Archive for December, 2009

pustka duchowa i zejście na złą drogę

“面对这样一个四通八达的博客平台, 传统权威已不复存在,多样化的博客必然会带来多样化的思 想观念、价值判断和情感评价,这会使大学生的思想观念受 到前所未有的冲击,可能会导致精神空虚、迷惘和思想过度 自由化,甚至还可能受到不良博客内容的诱惑而误入歧途。”

Tłumaczenie:

“W obliczu tego rodzaju wielotorowości (wielokierunkowości) świata blogów, tradycyjna władza już nie istnieje, wielość blogów w sposób nieunikniony przynosi wielość opinii i poglądów, sądów wartościujących i ocen emocjonalnych, to wszystko może sprawić, że poglądy studenta znajdą się pod niespotykanym dotąd ostrzałem, może prowadzić do duchowej pustki, zwątpienia i nadmiernej liberalizacji myśli, a nawet może prowadzić do skuszenia przez szkodliwe treści blogowe do zejścia na złą drogę”

Powyższy cytat jest z artykułu naukowego, tytułu nie wspomnę, tytuł podrozdziału: “O konieczności kierowania zachowaniami i postawami studentów wobec blogów”. Żeby nie powiększać poczucia pustki, komentarza dziś nie będzie.

31

12 2009

te wasze święta są takie romantyczne

Święta spędzone w bibliotece na pisaniu na tempo tych wszystkich wypracowanek. Mam 3 tygodnie na napisanie 4 prac po ładnych kilka tysięcy lokalnych znaków każda i sprawdzenie tych 3 prac, które, przeczuwając problemy, napisałam wcześniej, razem (dodawszy jeszcze te niezapowiedziane prace pisane w ciągu semestru) prawie objętość tutejszej pracy doktorskiej. Dziś profesor, którego uczę angielskiego zapytał mnie czy już jestem w stanie ze stroniczkę po chińsku napisać. Ponieważ mnie zamurowało i tylko się patrzyłam, on odparł: „no, tak jeszcze za trudne, powoli, powoli”. No ale to ten sam, co się w Stanach przez rok nie nauczył jeść nożem i widelcem, więc niech spadnie na niego zasłona buddyjskiego miłosierdzia.

Jak do tej pory odbyłam różne świąteczne spotkania. Jedno na klęczkach nad koreańskimi daniami -  na koniec wyciągnęłam piernik, który moja Mama zrobiła i wysłała samolotem. Po raz kolejny okazuje się, że nic tak nie dodaje piernikowi sznytu, jak lot, tzn. nie lot ze stołu na podłogę, ale lot z prawdziwego zdarzenia, interkontynentalny, pierniczek zrobił furorę. Kolejne spotkanie – z plastikowym talerzykiem w ręku, oglądając pracowników mojego klubu sportowego fikających w przebraniu Mikołajów etc. Dostałam trochę prezentów (łącznie ze stemplem z moim chińskim nazwiskiem i tytułem „boshi” (doktór, całe szczęście, że nie profesór) – nie wiem skąd się ludziom bierze tytułowanie bliźnich tytułami naukowymi, których jeszcze nie zdobyli, bo np. tytułowanie wszystkich pracowników fizycznych „shifu” – mistrzu, choć się nie zaliczają, to akurat relikt kultury robotniczej z czasów, gdy robotnicy byli „panami kraju”, no a boshi…nie byli. Dostałam też masę życzeń (to miłe, że nawet dawno nie widziane osoby pamiętały o tym laowaju, co kiedyś napotkały, tak, że życzeń było nawet trochę więcej niż ostatnio z okazji Święta Dziękczynienia, co do którego wszyscy są przekonani, że to święto “ogólnozachodnie”).

