No i się zrobiło…

 

…Za Chiny ludowe w formie papierzastej.

za-chiny-ludowe-b-iext21715019

http://www.empik.com/za-chiny-ludowe-pawlak-katarzyna,p1068963753,ksiazka-p

 

Po kilku miesiącach niełatwego przychodzenia na świat, papierowe Za Chiny zaszczycą 13 maja w formie 250 stron druku i wkładek z parudziesięcioma fotografiami.

Czy komuś dziękuję? Tak. Czytelnikom bloga, dzięki rozmowom z którymi moje chińskie życie było pełniejsze i ciekawsze.

Czy się boję? Tak. A czego? Sinożerców i sinofili. Obu grup dokładnie w takim samym stopniu.

30

04 2013

Pan Ambasador tańczy (w mediach)

 

Ambasadorski taniec doczekał się wzmianki we wszystkich właściwie najważniejszych mediach elektronicznych (i nie tylko), zaś w znakomitej większości tych doniesień jedynym źródłem informacji był MSZ przedstawiający filmik jako “element promocji kraju” i porówujący klip do przedsięwzięć innych polityków chcących dotrzeć do ludzi za pomocą nowych mediów (np. tu i tu).

Specjalnego komentarza do klipu udzielił w CSPAtv! Radek Pyffel. Radek przytacza kilka argumentów wysuwanych przez różne osoby “przeciwko”, wśród nich także i mój i udziela swoich odpowiedzi na te argumenty, zachęcam do obejrzenia:

 

A tutaj poniżej moja odpowiedź, co ją wkleiłam jako komentarz na stronie CSPA. A niech sobie będzie i tu, jak już się w grypie tyle napisałam. Jeśli kto chętny, serdecznie zapraszam do dyskusji:

“Dziękuję za nawiązanie do mojej wypowiedzi. Zgadzam się w pełni z tym, że Polska to marka, jak każda i jestem jak najbardziej za tym, żeby Polskę uznawać za produkt, który jest do wypromowania i sprzedania a w promowaniu Polski wręcz trzeba używać dobrodziejstw nowoczesnego marketingu wizerunkowego, który zna także tzw. działania niekonwencjonalne. I szczerze mówiąc myślę, że tańczący Ambasador, jako element internetowej marketingu wirusowego (zwłaszcza, jeśli dobrze tańczy, a tu chyba nikt nie ma wątpliwości!) byłby (oczywiście po rozważeniu, czy wpisuje się w wizerunek, jaki chcielibyśmy tworzyć, mówię tu zarówno o wizerunku Polski jak i Ambasady) do rozważenia.

Tylko nadal nie bardzo rozumiem, jak to się ma do ozdabiania wizerunkiem Ambasady i Ambasadora klipu chińskiego podmiotu prywatnego. Bo z tym mamy moim zdaniem po prostu do czynienia, o czym napisałam w swoim wpisie. I jeszcze raz chcę podkreślić: nie chodzi mi o to, że kreskówkowy ambasador tańczy obok kreskówkowego konia w stajni. Tylko, że robi to na logo prywatnego chińskiego klubu, nieco za analogonem szefa tegoż klubu a koń wypuszcza komiksowy balonik z nazwą klubu. Czym filmik jest w oczach samego producenta, czyli klubu Be My Guest, może świadczyć chociażby nazwa, pod którą został wypuszczony przez tenże klub: 企业大佬年底压轴巨献《江南Style》, czyli „Wielcy szefowie przedsiębiorstw na koniec roku wypuszczają Gangnam style” – nie ma słowa o Polsce, podobnie jak i podczas całego filmiku.

Cieszenie się tym, że w filmiku promującym jakiś chiński klub wystąpił także i nasz Ambasador, żywienie nadziei, że w przekazie o takiej formule chiński odbiorca rozpozna Polskę po balkonie Ambasady, krakowskim stroju i fortepianie Calisia (jeśli ktoś na serio chce uważać, że jest to jest popularyzacja Polski – to w końcu chcieliśmy popularyzować, czy wyłapywać tych, co rozpoznają po szczegółach, których nie wyłapałby przeciętny Polak?) nie ma nic wspólnego z marketingiem wizerunkowym i kampanią na rzecz Polski i jak dla mnie jest nieporozumieniem. Szkoda, że nie tylko media (wzmianka pojawiła się we wszystkich najważniejszych mediach internowych i w Faktach), ale i MSZ, który ustami swoich urzędników tłumaczy, że „Polski ambasador w Pekinie tańczący Gangnam Style to element promocji kraju” a „dotarcie do odbiorców za pośrednictwem tych [nowych - bxy] mediów jest jednym z kluczowych zadań w budowaniu pozytywnego wizerunku Polski w Chinach”, jakoś tego nie widzą. Pierwsze pytanie marketingu wizerunku – jaki wizerunek chcę sprzedać? – w najlepszym razie nie ma tu w ogóle zastosowania, bo tu po prostu nie ma wizerunki Polski. Albo odpowiedź jest dość nieciekawa – daliśmy sygnał, że Polska i jej Ambasador chętnie wystąpią jako ozdobnik reklamówki chińskiego podmiotu, wypiszą zamaszyście jego logo (swoją drogą część moich polskich znajomych myślała, że tak Ambasador zaprasza do Polski, smutne), zatańczą (ładnie, więc możemy być spokojni) na na tle logo hitowy taniec, jeśli tylko w tle przewinie się postać w naszym stroju ludowym albo mignie raz polski fortepian.

Cóż pozostaje mieć nadzieję, że jak najmniej chińskich odbiorców to zauważy i że wśród spostrzegawczych nie będzie zbyt dużo odbiorców wpływowych i decyzyjnych. Pocieszające jest oczywiście, że klip – jak zaznaczył Radek – nie jest zbyt popularny (w końcu to tylko jedna z tysięcy chińskich przeróbek Gangnam), choć oczywiście należy pamiętać, że treść cyfrowa raz udostępniona zaczyna żyć własnym życiem i odtąd może pojawić się już zawsze, wszędzie i u każdego.

Oczywiście, że wszystko jest na sprzedaż. Tylko, czy to znaczy, że sprzedaż, byle sprzedać, nie ważne na rzecz kogo, jest „fajna” i należy szumnie nazywać każdy akt sprzedaży „promocją kraju”? Co do zadania pytania Chińczykom o odbiór tego występu – jak przecież doskonale wiesz, Radku i ci z Państwa, którzy z Chińczykami mieli do czynienia – jak to oni, będą starali się nie zrobić nam przykrości i pozwolić zachować nam twarz.

I tak, mamy większe problemy niż ten. Ale fajnie by było, gdybyśmy nie zbywali problemów, nawet jeśli uznamy, że nie są śmiertelne, tylko analizowali je i uczyli się w oparciu o nie.”

P.S. z dnia 05.01.2013. Pan Ambasador jednak tańczy dla…mnie. I wszystkich nas. Tekst pod filmikiem w miejscu, w którym został wypuszczony światu przez By My Guest, został ostatnio zmodyfikowany. Teraz, oprócz tego, że “spotkali się, aby radośnie melodeklamować, energetycznie tańczyć i dzielić radością” doklejony jest apel, żeby inwestować w Polsce i zachęta do kontaktowania się z Ambasadą. “Cele promocyjne [filmiku - bxy] to zachęcenie biznesmenów chińskich do kontaktu z Polską i do odwiedzenia strony Ambasady w celu uzyskania informacji o Polsce. Film spełnił swą rolę” – ogłosiło MSZ i objaśniło nam: ” W nowoczesnej dyplomacji publicznej trzeba sięgać po takie metody jak obecność w mediach społecznościowych czy filmy wideo”. I podsumowało: “Tak wygląda nowoczesna dyplomacja“.

Korzystając z okazji, jaką jest Nowy Rok, chciałabym naszemu polskiemu MSZ-owi życzyć, aby cel wszystkich jego działań wizerunkowych – obojętnie czy tych bardziej udanych czy mniej  -  był świadomym  założeniem, leżącym u podłoża projektu, przyświecającym projektowi na każdym etapie jego realizacji. A nie, dajmy na to, naprędce przygotowanym opisem post hoc do gotowego już projektu, doklejanym nerwowo, kiedy robi się gorąco. Pewnie się mylę, ale wydaje mi się, że “tak właśnie wygląda” nie tylko “nowoczesna dyplomacja“, ale i dyplomacja jako taka. Serdecznie Państwa pozdrawiam – 新年快乐!

 

30

12 2012

Pan Ambasador tańczy

 

 

Dla niezorientowanych: na powyższym filmiku Ambasador Polski w Chinach, J.E. Tadeusz Chomicki tańczy w takt koreańskiego megahitu “Gangnam Style”.

Spoglądam na Facebook, spoglądam na fora. Części się podoba – “ale fajny, wyluzowany ambasador!”, “tak należy Polskę promować!”, “Panie Ambasadorze, chapeau bas – marketingowy majstersztyk. “. Części nie: “kicz”, “pajacowanie”, “niepoważny wizerunek Polski”. A niektórzy podejrzliwie dociekają: za czyje to pieniądze?

Spoglądam raz jeszcze na filmik i w pełni do mnie dociera, co mnie w nim tak naprawdę poruszyło. I nie jest to bynajmniej kwestia, czy Ambasadorowi przystoi tańczyć Gangnam czy nie, czy to jest fajne czy niefajne, czy ambasadorski taniec to dobry sposób na promocję ojczyzny czy nie.  Jeśli coś spowodowało moje szybsze bicie serca, to to, że ten filmik to w istocie reklamówka dwóch chińskich podmiotów (a konkretnie jednego towarzystwa i jednej firmy), których szefowie przedstawiani są na początku filmiku i w których towarzystwie Pan Ambasador tańczy. Nazwę towarzystwa (angielską – “By My Guest”), tego, które wyprodukowało filmik (tak więc spokojnie, nie za nasze, uff…), nasz Ambasador w jednym z ujęć klipu pięknie wykaligrafuje. Tak, “By My Guest” to wcale nie nowe hasło do promowania Polski w Chinach, za pomocą którego teraz mielibyśmy zapraszać chińskich gości do siebie.

Jak możemy się dowiedzieć ze strony Be My Guest – 尚客私享家 – jest to jednostka, która zajmuje się organizowaniem eventow dla high society – “zagranicznych polityków, dziennikarzy, ludzi sztuki”. Co miesiąc By My Guest organizuje ekskluzywna imprezę, w której udział “może wziąć jedynie 30 do 40 najwyższej rangi ludzi polityki, sztuki czy mediów – zarówno z Chin, jak i z zagranicy”.  Ujęcia z wnętrza jakiejś europejskiej ambasady, roztańczonego ambasadora egzotycznego kraju (może nie potęgi, ale zawsze) i dziewczyn w europejskich strojach z pewnością dodają przekazowi wiarygodności. Przekazowi towarzystwa 尚客私享家 . Po angielsku Be My Guest. Mówiliśmy “zagraniczni politycy”? Lepiej po prostu popatrzcie, jak się z nami bawią!

