Archive for October, 2009

Miasteczko duchów

Miasteczko Wuzhen 乌镇 leży w prowincji Zhejiang, dwie godziny jazdy na południowy zachód od Szanghaju. Jest sławne z powodu “wschodniej zagrody” i “zachodniej zagrody” – jak informuje strona internetowa miasteczka – dwóch wspaniale zachowanych tradycyjnych osad.

Ja ląduję najpierw w części zachodniej. Mając w pamięci zdjęcia przestawiające pochylone ze starości domki i mosteczki nad kanałem jestem nieco (ale tylko nieco) zdziwiona, gdy widzę supernowoczesny budynek z napisem “Witamy w Wuzhen”. Ustawiam się w kolejce jak na dworcu i nabywam magnetyczny bilet za 150 RMB (to zachowując proporcje mniej więcej tyle co w Polsce 150 złotych) i jestem kierowana do bramki. Takiej jak w metrze. Przejście bramki oznacza przejście do innego Wuzhen, tego obiecanego. Oczom odsłania się staw, płaczące wierzby, przy brzegu już czeka barka, która powiedzie nas, turystów na drugi brzeg, na którym widać stare, drewniane domy. I tam rzeczywiście jest jak na obrazku – pochylone domki,  przytulone do kamiennych mostków przez kanał, drewniane rzeźbienia, świątynki, stare dachówki, lampiony, płaczące wierzby i jesień. I sami turyści. Chodzą z gigantycznymi aparatami (ja sama przemierzyłam nerwowo “zachodnią zagrodę” kilka razy w poszukiwaniu filmu do mojej dwunastoletniej lustrzanki aż w końcu znalazłam i wykupiłam cały skład, tzn. oba filmy, w tym jeden trefny, nie wyszło ani jedno zdjęcie). Wykupiwszy, tym samym pewnie zakończyłam definitywnie erę  fotografii analogowej w wiosce. Udane zdjęcia gwarantowane (no poza moimi) – w “zachodniej zagrodzie” nie ma niemalowniczych miejsc. Gdzie się nie cyknie, będzie ładnie:

DSC01637DSC016611191001311910011

Dziwna sprawa, bo nikt nie zachęca do kupna niczego. I w ogóle większość domków zamknięta jest na głucho, nie wisi pranie. W kilku miejscach tylko sprzedaje sie “tradycyjne wyroby”. W światynnych w kadzielnicach nie ma popiołu, nikt nie pali kadzideł, przed bóstwami lezą pojedyczne i podwiędłe porcje ofiar. Tu po prostu prawie nikt nie mieszka. Wzdłuż rzeki rozlokowane są 民宿 - minsu – coś niby kwatery prywatne. Szybko jednak okazuje się, że kwatery wcale nie są takie prywatne – można w nich zanocować tylko, gdy wykupić nocleg w “centralnej recepcji”, a pracownicy nie mają nawet kluczy do pokojów. No właśnie pracownicy – tylko czego? “Centralna recepcja” mieści się w jednym z pochylonych ze starości domeczków. W środku domku nowoczesne centrum turystyczne – na dotykowym ekranie można obejrzeć wszystkie pokoje, porównując atrakcyjność widoku z ich okien (oczywiście na rzekę i mostki), zapłacić kartą jedyne 230 RMB, dostać magnetyczną kartę do pokoju i udać się wraz z przybyłym pracownikiem danego minsu na miejsce.

Pokój urządzony jest tradycyjnie, solidnie i ze smakiem. Podziwiam drewniany telefon z widełkami, którego elektroniczna tarcza ukryta jest w specjalnej szufladce, żeby nie psuć widoku swoją nowoczesnością. Zadbano o każdy szczegół – nawet na ołóweczku jest dyskretna naklejka “Wuzhen”. Odpoczywam chwilę i wychodzę. Drugi spacer po “zachodniej zagrodzie”, już bez nerwowego poszukiwania filmu do aparatu, pokazuje, że cała zagroda jest dokładnie taka, jak ten telefon. W  “zmurszałych ze starości” drewnianych rzeźbionych klatkach ukryte są klimatyzatory. To, co wygląda na naturalne załamanie w kamiennych schodkach okazuje się ukrytą lampką, która rozbłyśnie po zmroku, żeby budować nastrój. Pod każdym z drzewek podświetlenie. Na gałęziach lampy do wybijania komarów. W “porzuconej” omszałej kamiennej stągwi kran z wodą pitną z informacją po chińsku i angielsku. Moją uwagę przykuwa niezwykła, wysoka sosna majacząca na końcu wioski:

DSC01623

Gdy dochodzę na skraj i wytężam wzrok,  odkrywam, że w rzeczywistości jest pomalowanym na brązowo kominem i zarazem nadajnikiem, do którego dorobione są gałęzie. Gdy próbuję do niej dojść, czuję się coraz bardziej jak w filmie Truman Show. Uliczki zwężają się i ślepo kończą, napotykam na murki albo kanałki bez mostów. Na końcu natykam się na pas zaoranej ziemi niczyjej a za nią porządny mur. W końcu znajduję jakąś dróżkę z napisem “wstęp wzbroniony”, idę opustoszałym placem, aż dochodzę do wyjścia. Za nim widać zakurzoną ulicę, poklecone pojazdy, brudne bloki, światło jarzeniówek w gołych oknach, uliczne psy. W przejściu facet, mówi, że…. przejścia nie ma. Ale ja tylko na chwilę – upieram się. “Jak wyjdziesz bilet będzie nieważny” – mówi facet i to przeważa, że zostaję po bajkowej stronie.

W książeczce “Sprawy Wuzhen”, którą znajdę później w pokoju przeczytam, że sposób w jaki odrestaurowano “zachodnią zagrodę” jest absolutnie wiodący i został ustanowiony wzorem dla całego kraju przy rewitalizacji starych miejscowości. Prace zakończono w 2001 roku. Próżno jednak szukać informacji o tym, jak rzecz wyglądała wcześniej, przed odnową np. 30, 40 lat temu, czy takie miejsce jak to obecnie, w ogóle kiedykolwiek tu istniało. Chociaż wychodząc wieczorem napotykam na ślad, że wioska ma jednak jakąś, zatartą, bo zatartą, przeszłość. Przytarty (ostatniego znaku już nie widać, przedostatni ledwo, ledwo kawałek) napis głosi: “Niech Przewodniczący Mao żyje dziesięć tysięcy lat” (podobnie jak nasze “sto lat”, “dziesięć tysięcy” to metafora – znaczy się po prostu bardzo długo). Zważywszy na emanujący z rzeczy duch epoki i patynę czasu, jest to po prostu napis z czasów Rewolucji Kulturalnej:

mao1000sui

W nocy panuje głęboka ciemność i cisza. Nic dziwnego. Oprócz kilku pracowników i garstki turystów w wiosce nie ma nikogo. No ale cisza jest tylko do czasu. Budzi mnie uparty chrobot. Gdy zapalam światło, patrzą na mnie małe oczka szczurka, który obrabia moje ciasteczka sezamowe. Wszedł przez otwarte okno. A jednak nie przewidziano wszystkiego! Nie jest to najstraszniejsze ze zwierząt, jakie można spotkać, gaszę światło i próbuję spać. Jednak zwierz robi się coraz bardziej zuchwały i dosłownie plądruje mi pokój. Gdy zeskakuje z firanki na łóżko, mam dosyć. Konieczne stają się przenosiny. Pracowniczka mojej gospody powiadamia o fakcie “centralną recepcję” bez której zgody nawet mysz się nie prześlizgnie, a recepcja, pomimo środka nocy, ma super oficjalny i biurowy głos.  Dostajemy nowa kartę magnetyczną, sprawdzam kilka razy torbę, czy nie zabieram szczurka ze sobą i rozpoczynamy spacer z latarką, w piżamach, ulicami idealnie ciemnego, opustoszałego miasteczka. Podświetlenia już wyłączone. Tak samo urządzenie do wytwarzania mgły (!) pod jednym z mostków. Mój nowy pokój, w innej gospodzie, jest wierną kopią poprzedniego. Taki sam telefon z ukrytą tarczą (wkrótce dzwoni, a oficjalny i grzeczny głos “centralnej recepcji” przeprasza za niedogodności i życzy miłej nocy), te same meble, te same lampy z wiklinowych koszyków. Tak, jakby ktoś rozparcelował wielki sieciowy hotel na kilka mniejszych.

