Archive for November, 2009

Expo 2010 – cesarskie korony i blaszaki

Expo się zbliża, Expo się buduje. Wszędzie na mieście elektroniczne zegary odliczające ile jeszcze dni zostało do rozpoczęcia (teraz chyba coś około 170). Wszędzie coś rozkopane, wszędzie się robi, a duch Haibao unosi się nad całą sytuacją:Szanghaj Expo i Haibao

Haibao pojawia się na wszystkim (także tym rozkopanym). Jak szłam z klubu sportowego do domu (10 minut, rozkopanie niezłe, bo robi się nowa linia metra) Haibao mignęło kolejno: jako rzeźba ku ku czci samego siebie (x3), jako 2 metrowa naklejka na drzwi do lokalnego centrum handlowego (x 6), jako pluszowa zabawka na straganie ulicznym (x nie wiem ile), a przed samym domem przedefilowało narysowane na śmieciarce w towarzystwie nieśmiertelnego napisu: „Przoduj w byciu kulturalnym”. Haibao pojawił(o) się też na tym oto plakacie zawieszonym na lokalnym kinie i przedstawione jest tym razem chyba jako dumny ojciec (no bo ta zaczeska, karnacja, poza tym wzrok Haibao na tym zdjęciu mówi wszystko):Haibao i potomek

Jak się człowiek tyle na to napatrzy…..

DSC01053…napatrzy…..DSC01056

… to potem widzi ten niemiły oku kształt nawet w przypadkowej kępce krzaków:

Haibao

Drugi z wszechobecnych kształtów to ten (oczywiście nie chodzi o jakąś tam Pearl Tower, tylko o to, co na ogrodzeniu przesłaniającym przebudowywany Bund):DSC00146 To pawilon chiński. Na moim wydziale nawet kwietniki są w jego kształcie:

DSC02077

Jest wysoce prawdopodobne, że, tak jak marzy projektant, prof. He Jingtang, budynek stanie się nowym symbolem Szanghaju. Dzieło nawiązuje swym kształtem do 斗拱 dougong (wielkie brawa dla naszych polskich wikipedystów – polski jest jednym z czterech niechińskich języków, w których jest przedstawiony ten element architektoniczny). Przechrzczono też dzieło “cesarską koroną”. Niektórym kojarzy się też z nakryciem głowy cesarskich urzędników. Rzecz pokryta jest materiałem w różnych odcieniach czerwieni (tutaj to widać), ale z daleka wydaje się, że odcień jest tylko jeden (ciekawie, czy tych odcieni jest 56, jak grup etnicznych?). Jak przedstawia się tutaj ten projekt, mówi się o wydobyciu, podkreśleniu i zintensyfikowaniu chińskich elementów narodowych: czerwieni, dougongu etc. Mam wrażenie, że jest to raczej podniesienie do którejś potęgi. A ja mam problem (zresztą opisany w poprzendnim poście) z traktowaniem podnoszenia do którejś potęgi jako środka ekspresji architektonicznej. Ale wydaje się, że we współczesnej architekturze chińskiej - zwłaszcza w wielkich, pokazowych dziełach, to norma.

Tak potraktowany został np. motyw bambusa (aż dziw, że tego “nieśmiertelnego” motywu nikt nie napakował do pawilonu, no nic, może będzie w środku) np. w  Taipei 101, do niedawna najwyższym wieżowcu świata. W wersji trochę subtelniejszej (choć nie na tyle, aby nie zaburzyć równowagi wspaniałego skyline’u miejsca) w przypadku 国际金融中心 (International Finance Centre) w Hongkongu.

Ale w odniesieniu do wielkiego dougonga mam jeszcze jeden problem. Dougong  w oryginale jest czymś, co pozwala na podtrzymanie dachu, łączy, spaja budynek z jego zadaszeniem – górę z dołem. W pawilonie ten wielki dougong pozostawiony jest sam sobie - nie spaja budynku (bo tego prawie nie ma, są tylko 4 cieniutkie w porównaniu z całością nóżki) z dachem (bo tego też nie ma, no chyba, że za dach uznać niebo). Krótko mówiąc z punktu widzenia harmonii góry z dołem, wierzchołka z podstawą, jest jakoś…osobliwie.

W każdym razie wczoraj nadarzyła mi się okazja odwiedzenia terenów budowy Expo osobiście. Oczywiście nie ma mowy o łażeniu sobie luzem, bo to faktycznie gigantyczy plac budowy:

Szanghaj Expo budowa Jeździmy więc wolniutko autokarem, a pan z biura prasowego Expo opowiada, przed czyim pawilonem właśnie się znaleźliśmy.  Tutaj oczywiście wiadomo:

szanghaj expo chiński pawilonszanghaj expo chiński pawilonszanghaj Expo chiński pawilonRzecz jako bodaże jedyna jest z zewnątrz właściwie ukończona i w sposób absolutny i niepodważalny dominuje nad całą resztą. Pawilony Stanów czy Rosji choć wieglaśnie, nie sięgają nawet cienkich nóżek wielkiego dougonga.

Pawilony poszczególnych krajów są pogrupowane według kontynetów. Bogate kontynenty, jak Europa, to właściwie całe miasto, w którym poszczególne budynki reprezentują konkretne kraje. Nasz pawilon jest wciśnięty pomiędzy gigantyczny pawilon niemiecki a (niespodzianka!)… francuski. I prezentuje się na razie tak (to pośrodku, na drugim planie):Expo polski pawilon

Generalnie, choć może z tego szkieletu jeszcze dużo nie widać, jest to fajny pawilon, również zwielokratniający coś dla Polski tradycyjnego: wycinanki, koronki, pisanki, ale robiący to w nienachalny, lekki, przyciągający sposób. Tutaj w Szanghaju zdecydowanie uznawany za jeden z atrakcyjniejszych – czego dowodem może być prezentowanie go we wszelkich spotach reklamowych czy na banerach na równi z multimedialnym pawilonem Anglii czy nieziemskimi kształtami pawilonu Emiratów Arabskich. A na poniższym plakacie dostąpił nawet zaszczytu wystąpienia przy budynku - gospodarzu:Szanghaj Expo polski i chiński pawilon Czego ten baner (litościowie) nie oddaje, to tego, że wielki dougong jest od naszej wycinanki jakieś 15 razy wiekszy (choć w sumie proporcja i tak dla nas korzystna).

