Archive for September, 2009

Wuerlixi Beike a sprawa chińska

Mój uniwersytet często nawiedzany jest przez różne światowe sławy. Dziś pojawił się Ulrich Beck - 乌尔利希·贝克 (Wuerlixi Beike). Przybyli na spotkanie studenci byli tak liczni, że trzeba było zastosować środek specjalny – zasiąść na miejscach z napisem “rezerwacja” z ważnymi minami i udawać zaproszonych gości. To stary sposób – do mnie nikt nie podejdzie, bo pewnie jestem jednym z zaproszonych zagranicznych gości  (mojego wieku a więc i pozycji nie da się tu poznać po wyglądzie, w oczach Chińczyka mogę mieć lat 20 jak i 40) i głupio nawet pytać. Blef ma taką moc, że zapewnia wygodne fotele jeszcze moim trojgu chińskim znajomym z wydziału.  No więc siedzimy z ważnymi minami i notesami Hello Kitty w drugim rzędzie, a Beck przemawia. Ogólnie mówi to, co w książkach, tyle tylko, że robi to z silnym niemieckim akcentem i bez tłumaczenia, co sprawia, że moi biedni znajomi wykrzywiają się z wysiłku, żeby go zrozumieć (teraz wiedzą, co czuję na niektórych wykładach). Kończy stwierdzeniem, że wie już, że trzeba badać drugą nowoczesność w jej nie-zachodnich odsłonach (niestety, jak i co, to już nie mówi, a tu przypadkiem właśnie w takiej odsłonie się mieszka, chodzi na zajęcia, rozwiązuje problem zatrutego mleka). Ciekawie robi się dopiero po końcu wystąpienia.

Na mównicę wchodzi chiński profesor socjologii, który ma za zadanie dodać “chiński kontekst” do tego, co mówił Beck. No i dodaje. Styl tego dodawania przypomina mi sposób, w jaki zdawano egzamin urzędniczy w cesarskich Chinach. Po prostu sypie cytatami z klasyków: Konfucjusza, Mencjusza, Sunzi i Mao. Zaczynamy podziwiać tłumacza (cytaty, oprócz tych z Mao, są w klasycznym chińskim) i skupiać się bardziej na jowialnej, zaróżowionej twarzy Becka, na której maluje się rosnące zdumienie.  Celem przemówienia jest pokazanie zagranicznemu gościowi, że wszystko o czym mówi, już kiedyś wymyślili Chińczycy. Tu już nie tyle już chodzi o chińską naukę, ale o chińską dumę. Kosmopolityzacja? Proszę bardzo - już Konfucjusz mówił, że wszyscy jesteśmy braćmi pomiędzy czterema morzami. Ryzyko i katastrofy? Proszę – już Mao pisał o ryzyku (tu wymieniamy cicho uwagę, że Mao faktycznie jak nikt wiedział dużo o katastrofach i ryzyku) itd. Na koniec wytoczony zostaje Marks i następuje uwaga, że cały dyskurs o ryzyku ekologicznym w postaci gazów cieplarnianych ma podłoże polityczne i ekonomiczne, mające na celu narzucić dominację pewnych krajów nad innymi i że to sztuczny problem.

Beck wydaje z siebie “Wow” – mniej więcej takie, jak mógłby wydać, gdyby w środku konferencji zjawił się połykacz noży i zaprezentował swój program, po czym okazało się, że został zaproszony przez gospodarzy jako najlepsza możliwa rozrywka. Potem tłumaczy jeszcze raz, że chodziło mu o coś innego, niż “przyjaźń pomiędzy narodami”, że to nie on wymyślił zatrucie środowiska i że on tylko rekonstruuje dyskurs etc. Mam wrażenie, że tłumaczenia te odebrane są przez część profesorów jako wydumane.