Rano przenoszę się do “wschodniej zagrody”, której rewitalizacji dokonano 10 lat wcześniej niż rewitalizacji części zachodniej, zaś  książeczka “sprawy Wuzhen” nie chwali się jakoś specjalnie operacją.

Tutaj, w przeciwieństwie do części zachodniej, nie jest tak czysto i pięknie. Położenie tej części jest takie, że nie udało się ustawić szczelnych zapór jak w poprzedniej z zagród. Miasto szarych bloków, terkoczących pojazdów i światła jarzeniowego wciska się w starą cześć tak, że zrezygnowano ze ścisłej kontroli i bramek, jedna i druga część miasta mogą się wzajemnie przenikać. Tu też są kamienno-drewniane domy, tylko że w nich żyją (obfotografowywani przez turystów, czyli i przeze mnie) ludzie.

11910021

Robią pranie, kołdrę z jedwabiu (zdjęcie poniżej – pan odwija larwy jedwabników z kokonów, larwy wyrzuca do rzeki, a jedwab z kokonów niesie tam, gdzie kobiety rozciągają kokony tak, że te formują warstwy kołdry – kolejne zdjęcie):

DSC01805koldra

…na Nowy Rok przyklejają na drzwiach 春联 chunlian (coś pomiędzy wierszami a życzeniami pomyślności) i grają w madżonga. Ściany wyklejone plakatami z Mao i boginią Guanyin. Na drewnianych drzwiach tabliczki “dom członka partii” “dom bohatera” i “cywilizowany dom” (zgodnie z szanghajską definicją mieszkańcy zapewne nie pchają się w środkach komunikacji, nie plują na ulicę, a jak chcą coś kupić, ustawiają się w kolejce, a może tu chodzi o coś innego?). W światyni na centralnym placu (naprzeciw drewniano-kamiennego teatrzyku) tłum modlących się, część kłania się z zapalonym kadzidłem tylko tyle, żeby do zdjęcia, za co musztruje ich dozorca świątyni, każąc bić pokłony jak trzeba.

Książeczka “sprawy Wuzhen” mówi, że restauracji obu zagród podjęli się profesorowie i inżynierowie z szanghajskiego Jiaotong Daxue (Uniwersytetu Komunikacyjnego). Mam wrażenie, że stworzyli te dwie części wioski nie na obraz i podobieństwo przeszłości, ale tego, czego potrzebuje ktoś umęczony życiem w Szanghaju.

Tags:

24

10 2009

Mój klub sportowy…

…mieści się w podcieniach dzielnicowego stadionu (większego niż nowy stadion Legii, wystrój wielkochiński – trójnogie wazy ding wielkości samochodu, nazwa stadionu pismem pieczęciowym, ale oprócz inności ornamentyki, patos i rozmach jakby znajome – coś jak nasze MDM i Muzeum Narodowe w W-wie, nie mówiąc już o wzorach sztuki stadionowej przynależnych do innych wielkich -izmów). Klub jest piękny, luksusowy, designerski i w Polsce o karcie wstępu do takiego miejsca mogłabym tylko pomarzyć.

Na tutejsze warunki też jest chyba dość drogi. Jak bardzo, to nie wiem, bo oprócz lounge baru,  odważnego designu czy nowoczesnych żyrandoli klub charakteryzuje się też brakiem stałych cen.  Gdy przymierzałam się do niego po raz pierwszy, podano mi cenę inną niż za drugim razem. Potem gdy już zapłaciłam i dostałam kartę, rzuciłam okiem na zapisane na marginesie leżącego na kontuarze wykazu zajęć koślawe notatki: “one year price” i “half year price” wynosiły 60% więcej niż cena, którą zapłaciłam ja. Ktoś z obsługi pisałał ceny niechińskojęzycznemu gościowi. 价格  (jiage, cena) i price najczęściej nie mają ze sobą wiele wspólnego. Jak domknąć taką księgowość (płaci się kartą, dostaje rachunek) nie mam pojęcia.

Oprócz tego klub ma gigantyczną ilość pracowników, co do których trudno jednoznacznie stwierdzić, czym się zajmują. Przechadzają się korytarzami, pytają się, jak się dziś ćwiczyło, przesiadują godzinami przed wejściem, flirtują na QQ na firmowych komputerach. Są też trenerzy. Ostatnio mnie pomierzyli, poważyli (straciłam 5 kilo w 3 miesiące i to bez zbytnich wyrzeczeń, po prostu chińska dieta chyba lepiej służy współczesnemu trybowi życia, tu np. jest dużo mniej cukrzycy niż u nas), zmierzyli obwód bicepsa (haha), łydki lewej, łydki prawej, zrobili test wydolnościowy i zalecili więcej bieżni. Chętnie.

Jak na razie chodzę głównie na siłownię. Większość ćwiczących na niej osób to kobiety. Przeważnie w wieku 25-35 lat (choć zdarzają się i starsze o wyglądzie statecznych pań domu, jedna przychodzi z nastoletnim synem i ćwiczą razem). Zadbane fryzury, firmowe ciuchy, twarze wyrażające pewność siebie i siłę, profesjonalistki, białe kołnierzyki.  Z głośników (nie gorszych niż w klubie muzycznym) leci hipnotyzująca muzyka. Od indyjskiej bhangry, przez dance-przeróbki popularnych utworów w rodzaju 青藏高原  (to pieśń o Tybecie, jak śpiewa ją Li Na, to nawet kamień się wzruszy i utwierdzi w przekonaniu, że “Tybet jest nieodłączną częścią Chin”),  do koreańskich i japońskich hiciorów i Rihanny – specjalna selekcja, żeby nadać tempo, zahipnotyzować ćwiczących dudniącym basem. Tłum młodych kobiet biegnie na bieżniach wpatrzony w ekrany wiszace przed każdym ze stanowisk. Te biegi to nie żadne tam truchtanie po kilka minut – tylko poważny bieg po kilka ładnych kilometrów w dobrym tempie. Po drugiej stronie szklanej ściany spacerujący po parczku przed stadionem starsi ludzie w strojach wieczorowych – piżamach. Z wnukami na rękach, z pieskami na smyczach, rzucają okiem na spocony tłumek, który – jakby spojrzeć na to z innej perspektywy – choć daje z siebie wszystko, to jednak i tak nigdzie nie dobiegnie. Z pewnością nie myślą już o biegających tak, jak dwóch chińskich kompradorów ze starego Szanghaju z anegdotki (widząc angielskich dżentelmenów wyczerpanych grą w tenisa jeden z Chińczyków powiada: “Mają tyle pieniędzy, czy nie mogą zapłacić komuś, żeby robił to za nich?”). Ale ci po drugiej stronie szklanej ściany wyglądają raczej na zwolenników praktykowanych rano w parkach w ciszy i skupieniu łagodnych ruchów taijiquan (zwanego w Polsce taichi), a nie zaciskania z wysiłku szczęk przy basowym dudnieniu z głośników i jarzeniowym świetle. Albo na użytkowników rozsianych po dzielnicy (i nie tylko, to powszechny element miejskiego krajobrazu) skwerków z przyrządami do ćwiczeń (rowerki stacjonarne, drążki, stepery,  jakoś nikt nie niszczy, wszystkim służy latami).