No więc kraje zasobniejsze snują jakieś tam własne - mniej lub bardziej udane – opowieści architektoniczne na temat własnej cudowności. Na kontynenty i obszary ubogie – Afrykę, ale i Amerykę Łacińską (z wyjątkami np. Chile i Meksyku) -  już czekają wielkie, zbiorowe blaszaki. Po wielkim dougongu, pozerskiej Europie, Stanach, Kanadzie, po nadymającej się Rosji, przykro było patrzeć na fioletowy hangar z blachy falistej pomalowany w pomarańczowe słońca, żyrafy i słonie. Tu nie będzie żadnej architektonicznej niespodzianki - hangar jest już wybudowany, w porównaniu z japońską wielką komórką nerwową/amebą czy nawet polskimi ażurami, nie było to skomplikowane. Żyrafka i słoń robią przy tych wszystkich złożonych projektach odbijających trendy “dorosłej” architektury i narodowe dyskusje o symbolice, dziecinne wrażenie.

Znajoma Kostarykanka mówi, że to Chiny opłacą urządzenie i utrzymanie kostarykańskiego stoiska (w zbiorowym pawilonie Ameryki Łacińskiej). Nie wiem, jak w przypadku Afryki-blaszaka, ale podejrzewam, że bardzo podobnie.

27

11 2009

Estetyka protestancka i duch kapitalizmu (chińskiego)

To małe szwedzkie miasteczko  położone jest na północnych peryferiach Szanghaju. Dalej już tylko zakurzone drogi, ciężarówki, świeżo wykarczowane pola i magazyny zaorane pod jeszcze nie powstałe osiedla, a na końcu Jangcy.

Wsiadam w metro lini 3  (jest już 10, robią 11 tą),  jadę do końca. Oczywiście nie znam konkretnego adresu, wiem tylko, że to część osiedla Xin Luodian. Opisuję taksówkarzowi, to, co widziałam na zdjęciach (Mariusz, wielkie dzięki za te linki!):  no więc rzecz ma przypominać Skandynawię, ma być czerwona kościelna wieża z zegarem, kamieniczki z dachówkami. A taksówkarz nadal nie bardzo wie, gdzie to, więc jedziemy na czuja. Po 15 minutach kierowca skręca w drogę przez pola, mówi, że to pewnie tutaj, bo tam dalej wdłuż tej dróżki “są te wszystkie takie osiedla”. Mam nadzieję, że poszukiwana wieża z zegarem po prostu zaraz wychynie i będzie wiadomo. Tymczasem, gdy zbliżamy się do domniemanego celu  zaczynam rozumieć, dlaczego facet po prostu nie mógł mieć jasności.

“Wieża ceglasta? To to?” – pyta się taksówkarz:

DSC01955Nie, nie to. Fakt, nie mogę wymagać przecież od taksówkarza z dzielnicy Baoshan, żeby odróżniał kopię Europy od kopii kopii Europy, jak przeciętny Europejczyk też nie odróżnia.

“Z zegarem, europejskie? To to!” – wskazuje taksówkarz:

DSC01961

No nie, to to raczej Bund naśladuje. Po drodze mijamy jeszcze zamek krzyżacki:

DSC01958I ja też powoli przestaje się łapać w bogactwie kopii, kopii kopii i architektonicznych bajań na temat dalekiej Europy. No, ale jak już zamek krzyżacki, to znaczy w dobrym kierunku jedziemy. W końcu taksówkarz wypatruje baner reklamowy z napisem: “Żyj w stylu północnoeuropejskim! Sprzedaż mieszkań, atrakcyjne ceny!” Jedziemy w kierunku wskazanym przez baner, aż znajdujemy to, czego szukałam.

Osiedle ponoć zostało zainspirowane wyglądem najstarszego miasteczka Szwecji – Sigtuny. Pierwsze wrażenie, jak dla mnie, jest powalające (trochę jak omamy):

DSC01899Ide więc rączo w stronę fatamorgany, a tam tak:

DSC01898DSC01908DSC01915DSC01928Nie wiem, czy to rzeczywiście kopia Sigtuny (M. jeśli w końcu zdążyłeś wtedy na autobus do rzeczonego miasteczka, to weź się wypowiedz), ale to miasteczko to nie tyle kolejna chińska fantazja na temat stylów architektonicznych Europy, ale po prostu transplantacja – proporcji, kolorów, układu ulic i budynków.

Tylko, że ja znowu mam wrażenie, że znalazłam się, podobnie jak w przypadku Wuzhen, w miasteczku duchów. Wszystko się zgadza – jest jakaś z pietyzmem odrestaurowana/wybudowana na wzór przeszłości/europejskości do bólu spójna całość, wszystko jest dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, tylko jakoś życia nie ma. Tak jak w Wuzhen zaglądałam przez zmurszałe okiennice do pustych zamkniętych na głucho wnętrz kamiennych chatek, tak teraz zaglądam w okna budynków wzdłuż głównej jie gatan, do “kościoła” – wszędzie pusto, chyba tylko jedne okna sprawiają wrażenie, że ktoś tam mieszka. Osiedle ukończono w 2007 i ewidentnie tak do do tej pory stoi. Jak się bliżej przyjrzeć, na dobrą sprawę wymaga już remontu, barierki pordzewiałe, zacieki z rynien, framugi okien poczerniałe. “Bary” i “kawiarnie”, które pozakładano jako element europejskości pozamykane na głucho, witryny puste:

DSC01936odbicie budynków w witrynie sklepu do wynajęcia:

DSC01926

DSC01937

wszędzie nagie okna, i tylko reklama akupresury stóp działa (czyje stopy i kto tam masuje? Może ludzie z miasta przyjeżdzają specjalnie, żeby w okolicznościach skandynawskich stopy wymasować, bo mają takie wyrafinowane upodobanie?):

DSC01913No właśnie. Kto? Oprócz mnie na osiedlu zauważyłam chyba  jeszcze tylko dwie modelki w sukniach, parę ślubną i fotografów tychże. Kilku chłopaków, chyba z wioski, którą mijało się w drodze do metra, gra w siatkówkę. Jeszcze jeszcze pan pucujący uliczne rzeźby. Czyli, że na zdjęcia ” w stylu europejskim” to tak, ale żeby tak mieszkać, to już nie? Jak jechaliśmy, taksówkarz mówił, że to dojazd fatalny (do centrum będzie ok godziny metrem+ 20 minut samochodem) i ceny bardzo wysokie.

Ale myślę, że to nie tylko to. Gdy wracam na piechotę do drogi głównej (nie ma taksówek na tym pustkowiu, poza tym wreszcie piękna pogoda, powietrze świeże, więc idę) z biednego porzuconego, zanim na dobre zajętego, chińskiego skandynawskiego miasteczka, mijam po drodze różne osiedla – tym razem nie wierne kopie, ale lokalne wariacje na temat zachodniości. A tam domy zamieszkane, samochody na podjazdach, a dojazd do miasta dokładnie ten sam, po prostu 400 metrów dalej:

DSC01957Mijam  ponownie “Bund” w szczerym polu. Obok niego wre praca, powstaje gigantyczne osiedle w stylu “art deco-wiktoriańskie rokoko-modernizm-pałac francuski-kamienica angielska”, pierwsze z brzegu już ukończone (polecam powiększenie):

DSC01964Wcale nie bliżej centrum, pewnie jeszcze drożej, no bo tyle kolumn, rzeźbień, to wszystko drogie. A praca wre, “gargamelki” poustawiane w kilka rzędów:

DSC01965Czy znowu inwestor się przeliczy? Nie sądzę. Mam wrażenie, ci, którzy mogą sobie pozwolić na drogie mieszkanie za miastem, to zwyczajnie ostatni w kolejce do poszukiwań purytańskich, prostych wzorów, umiaru i skromności. Szukają czegoś dokładnie przeciwnego – wyrażanego przez kolumny, marmury, rzeźbienia. I czy te marmury i złote lwy to kopia dokładna, czy wariacja na temat obrazów luksusu Europy, to  nie ma dla nich najmniejszego znaczenia. W sumie brzmi i wygląda to wszystko trochę znajomo, nie?

P.S. Jeśli luksus mierzyć ilością kolumn (coż, miara to znana z polskich przedmieść, wsi i miasteczek), to wygrywa (chyba i międzynarodowo) ten dopiero co wykończany budynek na Pudongu (Pudong – dzielnica-symbol chińskiego odrodzenia ekonomicznego). W takich przypadkach naprawdę nie wiem, co artysta miał na myśli. Czy to próba zdyskontowania napakowanego zachodnią architekturą Bundu po przeciwnej stronie rzeki? Czy próba pokazania, że jest się bardziej, więcej i lepiej niż Ateny i Rzym razem wzięte? A może odwrotnie – hołd europejskiej architekturze (coś jak powtórzenie 1200 razy “niech żyje”)? W każdym razie mnie takie wyrwania z kontekstu (żeby jeszcze, jak przewiduje teoria hybrydyzacji, te nieszczęsne kolumny lądowały w jakimś innym, twórczym kontekście…) nie przestaną chyba nigdy zadziwiać. Polecam kliknięcie celem zbliżenia :

DSC01120

21

11 2009

Taniec brzucha i Xinjiang connection

W poście “mój klub sportowy” wspominałam o obserwowanym przez mnie przez szybę kursie tańca brzucha, w którym oprócz przepasanych dzwoniącymi chustami kobiet brał udział dryblasowaty i pofarbowany na blond Japończyk. A w komentarzach pojawił się wątek pekińskiego nauczyciela tego rodzaju tańca, Guo Weia (artykuł o nim tutaj) .

Jako, że dziś  skończyłam pisać wielgaśną pracę semestralną (jedną z sześciu, po co mi to było), dzięki której ostatnie dni spędziłam w moim przemrożonym, wilgotnym pokoju w dwóch parach spodni i z termoforem przytroczonym do krzyża, postanowiłam zrobić coś, co doda mojemu życiu trochę 新鲜感 (wniesie powiew świeżości). Innymi słowy, zamiast latać wieczorem razem z “mocnymi babami” na bieżni, postanowiłam przenieść się na drugą stronę klubu, tam gdzie jest zdecydowanie bardziej kobieco – czyli innymi słowy dołączyć do rzeczonego kursu tańca brzucha.

新鲜感 było, i to jakie. Gdy wtedy obserwowałam lekcję przez szybę, po prostu umknął mi jeden dość istotny szczegół. No więc stoję w moim dresie (bardziej pasującym do tej drugiej strony klubu, ale co tam) pośrodku dziewczyn i kobiet we wdzięcznych ciuszkach i chustach, a naprzeciw nas stoi nauczyciel, patrzy w lustrzaną ścianę i z troską poprawia opaskę na włosach. Jest na bosaka, ma błyszczące spodnie-szarawary, bluzeczkę odsłaniającą brzuch, no i opaskę z szeleszczącymi monetami na biodrach. Jest dość pokaźnego wzrostu, na oko 25 letnim, Ujgurem.

