywnie, krytyke wyrazaja niebezposrednio albo tez nie wyrazaja i jako centrum traktuja otoczenie). Mam nadzieje, ze moja praca i wyrazone w niej opinie jak i bezposrednio wyrazona krytyka dobrze wpisuje sie w taki obraz “czlowieka Zachodu”.

Napisawszy, dalam znajomej Chince do zczytania. Czyta, czyta (hurra -chyba opanowalam wreszcie pisanie socjologicznej sieczki, dziewczyna zmienia raptem 4 wyrazy w calej pracy i dostawia pare przecinkow), kiwa glowa, ze racja, ze dobrze mowie, po czym dociera do niej, ze ja depce ksiazki, co slawny profesor kazal przeczytac jako szczegolnie cenne. “Dlaczego tak napisalas? Przeciez on chcial zebyscie zachwycali sie tymi ksiazkami! Zebyscie podeszli jak uczniowie do mistrzowskich tekstow!”. No, “ten tekst uswiadomil mi ze…”, “autor ukazuje nam wazny problem…” i takie tam…Dlaczego tak nie napisalam? No, to sa wlasnie te eeee, wiesz, roznice kulturowe. Bezposrednia krytyka, maly dystans do wladzy, koncentracja na samym sobie…Robimy do siebie glupie miny, znajoma 6 razy sie upewnia, czy jak tylko dostane ocene, aby na pewno zaraz jej powiem, co dostalam. Jeszcze na ulicy do mnie wola. Ona nie jest w stanie przewidziec.

Tak wiec robie eksperyment z roznic kulturowych. Na jednym profesorze z Szanghaju. Obiecuje nie rozciagac wnioskow na caly kontynent ani tez na ich podstawie wnosic, ze ludnosc innego kontynentu a wlasciwie to 4 kontynentow (autorka ksiazki nr 1: kultura Ameryki Lacinskiej jest podkultura kultury zachodniej) z pewnoscia postapilaby dokladnie odwrotnie. Wyniki zostana oglaszone tutaj na blogu.

Tak, jeszcze troche i konczy sie semestr. I moj rok na chinskiej uczelni. 哎。。。Przez ten tydzien dla odmiany…Expo. Moze uda mi sie wreszcie pojsc do chinskiego pawilonu.

Polska sie… usmiecha

Tak, wiem, mialo byc wiecej/mniej o polityce, bardziej/mniej o zyciu codziennym, bardziej z perspektywy mikro/makro/sredniego zasiegu, mniej/bardziej eseistycznie. To (dla odmiany) bedzie o …Expo, a konkretnie o polskim pawilonie. To przedostatni wpis o Expo, obiecuje.

Projekt naszego pawilonu byl tutaj w Szanghaju chwalony, czesto sie pojawial na roznych reklamowkach, plakatach. Bialy, azurowy, lekki, swietlisty. Na azurowym dachu spacerujacy ludzie. Widok projektu stwarzal nadzieje, ze Polska jest w stanie wystapic z nowa, spojna strategia dotyczaca wizerunku i ze to jest pierwszy krok.

Ze cos wyszlo nie tak, zaczelam podejrzewac, gdy zobaczylam pierwsze zdjecia instalowanej elewacji pawilonu. Biale sciany z duzym azurem zostaly zastapione przez kremowo-herbaciane, z duzo mniejszym stopniem azurowosci. Co za licho? Pierwotny projekt przewidywal, ze sciany beda blaszane. Tymczasem po wkroczeniu na teren Expo i wraz z przyblizaniem sie do pawilonu zaczela do mnie docierac straszna prawda - tu seczek, tu sloj, tu trocina. Nie, nie nawet nie z drewna. Sciany sa z dykty.  Jak trabant, jak kajak, jak mebloscianka. Z dykty surowej, niepomalowanej. Nie dalo sie w niej wyciac tak duzych azurow jak mialoby to miejsce przy blasze. O chodzeniu po dachu nawet nie ma co marzyc.

polskipawilon3

DSC08344

Dykta ta – wedlug technologa drewna, ktory rozbudzil sie po latach na widok tych pokladow sklejki w jednej z osob, ktorym mialam przyjemnosc towarzyszyc podczas wizyty w Szanghaju (Drodzy! Dziekuje Wam za wspanialy tydzien, mam nadzieje, ze dobrze odpoczywacie po naszym chinskim maratonie) - w panujacym tutaj klimacie najpierw zacznie sie rozwarstwiac. Potem zczernieje. Na koniec splesnieje. “Polska sie usmiecha”. To haslo naszego pawilonu.

Ze cos moglo wyjsc naprawde nie tak, zaczelam podejrzewac takze, gdy pierwsze ze znajomych mi osob zaczely odwiedzac nasz pawilon. Pamietajac moj zbity wyraz twarzy po katastrofie smolenskiej, moje znajome Chinki po odwiedzinach pawilonu powiedzialy tylko, zeby bxy (czyli ja)  idac tam, lepiej nie ogladala pokazywanego tam filmu “bo odnowi jej sie trauma”.