Wśród ćwiczących są też oczywiście mężczyźni. I oni także przeważnie mają wygląd pracowników umysłowych, profesjonalistów, biznesmenów. Grupy, której obecność na polskich siłowniach skutecznie mnie dotych miejsc zniechęcała – różnych karków lub mięśniaków, w ogóle nie ma. Owszem, od czasu do czasu można spotkać kogoś, kto ma bary jak średniej wielkości łódka i z namaszczeniem i wyrazem troski i miłości własnej na twarzy rzeźbi je przez lustrzaną ścianą, ale z tych wielkich barów wyrasta  głowa z twarzą bladą bladością biurową, w grzecznych okularach, “garniturowa”  i delikatna.

Jest też trochę młodych chłopaków o twarzach i umięśnieniu typowo studenckim. Przychodzą najczęściej we dwóch i wzajemnie się dopingują, zachęcają, jeden asystuje drugiemu, bokiem pomaga podnosić za duży na wątłe studenckie rączęta ciężar.

Jest też cała masa laowajów, a szczególnie laowajów – dziewczyn. I jak na nie – i na siebie – patrzę, to dobrze rozumiem, co mają na myśli Chińczycy, gdy z rozbrajającą szczerością mówią, że my laowaje wszyscy wyglądamy tak samo. Jasne włosy w kucyk, spocone gęby, długie nosy, dresy, rzeczywiście podobieństwo jest uderzające (o samym przerzucaniu się Chińczyków i laowajów epokowym odkryciem “wy wszyscy wyglądacie tak samo” jeszcze na blogu tym napiszę).

Gdy wczoraj wychodzę z klubu, przy szklanej ścianie przy innej sali widzę tłumek młodych mężczyzn z twarzami dosłownie przyklejonymi do szkła, wpatrzonych w to, co się dzieje w środku. Tam już nie ma spoconych kobiet o wyglądzie groźnych menedżerek, ale oszczędnie ubrana grupka pań w różnym wieku z arabskimi dzwoniącymi chustami na biodrach, ćwiczą taniec brzucha. Wśród nich pofarbowany na blond dryblas wyższy od reszty ćwiczących o dobre 30 centymetrów – ze skupieniem na twarzy kręci kościstymi biodrami i macha rękoma. “To japoński student waszego uniwersytetu” – mówi jeden z chłopaków o nieokreślonym bliżej stanowsku z obsługi klubu, który też wyszedł i z zewnątrz obserwuje barwną grupkę. “Zawsze przychodzi tylko na zajęcia dla dziewczyn. I wogóle ma chyba raczej kobiecą osobowość. Taki już jest” a jego kolega kiwa z powagą głową. Nikt z otaczających nas osób się nie śmieje, nikt nie drwi z “dziwadła”. Jest wenming - i po jednej i po drugiej stronie szklanej ściany.

16

10 2009

重新启动 -restart i brzydka córka cesarza

Podniosłam się po uniwersyteckiej zniewadze (wcześniejszy post). Powiedzieć, że się cieszę, że nastąpiła, to może za dużo, ale już widzę, co mi, m. in. dała:

…应该先头弄清楚什么是人民,什么是敌人  (Trzeba najpierw się zorientować, kto jest lud, a kto wróg) .

Nie wiem, czy słyszeliście kiedykolwiek o Mao Zedongu (proszę się nie denerwować za to pytanie, bo nie trzeba się denerwować, tym, że nie słyszeliście, bo pouczycie się u nas trochę, to usłyszycie. Nie mogłam się powstrzymać, upupianie jest jak fala w wojsku :) ). To uniwersalne zdanie pochodzi z “Czerwonej książeczki” będącej – pewnie nie wiedzieliście, bo niby skąd – zbiorem cytatów Wielkiego Sternika i po raz kolejny pasuje mi jak ulał.

Sytuację, którą opisałam w poprzednim poście oprócz tego, że zabiegałam na bieżni w moim ulubionym klubie sportowym (któremu zresztą należy się następny post), to jeszcze zaczęłam opowiadać, wyrzucać z siebie. I efekt jest taki, że teraz mam znacznie lepszy pogląd, kto z otaczających mnie osób jest lud. Moja nauczycielka chińskiego-koreańskiego (pochodzi z maleńkiej wioski w Heilongjiangu, czyli północnego Wschodu) jak mnie zobaczyła (musiałam mieć chyba wyjątkowo skwaszoną minę), to zmusiła niemalże do powiedzenia, co się stało, potrafiła wysłuchać, doradzić. I nawet moi przebywający zazwyczaj na innych orbitach młodzi, zakapturzeni i zajęci grą w bejsbola na konsolach koreańscy koledzy z klasy zdobyli się na współczujące pomruki i zgodny komentarz: “ci ludzie do niczego się nie nadająoąoąoą. (To na końcu to marna podróbka arcybogatego w nieistniejące w chińszczyźnie głoski i modulacje akcentu koreańskiego, który ułatwia zrozumienie w podobnym stopniu jak akcent francuski w angielskim). Pozostałe osoby (oprócz cudzoziemców i tajwańskich tongbao), które nie udawały, że nic nie widzą, albo nie raczyły mnie psychologicnzymi rewelacjami w rodzaju “nie powinnaś sie złościć, bo oni chcieli dla Ciebie dobrze”, pochodzą – podobnie jak Xu Wei, owa nauczycielka – również z z miejsc możliwie dalekich od Szanghaju np. Mongolii Wewnętrznej i Jilin. Albo należą do mniejszości etnicznych – np. Hui – chińskich Muzułmanów. Ja wiem, że oni wszyscy po prostu do pewnego stopnia dzielą mój los obcego w Szanghaju, ale  przy okazji nabieram ponurych podejrzeń.

Szanghaj w Chinach jest nielubiany jeszcze chyba bardziej niż Warszawa w Polsce. Od ludzi np. z Guangxi, prowincji dość ubogiej, ale z której mam wyjątkowe dobre wspomnienia, jeśli chodzi o spotkane osoby, nasłuchałam się, jak to Szanghajczycy udają, że nie rozumieją ich puntonghua. Tylko, że ja, laowai, rozumiem ich bez problemu, a tych bardziej wiejskich i starszych po lekkim treningu, ale akurat takich osób nie podejrzewam o jazdy do Szanghaju. Sąsiedzi z prowincji Anhui wypominają Szanghajczykom skrajny materializm i skąpstwo. Ci z Anhui, którzy tu są (migracja z tej prowincji do Szanghaju jest masowa) na pytanie o Szanghaj najczęściej machali tylko ręką, trzyma ich tu tylko praca i brak perspektyw w ich rodzinnych stronach.