Kolejne pytania zadawane przez profesorów (“Żeby osiągnąć międzynarodową wspólnotę trzeba mieć jakiś wspólny język, jak to zrobić?” etc.) wskazują, że jedna strona z drugą zupełnie się nie zrozumiały.  I że to niezrozumienie jest dowodem na to, że Beck - choć z całych sił deklaruje zwalczanie “nacjonalizmu metodologicznego”, tkwi może już nie w perspektywie niemieckiej, ale do bólu europejskiej. Że chińscy profesorowie, pomimo “okcydentalizacji” chińskiej nauki, na którą się tak często uskarżają, nie mają wiedzy i kontekstu koniecznego dla zrozumienia chociażby terminologii tego- bądź co bądź – jednego z bardziej prominentnych zachodnich badaczy. A po środku tego wszystkiego nieszczęsny angielski.

To o czym mówi Beck dla przemawiających chińskich profesorów jest w najlepszym razie obce i wydumane. W nieco gorszym – widziane jest jako zagrożenie, coś dokładnie przeciwnego głównym celom, o których obecnie mówi się w Chinach. No bo on o zwalczaniu “nacjonalizmu metodologicznego”, podczas gdy tutaj próbuje się z całej siły skonstruować “narodową perspektywę” . On o ponadgraniczości, rozkładzie dotychczasowych reguł i kosmopolitanizmie jako o szansie, podczas gdy tutaj pachnie to chaosem (czyli źle pachnie), a władza lansuje usilnie “harmonijne, uporządkowane społeczeństwo,hexie shehui“. On o otwieraniu się władzy i konieczności jej przyznania się do niemożności zapanowania nad ryzykiem, jako o sposobie na jej legitymizację, podczas gdy tutaj legitymizacja władzy opiera się w znacznej mierze na wierze, że ma ona pełną kontrolę (do tego “opartą o naukowe podstawy”) np. nad ekonomią. Te beckowskie szanse są widziane na tyle duże zagrożenia, że trzeba wytoczyć działo w postaci cytatów z “jednego z najwybitniejszych myślicieli świata – Konfucjusza” i mieć nadzieję, że ich siła będzie mówić sama za siebie.

W tym wszystkim zadziwiają mnie studenci - zadają odważne sensowne pytania, nie używają cytatów jako tarczy,  argumentują, są krytyczni. W pewnym sensie jestem z nich dumna. W końcu pada pytanie o Chiny i o ich drogę w nowoczesności (już pal licho w której). I znowu widać, jak strasznie dużo dzieli tego europejskiego profesora od świata w świecie, w którym właśnie jesteśmy. Zapytany o Chiny, mówi o tym, że tworzenie iluzji perfekcyjnego zarządzania ryzykiem jest bardziej niebepieczne niż to (zdefiniowane już) ryzyko. Krótko mówiąc, mówi o otwarciu politycznym, ostrzega, że jego brak może doprowadzić do eksplozji. I tyle. I nikt nie kontruje, rzecz wybrzmiewa i tak to zostaje. Potem, już po wyjściu, jak przetłumacze znajomym (w końcu nie zrozumieli, a może kontry nie było, bo w ogóle mało kto zrozumiał?), to się wkurzą nie na żarty, już nie tyle dlatego, że ktoś znowu nie znając Chin i ich zagrożeń uczy je, co powinny zrobić, ale dlatego, że to w ich oczach żadne odkrycie i że znowu oczywistość “jest sprzedawana jako cos cudownego, bo z Zachodu”.

Faktycznie, tutaj niemal na każdych zajęciach mówi się o  gongkai – otwarciu publicznym: władzy, mediów. Choć nie jest to otwarcie, o jakim mówi Beck (no bo niby czemu miałoby być?). To raczej dyskusja o większej transparentności. Jak dla mnie jej istnienie np. w środowisku uniwersyteckim to ważny znak dynamizmu dzisiejszych Chin, także jeśli chodzi o idee (w skali chińskiej, ale to w końcu nie byle jaka skala). Tylko czy tego rodzaju zmiany nie wydają się zbyt małe (jakoś słowo “mały” z trudem mi przechodzi przez palce w odniesieniu do czegokolwiek chińskiego) z europejskiej perspektywy? I co musiałoby się zdarzyć, żeby Beck miał o Chinach do powiedzenia więcej niż 3 słowa?