I choć wszędzie dyndają „dekoracje świąteczne”, poczucia świąt nie mam. Wczoraj wieczorem, gdy próbowałam nadludzkim wysiłkiem znaleźć jakieś znośne buty (na jasełka, czy tam inną szopkę, którą oferował na wieczór nasz uniwersytet przezornie nie poszłam), pani sprzedawczyni w mikołajowej czapeczce stwierdziła: „my tak lubimy te wasze święta, bo są takie langman – romantyczne”. No tak – kolędy słodkie do mdłości w rozżarzonym białym świetlówkowym świetle Walmarcie, obsługa wszystkich knajp w obowiązkowych mikołajowych czapeczkach (nawet człowiek nie czuje, że płaci?), choinki z Doreamonów przebranych za…choinki i laski wanilii (dla nieobeznanych: to taki japoński kot-robot, a dla podejrzewającyh, że mi się to uwidziało, dowód):

DSC02150

…stragany z dekoracjami bożonarodzenowymi. Tutaj akurat obok takiego stoiska sklepik z artykułami związanymi z kultami rodzimymi – kadzidełka, pieniądze dla duchów, bóstwa na domowy ołtarz etc.:

72930024

…no i Mikołaje – shengdan laoren – “bożonarodzeniowi starcy”. Mikołaje – koniecznie po dwa na każde drzwi – na prawym i lewym skrzydle (coś niby na kształt tradycyjnych bóstw drzwi) „zachęcają” do zakupów. Niby wszystkie identyczne, ale jak spojrzeć, twarz każdego z nich wyraża inny odcień dewiacji. Niby wszystkie takie same – czerwone uślinione usteczka, języczek, złe oczka, broda maskująca rzeczywistą tożsamość, ale każdy jednak inny. Swoją drogą jakże fascynujące są drogi kultury, że poczciwy Mikołaj przedzierzgnął się tutaj w dziada starego (no to poniękąd jasne) a obleśnego (to już niejasne) i tak przemieniony musiał wylądować sprasowany właśnie na wszelkich drzwiach. Na szczęście naklejają tylko te zakazane gęby – jakby dali np. plan ¾ pewnie by wyszło, żeMikołaje te zacierają ręce z jakiejś występnej uciechy. Poniżej skromna częśc mojej kolekcji, coby się Czytelnik przygotował, w kolejności od najmniej do najbardziej przerażających okazów:

DSC02136DSC02138DSC02139

Tych dwóch ostatnich nikt przy zdrowych zmysłach samych z dzieckiem by chyba nie zostawił, nawet gdyby obiecywali najładniejsze prezenty. No i w ogóle przyjście takiego Mikołaja to powinna być kara a nie nagroda.

No więc atmosfery świąt brak, ale…wczoraj, po 10 godzinach w bibliotece powlokłam się w stronę centrum handlowego i przepychając się z tłumem udało mi się wreszcie kupić fajne buty górskie (lokalnej marki „Wielbłąd” prezentującej rodzimego baktriana nie wiedzieć czemu na tle piramid) . Tyle, że aż wstyd się przyznać, byłam tak zmęczona, ze przymierzyłam tylko jeden, prawy but. Stwierdziwszy, że jest git, czym prędzej zapłaciłam (300 za buty górskie, raj na ziemi, ciekawe tylko, kiedy się rozwalą) i powlokłam się w stronę domu. Po czym przymierzyłam oba i przypomniałam sobie dobitnie, że lewą stopę mam większą od prawej i że nie jest dobrze. Pomna ostatnich doświadczeń opisanych w poprzednim poście i rad osób doświadczonych przez chińskie życie zamieszczonych w komentarzach, zaczęłam w myślach rozpracowywać możliwy obrót zdarzeń, argumenty których użyję, uwzględniłam czas, jaki mi został do spotkania, które muszę dziś odbyć w razie, gdybym musiała okupować miejsce. Wchodzę, pani w czapeczce Mikołaja jak wczoraj – zbieram oddech i tłumaczę sprawę. I co? Pani: „No ależ oczywiście, nie ma problemu, już przynoszę większe, bardzo proszę”. Ja: „bardzo przepraszam, ja po prostu zapomniałam, że lewą stopę mam większą”. A ona: „Aaa, to każdy z nas tak ma – lewa jest po tacie więc jest większa, a prawa mniejsza, bo po mamie”. Ha! To rozumiem! Rzucam się do dziękowania, a tam: „ale nie ma za co dziękować, to mój obowiązek, będzie jakiś problem, proszę przychodzić”. Dopiero po tym zdałam sobie sprawę, że to dosłownie pierwsza sprawa tutaj od 5 miesięcy, gdy ktoś poszedł mi nieprzymuszony na rękę, że już się zdążyłam nauczyć i dostosować do niepisanej szanghajskiej zasady: „jak jest cień szansy, że coś może się nie udać, nie uda się na pewno”. Tak więc mam buty w dobrym rozmiarze, w kolorze coś pomiędzy baktrianem a dromaderem, i jak pomyślę, że jeszcze miesiąc pisania durnych prac i zrobię z butów tychże prawidłowy użytek, to myśl ta jest jak choinki, bombki i makowiec w jednym.