Jak patrzę na widniejące wszędzie hasło Expo: “Miłość do Szanghaju zaczyna się ode mnie” (tutaj na samym dole, pod brzydactwem, na górze kolejna ze złotych myśli publicznych: “Uśmiechnięte miasto, szczęśliwy Ty”)….

milosc do Szanghaju

…to myślę, że może być trudno. I nie chodzi mi tyle o mój udział (ja przecież też mam tu miejsca, czy rzeczy które łatwo mi było polubić, będę o nich jeszcze pisać). Chodzi np. o to, że przybysze, którzy stanowią ogromną część mieszkańców miasta (jaką, to nie wie nikt, jako, że nawet kilka milionów osób może przebywać tu nielegalnie), mają poczucie wykorzenienia, tymczasowości, pogłębiane jeszcze przez efemeryczny charakter większości stosunków pracy. Nie czują z miastem związku, poza czysto ekonomicznym, nie mówiąc o miłości. Zresztą historia miasta jest tak porwana, a zmiany tak radykalne, że sprecyzowanie, z czym tu konkretnie czuć identyfikację, co tu kochać, może być trudne także dla kogoś, kto tu się urodził.

Ten brak identyfikacji, ale i wspólnoty, przejawiany np. pod postacią tratowania przez młodych starszego pana, aby dorwać się do wolnego miejsca w metrze, czy wysadzaniem dziecka na kupę na środku chodnika historycznej ulicy Fuzhou, sprawia, że miasto robi sie jeszcze trudniejsze do pokochania.

I jak patrzę na ten plakat poniżej:

DSC01457“Zwracajmy uwagę na maniery, bądźmy cywilizowanymi Szanghajczykami”, to mam wrażenie (oprócz tego, że znowu jest tam to wstrętne Haibao), że problem “bycia cywilizowanymi Szanghajczykami” to także problem ”bycia Szanghajczykami” i tego, co miałoby to dziś oznaczać.

P.S. Wracając jeszcze do przyjezdnych – ich rotacja jest zawrotna. Jak bardzo, uświadomiła mi m. in. taka sytuacja: gdy tylko tu przyjechałam (koniec lipca, a więc wakacje), gdy szłam ulicą przy uniwersytecie, co chwilę słyszałam nieszczęsne “aaa laowai” (nie chcę już o tym pisać, kto ciekaw, niechaj czyta wpis poprzedni). Tymczasem początek roku akademickiego uświadomił mi, jak wielką część studiujących stanowią tutaj ludzie z Zachodu – poza wakacjami na laowaja można natrafić średnio co kilka minut. Wraz z nastaniem roku akademickiego nieszczęsne “aaa laowai!” tu w rejonie uniwersytetu skończyło się jak nożem uciął. Słychać je co najwyżej w wykonaniu dzieci. Krótko mówiąc, ci którzy w wakacje na mój widok wydawali okrzyk zdumienia, nigdy jeszcze tutaj nie spędzili roku akademickiego. I sądząc po częstotliwości tych zawołań, stanowią niezłą armię.

P.P.S. “Brzydka córka cesarza” to oczywiście określenie Szanghaju.  Historyczne, ale dziś pasuje chyba jak ulał. Paskuda, ale i tak każdy chciałby być wybrany.

P.P.S. Jadąc metrem można rzucać okiem na ekrany, na których wyświetlają się różne ciekawostki, informacje i reklamy. Tym razem po informacji o hodowli aksolotla meksykańskiego (六角恐龙 – “sześciorogi dinozaur”, chińskie nazwy różnych stworzeń sugerują prostą i uroczą wizję świata fauny – “mysz sosnowa” to wiewiórka, “mysz kieszeniowa” to kangur etc.) pojawiła się najpierw ośnieżona droga, później ośnieżony drewniany, spiczasty fronton, który już nasunął mi niejakie skojarzenia, a potem to już po prostu pojawiła zielona tabliczka z napisem Zakopane spowita w wielką czapę śniegu. Tak dowiedziałam się o wielkiej śnieżycy.

16

10 2009

Upupianie (i dorabianie laowajskiej gęby)

a miało być o zabytkowej wiosce (Wuzhen, 乌镇), do której udałam się w weekend po tygodniu wypełnionym robotą i zmaganiami z rurą gazową. Ale niestety będzie o upupianiu właśnie (i dorabianiu laowajskiej gęby).

Wracając z tejże wioski, patrząc na jesienny krajobraz prowincji Zhejiang (znaki szczególne – dojrzałe “kłosy” na polach ryżowych, szarówka, dymy, melancholijnie i płasko niczym na jesiennym Mazowszu, ale domy w stylu pałacowo-disneyowsko-pagodowym), dotarło do mnie, że przez całe dwa dni, kiedy tam byłam, nikt mnie nie zdenerwował, nikt nie doprowadził do wrzenia, ani razu nie zacisnęłam pięści. W Szanghaju nie udało mi się jeszcze przeżyć tak dwóch dni.

Owszem, pod koniec drugiego dnia w Wuzhen zaczęłam mieć omamy słuchowe. Omamy takie charakteryzują się tym, że wydaje się człowiekowi, że wszyscy dookoła niego mówią “老外” laowai albo “外国人“ waiguoren (oba oznaczają “cudzoziemiec”). I przeważnie mówią. Omamy zaczynają występować pod koniec dnia, podczas którego co najmniej 20 osób, na widok “obcego” wyda z siebie właśnie taki okrzyk i wskaże kuriozum palcami. W Wuzhen współczynnik wyniósł ok. 25 razy na dzień. Choć to i tak nic w porównaniu z Huangshan, gdzie po prostu przestałam liczyć i gdzie po wykrzyknieniu dodatkowo następowała prośba o wspólną fotografię (wyrażona unoszeniem aparatu do twarzy i naśladowaniem naciskania spustu migawki), przez co nie mogłam się ruszyć ze szczytu. Ludzie, z którymi tam wędrowałam, na początku byli ubawieni, później zmęczeni “sławą”, która także i na nich spływała, a na koniec przerażeni, gdy dotarło do nich, że tak wygląda moje życie tutaj.

Wydaje się to trudne do zniesienia (mnie szczególnie boli ten podkreślany z taką częstotliwością, że ani na chwilę nie da się o nim zapomnieć, dystans, “dziwność”, która dla mówiącego trwa tyle, ile zajmuje wypowiedzenie słowa laowai, albo cyknięcie zdjęcia, a dla mnie układa się w wizję siebie samej jako śmiesznego kuriozum, ciekawostki przyrodniczej). W Wuzhen – czy to chodzi o tubylców czy większość turystów, mogłam jednak łatwo wyczuć, że za tymi wołaniami nie stoją żadne złe intencje, bo to odruch poza intencjami, niekontrolowany. Że to coś podobnego do impulsu, który każe mi wykrzyknąć spontanicznie: “O, bawół wodny!” (chyba pierwsze zwierzę nie będące farbowanym pudelkiem, ani strzyżonym niczym żywopłot bobtailem, jakie dane mi było zobaczyć od 3 miesięcy, co za kojący widok).

Pokazywanie sobie kuriozum palcami to jedno. Ale dla mnie ważne jest to, że rikszarz w Wuzhen nie próbował mi wmówić, że przejazd kosztuje 20 RMB zamiast normalnych 5 (nauczona szanghajskim doświadczeniem zawsze pytam się wcześniej w pobliskim sklepie, ile powinna wynieść normalna cena, byłam strasznie zdziwiona, że rikszarz po prostu od razu wymienił normalną cenę). Że sprzedawczyni na bazarze nie próbuje mnie pouczać, że ostatecznie niezdecydowanie się na dobro, które ona sprzedaje, oznacza mój “brak zrozumienia chińskiej kultury” etc.   – tylko z uśmiechem odpowiada “mei guanxi” (nie szkodzi). Po raz kolejny dopiero na wsi widzę i czuję, że Chiny naprawdę są starożytną cywilizacją (i że to miastowe wenming – “bycie cywilizowanym”, reklamowane i promowane na każdym rogu, to ledwie podróbka, a może nawet karykatura). To wiejskie, a może raczej nie-szanghajskie „cywilizowanie” wprawiło mnie na tyle dobry humor, że na okrzyki „laowai!” robiłam zdziwioną minę i oglądając się powtarzałam „Gdzie, gdzie? Nie widziałam” co wywoływało salwy radości.