Ze swoją egzotyczną tutaj twarzą, ciuszkami, sprawia wrażenie, jakby urwał się z zupełnie innej baśni niż całe to towarzystwo, nawet z innej niż samuraj przepasany dzwoniącą różową chustą.

Myślę sobie “przecież koleś nawet nie ma specjalnie bioder (co zresztą udatnie maskuje szarawarami i chustą) - jak on ma nas uczyć kręcenia tymiż? To trochę jakby dragqueen uczyła mnie, jak być kobietą”. Obawiam się, że będzie po prostu naśladował kobietę.  Z początkiem lekcji przechodzi mi ochota na głupie pytania i wątpliwości. Nasz ujgusrki nauczyciel tańczy w sposób całkowicie naturalny, wiarygodny, ma ewidentnie rzecz we krwi i patrząc na niego zapomina się, że ten taniec to domena kobiet (chociaż czy aby na pewno? Ale o tym jeszcze za chwilę). Nie naśladuje kobiety, ale uczy tak, że każda baba może się od niego mnóstwo nauczyć. Poprawia, pokazuje, z wyrozumiałością patrzy na nasze sztywne podrygi (moje, jeśli chodzi o śmieszność, plasują się na miejscu pierwszym, ale czuję na plecach oddech Japończyka). Kobity widać, ze czują się swobodnie –  master jest tak odmienny na każdej możliwej skali, że nie da się porównać, a tym samym np. zazdrościć (bioder, talii, czy czego tam się zazwyczaj zazdrości). Ja też czuję się dobrze (poza tym, że dociera do mnie ze straszną jasnością, że jestem pokraką), bo w tej zbiorowości jestem dopiero trzecim (i to nieistotnym), po samym nauczycielu i farbowanym samuraju, dziwologiem. Jeszcze mi się tutaj coś takiego nie zdarzyło.

No ale wracając do męskiego tańca brzucha. Okazuje się – jak poszukać, a mnie to tak zafrapowalo, że po powrocie zaczełam kopać w sieci – że facet gnący się w tańcu brzucha to bynajmniej nie tylko rezultat naszego współczesnego genderowego poluzowania, przemieszania etc., ale jak najbardziej wielowiekowa tradycja. Która, owszem, właśnie obecnie przeżywa, np. w Egipcie i na Bliskim Wschodzie (tzn. od Europy bliskim), swój, niepozbawiony różnych genderowo-religijnych zderzeńrenesans. I że linkiem łączącym chińskiego faceta z tańcem brzucha może być nie tylko obecna faza globalizacji, dzisiejsze media czy domniemywany przez niektórych homoseksualizm, ale np. taki nieszczęsny, postrzegany tutaj niemal wyłącznie albo jako źrodło kłopotów, albo jako ojczyzna najlepszego makaronu, Xinjiang (zauważyłam ostatnio, że są ludzie, którzy jak chcą powiedzieć Xinjiang, to bywa, że towarzyszy temu naśladowanie gestami charakterystycznych ruchów miotania ciastem makaronowym, które zresztą zasługuje na osobny wpis, podobnie jak kungfu makaron – forma sztuki, dla której owo miotanie bylo inspiracją).

P.S. Wklejony przeze mnie powyżej jako odnośnik  tekst A. Shaya pt. “The male dancer in the Middle East and Central Asia” to nie tylko ciekawe źródlo informacji o facetach w historii tańca brzucha, ale po prostu dobry tekst o tym, co w tytule (cóż, tradycja tancerzy w regionie mocno wiąże się z wykorzystywaniem młodocianych, tylko pewnie wtedy to nikomu, łącznie z zainteresowanymi, na myśl nie przeszlo). No a poza tym, ten tekst to przy okazji ciekawy przyczynek rzucający pewne światło na złożoność kwestii homoseksualizmu w Islamie.

P.P.S. (napisany 2 dni później) Tzw. życie zawsze przegoni dowolną historię. Znajoma Kostarykanka –  kick-bokserka powiada, że nasz nauczyciel tańca brzucha jest też trenerem kick-boxingu, wtedy zamiast dzwoneczków i chust ma dres i nieźle pierze….

21

11 2009

Zimno właściwe

Zimno przyszło. I to jakie (no właśnie nie wiem jakie, bo termometru nie mam, a prognozom jakoś średnio wierzę). Choć podobno jeszcze nie jest to zimno właściwe (na razie para z chuchnięcia sięga tylko ok 20 cm, jak będzie ok 40, to podobno będzie dopiero zimno właściwe).

Nigdy bym nie pomyślała, że się ucieszę, że zimno. Ale to pewnie polska dusza się cieszy – od razu mam lepszą orientację w czasie, zaczynam robić zimowe plany (to skoro i tak zimno i tak, to może pojadę do 东北 na Północny Wschód) i tak dalej. Do tej pory, odkąd przyjechałam, było jakby się czas zatrzymał, wieczne lato – coś jak niekończący się dzień, gdy leci się samolotem na Zachód, tylko w dużej skali.

W mieszkaniach nie ma ogrzewania (w ogóle na południe od Jangcy chyba nigdzie nie ma, resztą na Tajwanie też nie było, podobno w Japonii z wyjątkiem północy też niespecjalnie jest) . Na Tajwanie skończyło się to zapaleniem stawów kolanowych i akupunkturą z prądem na kilka centymetrów w głąb kolan – pomogło. Na szczęście tutaj mój starożytny klimatyzator po kilku zgrzytach ruszył i dał się nastawić na opcję „dogrzewanie”. We framudze okna była dziura grubości kciuka, zatkałam szmatą. Ale i tak siedzę w rękawiczkach i śpię w dwóch parach spodni od dresu i dwóch parach skarpet, pod dwiema kołdrami, co około 5 nad ranem i tak przestaje wystarczać.