Druga z jednostek zajmuje się obróbką kamieni szlachetnych, jej szef zostaje też przedstawiony jako prezes fundacji I Do, działającej na rzecz dzieci z grup nieuprzywilejowanych. Dzieci i szkoła pojawiają się w filmiku, natomiast próźno szukać gdziekowiek informacji, że filmik w jakikolwiek sposób jakiekolwiek dzieci wspomaga. Oficjalny podpis pod klipem: “zebrali się, aby radośnie melodeklamować, energetycznie tańczyć, jedynie po to, aby cieszyć się i przekazywać dalej swoją własną radość”.  I szef tej firmy, podobnie jak i szef Be My Guest, wywija radośnie w takt koreańskiego hiperprzeboju. Oni mają powód – reklamują swoje produkty i usługi.

A nasz Ambasador? Nasza Ambasada? Nasze tańczące dziewczyny? Oni są ilustracją do przekazu reklamowego. Dwóch chińskich podmiotów. Tak jak kiedyś białe twarze sączące drinki w witrynie chińskiego klubu?

Faktycznie majstersztyk. Szkoda tylko, że nie nasz.

Deser.pl: “Póki co, nie wiemy, kto i w jakim celu nagrał ten filmik. Ale pan ambasador prezentuje się w nim wyjątkowo godnie.“[podkreślenie jak w oryginale]

 

28

12 2012

Chiński cud? Prośba

 

Jak czas temu zgłosił się do mnie pan M.. Jedno płuco jest już usunięte. Drugie pracuje. Ale są przerzuty na inne organy po tej stronie gdzie było tamto płuco. Dołączył wyniki badań – te obecne gorsze niż te sprzed miesiąca. Dołączył też recepty po chińsku. Znane mi dobrze formularze, na których przyszpitalne apteki medycyny chińskiej mozolnie przepisują robaczki, które kilka pięter wyżej wypisał lekarz. I formularze z nazwami leków, gdzie lekarz zaznaczył około dziesięciu różnych leków, które będzie brał chory. Patrzę na pierwszy z nich – pastylki żuraw-ropucha. Ten żuraw to od “trawy długowiecznego żurawia” (to nazwa zioła). Ropucha – od ropuchy.  Suszona skórka ropuchy. Te składniki – oraz 6 innych elementów wchodzących w skład pastylek, według ulotki, która znajduję w sieci wzmacniają organizm chorego, pomagają zwalczać stan zapalny, oczyszczają krew, a w późnym stadium choroby wzmacniają skuteczność terapii. Według ulotki lek nie ma efektów ubocznych.

Patrzę na inne leki – fioletowy sezam, żenszeń. I “roztwór antyrakowy”. Pan M. leci do Chin już po raz drugi. Do szpitala, który specjalizuje się w nowotworach. Patrzę na stronę szpitala. Gigantyczny, nowoczesny budynek, sale do rehabilitacji, sprzęt diagnostyczny, psychoterapia, “rewolucyjne połączenie leków tradycyjnej medycyny chińskiej i zachodniej”. Pan M. leci już za dwa tygodnie. “Nasz model terapii efektywnie podnosi jakość życia chorego, wydłuża życie, a przypadku niektórych pacjentów w późnym stadium choroby nawet pozwala na całkowice wyzdrowienie”. I jeszcze o teamie – że pełny poświęcenia i ludzki, dla pacjentów “czyni cud życia”.

Odszukuje artykuł sprzed roku, który czytałam jeszcze w moim pekińskim mieszkaniu, a który zapadł mi mocno w pamięć: “Chiński cud” z GW. “Lekarze z Tianjin kładą Polaków na 14. piętrze. Miejscowi nie chcą na nim leżeć, bo cyfra cztery oznacza śmierć”- tak się zaczyna artykuł i w zasadzie tak już toczy się dalej. Pełni nadziei pacjenci i ich rodziny. Potem już same rodziny, gdy przy zdjęciu bliskiego opowiadają o pobycie w Chinach.  Polscy eksperci przedstawiają terapie obecne w Polsce: “I to wszystko pacjenci mają zagwarantowane bez żadnych kolejek”. I krytykują te chińskie: “Czary-mary, nic ponadto. Ale w Chinach wiele jest podobnych niekontrolowanych eksperymentów.”

To, co dla polskich ekspertów jest niekontrolowanymi eksperymentami, dla pacjentów jawi się często jako postęp medycyny nie blokowany np. przez kwestie etyczne: “Liderami w tej dziedzinie medycyny nie są wbrew pozorom kraje wysoko rozwinięte takie jak USA czy kraje Europy Zachodniej, gdzie kwestie etyki blokują wiele badań. Najwięcej w tym temacie dzieje się oczywiście w Chinach oraz w Meksyku i Peru.” – pisze Stowarzyszenie Razem w odniesieniu do terapii komórkami macierzystymi. Stowarzysznie pewnie miało na myśli głównie wyrok Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej, który w paźnierniku 2011 roku zakazał patentowania metody pozyskiwania komórek macierzystych, jeśli prowadzi ona do śmierci zarodka. Nie brakowało wtedy głosów, że wyrok ten spowolni a nawet zahamuje badania nad komórkami macierzystymi w Europie.

W Polsce badania nad komórkami macierzystymi (pozyskiwanymi z dojrzałych tkanek) są w fazie eksperymentu, traktowane są z nadzieją, ale ostrożnie: “Taka terapia musi być uregulowana, by zapewnić nam swobodne działanie, ale przede wszystkim bezpieczeństwo pacjentom” – przestrzegają eksperci. I opowiadają o pierwszych próbach wszczepiania komórek noworodkom z wadami serca.

Przy tych ostrożnych próbach (przedstawianych jako dość pionierskie w skali Europy), działania pewnego instytutu w Shenzhen muszą jawić się jako skok w przyszłość. 26 stronicowa, przetłumaczona na polski i umieszczana na różnych stronach zwiazanych z leczeniem np. raka a nawet stowarzyszenia na rzecz dzieci z zespołem Downa, ulotka reklamowa instytutu pokazuje uśmiechnięty personel uwijający się w strzelistym srebrnym wieżowcu nad kosmicznie wyglądającym sprzętem i nad jasnowłosymi pacjentami. Od 2001 pierwszego roku – jak informuje ulotka – przeprowadzono już 13 tysięcy przeszczepów komórek macierzystych (z krwi pępowinowej, jak pisze instytut). Najwięcej w przypadku uszkodzeń rdzenia kręgowego, ale i stwierdnienia rozsianego a nawet autyzmu. Instytut niestety nie pisze, ile z tych przeszczepów zaowocowało spodziewanym skutkiem.

To tam leczył się Pan Paweł: “Dziś miałem pierwszą iniekcje komórek macierzystych. Pierwsza jest zawsze dożylna, żeby lekarze zobaczyli, jak reaguje organizm. Siedem godzin temu w moje żyły popłynęło ileś tysięcy komórek. Powiem szczerze – nie oczekiwałem niczego po iniekcji dożylnej, a jest po prostu rewelacja! Czuję się kompletnie tak samo, ale koordynacja ruchowa, równowaga poprawiła się diametralnie. Skaczę po murkach, biegam po schodach, stoję na jednej nodze. Płakać mi się chce ze szczęścia! Dam znać za parę dni o moim stanie zdrowia….” – pisze na blogu  goryonline.com . Kilka dni później na swoim blogu pisze: “Na oddziale jest 9 par obcokrajowców, każdy z innym schorzeniem, każdy czuję poprawę. Wszyscy tutaj potwierdzą, komórki macierzyste to przyszłość medycyny.” Ostatnio, czyli dwa lata później po tym wpisie: “Rehabilituję się, przyszedł zapas leków z ameryki, śnieg powoli topnieje, jest chyba lepiej, myślę o kolejnym wyjeździe do Chin – ale brak kasy na takie rzeczy…”

Pani Agnieszka zwróciła się do mnie kilka dni temu. Choruje  na rdzeniowy zanik mięśni typu 2. Za kilka tygodni leci do jednego ze szpitali wykorzystujących komórki macierzyste tego instytutu. Pani Agnieszka nie ma wątpliwości, że w tej chwili tylko terapia komórkami macierzystymi może spowolnić rozwój choroby, która ostatnio sprawiła, że ma już trudności z poruszaniem rękoma i grozi jej respirator. Zebrała już gigantyczną sumę potrzebną na terapię. Szpital jest w Qingdao. Pani Agnieszka potrzebuje wolontariusza, który chociaż na początek jej leczenia (rozpocznie się najprawdopodobniej 28 kwietnia) pomoże zamówić taskówkę, jedzenie (w szpitalu nie ma wyżywienia), zaznajomi nieco z chińskim warunkami, zapewni – chociażby telefoniczną – pomoc.

Kontakt do Pani Agnieszki znajdziecie na jej blogu: http://agafilka.blox.pl/html  i na stronie http://www.pomozagnieszce.site40.net/

 

P.S. Szpital w Qingdao, który miał przyjąć panią Agnieszkę, nagle wycofał się z współpracy z instytutem dostarczającym komórki macierzyste. Przejmie ją szpital w Kantonie. Ponawiamy prośbę o pomoc i poświęcenie pani Agnieszce nieco czasu – tym razem w odniesieniu do Kantonu. Pani Agnieszka będzie tam 28 kwietnia

 

 

09

03 2012

Światowo, światowo

 

Zaczął się mój nowy, już dziesiaty rok z Chinami. Każdy z nich był inny – od siedzenia w przykurzonej salce w Instytucie Sinologii i wrażenia, jakby się miało skoczyć z trampoliny przed wypowiedzeniem publicznie pierwszego zdania po chińsku (zawsze przypomina mi się to doznanie, gdy student wypowiada swoje pierwsze zdanie, jak widać, że układa je sobie w myślach, jak zaczyna niespodziewanie dla siebie samego gubić tony, co je sobie uprzednio poskładał). Poprzez wariackie studenckie jazdy po Azji (motory, spalona odłażąca skóra, wioski mijane w jakimś zachłannym, ale i nonszalanckim pędzie), pierwsze próby rozczytania niewprawnym okiem obłażących farbą znaków na belkach świątynnych. Poprzez barwny, intensywny Tajwan. Poprzez dławiącą tesknotę za Wschodem, duszoną w instytucji naukowej, co ma ten Wschód Polsce przybliżać, a oddalał go nawet nam, badaczom. Poprzez te dwa lata, które starałam się tu opisać.

Ze studentki w bojówkach tankującej z butelki motor gdzieś na gorącej parnej trasie, stałam się lektorką i tłumaczem. Z jiejie – starszej siostry stałam się w oczach chińskich dzieci ayi – ciocią. Moja perspektywa też się zmieniła – od podsłuchiwania co mówią ludzie w metrze i czytania Chin z ogłoszeń na słupach i z przebieganych naprędce kanałów, nagle przeszłam do nasłuchiwania głosu z daleka. Bardzo trudno usłyszeć w tym szmerze, to, co ważne, co złoży się w jakąkolwiek historię. Jestem za daleko.