No właśnie. Ale wraz z powrotem do Szanghaju i na uczelnie (ostoję wenming) przyjemności się skończyły i to, co czuję dziś, najlepiej da określić dwoma słowami – 羞辱 xiuru (upokorzenie) i 迷惘 (mi – zagubienie, wang – przygnębienie).

M. in. ze względu na dużą liczbę studentów, egzaminy z wszelkich zajęć mają formę prac pisemnych. Prace z jednego seminarium będą ponoć zebrane w tom i wydane. Przyznaję, że bardzo mnie to ucieszyło, bo po przeszło 20-tu latach nauki nie chce mi się specjalnie pisać po próżnicy. Jako, że, rzecz jasna, nie wszystkie tematy wyznaczone przez profesora byłabym w stanie opracować, i też więszkość nijak się nie ma do tego, co robię, przeto zgłosiłam się od razu do 班长 banzhang (przewodnicząca klasy, pośredniczy pomiędzy profesorami a studentami) mówiąc, czym się zajmuję i prosząc, żeby, gdy tylko tematy zostaną opracowane, “zaklepała” dla mnie najbardziej pokrewny temat. Zgodziła się, obiecała powiadomić, jak tylko coś będzie wiadomo.

Tymczasem gdy wczoraj banzhang puszcza w obieg po klasie listę już przyznanych tematów, rzucam okiem, i widzę, że nie ma mnie na niej, a “mój” temat już jest rozdzielony pomiędzy innych ludzi. Zagryzam wargi i dopisuję się ręcznie obok tematu. Lista jeszcze chwilę krąży, po czym banzhang wychodzi na środek i odczytuje, co komu zostało przydzielone.

Gdy dochodzi do mojego nazwiska, krzywi się, mówi, że ja przecież jestem 留学生 liuxue shengstudent zagraniczny, i że to jest tylko dla “prawdziwych studentów” i że mogę napisać “coś prostszego, nie do publikacji”, bo “wymagania takiego artykułu są dla mnie za wysokie”. Czuję, jak zaczyna mi coś huczeć ze wściekłości w głowie. Mówię, że obowiązują mnie takie same wymagania. Banzhang myśli chwilę, mówi coś (nie wiem, już co, bo gdy jestem wściekła, nie jestem w stanie zrozumieć niemal nic ani nic powiedzieć) i cała grupa wybucha histerycznym śmiechem. Chcę wstać i wyjść, ale nie jestem wstanie się ruszyć.

Potem jest już tylko gorzej. Próbuję rozmawiać z profesorem, ale słowa stają mi w gardle. Profesor prowadzi mnie do dziekanatu, żeby „wyjaśnić mój status” (który wyjaśniałam już milion razy). Pani z dziekanatu głosem takim, jak kiedy relacjonuje się poczynania dziecka, gdy próbuje jeść tak, jak dorośli, ale mu nie wychodzi, oświadcza: “To taka pilna uczennica, no proszę, też by chciała pracę napisać jak inni” i zwraca się do mnie: “chiński jest taki trudny, he?” W tej chwili chiński jest już dla mnie bardzo trudny i w zasadzie nie jestem w stanie wydusić ani słowa, mam tak zaciśnięte szczęki. Wspominam tylko, że może faktycznie napisanie pracy zajęłoby mi dłużej niż chińskim studentom, to jednak, nie uważam, żeby zasadniczo było poza moim zasięgiem. Na to wszyscy wybuchają serdecznym śmiechem.

Potem próbuję jeszcze rozmawiać z kilkoma (jak wydawało mi się, życzliwymi mi) osobami, wytłumaczyć im, jak się poczułam i po raz kolejny wytłumaczyć, że ja też gdzieś robię badania, piszę artykuły, uczę innych i czytam książki i że to, czego tu doświadczam, to jest upokorzenie. Za każdym razem rozmówcy śmieją się serdecznie, tak jakbym opowiedziała właśnie jakąś radosną historyjkę, albo jakby zobaczyli właśnie dziecko, które tak uroczo (可爱 keai) tupie nóżką, bo nie dostało cukiereczka. Żegnam się i wychodzę – nie idę na następne zajęcia, wieczorem opuszczam też mój chiński-koreański, bo czuję, że i tak nie byłabym w stanie wydusić z siebie ani słowa. Wspomnienie jesiennego Wuzhen ostatecznie trafia szlag. Gęba dorobiona taka, że sama już ją w lustrze widzę.

Ten śmiech przypomniał mi inną sytuację, gdy kiedyś w Polsce, robiąc za tłumacza i przewodnika, opowiedziałam chińskiej delegacji z jakiejś fabryki o obozach koncentracyjnych i Zagładzie. Reakcją też był wybuch śmiechu. Wiem, że to jest śmiech zakłopotania, reakcja na nieprzewidzianie kłopotliwy temat, ale jest to coś, z czym nie jestem w stanie się emocjonalnie pogodzić. Co budzi moją agresję i przerażenie.

Wracając do upupiania. Te wszystkie pytania, czy wiem, kim był Konfucjusz i Sun Yat-sen i czy umiem już posługiwać się pałeczkami (kto był u mnie w domu w W-wie, ten wie czym i co się u mnie je). Albo inna jeszcze sytuacja. Znajduję doktora z mojego tutejszego wydziału, który zajmuje się tym, co i ja. Pisze do niego. Najpierw sam proponuje spotkanie, ale później zaczyna stosować uniki. Po kilku wreszcie dochodzi do spotkania. Rozmowa toczy się nawet miło, zaczynamy rozmawiać o niespodziewanych przetasowaniach na interesującym nas oboje rynku. I kiedy już zaczynam czuć się normalnie, rozmówca nagle sobie przypomina, że jestem laowaiem i podsumowuje: “O, to jednak masz jakąś najbardziej podstawową 最基本 zui jiben wiedzę na temat Chin”. Tu mało kto zdaje sobie sprawę, że wiedza o tym, w jakich okolicznościach wszedł na rynek serwis społecznościowy dla białych kołnierzyków – Kaixin, jak nazywał się nieślubny syn Czang Kaisheka (i że był on zabójczo przystojny, tzn. ten syn, a nie Fistaszek), czy jak jest po chińsku Sherlock Holmes (Xialuoke Fuermusi) etc. to są rzeczy, których trzeba się uczyć przez ładnych parę lat, aby utworzyły jakiś najbardziej nawet podręczny zestaw codziennych kontekstów. Nie tak jak jedzenia pałeczkami, które można jako tako opanować w 5 minut.

Choć wczoraj nie było mi do śmiechu (i nadal specjalnie nie jest), dzisiejsza rozmowa ze znajomymi (Korea, Tajlandia, Tajwan) utwierdza mnie w przekonaniu, że jeszcze nie zwariowałam, i że reakcją na widok czyjejś wykrzywionej z upokorzenia twarzy nie musi być śmiech. Dopytują się, co się stało, pocieszają i wkurzają się razem ze mną, po czym stwierdzamy, że to się właśnie nazywa poznawać Chiny, i że to w sumie cenniejsze (choć oczywiście bolesne) niż to wszystko, co moglibyśmy nawypisywać w tych nieszczęsnych wypracowaniach. Oni – choć nie dzwoni im w uszach nieszczęsny laowai (a niektórym dzwoni wręcz tongbao 同胞, czyli dosłownie “z jednego łona matki”, jak się tu określa Tajwańczyków), i choć ich chińszczyzna jest absolutne świetna (tudzież jest ich ojczystym językiem), to również często doświadczają upupienia i lekceważenia.