Tu ludzie są dużo bardziej przyzwyczajeni i nic sobie z zimna nie robią. Dalej wychodzą po zakupy na osiedlowy targ w piżamach (tylko ostatnio zmienili na pikowane). Na stojących pod targiem automatach dla dzieci (takie jak za moich dziecięcych lat – sadza się młodego na plastikowe zwierzę, bądź do samochodziku, wrzuca monetę, rozlega się radosna pieśń, pojazd się kołysze, dziecię jedzie) nadal jeżdżą maluchy (mają przy tym tak zamyślone miny, że nie wiedziałabym jak do takiego dziecka zagadać, może coś z historii albo literatury?). Przy chodnikowych straganach nadal ruch – do asortymentu włączyli najbardziej pluszowe kapcie świata i podszyte misiem ochraniacze na ręce i nogi – do jazdy motorem. Chyba sobie kupię i będę siedzieć tak w mieszkaniu.

Choć ja nie mogę narzekać. Moi biedni znajomi z akademika (chińskiego, bo laowaje, co płacą 90 RMB za dobę, oczywiście wszystko mają), nie mają w mieszkaniach żadnej opcji ogrzewania (wszyscy kupują masowo piecyki, które się masowo psują i najtańsze koce elektryczne z Walmartu po 59 RMB sztuka). Nie mają też ciepłej wody. To ostatnie podobnież „dla ich bezpieczeństwa” (uwielbiam ten zwrot, odkąd w tamtym roku w Hunanie pewien pijany przeor klasztoru buddyjskiego chciał mi się wpakować wieczorem do pokoju, żeby zobaczyć, „czy jest tam bezpiecznie”). To kolejna niepodzianka (tzn. nie przeor, tylko ten brak ogrzewania i ciepłej wody), bo akademiki, a raczej całe wielgaśne osiedle studenckie wielkości warszawskiego Gocławia, są naprawdę ładne, i na zewnątrz, i wewnątrz, mieszkania (kilka pokoi, wspólny kuchnio-salon i łazienka) są jasne, odnowione w nietandetny sposób (porządne kafle, estetyczna wykładzina), mają ładne wyposażenie (chyba pierwsze ładne wyposażenie, jakie widziałam w jakimkolwiek akademiku) . Nieszczęśni muszą jednakowoż pielgrzymować z tych miłych mieszkań do umywalni, po czym, świeżo po kąpieli, z mokrymi włosami (niedobór suszarek i gniazdek) i z mydłem w dłoni, lecą z powrotem do siebie. A tam np. - jak ostatnio – 7 stopni.

W sumie to jeszcze „zimno właściwe”nie nadeszło, ale jakoś szanghajska (a przynajmniej nasza tutaj, peryferyjnie szanghajska) przestrzeń publiczna wydaje mi się przyjaźniejsza niż polska, jeśli chodzi o wspomaganie tych, co się w niej poruszają w czas zimna. Tzw. cha diany (sklepy z herbatą – straganiki oferujące kubek herbaty z dowolną domieszką – mleka, kuleczek z taro, a nawet kawy – bardzo dobre, naprawdę, to zupełnie coś innego niż to, co się dostaje w starym automacie do napojów, gdy chce się herbatę, a ktoś chwilę przedtem brał kawę), które latem pozwalają wytrzymać upał serwując napoje z lodem, teraz sprzedają gorące napoje. Z takim czymś w ręku jest od razu dużo raźniej.

15

11 2009

Powitaj Expo – bądź przodownikiem dobrych manier

文明 wenming (cywilizacja w znaczeniu “ucywilizowanie”) to jedno z tutejszych słów-kluczy. Cała przestrzeń publiczna jest dosłownie bombardowana pouczeniami, zaleceniami, hasłami i „przyjacielskimi radami”: „Przechodź tylko na pasach, ustępuj miejsca potrzebującym”(autobus), „Mów w putonghua”(czyli w tym, co u nas potocznie nazywa się chińskim, wszelkie instytucje publiczne), „Nie pchaj się w autobusie”(moja klatka schodowa), „Nie daj szansy złodziejowi, pilnuj swoich rzeczy”(w knajpach, złodziej na rysunku czemuś bardzo przypomina przedstawicieli pewnej dużej i ostatnio szczególnie kłopotliwej mniejszości), „Nauczycielu, ścieraj tablicę po zajęciach”(uczelnia), „Spuszczaj wodę”(wiadomo). Kolejne wielkie wydarzenia – olimpiada, a teraz Expo, są okazją, aby rzecz nieco pokrzewić. Wysiłek musi być po coś, mieć jakiś cel, plan, to musi być mobilizacja. Tutejsze wysiłki w celu osiągnięcia relatywnego wenming mają rzecz jasna na celu odpowiednie powitanie Expo. Na zdjęciu wjazd do parkingu. Napis: “Cywilizowane parkowanie. Witamy Expo. Uprzejma obsługa” (zdjęcie trochę niewyraźne, ale chyba nie szkodzi, bo to nie artystyczne): parking

Jak patrzę na obojętność, z którą te wszelkie hasła i rady są traktowane, to raczej skłaniam się do wniosku, że to jest średnio skuteczna metoda. Chyba o wiele pożyteczniejszą było coś (przedziwnego), co widziałam (jak dotąd jedyny raz) na jednej z głównych szanghajskich ulic w ubiegłym roku, na krótko przed olimpiadą. Policjant, na oczach tłumu stojącego mniej lub bardziej posłusznie na światłach, ukarał mandatem osobę przechodzącą na czerwonym. Chłopak był tak zdziwiony, że w ogólnie nie wiedział o chodzi. 杀鸡骇猴 shaji haihou – zabić kurczaka, żeby przestraszyć małpy. Choć te wszystkie hasła i rady wyglądają na rzucanie grochem o ścianę, to jednak znajomi, którzy mają porównanie, jeśli chodzi o Pekin sprzed i po Olimpiadzie, mówią, że się poprawiło, że to cała abiorowa akcja wenming jednak czegoś ludzi nauczyła, może pokazała, że można trochę inaczej.