Trauma? Na Expo?? No ale i tak ide. No wiec zblizam sie do pawilonu i uswiadamiam sobie, ze to zblizanie, to jednoczesnie wejscie w strefe dzwiekowa, ktora jest otoczony. Z poteznych glosnikow na zewnatrz plynie glosna muzyka – cos wznioslo-narodowego (a moze to w sumie to Rubik?) Tak jakby pawilon chcial sobie wywalczyc troche dodatkowej przestrzeni, jakby przygotowywal sie na wojne audio z pawilonem niemieckiem obok. Tylko, ze tamten milczy. Podziwiam ludzi, ktorzy w tym halasie stoja i czekaja na swoja kolejke do wejscia. Jeden raz, drugi, trzeci, siodmy. Ten sam utwor.

Po wejsciu zdumienie. Azur z definicji jest po to, aby przepuszczal - swiatlo, powietrze. Laczyl to co na zewnatrz i wewnatrz etc. Jednak w naszym pawilonie panuja ciemnosci. Azurek to tylko zewnetrzna powloka. W srodku jest budynek o scianach nie przepuszczajacych swiatla. Sciany w srodku sa koloru…czarnego, po azurze dachu i scian ani sladu. Wszystko czarne, tylko wyciete ze - niespodzianka -  sklejki kontury drzew i (jakby) pajeczyn sa bialo-szare. Czekam czy gdzies sie pojawi zarys np. jezdzca bez glowy. Albo damy w bieli. W powietrzu cos jakby dym teatralny. Na czarnym tle napis: “Polska sie usmiecha”.

No ale skoro sie usmiecha, to ide szukac tego usmiechu. Faktycznie - na scianach sa puszczane filmiki, gdzie kilka rodaczych twarzy sie…usmiecha i macha. To nie jest interpretowanie hasla tylko ilustrowanie go w najmniej pomyslowy z mozliwych sposob. Zaklinanie rzeczywistosci malo wymyslnym zakleciem. Potem udam sie jeszcze do pawilonu czeskiego – w sumie skromnego, ale spojnego, sprawnie zrealizowanego. Jednak – cos takiego – aby pokazac poczucie humoru Czechow nie dano filmikow z zanoszacymi sie od smiechu ludzmi, ale np. kilka polaczonych ze soba ekranow, na ktorych odwiedzajacy moga podmieniac fragmenty dzieciecych rysunkow przedstawiajacyh rozne zwierzeta, tak, ze wycodzi im a to swinia z kurza glowa i zebrzymi nogami, a to ryba z krowim tulowiem. To odwiedzajacy  zanosza sie od smiechu. Przekaz jest jasny – Czechy to kraj, ktory potrafi myslec nieszablonowo, ma wyobraznie, lubi absurdalne poczucie humoru, chce, zeby inni sie dobrze bawili. No ale udane budowanie wizerunku jest mozliwe tylko wtedy, gdy przekroczy sie prog doslownosci i wkroczy w sfere odnoszenia sie, skojarzen. A zdolnosc do takiego przekraczania i wkraczania w budowaniu wizerunku to nie tyle sprawa funduszy (fakt, dramatycznie w naszym pawilonie, ale i zapewne i w czeskim, okrojonych), ile pomyslu i swiadomosci. Niemiecki pawilon, do ktorego jeszcze pozniej przedre sie przez strefe razenia Rubikiem, oferuje gosciom mozliwosc przymierzenia czapki krasnala ogrodowego i bokobrodow a la Bismarck. Czapka i bokobrody sa chyba tanie.  Lajkonik, syrenka czy stroj goralski nie bylyby wiele drozsze. Obserwuje ludzi cykajacych sobie zdjecia z bokobrodami i w krasnalskiej czapce i znowu przekaz jest jasny - potrafimy sie smiac z siebie, z wlasnej estetyki (obecnej czy minionej) oraz dbamy o to, zebyscie sie dobrze bawili.

A u nas? Clou wszystkiego mial byc film 3D Baginskiego przedstawiajacy w kilka minut historie Polski. Dostajemy okularki i ogladamy. Pomijam kwestie, czy ten film w ogole moze jakkolwiek zachwycic technologicznie Chinczykow namietnie grajacych w barokowo i bajecznie zaawansowane gry komputerowe. Gdy robie jeden dzien przerwy od pobytu na Expo i wpadam na moj chinski uniwersytet, dowiaduje sie od moich wspolstudiujacych, ze film

a) przekazuje negatywne emocje (no dobra, to juz bylo wiadomo, kiedy dziewczyny wyjechaly z ta “trauma”). O ile na poczatku pokazuje dosc konwencjonalne sceny walk w otoczeniu sredniowiecznym, to potem widac juz tylko rozbiory, powstania, okupacje, obozy koncentracyjne, szarosc komunizmu, by na koniec ukazac dosc mglista wizje szklanych domow rosnacych jak grzyby pod deszczu w XXI wieku