Po pogaduchach (no i oczywiście ogromnym gorącym kociołku) robi mi się lepiej. Idę do uczelnianego Biura Elektronizacji – legitymacja jest kartą elektroniczną, za pomocą której można wypożyczać książki, surfować po sieci i płacić w stołówce. Niestety, z moją kartą ewidentnie jest coś nie tak – nie da się za jej pomocą wejść do biblioteki, wypożyczyć książek, nie można się też w oparciu o nią zalogować do uniwersyteckiego internetu. Mozna tylko doładować i za to jeść w stołówce. Pan w biurze najpierw komplementuje mój chiński, sprawdza kartę, po czym stwierdza “przykro mi, ale jest pani studentką zagraniczną z wymiany, i jako taka nie ma prawa dostępu do sieci uniwersyteckiej. Może pani wystąpić do biura ds. studentów zagranicznych o specjalne pozwolenie”. Obcy, obcy!!!

P.S. Rozmawiałam o tym wszystkim z koleżanką z Tajwanu, która studiowała w Polsce. Jej odczucia (nie mówię sytuacje i konteksty, bo te oczywiscie zawsze są inne) z początków studiowania u nas były właściwie bliźniacze.

13

10 2009

starszy/straszny budynek

Gdy szukałam mieszkania do wynajęcia i mówiłam w agencjach, jaki przedział cenowy mnie interesuje, to proponowano mi  mieszkania w “starszych blokach”. “Starszych to znaczy jak starych?”. “Około 25-letnich”. Przyzwyczajona do mieszkania z jednym z pierwszych okazów budownicta socrealistycznego w Warszawie, solidnego, muranowskiego ponad 60-letniego kolosa o ścianach tak mocnych, że się wiertła tytanowe gną, myślałam, że to to śmieszne, żeby nazywać 25-letni budynek starszym i w ogóle nie zrozumiałam problemu (albo nie chciałam zrozumieć, każdy kto kiedyś wylądował bardzo daleko z perspektywą dłuższego pozostania wie, w jakich warunkach podejmuje się decyzję o wyborze mieszkania). Ludzie mi oględnie mówili, że “jakość nie jest najwyższa”. Ale jak ja myślałam o jakości, to miałam na myśli rzeczy typu brak windy, albo atrakcje typowe dla polskiej wielkiej płyty – złą izolację akustyczną, stare okna, czy krzywe ściany. I mówiłam, że nie szkodzi, bo w moim 60-letnim (przerażenie w oczach rozmówcy – teraz wiem, że oni po prostu sobie wyobrażali te kłopoty, te całą zmurszałość x 3) też jakość nie jest nadmierna. I jak to zwykle bywa, myślałam, że te różne rzeczy, które mogą przytrafiać się z okazji mieszkania w budynku “o niezbyt wysokiej jakości” nie przytrafią się mi. Albo przybiorą postać jakiś małych bliżej niesprecyzowanych napraw, które w porównaniu z wrażeniem, jakie ma ktoś, kto znalazł się w 25-milionowym mieście tylko z małą walizką, będą jakąś zupełną pestką. Zresztą jest dach nad głową, prąd, gaz (z niemal zachwytem przyjełam wiadomość, że tutaj wszędzie jest instalacja gazowa, nie trzeba taszczyć butli, jak często się to działo na Tajwanie), woda, to czego więcej potrzebuję?

Tym bardziej, że znalazłam mieszkanie (to, w którym właśnie siedzę i piszę, może jednak nie wyleci dziś w powietrze) ładne, czyste, jasne i sympatyczne. Oczywiście na klatce jest wszystko. Stare kubły, połamane meble, klatka kanarka bez kanarka i Momo, bobtail sąsiadów – ledwie poznałam, że to bobtail, bo ogolony, żeby mu było chłodniej. Śpi na klatce, bo w kawalerce się nie mieści (o sensie trzymania ogolonego bobtaila w kawalerce w klimacie subtropikalnym chyba nie napiszę, bo jakoś nie wiem, jak to ująć). Na zewnątrz, dzięki milionom dobudówek z różnych materiałów, prętów do suszenia bielizny, pordzewiałych klimatyzatorów, starych doniczek i innych podolepianych do betonowego, omszałego budynku gratów, rzecz też nie jest może najpiękniejsza.

Tylko że to nie o estetykę chodzi. Te budynki od “nowszych” dzieli całą epoka, a nade wszystko system, w jakim je wykonano – i tego nie da się przeskoczyć, to nie jest coś, co może przytrafić się innym mieszkającym, w formie konieczności drobnej naprawy. Mój budynek to jeden z ostatnich przykładów konstrukcji powstałych w warunkach nieobecności rynku budowlanego. Innymi słowy, to owoc wspólnotowego budowania, ideału, gdzie każdemu się należało, gdzie mieszkanie było prawem (a nie wyborem, bo to chyba w tej sytuacji właściwa opozycja). Można było w nim otrzymać miejsce na zasadzie przydziału, a nie kupić.  Jaki ma wpływ taki ideał na jakość produktu (szczególnie w kraju, gdzie trzeba było w ten sposób zapewnić dach nad głową niebotycznej liczbie ludzi), nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Chyba tylko mi.

Mój socrealistyczny muranowski kolos zapowiadał nową epokę (mój obecny budynek zaś znaczy schyłek pewnej epoki), ale jednocześnie był jednym z ostatnich wyrazów kunsztu znakomitych przedwojennych architektów, więc nie mógł tak po prostu od razu się rozlecieć. No i co tu dużo mówić - został zbudowany z bloków z miału z cegieł wypalonych w płomieniach Getta.

A tutaj – najpierw, po większych deszczach w ciągu dwóch dni zapleśniała dosłownie calutka ściana - na równo, na zielono, jak trawa, tylko w pionie. Fakt, że była wilgotność tak straszna, że czułam, że oddychając dosłownie się topię. Ale ta ściana – tak jakby to była latami nasiąkana gąbka. Potem jeszcze kilka małych oznak rozkładu. A teraz właśnie czekam na pogotowie gazownicze. No bo dziś przychodzę i coś upiornie śmierdzi gazem, aż głowa boli. Poluzowało się dosłownie chyba w ciągu kilku godzin. Kazali otworzyć drzwi, nie używać gazu i czekać, że będą za godzinę. No to czekam. Co będzie następne.

P.S. Rura. Nie da się zakręcić, bo to przed zaworem. Pan z pogotowia gazowego kazał otworzyć wszystkie okna, zamknąć drzwi do pokoju, gdzie śpię i czekać do jutra rana, aż przyjdą z nową rurą. Kurcze, nie mam ochoty, ale może pójdę przetańczyć do świtu?

06

10 2009

Czerwone słońce, jasny księżyc

Koniec świąt. My, studenci (ale nie ja, bo znowu coś piszę) mamy jeszcze tydzień wolnego, ale “podwójne święto” (60-lecie ChRL + Festiwal Środka Jesieni) przeszły.

Jeśli chodzi o to pierwsze, to o wielkiej paradzie, Przewodniczącym Hu w maoistowskim mundurku, hasłach “Wielkie Chiny powstały” i “niech myśl Mao żyje 1000 lat” z pewnością jeszcze szerzej napiszę – pewnie przy okazji poruszania tematu, bez którego jak dla mnie ta opowieść nie da się zrozumieć – chińskiego nacjonalizmu.