Na trzech półkach z prasą międzynarodową w EMPiK-u jest i Pani Domu po niemiecku i Twoje Imperium po niemiecku i The Economist, który z odpowiedniej (oczywiście globalnej) perspektywy nakreśli w najnowszym numerze prawidła chińskiego rozwoju. Jedna gazeta japońska – jakże światowo!

Są i znawcy, którzy mi Chiny (oczywiście w perspektywie globalnej i makro-) przybliżą. Profesor, który w radiu dyskretnie wbija szpilę konkurencji, zaznaczając, że chyba jako jedyny badacz w Polsce czyta codziennie kilka dzienników tajwańskich i z ChRL, po czym tłumaczy, że Tajwańczycy wybrali na prezydenta Ma zamiast Cai, bo “są za głębszą integracją z ChRL”. Ani słowa o polityce socjalnej obydwu partii, podejściu do krysyzu, do szkolnictwa i szpitali, czyli tego, co sprawia tak naprawdę, że długopis wyborcy – czy to na Tajwanie, czy w Polsce, czy gdziekolwiek indziej, gdzie może unieść się nad kartą – skreśla jedno czy drugie nazwisko. Daleko, daleko, globalnie, globalnie. Sterylnie.

Odwróciwszy głowę od perspektywy światowej, zajęłam się wytworzeniem własnej perspektywy lokalnej. W starej radomskiej, pożydowskiej kamienicy, na pierwszym piętrze, po półokrągłych z wyświechtania drewnianych schodach, z dala od warszawskich przepychanek, tuż nad zakładem szewskim, tuż pod tajemniczym mieszkaniem z zamurowanymi drzwiami, wchodzi się do mojej szkoły chińskiego. Gromadzi ludzi, których łączą z Chinami najróżniejsze związki. Albo dopiero przy odrobinie szczęścia połączą. Młodych, starszych. Dyrektora i kierowcę erudytę. Licealistów i siwe głowy. Schody skrzypią, pomalowane na purpurowo drzwi skrzypią, na ścianie wiszą 花中四君子 (czyli cztery reprezentacje roślin symbolizujących poszczególne pory roku i upływanie, ale i cykliczność czasu), które przejechały ze mną (jeszcze jiejie nie ayi) 1500 wietnamskich kilometrów, a ja się po prostu zastanawiam, czy wiekowa instalacja grzewcza wytrzyma ten początek roku Smoka.

Wszystkim, którzy pomimo mojego oddalenia się od Chin wciąż tu czasem zaglądają, życzę roku radosnego, roku budowania, roku ciągłości z tym, co dobre i ważne.

P.S. z dn. 03.02. – zamarzla woda w rurach w calej kamienicy. Do wiosny bez wody.

02

02 2012

Polsko! Z perspektywy…

 

TMS to taka chińska BXY, tyle, że młodsza. TMS obejrzała więcej polskich filmów, niż BXY. Wie, że Seksmisja i Miś to filmy kultowe, wie, że teraz w każdym filmie musi grać jak nie Borys Szyc, to Paweł Małaszyński. A w superprodukcjach obaj. TMS otwiera książkę Gretkowskiej, czyta przez chwilę i znajduje chochlik drukarski (tego akurat BXY w literaturze chińskiej nie podejmuje się robić, no chyba, że to jakiś chochlik ewidentny, można by rzec, samooskarżający się). TMS wiezie do domu po dwóch miesiącach w Polsce górę książek. Pomiędzy jednym a drugim moim tłumaczeniem (niesamowite, ileż chińskich delegacji przyjeżdza teraz do Polski!), korzystając ze sposobności, idziemy do kina. “Tylko koniecznie na film polski!” – ostrzega TMS. O film polski w Polsce równie łatwo, co o film chiński w Chinach. Do tego jest i trudność dodatkowa – bo TMS właściwie wszystko już widziała.
Borys Szyc. Ok, czyli film polski. Mówię Szyc, myślę współczesne polskie kino, ba może i Polska-sama-w-sobie! Marian Dziędziel – TMS zna, widziała go na Rynku w Krakowie z wnuczkiem (ja na razie nie wiem, kto to, ale skoro był na Rynku…). “Odkąd Paweł (Szyc) rozkręcił wraz z ojcem Zygmuntem (Dziędziel) wspólny interes, jego rodzina zaczyna coraz optymistyczniej patrzeć w przyszłość. Ich marzenia o dostatnim życiu przekreśla pewnego dnia artykuł, który godzi w dobre imię Zygmunta” – zagaja recenzja. Idziemy! W końcu obie lubimy oglądać Szyca (Polskę!), jak się wije w okolicznościach trudnych. Idziemy na film “Kret”.
Kto nie oglądał – temu mini streszczenie. Wspomniany w recenzji oskarżycielski artykuł nie tylko przekreśla marzenie rodziny o dostatnim życiu, ale po prostu przekreśla możliwości pokazania się na ulicy niedużego śląskiego miasta, gdzie mieszkają. Artykuł oskarża bowiem ojca, że jako szef Solidarności w pewnej kopalni był agentem bezpieki, że umyślnie sprowokował zamieszki, w których zginęli górnicy. Od “Kreta” i jego rodziny odwracają się właściwie wszyscy, aż do czasu, gdy pewien emerytowany kapitan bezpieki zaprzeczy na sali sądowej, że miał agenta w rzeczonej kopalni wśród przywódców Solidarności. Życie znowu uśmiecha się do starszego człowieka uśmiechami “znajomych” z każdej strony. Dopóki… reszta w kinie, kto jeszcze nie widział, nie będę zdradzać dalszego ciągu.
Oglądam na przemian film i twarz TMS. I czuję, że i polski i chiński mnie zawodzą, gdy chcę sprawić, żeby TMS miała choć trochę mniej zdezorientowaną minę. Czemu nagle wszyscy znajomi odwrócili się od Dziędziela? Bo był agentem, bo był zdrajcą?…No, ale co jest złego w byciu agentem swojego kraju? Kraju? Rządu? Komunistów? Bezpieki? PRL-u? “Trzeba było wytłuc czerwonych na początku lat 80-tych!” - woła jeden z bohaterów filmu. „Co?” Jak opowiedzieć sensownie o międzypolskich podziałach, nienawiści, wierności, zdradzie? A więc jednak my i oni? Na czym polegała ta zbrodnia, o którą podejrzenie może zniszczyć całe życie? Jak to nazwać? Ja to opowiedzieć? Od czego zacząć? I na czym skończyć.
Wychodzimy z kina. Próbuję jeszcze coś mówić. O stanie wojennym, o strajkach, o tzw. socjalizmie (w Chinach “komunizm” jest określeniem pewnego stanu, do którego według marksizmu ma dążyć ludzkość, nie jest używana jako nazwa ustroju) w Polsce. Gdy mówię po polsku, co chwila gryzę się w język, bo pewne określenia, wyrażenia same cisną się na usta, nie wiem, jak to bez nich opowiedzieć. “Ale czy ten socjalizm rzeczywiście był taki zły?” – pyta TMS.
Nazajutrz TMS biega po mieście i coś załatwia, ja też. Dzwoni spod chińskiej Ambasady, głos pełen emocji: “słuchaj, pod Ambasadą stoją ludzie z transparentami, krzyczą, trąbią, trochę się na mnie dziwnie patrzyli”. Idę w stronę Ambasady. W Parku Krasińskich widzę drobną sylwetkę TMS jak zmierza mi na spotkanie. Na Bonifraterskiej obok autokaru grupka ludzi. Zakłada czapeczki, szykuje transparenty. Nadziewają białą tkaninę na ramę, która nadaje transparentowi kształt husarskiego skrzydła. “To jest właśnie Solidarność, ta z wczorajszego filmu” - mówię do TMS.

Zagaduję drobną blondynkę w związkowej koszulce. To protest przeciwko chińskiemu pracodawcy z pewnej firmy na Śląsku. W odpowiedzi na żądania podwyżek, zwolnił z pracy przewodniczącego Solidarności w zakładzie. „Złamał postanowienia i polskie prawo!” - mówi do nas stanowczym głosem Solidarność nakładając czapeczki. Pojawia się zwolniony szef. “A wy, kim jesteście?” – zagadują związkowcy. Przedstawiam siebie, jako tłumacza, a TMS jako chińską studentkę i przyjaciela Polski. Związkowcy witają ją, uśmiechają się, podają ręce. Patrzę na TMS, jest ogromnie zakłopotana: “Tak mi przykro, tak mi przykro!” – mówi bardzo poruszona.
Siadamy na skwerku i obserwujemy protest. Z boku jest policja, ale tylko obserwuje. “Patrz, grają w ping ponga!” - zauważa TMS. Tak. Solidarność przed Ambasadą gra w ping ponga, dmie w trąbki, a od Placu Krasińskich idą media w postaci dziennikarki Polskiego Radia. Jadą samochody, idzie pan z psem, zwykły warszawski dzień. Wracamy do domu, zrobię obiad.
“Siedzę już w samolocie” – jeszcze kiedy byłam na dziesiejszym spotkaniu, doszedł do mnie sms – “nie udało mi się zabrać wszystkich książek, część Ci zostawiłam, przeczytasz sobie, dzięki za wszystko!”. To TMS. Gdy rano jadłam śniadanie, ona snuła się jak duch po moim mieszkaniu, próbując spakować te wszystkie kawałki swojego polskiego życia. Magazyny, książki, filmy na dvd, ciuchy z Bershki.“Źle spałaś?” – zapytałam podejrzliwie, pewna, że odkąd wywaliłam z łóżka materac i zastąpiłam go deską i ogólnie rzecz biorąc wykonałam szereg czynności, które mają sprawić, że mniej mnie będzie bolał kręgosłup (od czasu oddzielenia mnie od mojej doktor medycyny chińskiej, igieł, baniek etc., ból kręgosłupa znowu staje się trudny do zniesienia, imam się wszystkich sposobów), nocleg w moim domu dla gościa pełnosprawnego, bez bóli krzyża, będzie męką. “Tak mi żal wyjeżdżać z Polski” – mówi smutna i niewyspana TMS.
A teraz ona leci, leci nad Azją Centralną, lecą książki, lecą filmy, leci Borys Szyc i Paweł Małaszyński, lecą letnie ubrania, a ja wracam do domu ze spotkania z chińskimi gośćmi. Jestem ciekawa, które książki zdecydowała się zostawić. Proszę! Zabrała opasły tom o PRL-u prof. Friszke. I Stasiuka. I Pilcha. I „Koniec świata w Breslau”. Zostawiła Gretkowską. Leży przy letnich sandałkach, które nie zmieściły się do walizki. “Madeleine Albright, pierwsza kobieta mianowana sekretarzem stanu, wylądowała na Marsie męskiej władzy” – czytam pierwsze zdania powieści, które pewnie, wraz ze wspomnianym chochlikiem drukarskim, sprawiły, że TMS uznała, że nie jest to artykuł pierwszej potrzeby, że lepiej będzie Polski się uczyć z innych źródeł. Powodzenia w tej ciężkiej i czasami niewdzięcznej pracy. Dziękuję!