29

09 2009

Wykrzycz głośno swoją miłość

Niedzielnym wieczorem w Telewizji Szanghajskiej (chyba, sprawdzę jeszcze w tę niedzielę) jest program o właśnie takim tytule. Uczestnicy w jakimś miejscu publicznym, np.  stojąc na balkonie na Nanjing Dong lu, ulicy Nankińskiej, głównym pasażu Szanghaju, albo pojawiając się na pontonie w środku występu delfinów w oceanarium, z tubą przy ustach robią właśnie to, co sugeruje tytuł: krzyczą słowa miłości do stojącej pod balkonem dziewczyny, siedzącego wśród publiczności oceanarium męża. Potem krzyczący/a schodzi z balkonu/wychodzi na brzeg i rzucają się sobie w ramiona. Kamera filmuje jedno, drugie i reakcje publiki.

Następny etap ma miejsce w studio - trzy wybrane pary wyznają sobie miłość już z bardzo bliskim zbliżeniem kamery rejestrującym ich każdy grymas twarzy, czerwieniejące ze wzruszenia nosy, łzy. Potem jury wybiera najbardziej wzruszającą parę.

Tym razem wygrała para, gdzie chłopak, we łzach, klękając, wyciągnął z kieszeni pierścionek  i wyznał płacząc, że to tani pierścionek, bo nie ma pieniędzy, ale jest w nim cała jego miłość do dziewczyny i że oczywiście prosi o rekę. Wtedy ona szlochając i drżąc (nigdy nie widziałam, żeby ktoś drżał naprawdę w telewizji), najpierw wyciągnęła do niego ręce, a potem też uklękła i padli sobie w objęcia. Kamera pokazywała na przemian twarz jednego i drugiego.

Na  oko 50-letni facet, który wyznał żonie, że choć jego miłość do niej nie jest tak doskonała, jak miłość, którą otrzymywała ze strony jej niedawno zmarłego ojca, to jednak błaga ją, żeby przyjęła tę chociaż trochę ułomną, to jednak gorącą miłość, przegrał. Choć płakał on, ona zanosiła się od spazmów, a wraz z nimi oczy ocierała cała moja zaprzyjaźniona knajpa, (łącznie ze mną, a kucharz przerwał na chwilę przygotowywanie najlepszej w okolicy zupy rybnej, wyszedł z okopconej kuchni i zagryzał wargi stojąc pod zawieszonym przy suficie telewizorem), to w oczach jury nie było wystarczająco poruszająco.

Trzecia para – dziękująca sobie za wspólne życie, zapewniająca, że jest dla siebie wszystkim, że nie żałują, już w ogóle nie miała szans.

Zwycięzcy wygrali wycieczkę luksusowym statkiem i – tym razem już bardzo drogi – pierścionek. Pozostałe dwie pary straciły twarz – dosłownie i w przenośni, nigdy jeszcze w telewizji nie widziałam na czyjejś twarzy wyrazu tak strasznego i zupełnego zawodu.

W całej knajpie tylko jedna osoba nie patrzyła na telewizor - chłopak, który przychodzi tam codziennie, bo jest zakochany w kelnerce. Siedział jak posąg i patrzył w ścianę na wprost. Jak na razie o tym, dlaczego kocha właśnie tę dziewczynę (bo, że bardzo mu się podoba, to wiedzą wszyscy, chociażby po tym, że niemal wprowadził się do knajpy), wiem z bywalców tylko ja (mi powiedział, i to już podczas pierwszej rozmowy, to, czego innym w ogóle się nie mówi, bo jestem z innego kontekstu).

24

09 2009

Koreańska fala i samotność otaku

Koreańska fala (韩流 – hanliu, koreański – hallyu)to szał na koreańską kulturę popularną (głównie modę, seriale, muzykę), który od paru lat trzyma i nie puszcza Azji Wschodniej. Jak dla mnie hallyu/hanliu skupia jak w soczewce wszystkie wielkie tematy Azji Wschodniej (wojna, nienawiść i urazy do Japonii, wieczne dyskusje, kto co od kogo czerpie i co z tego wynika, strachy przed “westernizacją“, azjatyckie nacjonalizmy czy relacje rynek-państwo) i ukrywa je (niezbyt głęboko) pod warstwą kolorowej jak cukierki muzyki, mody, k-dram (seriali), na widok bohaterów których mdleją Japonki w średnim wieku. Ale o tym kiedy indziej, a może mocodawca zgodzi się, żebym tekst o hallyu, który właśnie skończyłam, umieściła także i tutaj (znajdzie się w materiałach edukacyjnych do gimnazjów i liceów wysyłanych do szkół, więc nie będzie jakoś specjalnie dostępny).