b) jest kompletnie niezrozumialy. Niezrozumialy nie tylko dla studentow dziennikarstwa (podobno najlepszego w Chinach), ktorzy generalnie nie wiedza o Polsce wlasciwie nic (sprawdzilam: Solidarnosc? nie-e. Przynaleznosc do NATO? Nie-e, Katyn? nie-e). Jest tez niezrozumialy dla profesora tychze, prawdziwego erudyty, ktorego wiedza o naszym kraju wykracza radykalnie poza srednia krajowa ChRL. Profesor pyta mnie: a Ty ten film rozumiesz? I podsumowuje: martyrologia, umartwianie sie, koncentrowanie na tym, co tragiczne, mroczne. I konczy: Expo to nie miejsce na cos takiego. To faux pas. I znowu pyta sie, co ja o tym mysle.

Owszem, sa kampanie, ktore sa konstruowane w oparciu o negatywne emocje, ale to jest po cos. Np.  taka reklama sprzed paru lat pewnego koncernu sportowego, ktora ukazywala m in. biegacza wymiotujacego w bolu na boku trasy i biegnacego dalej. To bylo po cos - zeby ukazac milosc do sportu, pasje i wole, ktore przezwycieza wszystko. A tutaj? Jaki byl cel? Odpowiedzi “no, zeby poznali nasza historie” nie biore na powaznie. Expo jest sprzedawaniem (uprzednio wyznaczonego!) wizerunku przez dostarczanie wrazen, przez rozrywke, uklonem w strone potrzeb odwiedzajacego, a nie odwiedzanego. W naszym pawilonie jest tylko jeden element, ktory spelnia takie zadanie – to wirtualny smok wawelski, ktory z ekranu toczy rozmowy z widzami. Wychowani z komputerem przy twarzy, poruszajacy sie sprawnie po swiatach wirtualnych mlodzi ludzie i dzieciaki gadaja ze smokiem, podchodza i glaszcza jego wirtualna, wycinankowa gebule. To fajnie. Ale stanowczo za malo jak na 40 minut stania w kolejce do pawilonu.

Jaki wizerunek sprzedaje Polska tym pawilonem? Moj profesor mowi, ze dosc mroczny, smutny (”Polska sie usmiecha”!), niezrozumialy, skierowany na siebie i swoje bolaczki. “A przeciez macie tyle dobrego do pokazania!” I kolejny raz pyta sie, czy sie z nim zgadzam. Tak, zgadzam sie. A oprocz tego wykreowanego (chyba) nieswiadomie mrocznego wizerunku, widze jeszcze dobijajaca niespojnosc – azur po to, by w srodku byla ciemnosc (najwieksza na pietrze, czyli najblizej azuru), usmiech Polski + film zanurzony w martyrologii stosowanej. Nie potrafie zrekonstruowac mysli przewodniej ani etapow dochodzenia do takiego wygladu/skladu wnetrza.To wszystko sie rwie, nawet ja, Polka, nie odczytuje tych kodow (przy zalozeniu, ze w ogole tam sa), mam wrazenie, jakbym obcowala z jakims dzielem sztuki wspolczesnej, ktorego nie rozumiem, operujacego obcymi dla mnie kontekstami – moze np. z jakiegos obcego mi kulturowo kraju.

Wizerunek. Brak swiadomosci, ze ten nasz polski w Chinach trzeba tworzyc gruntownie od podstaw, ze najpierw trzeba okreslic cele i sie ich trzymac. Brak swiadomosci, ze wizerunek to nie zarty. I ze taka szansa w Chinach juz nam sie w ciagu najblizszych lat nie przydarzy.

Siadamy przy wyjsciu i czekamy na nasz polski obiad z przypawilonowej restauracji. Z poteznego glosnika leci ogluszjacy polonez z “Pana Tadeusza”. Jeden raz (czekamy na zupe). Drugi raz (jemy zupe). Trzeci raz (czekamy na drugie). Czwarty… Po drugiej stronie alejki wychodza z niemieckiego pawilonu usmiechnieci ludzie, ktorzy byli na pokazie jakiejs magicznej, latajacej, kolorowej kuli (nie bylam, ale nawet stateczne osoby pelniace wazne funkcje z “mojej” delegacji wychodzily zachwycone). Jemy drugie. Pijemy piwo. Polonez leci jak zdarta plyta.