Tags:

29

08 2011

Rozproszenie. Za Chiny Ludowe!

 

Gdy ostatni karton z pekińskimi rzeczami jest już zapakowany, SSL jest w Oslo. To dopiero kilka dni po zamachu, SSL idzie pod rządowy budynek i do pobliskiej świątyni. Widzi kwiaty i pluszaki na posadzce. Kiedy wsiadam po raz kilkunasty w moim życiu w samolot, który przewiezie mnie przez całą Azję, właśnie wtedy prawdopodobnie SSL patrzy na kawior, na wielką puszkę kawioru, która kosztuje tylko kilkanaście koron (tyle, ile posiłek w Mcdonaldsie). “Takie tanie, pewnie niedobre, musi być jakiś haczyk” – mówi do siebie i wędruje dalej. Chodzi po Oslo, podobnie, jak wcześniej po Barcelonie, Amsterdamie, Neapolu, Wiedniu na piechotę, żeby oszczędzić pieniądze. Od miesiąca śpi już tylko w salach wieloosobowych koedukacyjnych (czego nie znosi).
Kiedy samolot leci ponad Syberią, otwieram wreszcie jedną z gazet, które kupiłam wieczorem przed wyjazdem (wtedy, kiedy przy kiosku podszedł do mnie młody dziennikarz, który po kilku minutach rozmowy krzyknął “Boże, czemu ja Cię wcześniej nie spotkałem?!”). Autor tekstu dwoi się i troi, żeby tylko wytłumaczyć czytelnikowi, co to prawica, co to skrajna prawica, jak to jest, że ktoś porywa się na rząd i jego młodzieżówkę, bo jest za dużo emigrantów.

Gdy czekamy z J. na Dworcu Centralnym, komunikaty zlewają się w jedno. Berlin? Lublin? Odjedzie? Przyjedzie? Biegniemy po pojaśniałym, lecz wciąż spowitym w folie i usłanym pędzlami Centralnym, bo pociąg z Berlina właśnie wjechał, ale na zupełnie inny tor, niż mówili.
SSL wysiada. Plecak. Schudła od tego włóczenia się dwa miesiące po Europie, a skóra – o zgrozo – pociemniała do koloru skóry shan mama – mateczki z gór. Ale ta podróż była jej bardzo potrzebna. Z dala od zgiełku Taipei, stresów Szanghaju, chciała poczuć samotność. Rozważyć, czy chce piąć się wyżej (wyobrażam sobie, jak jej ojciec, polityk Kuomintangu, byłby dumny, gdyby tylko jakoś z wysokości mógł zobaczyć, jak ta młoda kobieta o bardzo długich oczach i dołeczkach w policzkach sobie radziła podczas ostatniej kadencji, jak stawiała czoło mafii i stawiała ławki dla starszych na skwerkach). Czy zostawić to teraz, przed progiem polityki ogólnotajwańskiej i iść w biznes? A ja? Ja przez te dwa miesiące chodziłam po łysych górach Mongolii Wewnętrznej, od jednego do drugiego kamiennego okrągłego ołtarza, a każdy z nich powiewał na stepowym wietrze tysiącem warstw wypłowiałych flag modlitewnych. Zastanawiałam się, jakie mam jeszcze możliwości. Potem po pustyni. Potem po Pekinie, żeby zamknąć jakoś to moje chińskie życie. Wyszło trochę niezgrabnie, koślawo, niezręcznie, jak i zresztą ono samo.

Nie wiem, że cena biletu komunikacji miejskiej przez te dwa lata wzrosła o 1.10 złotego. Nie wiem, czym się różnią koleje Mazowieckie od Regionalnych. Nie wiem, że bilety na autobus można kupić w automacie na przystanku. Gdy niemal wpadam na taki automat, wrzucam pieniądze i odchodzę. Zapomniałam biletu. Gdy chcąc wyjść z autobusu, gdy ten zbliża się do przystanku, wstaję i idę do właśnie otwierających się ostatnich drzwi (w Chinach to drzwi wyłącznie dla wysiadających) i wpadam na tłum wsiadających starszych pań, które zaczynają na mnie krzyczeć. Nie wiem, że przejście pod Centralnym jest w remoncie, nie wiem (a może wiem, tylko chciałam zapomnieć), że w święta religijne nie można kupić nawet chleba i boję się, że nie będę wobec tego w stanie zrobić dla SSL nawet najprostszego śniadania. A może podwieczorku. Mylą mi się godziny. “Jesteś jak laowaj mówiący nieźle po polsku, chociaż…jak to? Naprawdę nie rozumiesz komunikatów na dworcu?” – mówi SSL, gdy wreszcie udaje nam się dobrnąć do autobusu.

SSL bardzo podoba się Warszawa. Jest w przeciwieństwie do Włoch, w których zalegają w miastach góry śmieci – bardzo czysta, w przeciwieństwie do Francji gdzie w okienkach odburkują coś niegrzecznie, wszyscy mówią sobie dzień dobry, no i – w przeciwieństwie od miejsc, gdzie nie ma pięknego ciętego szkła – piękne cięte szkło jest w każdym sklepie z gospodarstwem domowym. Jak je tylko otworzą po tym święcie, musi kupić! Potem ostatniej nocy, popijając Gorzką Żołądkową, będziemy pakować w folię z bąbelkami 20 kieliszków z Syrenką, z panoramą Warszawy, z orzełkiem, który będzie się jakoś tak trzepotał, trochę zresztą tak, jak Syrenka ogonem.
Ale póki co…. “Wiesz, jutro być może tak nie będzie łatwo, jedziemy do jednego z najuboższych regionów Polski” – przygotowuję delikatnie grunt. “Będziemy pewnie jechać starym pociągiem, być może ludzie będą się na Ciebie trochę patrzeć. To znaczy oczywiście nie tak, jak na mnie w Chinach!” - uspokajam, widząc pytający wzrok.

Nie ma starego pociągu – jest pociąg nowiutki i nowoczesny, trochę przypomina tramwaj. Jedzie przez zielone pola i lasy. Nikt na SSL nie zwraca uwagi. Nawet, gdy SSL piszczy – zupełnie nie jak polityk, co z mafią walczył – na widok bocianiego gniazda. Nawet, gdy piszczy jeszcze głośniej na widok bociana-samego-w-sobie. Nikt nie reaguje, gdy na widok dwóch bocianów w gnieździe dziko wrzeszczy i wyrywa mi ramię (zapomniała puścić moją rękę, gdy rzuciła się w stronę okna, palce wbite w moje ramię na widok ptaszyska trzymają).
Gdy wreszcie docieramy na miejsce, leje deszcz. SSL podbiega do starszej pani bez parasolki i chroni ją przed wodą. “Kochanieńkie, nie przejmujcie się mną” – mówi kobieta – “ja tam przez las idę, pod samą granicę, będzie ze 20 minut, gdzie wam tam iść!”. SSL obstaje, że odprowadzamy. Trzyma parasolkę, ja siatkę z pomidorkami malinowymi, kupionymi przez starszą panią w Hajnówce. Gdy nieśmiało pytam, jak dojść do rezerwatu żubrów i paru jeszcze innych atrakcji, strasza pani lepiej się nam przygląda: “och, to wy chyba nie jesteście od nas?” “No nie, np. koleżanka jest z Tajwanu”. Jasne oczy patrzą zdezorientowane. “O, to faktycznie nie tutaj, pewnie aż spod Warszawy?”

Łazimy po starym wiatraku, zachęcamy żubry i łosia do pozowania, opracowujemy plan na wypadek ataku dzika, na tle wieczornego nieba widać sylwetki dwóch zapóźnionych bocianów. Nazywamy je odpowiednio kapitalistą – zibenjia (gniazdo na dachu banku) i obszarnikiem - dizhu (wielkie, ewidentnie dziedziczone w obrębie ptasiego rodu, gniazdo na przedwojennej willi). W nocy po miłej pogawędce ze sprzedawcą (kłania się szastając blond grzywką o ladę, niby po chińsku, żeby uhonorować pierwszego tajwańskiego gościa, któremu sprzedaje Żubrówkę), wracamy z małą latarką i wielką butelką, a kucharz naszego pensjonatu (mieszkał 6 lat, zaraz po wojnie, w Wietnamie) pyta, czy czegoś byśmy jeszcze nie zjadły (chętnie da szynkę z dzika…). Coś pohukuje (pewnie mi w głowie Żubrówka). “Ale wy pięknie potraficie chronić własną przyrodę” – mówi SSL i patrzy w czarne za oknem – w stronę białoruskiej granicy. Chwilę później, gdy pohukiwanie się nasili, opracujemy kilka planów, jak dyskretnie zasłonić Pałac Kultury, żeby przestał tak dominować (może przysłonić liśćmi?….dać na nim Mr Smileya? A może namiocik?… Chociaż mi tam się podoba, trochę jak Empire State Building, ale jestem tylko laowajem, z pewnością się nie znam”)

Na Dworcu w Białymstoku pusto. Od czasu do czasu podjeżdżają stare autosany, ale prawie nikt nie wsiada, choć strajk na kolei, a po torach obok zmyka jedynie w stronę zajezdni lokomotywa (“jak byłam w Mediolanie, strajk obejmował wszystkie środki komunikacji i nikt nikogo nie informował, kiedy się skończy, wszyscy tylko mówili „może”, mówili “proszę pytać około szóstej”). “Czemu one mają takie okrągłe tyły?” – dziwi się SSL patrząc na przyjeżdżające i odjeżdżające autosany. “Bo tak było modnie w latach 60-tych” – odpowiadam. Po nas przyjeżdża nowiutki busik mercedesa. “Co za piękny busik, mało gdzie widziałam takie ładne środki transportu. Tylko dlaczego muszę zapiąć pasy?” – dziwi się SSL. “Bo nie będziemy jechać po autostradzie, tylko po drodze z jednym pasem ruchu i drugim z naprzeciwka”. Strach w oczach. Pewnie miała mniejszy, jak szef lokalnej mafii przez pośredników zaproponował jej spotkanie w górach.

Coś mnie ściska, gdy wsadzam SSL do pociągu. Najpierw skończyło się moje chińskie życie. Ot tak, choć znaki jego końca widziałam od jakiegoś czasu. Teraz odjeżdża osoba tak podobna do mnie – chińska, ale laowajska. Rozumiejąca, ale obca. Obca u siebie, obca w Chinach, obca tutaj. Wracam do domu – teraz już idzie mi to lepiej – bilet, autobus, drzwi środkowe, tylko wcześniej stanąć przy nich, wysiąść, potem czekać na zielone, przechodzić na przejściu i nie na ukos. Gotowe!

Na mojej klatce wiele mieszkań zmieniło przez te dwa lata właścicieli. Zawieruszyli się gdzieś ci, którzy jako dwudziestokilkulatkowie wprowadzali się tutaj, gdy tylko polepiono z gruzów Getta wielkie cegły i zbudowano z nich – na piwnicach i fundamentach wypalonych kamienic osiedle – Muranów. “Pan mnie chamsko okłamuje!” – słyszę krzyk kobiecy dochodzący z mieszkania na parterze, tam gdzie mieszkało starsze małżeństwo. Teraz, przez niegdyś obstawione paprotkami, a dziś puste okna sypią się gruz i krzyki. “Co pan powiedział, hę? 300 złotych, tak, czy nie?”. “Ale kochanieńka, 300 na dzień, nie za dwa dni!”. “No nie, no!!….” “No przecież nie będę robił za 150 złotych na dzień, to jakieś kpiny” – rozlega się głos majstra.