A i jeszcze – wczoraj, gdy wieczorem wyczołgiwałam się z biblioteki pan, który stoi przy bramce coś zaczyna do mnie gadać. Już myślę, że jakiś problem, że karta zła, że znowu coś „bu xing”. Na początku średnio rozumiem, bo pan do mandaryńskiego nienawykły, silna szanghajszczyna przebija z mowy. Po czym dociera do mnie, że tenże pyta, czy ja aby dziś nie mam świąt. No tak, mówię, faktycznie są, ale chyba w tym roku obejść jak trzeba mi się chyba nie uda. A pan na to kiwa głową i rzecze: „no ale i tak wszystkiego najlepszego”. No to wszystkiego najlepszego!

72930020

Tags:

25

12 2009

Wrzeszcze, wiec jestem

Ze cos sie ze mna dzieje, podejrzewalam, gdy przestaly mna wstrzasac mdlosci za kazdym razem, gdy ktos obok mnie charcząc plunal na ulice. Po prostu przeszly jak reka odjal, moge nawet w czasie takich charchow, gromadzenia, formowania i odpluwania swobodnie jesc, nie musze wykonywac nadludzkich wysilkow, zeby rzecz zatrzymac w buzi.

Moje podejrzenia, ze cos sie zmienia, wzmocnila sytuacja sprzed tygodnia. Gdy moja regularna oprawczyni, banzhang (gospodarz klasy) studiow doktoranckich uraczyla mnie kolejnym klamstwem, ktore mialo uratowac jej kolege przed pisaniem artykulu ”razem z tym laowajem” (oklamala mnie co do woli profesora w tej sprawie, zwalajac nieuchronny problem, jaki bym miala postępując wedle jej wskazowek, na moje “nierozumienie chinskiego”), poszlam do niej i zaczelam sie drzec. Na poczatku miala swoja zwykla arogancko-znudzona mine, to zaczelam sie drzec jeszcze glosniej i z jeszcze wieksza wsciekloscia. Akurat przyszlo mi latwo, bo zlosci uzbieralo mi sie tyle, ze ledwo widzialam na oczy i po raz drugi chyba w zyciu doświadczyłam, że wyrazenie “zolc zalewa” nie jest metaforą, ale opisem tego, co ma przed oczami czlowiek ogarniety skrajna wsciekloscia. Arogancka dziewucha, ktora traktowala mnie zawsze jak pozbawiony odczuc opozniony w rozwoju chodzacy problem i mafan, pod wplywem wrzasku stopniala i poryczala sie. I zaczela przepraszac. Dopiero jak sie wydarlam, dotarlo chyba do niej, ze pomimo dziwnego wygladu jestem…istotą ludzką (tytulowe wrzeszcze, wiec jestem). Ale najdziwniejsze bylo to, ze po takim wrzasku wszedzie indziej (w Polsce, nie mowiac o Tajwanie, gdzie taki darcie twarzy to ekspresowy sposob na jej utrate) spalilabym sie ze wstydu, miala wyrzuty sumienia i wdawalabym sie w inne podobne niuanse. A tu po prostu wyszlam i poszlam do biblioteki (pewnie tylko za pare dni wypadnie mi resztka wlosow, ktora jeszcze sie ostala po przedostatnim seansie upupiania).