Ale jest jeszcze inna koreańska fala, której nie sposób przeoczyć zwłaszcza tutaj, w okolicach uniwersytetu. Na 6 tysięcy zagranicznych studentów mojej uczelni ponad 4 tysiące to Koreańczycy. Na ulicach są dwujęzyczne napisy, koreański słychać niemal równie często co chiński. Ja sama chodzę do koreańskiej szkoły na kurs przygotowawczy do zaawansowanego HSK (taki chiński TOEFL). Koreańscy szefowie, koreańskie napisy (sama już nie wiem, jak w ogóle mi przyszło do głowy że to szkoła i że na coś mi się przyda), koreańscy pracownicy piją z puszek koreańskie napoje. Chińska nauczycielka, jedna Polka i koreańscy uczniowie (chłopaki w wieku 19-23 lata).

Co tu robią? Czy dostrzegli ważność stosunków z Chinami? A może żywią specjalne zainteresowanie dla Chin czy chińskiego?

Oczywiście wielu z obecnych tutaj Koreańczyków tak. Tak jak moja znajoma Hana, która mówi świetną chińszczyną, skończyła w Korei sinologię, ma stypendium, jest tutaj na stosunkach międzynarodowych i jest wzorem pilności i sensu.

Jednak znaczna część jest tu z innego powodu – nie dostali się na studia w Korei, lub w miarę jak kończyli szkołę średnią coraz bardziej stawało się jasne, że projekt, któremu poświęcono mnóstwo pieniędzy, czasu, wszystkie ambicje i oczekiwania rodziców i właściwie całe dzieciństwo ucznia – czyli dostanie się na uniwersytet – nie ma szans powodzenia. Trzeba ingerować zanim młody człowiek upadając, roztrzaska się o bruk. Albo wysłać już rozstrzaskanego gdzieś daleko.

W zgodnej opini moich koreańskich znajomych nie dostanie się na studia oznacza po prostu śmierć społeczną, porażkę totalną, nieudany eksperyment. Nie tylko samej jednostki – oczywiście stanowi też plamę na wizerunku rodziny. Wysłanie takiego “nieudanego” dziecka tutaj jest jedynym sposobem na uniknięcie utraty twarzy, ale i szansą na uratowanie nieszczęsnego. Pozbiera się, nauczy się języka, wydorośleje. A pewnie i na uniwersytet dostanie. Zagranicznym (wnoszącym zupełnie inne stawki niż Chińczycy) studentom łatwiej (niż Chińczykom) się tu dostać na studia, no i można powiedzieć, że dziecko “studiuje za granicą”. Czyli sytuacja opanowana, największe niebezpieczeństwo jakoś zażegnane.

Patrząc na moich młodszych kolegów z kursu na HSK nie mogę jednak oprzeć się strasznemu wrażeniu, że oni (a może wraz z nimi znaczna część obecnych tutaj młodych Koreańczyków) i tak skazani są na porażkę, że zarówno to, co się stało w Korei, jak i życie, które prowadzą tutaj, to rana nie do zagojenia.

Ci 19-, 20-latkowie po raz pierwszy w życiu znaleźli się poza kontrolą rodziców – do tej pory organizująch im życie w najdrobniejszych szczegółach, wyręczających ich we wszystkim, aby tylko się uczyli, aby powiódł się “projekt uniwersytet”. Rodzice wysyłają pieniądze – nie tak wcale duże w porównaniu z tym, co (by) władowali w dziecko w Korei, ale wystarczające do rozpoczęcia życia bez żadnego zakotwiczenia, bez podziału na dzień i noc, obowiązek i rozrywkę. Moi młodzi koledzy z kursu balują w nocy, śpią na lekcjach, przydeptują niedbale nowiutkie buty za kosmiczne pieniądze, robią pracowicie dziury długopisem na wyświetlaczu komórki, spędzają kilka godzin dziennie na grach komputerowych. I rozwijają różne niepokojące nawyki.