Zdjecia (przepraszam za jakosc tychze jak i filmikow, ale bylam w pawilonie bardziej w pracy niz jako zwiedzajaca, wiec jedne i drugie robilam troche przelotem):

DSC08366DSC08370

Filmiki:

gadajacy smok, dobrze, ze jest chociaz on. No dobrze, tu akurat para sie dydaktyka:

MOV08381

ale tutaj milo gada z ludzmi:

smok1

drugie pietro – to, co jawi sie na koncu, to…wystawa designu polskiego (kilka krzesel i lampek, niestety z zarowkami malej mocy). Przepraszam, ze dobrze nie sfilmowalam, ale mnie zwyczajnie zatkalo – zwlaszcza, ze to doslownie jedyne wystawione w pawilonie przedmioty:

MOV08376

P.S. Tak, wiem, mialam byc na dniu polskiego pawilonu. Nie dalam rady, po pracowitym tygodniu, przy koncu zlanym nankinskim deszczem w sobote udalo mi obudzic dopiero na wieczorna gale w szanghajskim Teatrze Wielkim…

Chinese Wave – uderzenie Expo

Za duzo rzeczy sie dzieje. Np. tragiczne trzesienie ziemi w Gansu. Jak zwykle gazeta o ktorej byla mowa w poprzednim poscie zadziwila, dajac na pierwszej stronie zaraz po wstepniaku, zamiast zwyczajowych peanow na czesc panstwa niosacego pomoc ofiarom, artykul pochwalny ku czci…mnichow tyb3tnskich. “Podczas gdy ratownicy uzywali do zlokalizowania zywych sprzetu specjalistycznego, mnisi bez chwili wahania rzucali sie pod gruzy by ratowac ludzi” po czym wezwala czytelnikow do recytowania tbetanskiej Ksiegi Umarlych. No ale trzesienie ziemi przeszlo, a dzis w telewizji w show randkowych podrywa sie na te katastrofe panny. Niemal wypadly mi paleczki z reki, gdy zobaczylam jak chlopak w mundurze opowiada ze lzami w oczach w migajacym swiatelkami studio, jak ratowal ludzi w Yushu, a panny ktore wspolzawodniczyly o jego wzgledy – wycekinione, wymalowane, ze sztucznymi metrowymi rzesami, z torebusiami, plakaly ze wzruszenia i wyznawaly, ze “nie sa godne takiego bohatera”.  A on salutowal.

No a teraz mamy Expo. Najwieksze w historii, najwspanialsze. “Z zacofanego kraju Chiny staly sie potega podziwiana na calym swiecie” – to juz gazety. My w Polsce z ekscytacja sledzimy losy naszego azurowego pawilonu i dociekamy czy podoba sie on Chinczykom. Owszem podoba sie – glownie dlatego, ze, jak zaznaczaja Chinczycy, jego faktura do zludzenia przypomina… chinskie wycinanki, 剪纸,wpasowuje sie w “chinska estetyke”. Polski pawilon odczytywany tu moze byc po prostu jako…uklon w strone Chin (?)

No wlasnie – zachwyca czy nie – trzeba pamietac, ze w tym Expo nie chodzi o zachwyt Chin nad swiatem zewnetrznym. To swiat ma sie zachwycic Chinami, zobaczyc ich potege. Ma to dwie funkcje. Po pierwsze – uzytek wewnetrzny. Wizja swiata stojacego w podziwie to element idei kluczowych dla dzisiejszych Chin – nacjonalizmu/dumy narodowej, opartych nie tylko na 悠久 (youjiu – przymiotnik niemal powszechnie stosowany w odniesieniu do chinskiej kultury i historii – cos jakby “uhonorowany przez czas”) chinskiej kulturze i historii, ale i dumie z dzisiejszych osiagniec, z drogi, jaka przeszly Chiny przez ostatnie 60 lat. Drogi tym bardziej znaczacej, ze kontrastujacej z wczesniejszym okresem, postrzeganym jako pasmo upokorzen i ranienia chinskiej dumy przez Zachod i Japonie. Jak zaznaczal Hu z okazji parady na 60-lecie i jak w ogole czesto sie tu mowi – Chiny “powstaly z kolan”. O tej dumie/nacjonalizmie/patriotyzmie w dzisiejszych Chinach niemal nie da sie pomyslec w oderwaniu od obecnej wladzy, od “socjalizmu z chinska charakterystyka” etc., “rozwoju opartego o naukowe podstawy” etc. Ten pakiet znaczeniowy mozna albo kupic w calosci albo w calosci odrzucic (byle tylko glosno o tym nie mowic). Odrzucic – tylko na rzecz czego?

Niedawno obserwowalam grupke studentow, ktorzy spontanicznie sie spotkali aby puszczac wlasnorecznie wykonane latawce. Na jednym byl namalowany chinski pawilon Expo, na drugim Haibao i napis “Expo wita” i “Expo do przodu! Chiny do przodu!”, a na trzecim napis “niech obecna dynastia rzadzi nam dziesiec tysiecy lat” (“obecna dynastia” to troche zartobliwe, troche uszczypliwe okreslenie wladzy po 1949 r).