Tu w pouczaniu prym wiedzie Haibao – niebieskie, radośnie uśmiechnięte …no właśnie. Chyba najlepszą kategorią, jaką można je opisać to “coś tam, coś tam…”. Na poniższym zdjęciu Haibao daje “przyjacielskie rady” odnośnie do zachowań w środkach transportu (przepuszczanie starszych, ustępowanie miejsca, ogólnie warto powiększyć zdjęcie, żeby zobaczyć tę utopię). Witamy Expo, ale i w domyśle zagranicznych gości i media, które się zjadą. Własne cywilizowanie trzeba zobaczyć odbite w oku Innego. Hasło: “Szahajskie Expo – Chiny patrzą na świat, świat patrzy na Chiny”. Hasło pomniejsze: “Wspaniałe Expo — bądź w awangradzie (jak kto woli – bądź przodownikiem) w byciu cywilizowanym”:

DSC01382

Haibao firmuje też swoją gębą (czy tam nogą, u niego to chyba wszystko jedno) serię broszurek „Powitanie Expo – poradnik dla mieszkańców”, które można dostać za darmo w niektórych punktach publicznych. Niestety, strasznie żałuję, że broszurki pt. „Wykorzenianie złych nawyków” już nie udało mi się dostać (może rozchwycili ją, żądni pokuty i nękani moralnym kacem, ci, którzy plują na podłogę w knajpie i wysadzają dzieci na kupę do kosza na śmieci w hali targowej?). Na szczęście udało mi się dostać książeczkę z pozytywnym przesłaniem: „Nauka etykiety”:

DSC01894

Urywki (w leniwym tłumaczeniu) poniżej.

Rozdział pierwszy: kultura osobista.

Paragraf 2. Wygląd – najbardziej podstawowe wymagania

Fryzura: stosowna do wieku, profesji, czesana

Wyraz twarzy: pokojowe i życzliwe spojrzenie, usta w lekkim uśmiechu

Paznokcie w czas obcięte (tylko, ze dla niektórych ten czas, zwłaszcza odnośnie małego palca u ręki chyba głównie lewej, nie następuje nigdy, paznokieć ma urosnąć na tyle, żeby móc pełnić wiele pożytecznych funkcji, o których pewnie była mowa w książeczce „Wykorzenianie złych nawyków”.)

Paragraf 4. Ubranie – najbardziej podstawowe wymagania

Nie wolno pokazywać ramion, zawijać nogawek, nosić piżamy (niee! Na chińskie bogi, już pal licho jakieś ramiona, nogawki jakichś tam głupich spodni, tylko nie odbierajcie ludowi piżam! Niestety w prawdziwym Szanghaju piżam faktycznie na ulicy prawie się już nie uświadczy. U nas na peryferiach to powszechny widok. Piżamy te są estetyczne, góra z dołem zawsze do kompletu, materiał stosowny do pory roku – teraz, jak zrobiło się zimno, to są flanelowe albo polarowe. Jak dla mnie piżamy stały się symbolem swojskości, lokalności, domowości tego miejsca. Widok osób w piżamach, jak żadna terapia, przyczynia się do łagodzenia stresów związanych z wyścigiem szczurów i tym podobnych życiowych frustracji. To tak, jakby każda z tych osób mówiła – “zobacz, masz prawo do przełażenia całego dnia w piżamie i świat się nie zawali”)

Paragraf 6. Bary i knajpy „samoobsługowe” (czyli takie, gdzie trzeba zamawiać samemu)

Ustawić się w kolejce (jakiej kolejce?), zgodnie z jej kierunkiem (jakim kierunkiem??). Nie wolno w kierunku odwrotnym, nie wolno też się wpychać (czemu nie dodali „torując sobie drogi tacą z jedzeniem”?)

Dalej następują jakieś pomniejsze wyjaśnienia typu jak się kłaniać Japończykowi i jak nie pytać laowajów o wiek, liczbę dzieci i mężów (powinni jeszcze dodać zakaz wypowiedzi typu: „ojej, w taaaakim wieku, jeszcze nie ma dzieci, u nas tu już byś miała takie – tutaj pokazanie mniej więcej do pasa —dziecko, musimy ci kogoś znaleźć. Bo mój syn….”). No, ale to wszystko nic w porównaniu z „etykietą” na ulicy – bo tu chodzi nie o jakieś tam obrażenie Japończyka (najwyżej dostanie nerwicy) albo starej polskiej baby, tu chodzi o życie.

Rozdział 2 – Zachowania publiczne

Paragraf 8. Jazda rowerem

Nie przejeżdżać na czerwonym, nie jeździć pod prąd. Przepuszczać pieszych (nawet nie chce mi się na ten temat nic pisać)

Paragraf 9. Prowadzenie pojazdów

Nie wyrzucać śmieci przez okno, nie pluć przezeń, w nocy na światłach jeździć (jak to, przecież żarówki się zużywają?)

Paragraf 10. Jazda publicznym środkiem transportu

Nie palić, nie pluć, ustępować miejsca kobietom w ciąży, starszym i niepełnosprawnym oraz osobom z małymi dziećmi (byłam świadkiem, jak nikt nie ustąpił miejsca dziewczynie z noworodkiem, chyba prosto ze szpitala, chyba zbyt biednej, żeby wziąć taksówkę. Ustąpiono dopiero, gdy zaczęła się osuwać, o mało nie uderzając główka dziecka o poręcz. A siedzieli sami młodzi faceci i grali na mini konsolach).

Paragraf 11. Toaleta publiczna

Rożne oczywistości oraz….

Dobrze zamykać drzwi za sobą.