Jeden z nich po tym, jak i tutaj dwukrotnie nie udało mu się dostać na uniwersytet (biedny chciał zetrzeć winę i dostać się na Beida – najlepszy uniwersytet Chin – nie mogło się udać) stał się 宅男 (chn. zhainan, z japońskiego otaku) - osobą, która nie wychodzi z domu/pokoju przez kilka miesięcy, a nawet lat. Gdy wreszcie wyszedł, był (i nadal jest), patologicznie otyły, nie wygląda na swoje 23 lata, tylko na 33. Teraz chodzi na ten kurs, mówi dobrą chińszczyzną, widać, że jest inteligentną osobą, ale jego główne zajęcia to nadal jedzenie i oglądanie telewizji.

Drugi, 19-latek, wiecznie śpi na lekcji i tylko od czasu do czasu budzi się, żeby powiedzieć coś nie na temat (najczęściej, jak zepsute radio, wypluwa z siebie jakieś strzępki sensacyjnych wiadomości, typu “a wiecie, że urodziło się dziecko z zarodkiem swojego syjamskiego brata bliźniaka w brzuchu?” po czym dodaje sam do siebie z tym super silnym koreańskim akcentem “naprawdeaeaeae” i ponownie zasypia. Po czym po kilku minutach budzi się i pyta nauczycielki: “Czy mąż jest dla ciebie dobry?”). Dziś poczułam bezmiar jego nieszczęścia, gdy trzeba się było wypowiedzieć na temat: “Czym jest stres i jak z nim walczysz?” (HSK ma to do siebie, że ocenia się tam zdolność gadania i pisania banałów). Chłopak, gdy już go dobudzili, pomilczał chwilę i powiedział: “Obcinam włosy, albo je farbuję. Nawet 5 razy w tygodniu”. Oczywiście po tym nastąpił dziki wybuch śmiechu zgromadzonych i pytania o powody. A on wtedy odpowiedział: “wtedy wyglądam jak ktoś inny”.

23

09 2009

Kurs marksizmu

Nie byłabym sobą, gdybym nie zapisała się na kurs marksizmu. Marksizm – to jest dopiero kopiowanie Zachodu!

No i uśmiecham się, jak współstudiujący mówią do mnie: “to musi być dla Ciebie bardzo egzotyczne, przecież jesteś z Zachodu!”.

Jeśli chodzi o te zajęcia, muszę się przyznać do pozytywnego zaskoczenia, które w całości zawdzięczam mądrości prowadzącego, który nie ma w sobie nic ze skostnialego dogmatyka, za to dużo doświadczeń i ogromną erudycję (chociaż może w sumie to zawdzięczam ową satysfakcję uczelni, która zrobiła wszystko, żeby kurs był atrakcyjny – nie tylko ten świetny profesor, ale także i najbardziej profesjonalny powerpoint, praca w grupach i inne atrakcje). No a sama treść kursu – profesor mówi po prostu o historii marksizmu i marksistów, dodając masę anegdot – np. o tym, jak w Mao, pracującemu w bibliotece Beida (Uniwersytet Pekinski) rodziła się niechęć do profesorów (która zebrała żniwo podczas Rewolucji Kulturalnej), zarabiających 300 kuajów podczas gdy on zarabiał 8, albo co robił Deng w Paryżu. A do tego ma w sobie szczerość i bezpośredniość taką, że studenty, co normalnie trochę śpią na zajęciach, na tych mają oczy wpatrzone w prowadzącego jak w obrazek.