W ukazywaniu Expo w telewizji istotne sa obrazki laowajow, ktorzy pieja z zachwytu, ze “kochaja Szanghaj” i ze “Expo jest niesamowite”, “ze zrobiliscie kawal dobrej roboty”. I gratuluja Chinczykom. Ale Chiny juz podczas pierwszych dni Expo daly wyrazny sygnal, ze choc to oni – mieszkancy bogatego Zachodu – sa, jako zachwyceni chinska potega widzowie, najbardziej cennym, jesli chodzi o wspomniany wyzej cel wewnetrzny, lupem, to uwaga Chin nie jest nakierowana na Zachod jako taki. W Shaoguan w prowincji Kanton (gdzie ucieklam od Expo, ale niestety nie od majowego weekendu) w telewizji ogladalismy jak przy salutach kompanii honorowej, na czerwonych dywanach, prezydent Hu juz drugiego dnia Expo wital i przyjmowal tych, ktorzy nie mieli ani chyba nigdy nie beda mieli szans na porownywalne zaszczyty na Zachodzie – prezydentow: Mali, Mongolii, Seszeli, Armenii, przywodce Autonomii Palestynskiej, prezydenta Tadzykistanu. Kanal informacyjny chinskiej telewizji panstwowej szeroko prezentowal i komentowal te pelne pompy spotkania. Poza obiegowymi formulkami o “zaciesnianiu wspolpracy” i przyjazni Hu podkreslal, ze Chiny tak jak nikt potrafia zrozumiec problemy krajow rozwijajacych sie (coz, niewatpliwie chinskim firmom latwiej jest dzialac w warunkach nieoznaczonosci, skomplikowanych ukladow laczacych wladze z biznesem niz “grzecznym” firmom z Zachodu), kiwal glowa, wsluchiwal sie.

Bo klimat zachwytu nad Chinami jest narzedziem w procesie o wadze globalnej. Wprawianie tych mniejszych, zapomnianych, na Zachodzie nieakceptowanych w podziw, polaczone z oferowaniem poczucia dowartosciowania, bycia na rownej stopie (chinska kompania honorowa dla Seszeli!), zrozumienia, wraz z wytwarzaniem poczucia opieki, otwartosci, wspolpracy, (wzajemnej) pomocy, to mieszanka skladajaca sie potezne zjawisko chinskiego soft power. Coz, mowi sie duzo o Chinach w Afryce, ale najciekawsze jest chyba to, jak Chiny buduja wokol siebie bufor skladajacy sie z sasiadow, z Azji Srodkowej (te masy studentow z Kazachstanu tutaj!), Azji Poludniowo-Wschodniej (Hu podkreslajacy w Laosie, ile to Chiny moga sie od Laosu nauczyc…). To budowanie widac bylo wyraznie juz podczas kryzysu azjatyckiego, gdzie np. w Tajlandii sympatie niemal gwaltownie odwrocily sie od – postrzeganej jak opuszczajacej w potrzebie – Ameryki do przejawiajacych przyjazne gesty Chin. Niedawno jeden z profesorow mojej chinskiej uczelni prezentowal wyniki swoich badan – dotyczacych wzajemnego postrzegania sie krajow Azji Wschodniej. Przytlaczajaca wiekszosc mlodych Filipinczykow, Wietnamczykow, Koreanczykow a nawet Japonczykow stwierdzila, ze dzisiejsze Chiny graja pozytywna role w regionie. Zmiane widac tez w Ameryce Poludniowej a na pewno na Karaibach. Znajoma Kostarykanka z duma opowiadajaca o tym, jak to Chinczycy “zbudowali im stadion narodowy” (Kostaryka jeszcze niedawno byla panstwem uznajacym Tajwan), cieszaca sie 5-letnim stypendium, choc nie wiedzaca, kim byl Zhou Enlai, jest dla mnie modelowym efektem chinskiego soft poweru.

Jeden z plakatow Expo wyglada tak: na tle pawilonu chinskiego (przeklete) Haibao (maskotka Expo) prowadzi kolorowy pochod skladajacy sie z dzieci roznych nacji w strojach ludowych. Gdy na niego patrze nie moge nie skojarzyc go z innymi, popularnymi 40 lat temu plakatami, gdzie tez kroczyl podobnie barwny pochod (Afrykanow, Arabow, Latynosow, tez w strojach etnicznych), a na czele podazal Chinczyk z Czerwona Ksiazeczka wzniesiona ku gorze. Barwny pochod kroczacy za nim tez wymachiwal ksiazeczkami. W tle promienisty portret Przewodniczacego Mao. Idea przewodzenia barwnej, ale zaniedbanej (wykorzystywanej!) przez Zachod “reszcie swiata” – blizniacza. Zmienila sie za to zasada, podstawa, sposob mowienia. Kolonializm zmienil sie w “cocacolonializm” (czy tam inne dzwieczne i popularne w swiecie niezachodnim, choc nie tylko, idee). A same idee Mao zastapily kontrakty (a jeszcze czesciej ich obietnice), honory, salwy, towary, lagodny jezyk, unikanie bezposredniej konfrontacji i (choc to chyba jednak wciaz wizja przyszlosci) chinskie wytwory kultury popularnej (byla Japanese wave, byla Korean Wave, czemu nie Chinese Wave?). Swiat sie zmienia. Po cichu i bez rewolucji.