Wydalanie przez bardzo wielu ludzi nie jest traktowane jako czynność wstydliwa, wymagająca chwilowej izolacji od świata, drzwi często nie są zamykane. Do tego osoba znajdująca się w środku może przy tym w międzyczasie np. prowadzić swobodnie konwersacje z osoba na zewnątrz. Ale jakoś się nie dziwie. Trzeba pamiętać, że jeszcze całkiem niedawnej przeszłości – np. podczas Rewolucji Kulturalnej, wydalanie bywało często czynnością publiczną (np. toaleta we wszelkich kolektywach, zwłaszcza tych bardziej karnych– dół z deską przez środek, na której trzeba przycupnąć). I w ogole intymnosci jakiegokolwiek typu specjalnie nie dalo sie uswiadczyc. Dziś poza dużym miastami toalety bez żadnych przegródek – tylko otwarta przestrzeń na kilka/kilkanaście osób, z kanałkiem pośrodku, którym płynie woda i nieczystości, to dość powszechny widok. Doświadczenia Rewolucji doświadczeniami Rewolucji, ale chyba chodzi o coś jeszcze innego. Na Tajwanie, który pod wieloma względami od kontynentu dzieli przepaść, np. wizyta u lekarza (nawet takiego jak ginekolog) też nie jest traktowana jako sprawa prywatna, intymna. W gabinecie kreci się wiele osób, pielęgniarki, inni pacjenci, drzwi do gabinetu są ciągle otwierane, bądź (najczęściej) w ogóle nie są zamykane. Nie mówiąc już o postrachu dentystycznym – absolutna większość gabinetów stomatologicznych to miejsca, gdzie fotele z nieszczęsnymi są tak ustawiane, aby z ulicy było dokładnie widać tzw. jamę i czynności na niej wykonywane. Tutaj też się na coś takiego natykam, ale bardzo sporadycznie, bo w ogóle gabinety prywatne to wielka rzadkość.

No ale wracając bo broszurki: na końcu mini rozmówki —-jak miło odpowiedzieć cudzoziemcowi („Thank you. I’ve enjoyed talking with you”, „Eat a little more fish, please, Robert”)

14

11 2009

Co ma filozofia Marksa do Renmin Ribao czyli mój kurs marksizmu

Mój kurs marksizmu to niewyczerpane źródło inspiracji.
Tydzień temu grupka, do której należałam i ja, zainaugurowała serię prezentacji robionych przez samych studentów. Temat jaki dostaliśmy to „Demokratyczny socjalizm i jego losy w Chinach”. Na pierwszy i drugi rzut oka stwierdziłam, że to dość egzotyczne połączenie, ale nie przejęłam się zbytnio, tłumacząc sobie, że tak jak wiele pojęć, „demokratyczny socjalizm” ma najpewniej tutaj odmienne niż w tradycji zachodniej znaczenie. No bo ten demokratyczny socjalizm, o którym myślę – radykalniejsza (w deklaracjach) niż socjaldemokracja, porewizjonistyczna koncepcja akcentująca samorządność robotników etc., mająca swoje stabilne acz obecnie dość marginalne miejsce we współczesnej Europie to jedno, a wszelakie socjalizmy systemowe to drugie.

Udałam się do biblioteki (po tygodniach walk nie uzyskałam jeszcze co prawda prawa do wypożyczania książek, ale przynajmniej jak przyłożę moją kartę do bramki na wejściu do biblioteki, to ta nie buczy tak jak bramka w sklepie przy próbie kradzieży), odnalazłam lektury, jakie profesor zalecił do przygotowania tego tematu. No i coś zaczęło mi się nie zgadzać. Socjalizm demokratyczny wyłaniający się z tych publikacji to zasadniczo ten sam o którym pomyślałam, jak zobaczyłam temat naszego zadania. Polecone lektury opisywały historię rewizjonizmu, ruchu robotniczego w Niemczech, samorządności robotniczej, osłon socjalnych. No może tylko nie rozpisano się zbytnio (czyli w sumie nie napisano) o krytyce zachodniej lewicy w stosunku do socjalizmów „systemowych”. I ani słowa o Chinach. Przypudrowany bo przypudrowany, ale mówimy cały czas o tym samym zjawisku. Więc przydzielone nam zadanie żąda on nas powiązania tego wszystkiego z najnowszą historią Chin? W notatkach które sporządzam dla mojej grupy (każdy z nas pisze, a później mamy zrobić burzę mózgów) wypisuję tylko kilka punktów, dlaczego moim zdaniem nie można jak dotąd mówić o losach socjalizmu demokratycznego w Chinach. I duży znak zapytania. Jestem ciekawa, czy oni są w stanie zaproponować jakieś połączenie tych pojęć i jakich ewolucji myślowych przy tym dokonają.
Zbieramy się i zaczynamy rozmawiać. Kończymy po 4 godzinach jak nas pani ze szmatą w ręku ze stołówki gdzie siedzimy przepędza. Przy okazji wychodzą tematy tzw. poboczne. Dziwią się, gdy mówię im, że u nas nie dzieli się świata na kapitalistyczny i socjalistyczny, i że nikt Chin socjalistycznymi na Zachodzie raczej nie nazywa. Nie bardzo też chyba łapią, gdy mówię, że nikt w Europie nie nazwie też, dajmy na to Szwecji „krajem socjalistycznym”. No to gdzie według nas jest ten socjalizm?

Chiny a socjalizm demokratyczny. Teraz widac wyraznie, że to zadanie to tak naprawdę sprawdzian. Nie tyle tego, czy grupa przeczytała zadane książki i czy sprzeda to reszcie, ale czy jest w stanie – jako przyszła elita Chin, jako przyszli dziennikarze poruszać się sprawnie w meandrach dyskursu publicznego, mowic tak, aby spelnialo to bardzo zlozone wymogi, a zarazem nie ocierać się o jawny absurd. O absurd to by się otarło, gdybyśmy zaczęli strzeliscie udowadniać, że Chiny to miejsce działania socjalizmu demokratycznego. Nie spełniałoby wymogów, gdybyśmy zaczęli wygłaszać pochwały zachodniego socjalizmu demokratycznego i kontrastować go z Chinami. Musimy znaleźć – ha – drogę środka. I na tym polega właśnie całe to ćwiczenie. W brodziku, z deska i plywakami, bez wypływania na pełne wody dyskursu publicznego. Próba odczytywania granic.