Ale, świadomość, że coś się naprawdę zmieniło, uderzyła wczoraj, gdy zanoslam  do reklamacji buty, ktorych obcasy po miesiacu od kupna ulegly rozkladowi zupelnemu. Kobieta w sklepie na sam dzwiek slowa “reklamacja” zaczela machac rekoma, robic skrajnie znudzona mine, zajmowac sie czym innym, udawac, ze nie slyszy i odganiac mnie jak natretna muche i mowic, ze to nie ich problem, ze to ja pewnie zle po ulicy chodzilam. Wtedy stanelam na srodku sklepu i rzucilam tymi butami o ziemie, co juz dało pewien efekt, jako, ze wszyscy zaczeli sie patrzec.  Po czym wydarlam sie tak, ze nigdy bym sie o to nie podejrzewala. “To sa buty? To smieci, nie buty! Prosze popatrzec (do innych klientow) co tutaj sprzedaja, (do obslugi) sami sobie w tym chodzcie” i inne zenujace bazarowe teksty. Efekt byl natychmiastowy, im bardzej bylam chamska i przekupkowata, tym oni badziej grzeczni. Stanelo na tym, “ze nie trzeba sie tak denerwowac, buty oddadza do naprawy, zmienia obcas na zrobiony z innego lepszego materialu, a jak nie bede zadowolona, to zastanowimy sie nad innym rozwiazaniem”. Ciekawe, czy do nich w dziecinstwie tez rodzicie szczekali, a nie mowili (vide: dwa posty nizej), ze teraz trzeba zaszczekac, zeby zobaczyli/usłyszeli w czlowieku czlowieka. Albo przynajmniej sprawę do załatwienia.

Jak opowiedzialam o tym ostatnim zdarzeniu znajomej Tajwance (0 stopni, a ja przyszlam w trampkach, no bo przeciez cholerne buty w naprawie, wiec musialam skladac geste wyjasnienia, pic gaoliang w duzych ilosciach celem rozgrzania i takie tam), posluchala, pokiwala glowa, uścisnęła moja dloń i powiedziala: “gratulacje, zostalas zharmonizowana”.

P.S. H4rmonijne spol3czenstwo - jeden z centalnych konceptow dzisiejszej polityki chinskiej, bardzo lansowany. Na plakatach promujacych tenze, splecione rece z wystajacymi mankietami mniejszosciowych strojow ludowych, przepuszczanie z usmiechem starszych osob w autobsach, podnoszenie papierkow i wrzucanie ich do kosza, ogolna milosc wszystkich do wszystkich. Samo slowo “harmonia” znajduje sie jednak na liscie slow filtrowanych w internecie, po tym, gdy ludzie zmodyfikowali jego znaczenie i wyrazeniami typu “ten serwis internetowy zostal zharmonizowany” zaczeli okreslac zamykanie i blokowanie stron i internetowych.

21

12 2009

“Kreatywność to dusza postępu narodu”

Trzeba powiedzieć szczerze: studiowanie na mojej chińskiej uczelni to doświadczenie (momentami) niełatwe. I bynajmniej nie ze względu na język, bo to jest trudność do pokonania. Problem, jak dla mnie, leży nieco bardziej na zewnątrz ode mnie – tzn. na przecięciu moich przyzwyczajeń i przekonań dotyczących tego, czym jest studiowanie oraz tego, czym jest studiowanie tutaj.