22

09 2009

Powiedz “hello”

Angielski azjatycki bywa traktowany jako kuriozum i jako taki podlega np. kolekcjonowaniu (największa kolekcja to http://www.engrish.com, jak dla mnie jeśli chodzi o ładunek poezji niezrównany jest ten ). Status ten owa angielszczyzna zawdzięcza nie tylko specyfice błędów robionych przez Azjatów (a te płyną głównie ze specyfiki nauczania), ale także chyba popularności automatycznych translatorów, w oparciu o które powstaje duża część tablic informacyjnych i ulotek. Np. takich jak te (na dolnym zdjęciu polecam rozwadze zwłaszcza punkt 7 i 8, choć wizja “randomly feeds the animal” też nasuwa wyobraźni różne niepokojące obrazy):fancysoup

civilized pledge

Pewnie niejedna osoba widząc w nowoczesnym supermarkecie zawalonym miliardem dóbr ładnie wykonaną i podświetloną tablice z napisem “one time sex thing” (słowo w słowo przetłumaczone znaki wyrażenia “produkty jednorazowego użytku”), albo powyższą tablicę przy wejściu do cudu architektury z listy UNESCO – wioski Xidi w południowym Anhui, zastanawia się, dlaczego nie zainwestowano jeszcze odrobinę więcej w weryfikację albo tłumacza.

Myślę, że wynika to głównie ze specyficznej roli, jaką pełni yingyu tutaj, w Chinach. Mam bowiem coraz silniejsze wrażenie, że yingyu to już nie tyle odpowiednik słowa “angielski”, ale cały złożony system, którego motywy i cele zamykają się niemal w całości w chińskiej rzeczywistości. No bo:

Dzieciaki uczą się yingyu, żeby dostać się na dobrą uczelnię i mieć szansę na znalezienie dobrej pracy w którymś z dużych miast Chin. I to jest zasadniczy horyzont czasowy i geograficzny motywów jednostki.

Państwo z kolei chce aby yingyu był nauczany, bo wpisuje się to idealnie w wizję otwartego, “cywilizowanego” (nieśmiertelne słówko klucz – 文明  wenming), nowoczesnego kraju. Słowem projektu wielkich wspanianiałych Chin (kolejne słówko klucz - 中华 zhonghua), który jest obecnie konstruowany głównie na użytek wewnętrzny.

Dla pracodawcy yingyu delikwenta stanowi informację, że odpowiednią ilość czasu i pieniędzy w taką osobę zainwestowano, że jest ona zdolna do opanowania dużego zasobu informacji, że ma pojemną kartę pamięci, że jest pilna.

W takiej sytuacji zarówno od strony systemu, jak i pojedycznego ucznia, nauczyciela czy rodziców czytanie literatury, oglądanie filmów, szukanie kontaktu z żywym językiem, zagranicą, laowajami i ich kulturą to dość dalekie (i wcale nie specjalnie funkcjonalne, by nie powiedzieć, że to strata czasu) dodatki do uporządkowanego systemu yingyu. Owszem, można syknąć dziecku do ucha “patrz, cudzoziemiec, powiedz hello“. Matka będzie zadowolona, że zachowała się wenming i kaifang (otwarcie) i że można znajomym powiedzieć, że dziecko ”rozmawiało z cudzoziemcem”. Więcej nie trzeba – reszta yingyu dokona się na testach i egzaminach.

“Angielski” napis w supermarkecie, podobnie jak takie hello pokazuje Chińczykom (co prawda tym, którzy nie rozumieją yingyu, ale to wciąż przytłaczająca większość jego klientów), że sklep ów jest już wenming. Że jest już taki, jak sklepy 发达国家 – fada guojia - krajów rozwiniętych. I to w przypadku np. wielkiego hipermarketu na obrzeżach Szanghaju wystarcza.

Jeśli tak spojrzeć, system nauczania yingyu tutaj (z reguły od 40 do 60 uczniów w klasie, wszystko niemal w całości oparte na pisaniu ćwiczeń do testów) jest względem wyżej wymienionych celów jak najbardziej funkcjonalny.