Tutaj udekorowany świątecznie pasaż (oczywiście muszą być czerwone latarnie). Napis na słupach: “Święto narodowe, 60,  narodziny Chin” (można też rozumieć jako “wspaniałe narodziny”, 华 hua to, jak chyba już pisałam, i Chiny i “wspaniały”). Dekoracja sponsorowana przez pobliskie centrum handlowe (w tle):

skwerek

No właśnie, 60-lecie – ale czego? Tutaj to 60-lecie nie tyle ChRL, ale 祖国 – zuguo, ojczyzny. Dla mnie to trochę oksymoron, bo zuguo, poza tym, że oznacza ojczyznę, to tłumaczone dosłownie to “kraj przodków”. Jakoś jak sobie wyobrażam te dziesiątki setek pokoleń Hanów, te wszystkie dynastie, to 60 lat panowania obecnej dynastii – jak mawia jeden z moich tutejszych profesorów – jest jakimś ledwie błyskiem. Ten sam profesor mawia, że każda dynastia zaczyna od oddzielenia grubą kreską tego, co było kiedyś i przywołuje słowa z Czerwonej Książeczki – musimy wiedzieć, kto jest lud a kto wróg.

Może i każda dynastia i tak zaczyna, ale później następuje wielka synteza i wszystko ze wszystkim zaczyna się łączyć i nawzajem się legitymizować (szczególnie to, co już nie może mówić). Kong lao er („drugi brat Kong”-pogardliwe określenie Konfucjusza z czasów kampanii „zwalczania Konfucjusza i Lin Piao”. Miało pokazać, że nawet w swej rodzinie nie był najważniejszym synem) i jego myśl są dziś punktem, wokół którego tworzy się jeden z centralnych projektów dzisiejszych Chin – „harmonijne społeczeństwo”hexie shehui. Kto lud, a kto jego wróg? Dziś są sami przyjaciele – portrety Mao, Liu Shaoqi, Zhou, Denga po czasach Rewolucji Kulturalnej już zawsze wiszą obok siebie, a statut KPCh co kilka linijek podkreśla , że myśli tychże tworzą całkowicie spójny i nierozerwalny ciąg.

Konsumpcja, rynek, reklama też mogą pomagać w syntezie. Jak patrzę na tę witrynę sklepu z odzieżą:

DSC01248

…i na tę pierwszą datę – to przed oczami mam zgrzebne kufajki i słomiane łapcie, w których pozują do zdjęć w Yan’anie Mao i jego niedoszła Artystka. I scenę, która wydarzyła się 20 lat później: żona Liu Shaoqi, Wang Guangmei, stoi pośrodku wściekłego tłumu ze spuszczoną głową ubrana w “suknie” ze szmat i “korale” z piłeczek pingpongowych. Wiec ma na celu potępienie jej burżuazyjnego stylu życia, przejawiającego się m in. tym, że podczas wizyt zagranicznych, w których towarzyszyła mężowi, zamiast kufajki nosiła suknie i zakładała biżuterię (co nie dane było Artystce, której mąż, nie dość, że nigdzie nie wyjeżdżał, to jeszcze zepchnął ją ze sceny publicznej. No, ale potem się jeszcze na nią wepchęła).

No właśnie, zakupy. 60-leciu zuguo i Festiwalowi Środka Jesieni towarzyszyła gorączka zakupów nie gorsza niż Boże Narodzenie. Co prawda nie ma tej nerwówki, żeby kupić wszystko przed świętem. Tutaj święta, odwrotnie niż w Polsce, są powodem nie do zamknięcia sklepu, ale do jeszcze dłuższych godzin otwarcia.  Czasem wydaje się to już niemożliwe, jako, że życie niektórych sklepikarzy po prostu toczy się w sklepie – tam jedzą, wychowują dzieci, oglądają wieczorem w piżamach ulubione telenowele. Ja popołudniem Festiwalu Środka Jesieni kupiłam nową rurę do zlewu i odbiłam książkę na ksero, a młode chłopaki przesiadujące w swoim punkcie kserowo-drukarsko-piśmienniczym (piszą też różne podania na komputerze) bynajmniej nie zamierzali szybko zamykać i cieszyli się grą w którąś z tych MMORPG, gdzie to jest się ni elfem, ni wojownikiem z czasów Walczących Królestw i gdzie lata się po jakichś świątynnych podwórzach.

Zakupy każdy zdążył zrobić. Gorzej z dostaniem miejsca w restauracji na uroczystą środkowo-jesienną kolację. Dzięki nadzwyczajnej zapobiegliwości moich znajomych, dostaliśmy w jednej z wielgaśnych restauracji w lokalnym centrum handlowym wspaniały stolik (a raczej potężny stół-laboratorium z kuchenkami do przyrządzania gorącego kociołka) i z miękkich kanap, topiąc w naszych zupach różne cuda donoszone przez pracowitych kelnerów, mogliśmy obserwować świątecznie ubrany tłum czekający w kolejce, aż się coś zwolni. Akurat się zwolni.

A później – i ci głodni i ci najedzeni – wychodzą przed mega centrum handlowe i zaczyna się – jak dla mnie – najfajniejsza cześć święta. Wszyscy spacerują, podziwiają pierwszą jesienną pełnię księżyca (wczorajsza była wręcz oślepiająco jasna i nie było nawet najmniejszej chmurki), jedzą księżycowe ciasteczka (wcześniej je kupili np. tutaj, te całe stosy to właśnie ciasteczka, pani na reklamie na ostatnim zdjęciu to Chang E 嫦娥, bogini księżyca).

ciasteczka3DSC01245

DSC01254

My wytoczyliśmy się na placyk przed centrum handlowym (tylko na tyle było nas stać po 4 godzinnym…sama nie wiem, jak to nazwać), gdzie świątecznie ubrani ludzie przynieśli magnetofon, głośniki i tańczyli do starych piosenek, do argentyńskich tang, do muzyki ludowej w nowoczesnej aranżacji. Nie jest to bynajmniej wyłącznie świąteczna aktywność, bo tańczących można spotkać w wielu miejscach w każdy weekend, ale wczoraj wyglądali wyjątkowo elegancko, no a wprost nad nimi świecił ten oślepiający księżyc. Muzyka grała, dzieciaki i pofarbowane na różne kolory pudelki radośnie biegały (a teraz, w nocy, te różowouche i zielonołape stworzenia wyją strasznym głosem do tego anormalnie jasnego księżyca). Do naszych rozmów na tematy świąteczne (to święto rodzinne, celebracji zebranych plonów – także życiowych, a nam jakoś zaczęło wychodzić, że nie za dużo zebraliśmy) przyłączyli się w pewnym momencie wyraźnie zaintrygowani dośc egzotycznie wyglądającą, acz dyskutującą po chińsku grupką, siedzący obok starsi państwo. I tak stoczyliśmy chińsko-koreańsko-tajsko-polską rozmowę na różne kluczowe w święto o tak rodzinnym profilu tematy jak: „czy lepiej mieć męża bogatego czy biednego?”, „Czy lepiej się rozwieść czy utrzymywać w sekrecie kochankę”? itd.  O tym, „czy lepiej mieć męża bogatego czy biednego”i jaki los czeka jednych i drugich (marny) w tym strasznym mieście, oraz o tym, jak rozpoznać, że dana kobieta jest czyjąś kochanką, jeszcze napiszę. To powinno zaspokoić na jakiś czas pragnienie skandalu, które, jak się ostatnio dowiedziałam, jest dość silne wśród niektórych czytelników tego bloga (chodzi mi o tę grupkę, której podobał się głównie i zdecydowanie i właściwie tylko wpis pt.”Wykrzycz głośno swoją miłość”) :-)

05

10 2009

różnice kulturowe…

…to słowo, którego wyjątkowo nie lubię. Tak samo jak słowa “westernizacja” i hasła “安全第一”, anquan diyi , czyli “po pierwsze bezpieczeństwo” wywieszanego w formie transparentów na najbardziej chybotliwych budowach i ogólnie wszędzie tam, gdzie w wyjątkowo rażący sposób ignorowane są przepisy BHP  (pewnie największe było na tym budowanym wieżowcu, co to się parę miesięcy temu przewrócił).