Ja na razie tylko wiem, że strona tłumaczenia na chiński kosztuje połowę tego, co dwa lata temu. Żeby zarobić tyle, co ten majster, musiałabym tłumaczyć ok 6 stron na dzień. Przy założeniu, że w ogóle dostanę je do tłumaczenia, rzut okiem na polski internet uświadamia mi, że nie brakuje ludzi, którzy są skłonni odklepać cokolwiek za mniej. “A co to niby takiego, umowa spółki?” – poucza mnie szefowa biura tłumaczeń – “to prościusieńka sprawa – właśnie akurat na 60 brutto za stronę”. Zrobię? Nie zrobię? Czy mogę powiedzieć „za Chiny”?…

Wczoraj ostrzygłam połowę włosów na 4 milimetrowego jeża (druga połowa formuje nieco opadającego, ale bojowego grzywkopodobnego irokeza). Po raz pierwszy od chyba matury założyłam kupione kiedyś, a nigdy nie noszone arcywysokie szpilki. “Co to za szpile?” – patrzy w sposób zdezorientowany mój nagle zmalały ojciec. To? To mój strój wojenny.

21

08 2011

W stronę Korei Północnej. 2

 

Płynąć wzduż brzegu Korei stateczkiem z czerwoną flagą z 5 gwiazdami, lampionami, herbatą i kołami ratunkowymi, patrzeć na delikatne, białe twarze chińskich turystów pod rondami barwnych kapeluszy, daszkami czapeczek i, trochę dalej, smagłe, ostroryse twarze Północnych Koreańczyków, jest oczywiście przeżyciem.

Drugiego i trzeciego dnia naszego pobytu nad Yalu postanawiamy zrobić jednak coś innego. Zwykły autobus (pekaes) i rowery. “Pekaes” jedzie nowiutką drogą wdłuż rzeki, mija ocalały kawałek Wielkiego Muru z czasów Mingów (wrócimy tam nazajutrz rowerem). Mija kurorty, hotele, wioski. W końcu wyrzuca nas pod stacją Sinopec gdzieś na rozstaju dróg i ustami kierowcy poleca stawić się w tym samym miejscu po południu, w celu zabrania się z powrotem do Dandongu. Idziemy w stronę zielonej wyspy na Yalu. Po rzece pływają kaczki, przed wioską mini świątynki – bóstwa gór, bóstwa ziemi.


Idziemy ze 3 kilometry wyspą, wzdłuż brzegu, sadem morelowym, most powinien być właśnie tam. Po lewej stronie zielone (po części nowo zalesione) zbocza strony chińskiej, po prawej łyse, wykarczowane zbocza strony koreańskiej, pośrodku ta wyspa z sadem morelowym i oto…jest. Przerwany most. Przed nim, za sadami, podstawówka imienia Mao Anyinga. I posąg bohatera. Na twarzy, bardzo podobnej do twarzy ojca, wyraz troski. Włosy ułożone tak samo jak u ojca. Wbrew legendom i pomnikom (spiżowi Peng Dehuai i Ochotnicza Armia idący dziarsko w stronę przeprawy + płaskorzeźba Mao w otoczeniu gołąbków pokoju) nawarstwionym dookoła mostu w Dandongu, Peng, młody Mao, jak i pierwsze oddziały właśnie tym mostem tutaj dostali się podczas “odparcia USA i wsparcia Korei” (to oficjalna chińska nazwa Wojny Koreańskiej) na terytorium sprzymierzeńca. Mao Anying nie wrócił ani tym mostem ani żadnym innym, a jego ojciec, pytany, czy pragnie sprowadzenia zwłok do kraju, miał powiedzieć, że Anying, podobnie jak inni zabici, powinien spoczywać tam, gdzie i inni żołnierze. Ostatecznie sprowadzono tylko trochę ziemi z miejsca, gdzie zginął (gotując, wbrew dyscyplinie, obiad poza schronem podczas nalotów, ale sza…).

Na łódce znak fu – bogactwo, dostatek. Po drugiej stronie Korea

Przerwany most i łyse wzgórza po stronie koreańskiej

Przerwany most – po koreańskiej stronie wojskowa budka

Na moście. Peng Dehuai po zielonej stronie chińskiej, Kim Ir Sen po wykarczowanej stronie koreańskiej

Po stronie koreańskiej wioska i koszary. Łyse szczyty, łyse zbocza. “Próbują uprawiać tam ziemię” – mówi starsza pani siedząca obok mostu. Patrzymy przez lornetkę – choć całe zbocza przygotowane pod uprawy, to tylko gdzieniegdzie wyrastają wątłe roślinki. Nie ma nawozów, nie ma nasion? Drzewa był pewnie wycinane i na opał. Rzadkie sosny pozostawione na wzgórzu naprzeciwko mostu, nie tworzą już lasu. Przerzedzone, samotne, mają dziwne i niepokojące kształty.

Przy moście, obok pomnika młodego bohatera, Mao Anyinga i naprzeciw nowiutkiego, złotego pomnika Peng Dehuaia na koniu (widać, że most przygotowuje się do pomnikowej ofensywy przeciwko dandongskiemu “uzurpatorowi”), siedzi trzymając w ręku parasolkę w kropki młoda dziewczyna, Xiaolin i jej chłopak. Chcieliby wynająć motorówkę i popłynąć wzdłuż brzegu, ale potrzebują zebrać jeszcze kilka osób. Co nie jest łatwe, bo turyści, owszem, kłębią się przy moście w Dandongu (wyróżnionym jako “klasyczne miejsce czerwonych wędrówek” i klasą turystyczną AAAAA), ale tutaj jest pusto. W końcu Xiaolin udaje się “złapać” jeszcze jedną parę i motorówka uwozi nas w stronę koreańskiego brzegu.

Podczas tego płynięcia, jak i naszej jazdy rowerem wdłuż brzegów Yalu dnia następnego zobaczymy wiele zakładów przemysłowych. Wszystkie w ruinie. Ziejące pustką okna, szary beton obleziony liszajem, rdza. Nic już nie produkują. Stopień zniszczeń sugeruje, że musiały zostać opuszczone najdalej w połowie lat 90-tych, po śmierci Kim Ir Sena, po zakręceniu (zniknięciu) kurka z radziecką pomocą. Zresztą nie tylko zakłady wyglądają, jakby od 20 lat stały tam już tylko dlatego, że brakuje sił i środków, żeby je rozebrać. Co większe budynki, jakieś bloki – to wszystko wygląda na skazane na powolne obumieranie.

Ale wioski, do których zbliżymy się na odległość niemalże wyciągniętej dłoni, obumarłe nie są. Na brzegu kąpią się żołnierze (machają nam), kobiety robią pranie, na wózku od krowiego zaprzęgu (krowa pasie się kilkadziesiąt metrów w dół rzeki) siedzą dzieci. Nieubitą drogą, wzniecając tumany kurzu, jedzie ciężarówka i wiezie na naczepie ludzi. Wioski są ubogie, ale nie jest to pierwsze, co nasuwa mi się na myśl, gdy je widzę.

Widziałam różne biedy – biedę chińską, biedę południowoazjatycką (wietnamską, khmerską, filipińską etc.), biedę północnoafrykańską, biedę różnych części Europy, w tym rzecz jasna naszą własną polską biedę. Ale te wioski tutaj od np. biedy chińskiej coś odróżnia. W wiosce chińskiej, nawet naprawdę ubogiej, na drzwiach są ozdoby, w oknach czasem i wycinanki. Rośnie jakiś kwiatek. Wisi jakiś plakat, albo i kilka – bogini Guanyin, Przewodniczący Mao, Tygrys w Roku Tygrysa i Królik w Roku Królika. Czasem ludzie prześcigują się w ozdabianiu bram do obejść – chociaż trochę pociągnąć kolorową farbą, może posadzić jakieś kwiatki, powieścić papierowy znak “szczęście”, żeby wiedziało, którędy ma wchodzić. A w wioskach na koreańskim brzegu nie ma nic, co by wykraczało poza najprościej rozumianą użyteczność. Prosto, surowo, tylko to, co całkowicie niezbędne. Jedyny kolorowy akcent to pranie na sznurku. Wykarczowane zbocza dodają surowości.

Po stronie północnokoreańskiej

“Nie palić ognia, nie uprawiać ziemi, nie przekraczać granicy, nie wycinać potajemnie drzew, chronić las”

żołnierka
żołnierze północnokoreańscy po kąpieli w Yalu

żołnierze – powrót do wioski

na ryby

obserwacja

…obserwacja

i obserwacja

Widoczny częściowo napis mówi: “Ryzykuj własnym życiem chroniąc przodujących uczestników rewolucji!”

zakłady…

…zakłady

Napis na nieczynnym zakładzie: “Zjednoczmy się” – dosł. “zjednoczmy się jak jedno serce

Gdy następnego dnia dojedziemy na naszych rowerach do Wielkiego Muru, którego początkowy odcinek znajduje się na spiętrzonej nad Yalu Górze Tygrysa i wespniemy się na najwyszą basztę, zobaczymy Koreę z lotu ptaka. A ściślej mówiąc smutny, wymarły kołchoz otoczony polami. Tutaj, w przeciwieństwie do wiosek wyżej opisanych, ludzi prawie nie widać, tylko przy brzegu, dosłownie tuż pod nadrzecznym urwiskiem, na którym przysiedliśmy, kilku żołnierzy ciągnie do wioski wózek krowiego zaprzęgu. Trochę dalej niewielki oddział maszeruje brzegiem rzeki, tuż przy polu. Po widmowych uliczkach, pomiędzy betonowymi domami (część nieukończona, bez dachów, wszystkie identyczne w swej szarości) od czasu do czasu przesuwa się pojedyncza sylwetka. Dookoła wioski ogromne połacie pola – wszystko zaorane, ale nic nie wzeszło. A może nic nie zostało posadzone? Jedynym kolorowym akcentem na tej płachcie szarości ziemno-betonowej (w środku lata…) jest traktor z niebieską, prostokątną kabiną.