Polska. Typ idealny (?). Historia (z) jednego tekstu.

Odkad wydarzyla sie polska katastrofa, w swoim przegladaniu chinskiej prasy i sieci czekalam na czwartek – dzien w ktorym ukazuje sie Nanfang Zhoumo (Weekend Poludniowy – od Poludnia jako regionu). Dla Czytelnikow moze nieco mniej zorientowanych w chinskich mediach – Nanfang Zhoumo ma opinie gazety inteligenckiej, wszechstronnej i – przede wszystkim- niecentralnej. I doczekalam sie. Mozna by spokojnie powiedziec, ze to jeden z najwazniejszych tekstow o Polsce, jaki kiedykolwiek ukazal sie w chinskiej prasie. Tyle, ze ten tekst to jest cos wiecej, niz tylko tekst o Polsce. Ponownie – Polska jest tu sposobem mowienia. Ale jakiego!

Tak jak pisalam w poprzednim wpisie - szybko nam tutaj w Chinach urosla minilegenda “dobrego prezydenta, co starym gratem latal, zeby oszczedzac pieniadze ludu” i od razu bylo jasne o czym w rzeczywistosci mowi kariera tej legendy. Ale ten mit, a raczej “micik” powstal do celow doraznych, stal sie jeszcze jedna figura retoryczna pomocna w wyrazeniu pewnych uszczypliwych uwag zwiazanych z bolaczkami tutejszej codziennosci. Wielgasny tekst z Nanfang Zhoumo (Nanfang ma format starych gazet, nie takich, co to mozna w metrze przegladac, ale takich, dla ktorych trzeba sprzatnac stol, tekst zajmuje jedna szesciokolumnowa strone + poczatek na pierwszej stronie)  rozmachem, horyzontem i rodzajem wizji bije wszystko na glowe.

Ale od poczatku. Choc tekstow o katastrofie, o Polsce ukazalo sie od soboty tony, to juz pierwsze zdanie tego gigantycznego tekstu pokazuje, ze jest on pisany innym piorem, ze ma co innego na celu niz - troche sensacyjne - doniesienia z innych gazet czy dorazne uszczypliwosci internautow odnoszace sie do przywilejow wladzy. Tekst rozpoczyna sie cytatem z Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (cytaty z polskich poetow beda otwierac kazdy podrodzial) i zdaniem “Gdy cialo Mari Kaczynskiej, pierwszej Damy Polski  powrocilo do Palacu Prezydenckiego, jej  maz czekal na nia spokojnie od dwoch dni”. Czyli, ze nie bedzie zwykly tekst informacyjny, tylko opowiesc, narracja. A o czym? W jakim celu? A no wlasnie.

Z kazdym zdaniem tekstu mysl przewodnia autorow jest coraz bardziej czytelna. Widac ja w srodtytulach: “poleganie na prawie - nie ma najmniejszych oznak chaosu”,” “przewrot w ktorym nie zbilo sie nawet szklo”, “to czas w ktorym przejawi swa role konstytucja”, “od “szoku” do G20″ oraz “zatwardzialy patriota”. Widac ja w doborze cytatow. O Kaczynskim (zupelnie inaczej niz w innych doniesieniach, gdzie zal Polakow po jego smierci byl wiazany z tym, ze Kaczynski byl np. “ulubionym politykiem biednych”) wypowiadaja sie wylacznie osoby, ktore nigdy go nie poparly politycznie, ale pomimo tego teraz szanuja jego pamiec i obchodza zalobe “niezaleznie od pogladow politycznych”. Mowia: “moje serce jest w kawalkach”. Jak to jest mozliwe? Co za rodzaj wiezi ich wiaze z tym niepopieranym przez nich prezydentem? I co sprawia, ze pomimo katastrofy, warszawska gielda nadal notuje niewielki wzrost a zloty sie umacnia? Nanfang ze zdania na zdanie coraz wyrazniej udziela odpowiedzi.