Grupa wykazuje się dużą dozą inwencji, ale i ekscentryzmu. Wytypowuje największe swe kurioza: Tajwankę i mnie do mówienia w swym imieniu. Obie się boimy, że się zapędzimy, że powiemy coś nie tak, co nawet nie tyle będzie podejrzane ideologicznie, bo profesor caly czas podkresla, ze to, co tutaj, to nie sfera publiczna, wiec to, co tu jest mowione rzadzi sie innymi prawami, ale ze wyrwie sie nam coś, co zdradzi naszą nieumiejętność poruszania się w tej rzeczywistości, potwierdzi przyjeta a priori naiwność i niewiedzę laowaja i Tajwanki. Albo  zostanie odczytane jako arogancja kogoś z kraju, który odrzucił socjalizm i kogoś z wyspy karmionej przez lata skrajną niechęcią do ChRL (SL boi sie podwojnie, bo nalezy do KMT i wszyscy o tym wiedza). Jako zabezpieczenie i poduszka bezpieczeństwa dołącza XD, chłopak oczytany, błyskotliwy i który na dobrą sprawie też jest osobliwością. Jako chiński Muzułmanin (ale nikt tego nie wie, ja wiem, bo jestem z innego świata, nie mam na plecach tego całego bagażu złożonych stosunków łączących/dzielących chińskie minzu i mi można – ale szeptem – powiedzieć) jest kimś spoza etnicznego mainstreamu. I tą jego peryferyjność czuję od razu, jeszcze zanim dowiaduję się, że jest z (tej właśnie) mniejszości, nasze doświadczenia bycia innym są w jakiś sposób podobne.
Nieszczęsny laowai, tajwańska tongbao i XD, erudyta z „problematycznej” mniejszości mamy pilnować, żeby to coś nie wylazło poza granice, których sami dobrze nie znamy.
Mam niezla treme. Nie tylko dlatego, że to pierwsze wystąpienie, gdzie wypróbowana będzie moja zdolność nie tyle do powiedzenia czegoś z sensem, ale do powiedzenia tak, aby nie powiedzieć niepoprawnie. Ale także dlatego, że to moja jedyna szansa udowodnienia 50 kilku osobom, że mam coś więcej do powiedzenia, niż tylko odpowiadanie monosylabami na te idiotyczne pytania typu „czy umiesz jeść pałeczkami”. Jak skopię, to drugiej szansy chyba już nie będzie. Zostanę tutaj 5 latkiem na zawsze. Grupa wrzuciła mnie na głęboką wodę, ale wiem, że robią to dla mnie, obmyślili to jako terapię po moich uniwersyteckich traumach (co je opisałam we wpisie „Upupianie”). No oczywiście też trochę pod publiczke, dla której gadający laowai to jak zajac dziergajacy se na drutach pokrowiec na uszy.
Jestem tej mojej grupie wdzięczna. Siedzieli w pierwszym rzędzie i robili miny pełne wsparcia. Chyba tylko dzięki temu poszło mi naprawdę super (podobnie jak czasem tylko dzięki temu, że słuchacz od razu przyjmuje minę jak do rozmowy z idiotą nieraz idzie potwornie), złapałam wiatr w żagle, przypomnialam sobie, ze moge po chinsku mowic plynnie, pelnymi zdaniami i na zlozone tematy, przypomniałam sobie, że w poprzednim, polskim życiu, zanim stałam się dziecinnym laowaiem, byłam nauczycielką, pracownikiem naukowym i czasami wykładowcą. Widok 50 kilku otwartych z wrażenia gęb (zając na ich oczach udziergal spory kawalek na drutach) był jedyny w swoim rodzaju. Kończymy tym, że problemem nie jest socjalizm, ale „demokracja” w jej zachodnim rozumieniu – idea ze względu na wielorakie uwarunkowania mało tutaj zrozumiała. Poszło. Profesor chwali część merytoryczną, ale odnosimy wrażenie, że jeśli chodzi o sprawdzian z ćwiczenia poruszania się w chińskim dyskursie publicznym powiedzieliśmy trochę za słabo, za bardzo niepewnie, mogliśmy trochę (trochę – tylko co to znaczy?) konkretniej (chociaż to jeszcze nie to słowo) i jeszcze by było ok.
Potem z SL, Tajwanką zastanawiamy się, jak można się nauczyć takiego wyczucia. Niby mnie powinno być łatwiej, bom z Polszczy. Choć wyczulenie na różne rejestry języka publicznego, w tym propagandowe, oraz poczucie jak delikatną i przedziwną są one materią mam pewnie i lepsze niż standardowy przedstawiciel jakiegoś kraju zachodniego, to jednak mam też wrażenie, że nie na wiele mi te polskie geny (i wychowanie) oraz pamięć schyłkowego PRL-u pomagają (choć jak ostatnio znajoma z pewnego kraju latynoskiego zadała chińskim znajomym pytanie o to, jak się ma filozofia “tego niemieckiego Zyda Marksa” do Renmin Ribao, to zrozumiałam, że mogło być ze mną zawsze jeszcze gorzej). To znaczy sa pomocne, ale tylko w okreslonym zakresie rzeczywistosci. Bo to, co jest tutaj, jest po pierwsze wielotorowe. Dangbao – gazeta partyjna – to gazeta partyjna. A media lokalne, media niecentralne i sciezki ktorymi sie poruszaja, jezyk ktorym pisza, bramki na ktore graja – to zupelnie inna sprawa. Studenci dziennikarstwa tego elitarnego uniwersytetu maja kilka lat, zeby to zrozumiec. Czesci na pewno sie uda.

04

11 2009