Przy schodzeniu dosć kretą i bardzo stromą scieżką z góry (po stronie Yalu), musimy przejsć przez mostek wiszacy. Na jego końcu, na tle tego północnokoreańskiego smutku, nagle znajome logo i znajoma sytwetka: “Na tym mostku kręcono sceny z filmy Feicheng wurao 2″ (tutaj zawijasy jak z logo filmu) i zdjęcie pięknej Shu Qi, jak idzie w niebieskiej zwiewnej sukience przez rzeczony mostek. W filmie mostek grał przejście do niezwykle luksusowej górskiej willi-samotni, w której mieszkał bohater grany przez Ge You. Nie wiem, jakim cudem udało im się wyciąć z ujęć północnokoreański kołchoz, w warunkach naturalnych stanowiący dla mosteczka tło. Gdy tak patrzę i próbuje pogodzić sceny z filmu z tym, co widzę poniżej, po rzece (jest w tym miejscu wąziuteńka i jest tuż pod nami) i po jałowych kołchozowych polach poniżej rozlega się nawoływanie. Po niebiesko-zielonej wodzie pod nami przepływają trzy łódeczki chińskich rybaków i ich kormorany (kto nie wie, jak się łowi na -biedne, nieszczęsne- kormorany, niechaj sobie poszuka).

Wymarła wioska/kołchoz

granica po stronie koreańskiej
Yalu tutaj ma kilkanaście metrów szerokości. Po powiększeniu widać słupy graniczne koreańskie (u góry) i chińskie (u dołu)

Granica chińsko-koreańska. “Nie rozmawiać ani nie wymieniać się przedmiotami z osobami po drugiej stronie granicy”

Po chińskiej stronie (na pierwszym planie fragment Muru)

Po chińskiej stronie – zbliżenie na wiejski sklepik

Gdy wracamy naszymi rowerami (mi się dostał czarny, żelazny, kilkudziesięcioletni, ale nieprawdopodobnie wygodny i lekki do prowadzenia rower made in Japan“to dobry, wręcz znakomity rower, jeździłem na nim sam tyle lat, to najlepsze, co mam, wypróbuj koniecznie, jest porządny, bo japoński, diabły z małej Japonijki zrobiły” - zachwala shifu od rowerów. J. dostał oczywiście rower za mały, uderza kolanami o kierownicę, ale jedzie), nie możemy oderwać wzroku od drugiego brzegu. Zarysy wiosek, ruiny jakichś zakładów. Zatrzymujemy się co chwila i patrzymy w lornetkę. To, co wczoraj z autobusu wydawało się niewielkimi kominami, dziś okazuje się być wysokimi stelami z inskrypcjami. Nieoceniona Yeji wpatruje się w nasze zdjęcia i na jednej ze stel (zdjęcie poniżej) udaje jej się odczytać: “Wielki Lider, Towarzysz Kim Ir Sen jest z nami na zawsze”.

Po koreańskiej stronie

Zbliżenie na budynek z lewej strony poprzedniego zdjęcia

zakady i pola – polecam powiekszenie

Taoistyczny mistrz pokazuje uczniowi nieodbudowany most kolejowy i brzeg koreanski

Zwrócony twarzą do koreańskiego brzegu Caishen – bóg bogactwa

Chyba najżywsze i najbarwniejsze miejsce, jakie udało nam się dostrzec po stronie północnokoreańskiej. Yeji, moja nieoceniona tłumaczka, po wpatrywaniu się w ledwie widoczne napisy na tym budynku, twierdzi, że musi być to jakieś wspólnotowe centrum kultury. Choć jakość kiepska, polecam powiększenie, celem przyjrzenia się plakatom – filmowym?

Zafascynowani tym, co mówi do nas Korea, ale wymęczeni kilkugodzinną jazdą na antycznych rowerach (jeden dzień) czy wykonywaniem przez nasz pekaes (inny dzień) powolnych okrążeń wokół jednego z przybrzeżnych miasteczek celem zebrania odpowiedniej ilości pasażerów (chłopak w okularach wysiada, dwa okrążenia później wsiada z siatką owoców, dziewczyna w pomarańczowej sukience wysiada, je makaron w przyulicznej garkuchni, wsiada 5 okążeń później, a my jeździmy jak głupi),  postanawiamy raz jeszcze zasiąść pomiędzy lampiony, herbatki, kapelusze i koła ratunkowe i pojechać w dół rzeki, brzegiem miasta Sinjiuju. Tu juz nie trzeba się specjalnie wpatrywać, blisko jak na wyciągnięcie ręki, Yeji tłumaczy błyskawicznie:

Na łodzi: “Musimy być heroiczni w walce!”

“Wielka polityka Songun, hurra!” (jeśli ktoś przypadkiem jeszcze nie wie, czym jest Songun, polecam zrobić eksperyment – najpierw przeczytać hasło “polityka Songun” na tej stronie, na podstawie tekstu spróbować sformuować definicję Songun, a później poczytać np. w Wiki)

“Na zawsze uhonorujmy wielkie sukcesy w Chinach naszego Wielkiego Lidera, Kim Jong Ila! “

“Wielki Wódz, Kim Ir Sen jest na zawsze z nami”

“Chrońmy życiem liderów rewolucji prowadzonej przez wielkiego Kim Jong Ila!

“Dla tegorocznej bitwy, stwórzmy nowy rytm marszu” (tutaj trochę nie jest pewne, bo na każdym ujęciu zawsze coś napis zasłaniało)

“Słońce 21 wieku, General Kim Jong Il, hurra!” (tych napisów spotkamy w różnych miejsach wybrzeża aż cztery)

Nie będziemy w Korei Północnej. Ale zanim wsiądziemy w pociąg powrotny do Pekinu, możemy być w restauracji Pyongyang. Za żółtymi zasłonkami jest pyszne, aromatyczne jedzenie, są pełne wdzięku, prześliczne i blade jak kreda (tu mówi się “jak jadeit” i to jest wielki komplement) północnokoreańskie kelnerki. Są też goście ze znaczkami z Kim Ir Senem wpiętymi tuż ponad sercem w koszule. Częśc gości ze znaczkami siedzi w wydzielonym pokoiku zasłoniętym bambusową zasłonką. Piękna kelnerka robi minę skazańca, gdy ma donieść tam dania. Koleżanki, szczebiocząc, prowadzą ją za ręce w kierunku zasłonki, chyba dodają otuchy. Dziewczyna znika z talerzami za bambusową zasłonką. Gdy wyjdzie, długo i z zachmurzoną twarzą opowiada coś koleżankom, ale na koniec wybuchają śmiechem, jedna udaje, że bije pozostałe serwetą. Akurat wchodzi klient i jemu też przez pomyłkę się dostanie (serwetą po łysinie). Mina klienta pozostaje niezwruszona, za to dziewczyny skręca ze śmiechu za jego plecami. Kończymy posiłek. Odpoczywamy chwilkę. Gdy J. wraca z toalety, pyta mnie: “co tu znowu były takie salwy śmiechu, co się działo?” Co się działo? Uczyłam dziewczyny polskiego, rozmawiałyśmy o tym, która wygląda młodziej i czemu tak się opaliłam, skoro biała skórka jest najpiękniejsza.

P.S. Z Dworca Pekińskiego wychodzi około 80 osobowa zwarta grupa. Nie rozgląda się na boki, idzie zdyscyplinowanie, szybko, bez zbędnych rozmów. Sami mężczyzni, 80 białych koszul, 80 czerwonych znaczków na piersiach, czarne spodnie, kiepskie buty. Smagłe, ciemne twarze, ostre rysy. Starannie ostrzyżone włosy. 80 identycznych toreb. Pekińczycy – w krótkich spodniach, koszulkach z napisami, w bejsbolówkach, w szpilkach, chwytają komórki i podbiegają do grupy robiąc jej zdjęcia.

Dworzec w Dandongu – czekając na pociąg do Pekinu. Moment luzu – czerwony znaczek na piersi, ale koszula luźno wyłożona na spodnie

 

Special thanks to Yeji – having your precious help, I could hear North’s voice! 감사합니다!!

 

27

06 2011

W stronę Korei Północnej… 1

 

Zdobyć bilety na kuszetkę do Dandongu, to nie lada wyzwanie. Po dwóch tygodniach nieudanych prób, warowania od siódmej rano przed kasą, mam w końcu w ręku dwa bilety: odległość – 1100 km, górne, “twarde” kuszetki. Moje próby wyobrażenia sobie blisko dwumetrowego J. upakowanego na chińskiej górnej kuszetce, kończą się za każdym razem się jakoś tak:

Jeszcze gdy wchodzimy po pociągu, myślę cały czas o tym, że kuszetkę może da się jakoś zamienić, dogadać się z pasażerami z dolnej, dopłacić. Już mam otworzyć buzię i zagadać, gdy w ciasnym przejściu pojawia się dwóch mężczyzn prowadzących kobietę – krok po kroku, jeden ustawia jedną nogę, drugi drugą, ochraniają, żeby nie upadła. Mają dla niej bilet na kuszetkę środkową. Pasażerowie z dolnych kuszetek naszego przedziału, starsze małżeństwo zrywa się i ustępuje chorej i jednemu z jej opiekunów dolne posłanie. “Dziękuję, to postępujący paraliż, wracamy z leczenia  w Pekinie” – mówi mąż chorej. Układa ją z troską na kuszetce, zdejmuje buty, przebiera w piżamę, karmi udkami kurczaka z KFC. Potem, po kilkunastu godzinach, gdy chora i jej opiekunowie – mąż i ojciec, wysiądą stację przed Dandongiem, rozmawiam ze starszym panem, który ustąpił jej miejsca. Jest z Dandongu.Ech, ciężko u nas, nie to, co tam u Was. Są ze wsi, niby ostatnio wprowadzili to rolnicze ubezpieczenie, ale taką chorobę to trzeba w Pekinie leczyć. Jej może część zwrócą, ale kto zwróci jej rodzinie, z której zdzierają pod szpitalem?” Patrzy na nas, zaciekawia się – “a co jedziecie do Dantongu? Chcecie ich oglądać? Byłem tam, w ich stolicy. Czysto, porządek, nie ma korków, nie ma śmieci, ładnie, nie to co u nas w miastach, taki bałagan. Ludzie zdyscyplinowani, grzeczni, dobrze wychowani. Powietrze świeże, przyjemnie…może i tam na wsiach u nich biednie, ale mają też i dobre strony tego systemu: darmowa edukacja i darmowe leczenie… a u nas co?”

Dojeżdżamy do Dandongu. Umieszczamy graty w hotelu i idziemy w stronę rzeki. Pierwsze zaskoczenie. Nie myślałam, że drugi brzeg jest tak blisko. Stoimy na nowej, kolorowej, ufontannionej promenadzie. Jest poranek, ludzie ćwiczą taijiquan, puszczają latawce, siedzą na zacienionych werandkach i w pawilonach. Na drugim brzegu, niemal na wyciągnięcie ręki wielkie kominy, hale fabryczne (gdy przyjrzymy się dokładniej, odkrywamy, że zruinowane, a zakład opuszczony). Trochę drzew, za nimi nieruchomy, pusty “diabelski młyn” w stylistyce z lat 80-tych. Przez rzekę dwa mosty – jeden cały, choć nieuczęszczany, to Chińsko-Koreański Most Przyjaźni, drugi w połowie zburzony, pozostawiony w takim stanie od 1951 roku, czyli od kiedy został wysadzony przez Amerykanów próbujących utrudnić chińskim “ochotnikom” przedostanie się na drugi brzeg. Rzeka Yalu. Po drugiej stronie Korea Północna.