Najpierw jednak cofnie sie do okresu, ktory zostal przemilczany przez wszystkie inne gazety – do lat 80-tych. Inne gazety traktuja ten okres jak mine, ktora lepiej obchodzic z daleka, pisza co najwyzej, ze “Lech Kaczynski poczawszy od konca lat 70-tych wkracza na scene polityczna”. Od czego inni stronia, do tego Nanfang niemal z luboscia sie zbliza, operujac przy tym jakze odmiennym jezykiem. Padaja slowa, ktore w zadnych innych doniesieniach nie padly - “ostra walka”, “wiezienie”“delegalizacja Solidarnosci”. Walesa zostaje nazwany – uwaga! – “kapitanem statku” i “rewolucjonista”. Kaczynski – ten walczacy z systemem, siedzacy w wiezieniu pozniejszy prezydent -  “zatwardzialym patriota” (nie bede sie tutaj o tym rozpisywac, ale chyba kazdy ma swiadomosc jak bardzo wyjatkowe, w kontekscie tutejszym, jest to stwierdzenie). Na wszystkie gazety, jakie przeczytalam od soboty, zostanie po raz pierwszy powiedziane, ze dopiero co zmarly prezydent otwarcie walczyl z poprzednim ustrojem. I ze jego strona wygrala. Zostanie – jak najbardziej – przywolane miazdzace zwyciestwo Solidarnosci w, to kolejne niezwykle slowo,“wolnych wyborach”, ktore umozliwila “partia rzadzaca”. Jej rola jest chwalona – “pokojowy przewrot”, w ktorym “nie zostala stluczona nawet jedna szyba” byl mozliwy tylko za obopolnym porozumieniem. Inne gazety ten punkt w historii Polski kwitowaly jednym zdaniem: “nastapila pluralizacja”.

Autorzy z nieklamana fascynacja przygladaja sie polskiej drodze po 1989 – roku, ktory widza jako polski “lancuch gorski dzielacy wody” (分水山岭).  Przygladaja sie poroznieniu sie srodowisk Solidarnosci, terapii szokowej, zakonczeniu sie roli Walesy, rozdrobnieniu partyjnemu, sporom, roznicom. Choc przyznaja, ze “drobny chaos” byl w tych czasach stale obecny (小乱不断, 小打小闹), to jednak nie da sie go nijak porownac z czasem sprzed 1989. Czas przed tym rokiem byl, zdaniem Autorow, czasem nieustannych zakretow, rwanych zwrotow (波折隔三差五), protestow, strajkow i zwyczajnego ludzkiego nieszczescia (wodka!). Zaznaczaja jednak, ze w Polsce socjalizm i tak przybral forme lagodniejsza niz w innych krajach regionu, nie przeszedl tak ciezkich, jak gdzie indziej wielkich stalinowskich czystek,  “wielkich mordow” ani powszechnej kolektywizacji. System byl “cieplejszy”.

A po zmianie systemu co? Pojawil sie wspomniany “maly chaos”, ale cale to burzenie sie ludu, niepokoje, a nawet opijanie sie wodka jakby zelzaly. Dlaczego tak sie dzialo? Bo zostalo powolane panstwo prawa, w ktorym obywatele mogli brac udzial. Widzac te przemiany, tu autorzy nie uciekaja sie do cytatu, pisza wlasnymi slowami: “uprzednia wladza tez zrozumiala, ze nie trzeba sie bac demokracji, trzeba tylko szanowac wole ludu, bardziej polegac na sile urn do glosowania niz sile karabinow i palek a serce moze odetchac z ulga”.

To ono, panstwo prawa,  jest prawdziwym bohaterem tego tekstu.  Tekst pelen jest wypowiedzi typu “teraz, zgodnie z konsytucja”, “zgodnie z prawem”, “rzady prawa”, “wiernosc konsytutcji”. Cytowany jest Mazowiecki (“pierwszy wybrany przez lud premier”) mowiacy – a jakze-  o “ustanowieniu demokratycznego panstwa prawa”. Choc – jak zaznaczaja Autorzy – takze i Mazowiecki, podobnie jak inne postacie polskiej sceny politycznej, nie dokonczyl tego dziela, to jednak, dzieki stalym ramom prawnym wlasnie, mozliwa byla kontynuacja.

Dla Autorow prawdziwym zwienczeniem przemian byl rok 1997 – zmieniono konstytucje i zwykli Polacy poczuli jakby “droga sie nagle wyprostowala”, jakby “poruszali sie lekkim wozem po znanej drodze” (驾轻就熟). Choc partie zmienialy sie jak w kalejdoskopie, wskazowka poparcia biegala od lewicy do prawicy i z powrotem i raz po raz powracal “maly chaos”, to ludzie dopiero wtedy poczuli, ze dopiero to jest im znajoma rzeczywistosc, ze ten “maly chaos” nie jest straszny, bo jest ujety w ramy prawne, ktore daja nadrzedna stabilnosc, ujarzmiaja go. Majac te ramy poczuli sie tak spokojni o losy panstwa prawa, ze – uznawszy ze sprawy przyjely wreszcie dobry obrot – przestali chodzic na wybory.