A “rożnice kulturowe” – jak przydarza się za granicą coś dziwnego i nie wiadomo, o co poszło, to żeby nie zagłębiać się za bardzo, i żeby nie wyszło, że”innych kultur” nie szanujemy, można po prostu z zadumą rzec: “ot, różnice kulturowe”. I pokiwać głową.

Tylko, że niektóre zdarzenia jakoś nie da się za bardzo inaczej określić, niż właśnie “różnice kulturowe”.

Bo tak - wychodzę dziś głodna z biblioteki (siedziałam tam prawie sama, pisałam kolejny artykuł, wszyscy już pouciekali z racji świąt – jutro 60 rocznica ChRL, a za 3 dni Festiwal Środka Jesieni), chwiejnie idę zjeść. Wchodzę do knajpy, biorę menu, wybieram, podchodzę do pani w kasie, a ta gada przez telefon. Patrzę na nią a ona nic – gada. “I 50 jinów ryżu zamówilismy i mniej przyszło i nienajlepszego”. Czekam i nic. Przeglądam bezradnie ponownie menu. “Ale weźcie teraz więcej przywieźcie, no bo to przyszło to nie było 50 jinów”. Przyglądam się jej intensywnie, próbuję zajrzeć w oczy i nic. No to znowu patrzę tępo w menu. I tak chyba ze 4 minuty. Aż nagle przypominam sobie, że to nie Tajwan, tylko kontynent i że tu można głos podnosić i okazać złość (na Tajwanie to duży wstyd i utrata twarzy dla krzyczącego). No więc podniesionym głosem ze złością mówię: “To ładnie o klientów dbacie! Takie ignorowanie, idę do konkurencji!” i teatralnym gestem zabieram torbę i ruszam do wyjścia. Kobieta nagle odkłada słuchawkę, zbiegają się kelnerki i zaczynają wszyscy zbiorowo przepraszać. Bo ja tak stałam i nic nie mówiłam, tak tę kartę bezradnie oglądałam, myśleli, że po prostu jestem jakaś wybitnie niezdecydowana. No to ja na to: “a co miałam robić, jak tak gadała? Śpiewać i tańczyć?”. Śmieją się, złość topnieje (tutaj tak jest, że złość i podnoszenie głosu szybko przychodzi, ale też szybko mija bez śladu). Ojej, tak im przykro, nie, nie, nigdzie nie idź, gratis sałatkę z ogórka dodamy.

No więc sie uspokajam, odkładam torbę i zaczynamy rozmawiać. Że Chińczyk po prostu by krzyknął (głównie to warknął): “chcę zamówić!” a nie tak czekał. A ja na to, że u nas to raczej ten przy kasie by przerwał bez moich krzyków. I dalej, mówię, że nigdy jeszcze się tutaj nie przemogłam, żeby przez całą salę wrzasnąć “Kelner! Rachunek”, a dyskretne znaki, które ku kelnerom czynię prawie nigdy nie są dostrzegane.  Kelnerki się śmieją. A ja nie potrafię wrzasnąć ani klasnąć. Po wzajemnych przeprosinach siadam i jem swoje.

A jeśli już o “różnicach kulturowych” mowa, to tę pomiędzy ChRL a Tajwanem odnoszącą się do przyzwolenia na okazywanie złości przyjęłam z ulgą (oczywiście wielką masę tajwanizmów wspominam z rozrzewnieniem).  Tutaj te złości, których do tej pory byłam świadkiem i adresatem (mam nadzieję, że także te, których byłam nadawcą), są przeważnie (oczywiście nie zawsze, czasem po prostu ktoś się na kimś wyżywa, jeszcze kiedyś opiszę, jak się nade mną pani doktor w Biurze Kwarantanny znęcała!) ubrane w pewne formy, czasem wręcz mam wrażenie, że złoszczący się zmusza, aby złość okazać, aby stało się zadość porządkowi rzeczy. I że taka “złość rytualna” przy cichym porozumieniu, jakie tutaj panuje co do jej form, przebiegu i zakończenia, jest czymś cennym. Szczególnie jak np. w mieście mieszka 25 milionów ludzi.

Parę tygodni temu nawrzeszczał na mnie konduktor. Krzyczał, bo w puściutkim pociągu wlazłam na środkowe, a nie najniższe – jak wynikało z biletu – łóżko i nie chciałam zejść argumentując m in. pustotą całkowitą pociągu i tym, że tu mi bardziej się podoba. No więc z niejakim zmęczeniem i z urzędu wykrzesał z siebie złość:

On: “Co, było w bilecie, co nie widać? Wlazła i pościel brudzi! Złazić stamtąd natychmiast i tę pobrudzoną pościel zamienić!”

Ja: “O, to jednak pan mówi po chińsku?”. Wcześniej, przy wsiadaniu, chociaż się go pytałam kilka razy, dlaczego mam iść do 6 zamiast 7 wagonu, jak było w bilecie, nie podpowiedział ani słowa tylko pokazywał uparcie na migi na 6 wagon nawet na mnie nie patrząc.

On: “Złazić! Pościel zabierać!” .

Ja: “Proszę przestać wrzeszczeć, to zejdę”.

On (wrzeszcząc): “Nie wrzeszczę!!”

Po czym jak wrzeszczał, tak się zaraz uspokaja, ja schodzę, on daje mi spokój. Musiał okazać władzę należną mundurowi.

A ja wolę takie krzyki niż milczenie, chowanie urazy i nagłe wybuchy, których doświadczałam niekiedy na Tajwanie, a będące przeciwieństwem tej kontynentalnej “złości rytualnej”.

Byłam raz adresatem takiej szczególnie bezradnej i niekontrolowanej złości. Złoszczący najpierw zrobił uwagę o jakiejś codziennej błahostce (typu niepozmywany talerz czy nie odłożona na miejsce rzecz), potem ogólniej - o cudzoziemcach jako takich, potem o młodszych (2 lata, ale zawsze) kobietach, które go nie respektują, i o tym, że właściwie nikt go nie respektuje. Raz otworzony worek ze złością nie dał się już zamknąć. Zakończył, siedząc na podłodze, krzycząc przez łzy, że całe jego życie jest porażką i jeszcze parę innych przeraźliwie smutnych rzeczy. Ta złość faktycznie była tego rodzaju, że krzyczący, gdy raz się pojawiła, nie mógł już nic zrobić, a już z pewnością zachować twarzy, a ja nie mogłam na nią odpowiedzieć. Oczywiście nie wiedziałam tego i wyciągnęłam do płaczącego dłoń, proponując rozmowę. Co było najgorszym z niewielu rozwiązań, jakie w tej sytuacji zostały i skończyło ucieczką nieszczęsnego w jesienny deszcz tak jak stał – w szortach i koszulce. Potem zachowywał się, jakby mnie nie było i  już nigdy się nie odezwał.

01

10 2009