Diabelski młyn po stronie północnokoreańskiej, po lewej Chińsko-Koreański Most Przyjaźni , pośrodku pozostałości starego mostu.

Chińsko-Koreański Most Przyjaźni. Łączenie części chińskiej i koreańskiej – obie zostały wykonane inną techniką i w innym stylu. W dniach roboczych pojedyncze pojazdy (przeważnie ciężarówki) przejeżdzają od czasu do czasu wolniutko przez most.

nieczynna papiernia w Sinŭiju

Wsiadamy w mały stateczek, który od razu mknie w stronę koreańskiego brzegu. Nie, oczywiście, że nie możemy przekroczyć granicy. Niby jakieś biuro, w “sciśle tajnym” mailu, proponowało nam, że nas “przerzuci” razem z chińską wycieczką, bo dla nich parę lat temu otwarto ruch bezwizowy, do miasta po drugiej stronie rzeki, ale okres awanturniczy mamy już dawno za sobą.

Przewodniczka: w Korei Półniocnej panuje silny kult jednostki, na przykład gdy młodzi ludzie biorą ślub składają przysięgę przez portretem Kim Ir Sena.

Wycieczkowicze (przeważnie w takim wieku, że składanie przysięg małżeńskich przed portretami znają z autopsji, dziś kolorowe kapelusze, lornetki, aparaty): westchnienie

Przewodniczka: w Korei Północnej nadal zdarzają się śmierci głodowe.

Wycieczkowicze: och!

Przewodniczka: Choć warunki są cieżkie, to, ponieważ dla tych ludzi naczelną wartością jest patriotyzm i niepodległość, to chociaz żyją w wielkiej biedzie, są zadowoleni z życia. Zaraz będziemy mijać wille, które pobudowano na brzegu dla dostojników.

Mijamy te wille, w oknach czarno, część otwarta, część ma folię zamiast szyb, w środku nie widac żadnych mebli, tylko puste ściany. Na brzegu kucają ludzie, myją warzywa, piorą. Przewodniczka mówi, że to “baixing”, czyli zwykli ludzie, z domków za willami.

 

Ja (tzn. mi wyrywa się): ale czy na pewno nadal ktoś w tych willach mieszka?

Przewoniczka: tak, jak najbardziej.

Wycieczkowicze (celują aparaty i lornetki, poprawiają okulary): niemożliwe!

Wille po koreańskiej stronie

Na statku jest Peter, właściciel kawiarni “z najlepszą kawą na chińskim brzegu Yalu” – jak informuje wizytówka, którą nam wręcza zapraszając po południu na kawę. Wsiadł na statek z żoną i dziećmi, są tutaj od kilku lat. Peter trzyma w ręku reklamówkę z gigantycznymi parówkami. Gdy przybliżamy się do koreańskiego brzegu, bierze po kolei te parówki i z całej siły, aż napinają mu się żyły na szyi, rzuca w stronę ludzi kucających na brzegu. Parówki lądują w wodzie przed ludzmi, ale nikt jakoś się na nie nie rzuca, dalej myją te swoje warzywa. Ogorzali, smagli, szczupli. Peter ciska tłustą parówkę w stronę 11, 12 letnich chłopców kucających na brzegu. Ich miny tężeją, jeden z nich chwyta przybrzeżne kamienie, słyszymy głośny łomot – trafiają w burtę. Patrzymy po sobie z J. Jest nam bardzo, bardzo niezręcznie. Czy w oczach i myślach chłopców jest oczywiste, że “amerykański szakal” z nienawiścią i wściekłością rzuca w stronę Korańczyków i Korei kamienie? Skoro bestalsko zabijał niewinne dzieci, torturował je podczas wojny a teraz pragnie tylko krzywdy Korei, czy parówka w jego dłoni nieubłaganie zmienia się w oczach ludzi w kamień? A może raczej parówka jest parówką i to złości jeszcze bardziej, ta jałmużna rzucana z łódki ukapeluszonych, obwieszonych aparatami bogaczy?

Chłopiec pośrodku ma w ręku kamień

Patrzymy na te domy, widać że noszą na sobie znaki powodzi z ubiegłego roku. “Tu na brzegu były pola kukurydzy, ale zalało” – mówi przewodniczka. Na szuwarach wyrzucone łodzie i małe statki z północnokoreańską flagą. Patrzymy na chiński brzeg. Wieżowce, drapacze chmur, osiedla, domy towarowe zbudowane zostały na sztucznie podniesionym i utwardzonym brzegu, powódz nawet ich nie tknęła.  Mkniemy z powrotem w stronę wieżowców, reklam i fontann.

strona koreańska, strona chińska

strona chińska

Nocą każdy wieżowiec, każdy dom mieszkalny nadbrzeża będzie podświetlony milionem kolorów, gigantyczna fontanna będzie wyrzucać barwne kaskady wody. Ludzie przyniosą instrumenty, mikrofony, magentofony. Zaczną się tańce, śpiewy (mieszkańcy miasta w pawiloniku nad brzegiem urządzili sobie konkurs śpiewania “czerwonych pieśni” – gorączka śpiewania czerwonych klasyków, jako, że wielkimi krokami zbliża się 90-lecie Partii, sięga właśnie apogeum, wywołując jedocześnie gorącą dyskusję). “Ona prowadzi nas do szczęęęściaaaaa” – niesie się na drugi brzeg. Można kupić latarnię unoszoną płomieniem i puścić ją wolno. Mozna kupić zimne ognie.

Sztuczne ognie w stronę Korei

To nadbrzeże, te podświetlenia, te budynki to prawdobodpobnie jedna z największych i najkosztoswniejszych reklam świata. Reklamowanym produktem są reformy na wzór chiński. Te, o których zawsze wspomina premier Wen, gdy ogarnięci gorączką dziennikarze pędzą przez pół kraju w celu sfotografowania niemal nieuchwytnego pancernego pociągu widma, którym, ostatnio bardzo często, przybywa do Chin Kim Jong Il. “Miejmy nadzieję, że celem tej wizyty jest uczenie się, jak przeprowadzać reformy i otwiarcie kraju” – za każdym razem powiada Wen.

(w stronę Korei Północnej. Drugie zdjęcie pierwszy plan (ciemne zarysy)- pozostałości zbombardowanego mostu

“Macie piękne i nowoczesne miasto” – mówię do mieszkańców, którzy zagadują mnie, gdy tak spaceruję po wieczornym, migającym wybrzeżu. “A ta promenada, to jakby taka wielka reklama Reform i Otwarcia”. “Podoba się?” – ciesza się mieszkancy. “Ale jaka tam reklama, do kogo, skoro po drugiej stronie nikt nie mieszka, jest tylko ta ruina papierni, krzaki i jakaś mała wioska” - patrzą na czarny drugi brzeg, oświetlany dalekim blaskiem “naszej” promenady i światłem wschodzącego właśnie, wielkiego, pomarańczowego księżyca. Na drugim brzegu jest tylko jedno źródło światła. Paredzesiąt metrów od mostu, około 100 metrów wgłąb brzegu, z ciemności wychodzi silny, tajemniczy snop jasności.

Ja (ostroznie): patrzyłam na zdjęcia satelitarne, wydaje się, że tam jest miasto o powierzchni niewiele mniejszej od waszego Dandongu, Sinŭiju, czwarte co do wielkosci miasto Korei Północnej…

Chór starszych panów: niemożliwe!…Miasto??

Ja: Jest duże miasto, tylko mają problemy z elektrycznością…a widzicie panowie tam z ciemności wychodzi snop światła, patrzyłam na tych zdjęciach satelitarnych, tam jest posąg Kim Ir Sena, to właśnie od niego bije to dziwne światło w ciemnościach.

Starszy pan w podkoszulku (gniew na twarzy, potrząsa głową, gestykuluje): a, bo tam rządzi ta sama mafia co i kiedyś u nas…

Pan w koszulce w paski: a, bo on to nasz naczelny buntownik…(klepie pana w podkoszulku w ramię, wszyscy się śmieją, zaczyna się wypytywanie o Polskę)

Dandong (lewy brzeg) i Sinŭiju (prawy brzeg)

Plac Kim Ir Sena w Sinŭiju. Wieczorem jest jedynym widocznym z chińskiej strony źródłem światła w Sinŭiju.

W następnym odcinku: Korea Północna z naprawdę bliska, o tajemniczych “kominach” na koreańskim brzegu, o antycznym rowerze made in “mała Japonijka”, o prawdziwym przerwanym moście i o północnokoreańskich dziewczętach.

 

26

06 2011

Mur, morze, mur

 

Po wielu tygodniach podchodów i czyhania, udało nam się wreszcie wyrwać z Pekinu (“tego złego rekinu”, jak pisał Barańczak). Biały, delfinodzioby pociąg Harmonia uwozi nas starą, wytyczoną jeszcze za czasów półkolonialnych, trasą kolei Pekińsko-Mukdeńskiej (Mukden to dzisiejszy Shenyang), na Północny Wschód. W połowie drogi do Shenyangu znajduje się jedyna stacja, na której zatrzymuje się biała nitka Harmonii pomiędzy Pekinem a Shenyangiem – to małe miasteczko Shanhaiguan. Kolej dotarła tutaj w 1893 roku, tutaj Wielki Mur, trochę jak wielka rzeka – wpada do morza.

Widziałam już wiele miasteczek-wydmuszek, miasteczek, gdzie (re)konstruuje się “sztuczną” tradycję – bardziej kolorową, bardziej rzeźbioną, z większą ilością lampionów, ale z mniejszą (znikomą) ilością mieszkańców, życia. Przed przyjazdem do Shanhaiguan wiedziałam już, że miejsce to spotkało szczególnie straszny los – stare siheyuany, stare ulice zostały w 2006 dosłownie wyssane z miejsca, a na ich miejscu powstały 仿古建筑 – rozbuchane podróbki starej architektury. Pozostał tylko (oczywiście po odnowieniu) stary mur miejski (jedna ściana tego muru jest częścią Muru, który parę kilometrów dalej na wschód wpada do morza).

Wychodzimy z dworca przyozdobionego dwoma wieżami z zegarami wielkości karuzeli i doklejonym czerwonokolumnowym pawilonem na szczycie i idziemy w kierunku widocznego muru miejskiego. Widziałam wioski i miasteczka otoczone murami, taki mur to jak skóra zwierzęcia – chroni kompletny organizm o własnym porządku. W Shanhaiguan mur nie chroni już nic – wchodzimy przez wielką bramę i widzimy… rozległy trawnik, kilka wątłych drzewek, powieszone wzdłuż ulicy “tradycyjne” lampiony. Gdzieś dalej kilka starych-nowych budynków rzeźbionych i malowanych bogaciej niż Pałac Letni. Znowu mam poczucie, że się spóźniłam. Jednocześnie czuję wściekłość za zniszczenie miasteczka, choć go nigdy nie poznałam. Czuję też, że powinniśmy wynieść się szybko z powrotem przez bramę, bowiem biegnie do nas tłum naganiaczy, wykrzykując koślawym angielskim nazwy jakichś “atrakcji” do zwiedzenia i hoteli “w których laowaje się zatrzymują”. Boję się, że tym razem mój instynkt wycieczkowy zawiódł i że się przemordujemy zanim wrócimy do Pekinu.