Wedlug Autorow praworzadnosc nie tylko uspokaja nastroje, osadza konflikt w stabilnych warunkach brzegowych i prowadzi do sukcesu ekonomicznego (a za jego przyklad uznaje Polske). Praworzadnosc jest tez kluczem do zrozumienia, dlaczego nawet przeciwnicy polityczni zmarlego prezydenta sa dzis w stanie odczuwac autentyczny zal i ze nikt nie niepokoi sie o dalsze losy Polski, “czekajac ze spokojem na wprowadzenie zapisow konsytucji”. I ta stalosc prawna, przejrzystosc regul i wybor, ktory gwarantuja - a nie przywiazanie do jednego czy drugiego przywodcy (Walesa przedstawiony jako “odprawiony z powrotem do stoczni” gdy spelnil swoja role, Kaczynski ukazany jako ktos, kogo konserwatywne poglady w warunkach integracji z Unia w nieuchronny sposob musialy stracic poparcie spoleczne) jest – wedlug Autorow - recepta na stablilnosc i sukces (Polski). Zeby ten polski sukces zmierzyc, autorzy wychodza od dochodu PKB w 1989 i porownuja z dzisiejszym, chwala “stabliny” poziom bezrobocia i wzrost w dobie kryzysu, ktore sprawiaja “ze Polska wywoluje zazdrosc w Uni Europejskiej”.

Osob zasluzonych w opisywanej ”walce” nie gloryfikuja, nie brazowia. Wrecz przeciwnie, nie uznaja “wyslania Walesy z powrotem do stoczni”, zmierzchu popularnosci Kaczynskiego czy protestow przeciwko jego pochowkowi na Wawelu za niewdziecznosc ludu (Nanfang pisze, ze protestujacy nie chca pochowku na Wawelu, bo to jak “to przyznac, ze Kaczynski byl krolem”, czyli de facto wyrazaja przedstawiany w artykule etos demokratycznej republiki). Wrecz przeciwnie, uznaja takie przemijanie postaci w historii panstwa,  w ktorym rzadzi prawo za rzecz naturalna, potrzebna, malo wazna, a konflikt za rzecz normalna. To nie te – nawet wybitne – jednostki i powszechna zgoda (az by sie tu chcialo wpisac inne slowo, tak tu popularne), ale prawo, wybory, “wiernosc konstytucji” zapewniaja prawdziwa ciaglosc. Autorzy pisza nawet, na koniec artykulu wracajac do poetyckiego stylu z poczatku tekstu: “Kaczynski w wielkiej rzece historii jest tylko malym odcinkiem jej biegu”. Zas wody rzeki nie znaja odpoczynku - 河水不息 . Tekst konczy sie cytatem: “Nikt z Polakow chyba nie zaprzeczy, ze byl on wielkim patriota i ze wywarl wielki wplyw na praworzadna i sprawiedliwa przyszlosc tego kraju”.

Wiem, ze Polakowi ten tekst moze wydac sie bardzo idealistyczny i idealizujacy.  Czasem moze  nawet nieco zabawny, np. gdy uzdrowienczym mocom panstwa prawa autorzy przyznaja spadek spozycia wodki , ktora “znamionowala polska historie sprzed 1989″. Czasem ich cezura jest zupelnie czarno-biala, np., pisza, ze wraz z poprzednim systemem zniknely “protesty i stajki”, czy, ze “choc bogatych jest wiele, to jednak nie slychac o oligarchach”. Czy kraj o ktorym pisza to rzeczywiscie nasz kraj?   Choc niektore z wytlumaczen moga budzic sprzeciw, a w niektorych jest z kolei chyba duzo wiecej sensu niz w naszych polskich, krazacych tu i owdzie, osadach (np. sugerowana przez Nanfang wizja pograzonych w bolu przeciwnikow Kaczynskiego, bo to demokratycznie wybrany prezydent vs. znana skadinad wizja przeciwnikow pograzonych w bolu, bo gryzie ich sumienie, ze nie byli mili), to jednak wazniejsze niz pytanie o adekwatnosc ogolnego obrazu i jego poszczegolnych fragmentow jest co innego.  Maly “micik” o Kaczynskim oszczedzajacym dla dobra ludu byl ciekawa figura retoryczna, wylaniajaca sie spontanicznie, na potrzeby chwili, bez szerszego (chyba) horyzontu. Tutaj mamy do czynienia z ogromna, zlozona narracja, wizja i rozmachem, ktore mowia wiele rzeczy zupelnie unikalnych w kontekscie chinskim – o konflikcie, o zmianie, o chaosie, o wielkich jednostkach, o patriotyzmie. I co ciekawe - zupelnie innym, niz ten dominujacy, jezykiem. To czyjes credo? To “zawor bezpieczenstwa?” To manifest? To test?

P.S. Elektroniczna wersja tekstu http://www.infzm.com/content/43900 Polecam tez komentarze (niestety rzecz jasna wszystko po chinsku, jesli Czytelnicy byliby zainteresowani, moge przetlumaczyc)

P.P.S. Do chwili obecnej opublikowany w czwartek tekst w sieci wystepuje az w 3500 miejscach.