Oczywiście krytyków tego systemu (wśród nich np. mój profesor od neo-konfucjańskich narzekań, który słusznie zresztą widzi w tym systemie marnotrawstwo możliwości, czasu i zdolności młodzieży) nie brakuje. Wśród nich są też i sami uczniowie, którzy niemal płaczą, jak słyszą, że uczyłam się chińskiego połowę krócej niż oni yingyu. Wśród tych, dla których angielski jest czymś innym niż system yingyu są też ci wszyscy odważni i zdolni młodzi ludzie, którzy proszą – czy to w restautacji czy w autobusie, o pogadanie z nimi po angielsku. Przynam, że bardzo mi sie podoba taka śmiałość (bo wiem, że to tędy droga) i że ich znajomość słówek czy gramatyki jest zdumiewająca (niestety, często jednak nie wiedzą jak wymówić trudne słówka, których się nauczyli). I co tu dużo mówić - cieszę się, bo w takiej sytuacji paradoksalnie mniej jestem dodatkiem do - zresztą nieswojego – języka. Jak dla mnie jest wtedy całkiem wenming i zupełnie kaifang.

No, ale  z punktu widzenia (zwłaszcza nie mówiącego po chińsku) cudzoziemca w Chinach – nie ma co narzekać. Nawet takie pisane “engrishem” informacje są lepsze niż  niemal całkowity brak informacji po angielsku w Polsce (np. brak napisu na Dworcu Cetralnym to skandal). Może gdyby nie nasze szlachetne milczenie, okazałoby się, że polski Engrish jest po stokroć śmieszniejszy?

22

09 2009

Coca-cola i chrześcijanie jak dzieci

Profesorów, z którymi tu się zetknęłam, można podług przyjętych przez nich założeń wstępnie podzielić na dwie kategorie. Pierwsza z nich to ci, którzy przyjmują aparat opracowany przez tzw. zachodnich badaczy i podług tego analizują Chiny. Pojawia się więc Delida (Derrida), Geerci (Geertz), Fouke (Foucault), Bate (Barthes) i inni. Tego rodzaju profesorowie, z którymi tu się zetknęłam, robią swe badania, jak dla mnie, w sposób całkiem twórczy. Tak jak pani profesor, która w świetny sposób mówiła o szanghajskiej tożsamości jako (wielokrotnie) konstruowanej i o Szanghaju jako wspólnocie wyobrażonej. Jest narzędzie, które jakoś działa, są dość ciekawe rezultaty. Druga kategoria to ci, którzy wszystko , co dzieje się we współczesnej kulturze Chin widzą jako “naśladowanie Zachodu” i widzą antidotum w studiowaniu/przywracaniu “tradycyjnej” kultury Chin, albo chociażby “demaskowaniu” wszędzie czającego się “Zachodu”, a zwłaszcza Ameryki. Zdaje się, sławy tutejszego wydziału (dość zgodnie uznawanego za najlepszy w swej dziedzinie w Chinach), należą w większości do tej właśnie kategorii. Choć wiadomo, że ten prąd istnieje – np. w postaci neokonfucjanizmu (konfucjanizm jako lek na całe zło współczesności) i pełni ważną rolę polityczną, to nie myślałam, że jest tak bardzo dominujący w życiu uniwersyteckim.

Argumenty “z coca-coli” (typu: “współczesny świat cały jest jak Ameryka, wystarczy popatrzeć, wszyscy noszą jeansy i piją coca-colę”) aż mnie wykręcają.

Na jednych zajęciach prowadzący ex cathedra robi porównanie poszczególnych religi świata do etapów rozwoju człowieka. No więc chrześcijaństwo i islam jako okres dziecięcy – karzący ojciec, zero moralności, tylko system kar i nagród. Potem jest trochę lepiej, bo wiek średni i buddzm – czyli rodzące się współczucie, a więc i moralność. Oczywiście najwyższy etap rozwoju to starość i odpowiadający jej taoizm i ogólnie wszelkie chińszczyzny, jako utożsamienie człowieka z naturą. Pomijając fakt, że takie porównania to część historii nauk społecznych znienawidzonego przez prelegenta Zachodu i że generalnie to mogą robić za przedmiot badań, a nie za ich podstawę, to nie wiem po prostu, jaki jest cel, oczywiście poza budowaniem chińskiej dumy (na schematach dotyczących obcych, choć i rodzimych reprezentantów pierwszego etapu rozwoju jest niemało).

A taki obcy – umniejszony, dziecinny – doświadczam tego na własnej skórze, kiedy współstudenci pytają mnie, czy wiem, kim był Mao Zedong (czy oni sami wiedzą?) i czy dlatego zaintresowałam się Chinami, że oglądałam dużo filmów kungfu.