Uciekamy więc z wydmuszki, znajdujemy hotel blisko dworca i, porzuciwszy graty, wyminąwszy nielegalne taksówki oferujące nam uwiezienie w kierunku najróżniejszych atrakcji, jedziemy podmiejskim autobusem na plażę, tam gdzie Mur wpada do morza. Problem w tym wszystkim taki, że Mur prawdziwy już dawno do morza wpadł, zaś to, co obecnie można zobaczyć, to rekonstrukcja z lat 80-tych. Ale chcemy przynajmniej usiąść na plaży i np. zobaczyć horyzont. Wymijamy kolejną porcję naganiaczy, którzy z całych sił chcą nas wepchnąć za jedyne 160 yuanów w obręb “Smoczej Głowy”, czyli końca czy tam początku Muru i idziemy kierując się głównie węchem na plażę. Prowadzi do niej tunel przez Mur.

Na plaży są muszle, są wodorosty, są też wyposzczone i niepojone konie dla turystów i kilku turystów. Na plaży jest rzecz jasna i Mur, z plaży jest widok na gigantyczny port towarowy (już w Liaoningu, czyli po barbarzyńskiej stronie Muru) i na zatokę Bohai. Horyzont usiany jest tankowcami czekającymi na wejście do portu. Patrzymy na majączące w oddali sylwetki portowych dźwigów, pobliską sylwetkę Muru, wrzucamy jeszcze żywe małże do wody.

Po wrzuceniu pewnej ilości małży do wody, znalezieniu muszli w kształcie pandziej głowy i wspięciu się na niebiezpieczne przybrzeżne skały, wracamy tunelem przez Mur, siadamy na przydrożnym murku i przyglądamy się ciężarówkom pędzącym przez tunel w stronę Liaoningu. Po lewej stronie drogi, po lewej stronie tunelu jest rekonstrukcja Muru idąca do morza. Postanawiamy sprawdzić, co jest po prawej stronie drogi i prawej stronie tunelu – czy z Muru cokolwiek zostało? Wspinamy się ścieżką w haszczach po nasypie wzdłuż drogi, odgarniamy jakieś małe akacje. Jeszcze trochę do góry i jesteśmy. Na wąskim, ciągnącym się w dal, w wioski, zielonym podłużnym pagórku o ściętym wierzchu. Skaczą sroki, latają muchy. I jakby nie słychać ciężarówek. Jesteśmy na prawdziwym Murze. Ponad 600-letnim. Wedle mapy, która zaznacza ten fragment charakterystyczną, ząbkowaną linią, że niby baszty, Mur biegnie na wschód, aż przerodzi się w mury miejskie “wydmuszki” a stamtąd pobiegnie jeszcze dalej na wschód, wespnie się na góry i dalej w Chiny, nad Pekinem, przez Shanxi, przez Shaanxi, aż po pustynie. Idziemy, według mapy do miasteczka jakieś 5 kilometrów. Mur rwie się wśród nadbrzeżnych wiosek, jest zasobnikiem piachu do budowania dla okolicznych mieszkańców, wysypiskiem śmieci, momentami ścieżką pomiędzy polami, rosną na nim konopie. Sylwetka portu-kolosa oddala się. Po “barbarzyńskiej” jak i po “cywilizowanej” stronie chlewiki, małe poletka. Od czasu do czasu nad nami huczy wojskowy samolot (za każdym razem jak przelatują, myślę o Lin Biao, który z tego samego lotniska, z którego startują, rozpoczął swoją tajemniczną i tragiczną ucieczkę).

Koniec Muru wyremontowanego, początek dzikiego, w oddali morze

Mur przecięty polną dróżką

…polną dróżką…

Od czasu do czasu Mur przecięty jest polną drogą, którą jadą trójkołówki, idą dzieci. Wtedy schodzimy po zółtym piachu, przechodzimy przez jezdnię/dróżkę/ścieżkę i wspinamy się z powrotem. Mam plażowe klapki, przez które przechodza ciernie od małych akacji. Chwasty tną nam skórę. A i tak nie możemy się powstrzymać, żeby iść dalej. Po każdym wymuszonym przez przecięcie Muru drogą zejściu, stwierdzamy, że jeszcze tylko do następnej dróżki/tylko zobaczymy, co za tym drzewem. I tak dochodzimy do miasta. Teraz po “barbarzyńskiej” stronie otaczają nas bloki, a po “cywilizowanej” chlewiki. Gdzieniegdzie pojawiają się zachowane ceglaste mury, zarysy baszt stają się coraz bardziej wyraźne. A droga coraz cięższa. Nogi mam pocięte przez trawy (ciekawskie kobity nigdy nie będą miały ładnych nóg!), zachodzi słońce a przed nami w oddali majaczą absurdalne wieże dworca. Na trawach Muru łopoczą plastikowe torby. Mur przecina szeroka ulica, trzeba zejść.

zarysy baszt są wciąż bardzo wyraźne

dalej się nie da

Miasteczko jest już blisko, klapki na szczęście nie rozpadły się, kolce wyciągam na bieżąco. Kierujemy się w stronę dworca, przy którym jest nasz hotel. Depresyjne bure osiedla, takie jak mogą być tylko w Dongbei. Mijamy wyglądające jakoś absurdalnie w tym wszystkim budynki. Czerwona cegła, kilkupiętrowe, drewniane okna z kratownicami. Niemieckie. Ale nie, nie takie jak w Niemczech, tylko bardziej jak na Śląsku. Pociemniałe, z dobudówkami, od lat nieremontowane.
“To Wasi to wybudowali” – rozlega się za nami głos, gdy tak patrzymy na te kilka domów – “tylko zejdźcie mi z ogórków”. Patrzę na własne brudne i pokaleczone trawami stopy w nieszczęsnych fioletowych japonkach – faktycznie, niby stoją na skrawku ziemi przy ulicy, ale jednak na mikroskopijnym poletku z kilkoma sadzonkami ogórka. “Tu ci wasi jak kolej budowali, to tutaj mieszkali robotnicy, tam inżynierowie. A tu mieli kościół” – pokazuje na budynek z gotyckimi oknami połatanymi szkłem zwykłym i we wzorki. “To wasi wszystko zrobili” – uśmiecha się.

Ostatkiem sił docieramy pod hotel. Obok miło wyglądająca knajpka. Ponieważ pekińskiego jedzenia mam powyżej uszu, rzucam sie na owoce morza, ryby. “Nie możecie tego nie spróbować” – rzecze szef i przynosi niepytany specjalność zakładu – krewetki z tofu. Rzucam się. Parę godzin później, już w nocy, przyjdzie pierwszy atak zatrucia, żołądek zacznie rzucać się w niepożądanych kierunkach, a zaraza unieruchomi mnie w pokoju hotelowym na następny dzień. No więc następnego dnia słońce świeci przez firanki, morze pewnie gdzieś tam migocze, a ja leżę zielona na twarzy i oglądam program pierwszego kanału CCTV, gdzie eksperci – krytycy sztuki – zjeżdzają do różnych chińskich miasteczek i oceniają autentyczność przedmiotów, które tłumnie znoszą do prowizorycznego studia mieszkańcy – waza z dynastii Yuan oczywiście okazuje sie podróbką, naczynie do picia wina z Shangów rzecz jasna też (“pewnie zaraz wniosą Arkę Przymierza” – kwituje J.). Kaligrafia wielkiego mistrza okazuje się być nędzną podróbką. Waza z bladozieloną emalią jest prawdziwa – oczywiście z Mingów. Oglądamy zachwycone twarze tych, którzy dowiadują się, że rzecz jest warta miliony i zrozpaczone twarze tych, którzy stracili właśnie majątki (skąd ci niepozorni starsi ludzie mają pieniądze?…). Prawdziwe, fałszywe. Tutaj kryteria sa proste. Waza “qingowska” zrobiona dwa lata temu nie jest prawdziwa. A Wielki Mur z lat 80-tych? A miasto, w którym już nic nie ma?

Wieczorem, w dresie, wyczołguję się na ulicę. Miasteczko-wydmuszkę konsekwentnie bojkotujemy, kręcimy się po paskudnej, ale za to żywej nowej części miasteczka. Pod ogłuszająco brzydkim, obłożonym zapyziałym szkłem refleksyjnym domem towarowym (bazarem?) imitującym…baszty Wielkiego Muru, gra muzyka – bębny, trąbki, stoją ludzie. Trzymając rękę na zmordowanym żołądku poddreptuję bliżej. Przy mdłej żarówce w takt hipnotycznej muzyki przesuwa się barwny korowód postaci w strojach z dynastii Qing. Starsze panie, panowie poruszają się dostojnie, majestatycznie trzepoczą wachlarzami. Na końcu korowodu pląsa facet w podkoszulku i damskim stroju z Qingów. Ani się spostrzegam wciągają mnie w środek. Przed chwilą jeszcze ledwie szłam po tym zatruciu, a teraz, proszę bardzo, z potem na czole, ale tańczę – w dresie i z wachlarzem (w tańcu czy tam w biegu kłaniając się publiczności i przepraszając naookoło, że psuję widok), ale tańczę! Ludzie – tak jak mnie zresztą zapewnili, zanim mnie wciągnęli – nie śmieją się, tylko radośnie uśmiechają, pokazują kciuki do góry, machają, krzyczą: “dalej! Super!”. Przyglądam się bliżej strojom “z epoki” – z taniutkich materiałów, koraliki na “koronach” z plastiku, gdzieniegdzie wystaje zwykły podkoszulek, zwykłe tenisówki.

Następnego dnia kolejny odcinek Muru. Tym razem wracamy z podnóża gór, tam, gdzie zaczyna sie “oficjalny” górski turystyczny odcinek Muru, który chcieliśmy zwiedzić jak ludzie, bez kolców i tnących skórę traw, ale był zamknięty. Do miasteczka. Znowu – przekleństwo – 6 kilometrów chaszczami, bo nie mogliśmy się powstrzymać. Na zdjęciach:

Polecam powiększenie zdjęcia, bowiem pokazuje oryginalny sposób sztukowania Muru

przed wejściem na dziki Mur wespniemy się jeszcze na tę basztę

Mur odnowiony spotyka się z dzikim – my pójdziemy dzikim

te białe punkciki to kozy

Mur przecina autostrada do Shenyangu, przy Murze na wysokości autostrady mała wioska ze szpitalikiem z lat 50-tych z rodzaju, który w miastach można oglądać tylko na filmach. Byłam w środku, ale mam wrażenie, że sympatyczni mieszkańcy wioski nie chcieliby, żebym zamieszczała zdjęcia na blogu

Niegdyś hala zebrań, dziś mały zakład naprawczy- z bramy po chwili wychodzi czterech pracowników i nas zagaduje

 

Mury miejskie – jednak tam weszliśmy. O miasteczku-wydmuszce mam nadzieje jeszcze napisać w oddzielnym poście

07

06 2011