22

09 2009

Haibao nie jest ….

…udaną maskotką. Jest brzydką maskotką. Jest maskotką mało komunikującą. Niby ma przypominać znak 人 (człowiek) i – jak stwierdza oficjalny opis -  “it expresses our capacity to create wonderful lives and enjoy fruits of our work”.

Haibao - czyli “skarb morza” to maskotka Expo 2010, którym żyje (chyba na razie w sposób sztucznie nakręcany) całe miasto.

Tutaj na przykład Haibao patrzy z wyrozumiałością na wszechświat:

wszechświat

Moje czerwone światło dla radośnie fikającego Haibao:

czerwone dla haibao

Haibao oprócz tego, że radośnie fika, pozdrawia tłumy i wszechświat, to jeszcze – podobnie jak kiedyś u nas Miś Uszatek – poucza i sztorcuje. “Respektuj zasady ruchu drogowego”, “nie rzucaj śmieci na ulicę”. Występuje też na licznych tutaj ulicznych dystrybutorach prezerwatyw.

Na moim osiedlu i jego przyległościach dystrybutorów takich jest 5, oprócz Haibao jest na nich jeszcze hasło “prezerwatywa – zdrowie i cywilizacja” (jedno ze słów kluczy dzisiejszych Chin – 文明 wenming – jako cywilizacja w znaczeniu “bycia cywilizowanym”). Parę ulic dalej jest też tabliczka z hasłem “nie pozwólmy, aby AIDS zatrzymało wspaniały postęp narodu chińskiego”. Naród chiński -  中华民族, zhonghua minzu. Nie da się wprost przetłumaczyć dumy i aury wspaniałości, jaka bije z tego wyrażenia. Zamiast tego definicja z mojego słownika elektronicznego:

中华民族 zhonghua mingzu: “Chinese nation, having 56 ethnic peoples, a long history, a splendid cultural heritage, and a glorious revolutionary tradition”.

I to wszystko w 4 znakach – cud semiotyczny, ale jak najbardziej tutaj realny.

21

09 2009

Uczelnia, uczelnia

Od dwóch tygodni chodzę na zajęcia na renomowanej uczelni szanghajskiej. Jak na razie to okoliczności zdobywania wiedzy tutaj fascynują mnie na równi, co owa zdobyta (?) wiedza.

Szum kilku tysięcy rowerów dookoła 90-letniego kampusu, bractwa i stowarzyszenia prześcigające się w rekrutowaniu nowych, kubeczki-słoiki z herbatą wielokrotnego zaparzania, które muszą starczyć na cały dzień, studenci, którzy najpierw się kłaniają profesorom, by za chwilę zasnąć na widoku tychże. Kilka tygodni wcześniej studenci, którzy z całym “dorobkiem” (matą do spania, komputerem, książkami) siedząc na wózkach doczepianych do roweru jadą do akademika.

Zajęcia. Po kilku próbach moje kryteria znajdywania zajęć upraszczają się – nie tyle ważne, o czym się mówi, byle był powerpoint. To po doświadczeniach z zajęciami jednej z tutejszych sław, która cedziła w jakimś przedziwnym dialekcie (zamiana “sh” na “s” “zh” na “z” to jeszcze zniosę, bom w Taipei rok spędziła, a chiński tajwański też tak ma, ale cedzenie przez zęby i zjadanie końcówek sylab – nie dałam rady, czułam jak mi się mózg strzępi). Dla większej jasności sława zapisuje rzecz na tablicy za pomocą chyba japońskiej katakany, bo chiński to to nie jest (zresztą wspóltowarzysze niedoli też nic nie rozczytali). Z powerpointem jest inaczej – różne cudne słowa żywcem tłumaczone z języków zachodnich typu “dekontekstualizacja” i “hybrydyzacja” (o tłumaczeniach żywcem i nie żywcem to ja jeszcze napiszę) wypisane wołami dają wiedzę przedwstępną, która trzyma mnie jakoś na zajęciach.

Tags:

21

09 2009