Jako, że od momentu napisania przeze mnie postu “upupianie” nadal otrzymuję co najmniej sprzeczne komunikaty, co do tego, czy jestem godna napisania artykułu do tutejszego pisma naukowego, czy jednak nie (choć, że nie jestem, to w sumie sprawa oczywista, tyle, że napisanie tegoż jest warunkiem zaliczenia, więc nie wiedzą, co zrobić, żeby pismo nie zostało zepsute moim artykułem, ale i żeby nie było, że z góry nie pozwolili mi przedmiotu zaliczyć), przeto zabrałam się do przygotowań (na wypadek, gdyby na tydzień przed upływem terminu oddania nagle jednak stwierdzono, klepiąc w plecy i gruchając “nie martw się, na pewno zdążysz”, że musze go natychmiast oddać). Choć przyznam, że tak mi to wszystko zbrzydło, że najchętniej bym wsiadła w pociąg i pojechała jak najdalej tylko można. W ramach wyrażenia moich odczuć związanych z tą sprawą regularnie rzucam po mieszkaniu poprzednim numerem rzeczonego pisma i patrzę, kiedy tom rozpadnie się na poszczególne złote zgłoski.

No właśnie – artykuł. Podobnie jak w polskim systemie uczelnianym to fetysz i cel sam w sobie.  A ten, o którym tutaj mowa, ma polegać na zreferowaniu tego, co się na dany temat (w tym przypadku na temat nowych mediów) pisało w chińskiej prasie naukowej w minionym roku. No więc zabrałam się za przeglądanie. Artykułów Chiny produkują ilości stosowne do swych rozmiarów. W “moim” temacie nowych mediów (nowe media ogólnie, a nie o konkretnych ich wcieleniach, bo o tych są tysiące) – to, bagatelka, ponad 300 artykułów w samym 2009 roku. Skąd to wiem? Wszystko dostępne jest w doskonałej bazie wyszukiwawczej z możliwością załadowania pdf-ów. To robi wrażenie: zarówno ta liczba artykułów, jak i doskonała baza. Trochę tylko zastanawiają tytuły, co je ta piękna baza wyrzuca. Wszystkie jak z jednej sztancy: “Nowe media w kontekście rozwoju…”, “Nowe media w kontekście modernizacji…”. Jakbym widziała plakaty propagandowe za Denga z tymi wszystkimi fabrykami, dziećmi trzymającymi atomy a nad ich głowami rakiety mkną w niebo. Zagłębianie się w owe dzieła bynajmniej nie rozwiewa, ale dodaje innych podejrzeń. No bo np. tak:

“Technologie nowych mediów wyposażyły studentów w bogate źródła informacji. Informacje z każdego zakątka świata mogą być przez studenta łatwo pozyskane i wykorzystane w nauce. Z drugiej jednak strony polegając nadmiernie na nowych mediach, studenci coraz mniej mają styczności z rzeczywistym życiem”.

I tak dalej i tak dalej w duchu wypracowania wzorowej, acz niezbyt lotnej uczennicy szkoły średniej, która ubolewa, jak to siedzący przed komputerem tracą z oczu “drugiego człowieka” (jeszcze tylko brakuje dodania, że “ważne jest wnętrze”). Co to jest “rzeczywiste życie” ? I jak to się wszystko ma do tych setek milionów osób prowadzących  kontr-życia, życia uzupełniające, życia alternatywne w sieci? Jak to się wreszcie ma do prostego faktu, że standardowego studenta chińskiego “informacje z każdego zakątka świata” obchodzą tyle, co zeszłoroczne kapcie? Nie mówiąc już o tym, że informacje i serwisy z kilku ładnych “zakątków świata” są poblokowane (teraz są to już właściwie wszystkie główne serwisy społecznościowe z wyjątkiem MySpace’a) albo dostęp do nich jest tak utrudniony, że się w międzyczasie odechciewa. O tym autor już nie mówi.

Większość tych artykułów właśnie tak wygląda: prawienie oczywistości, brak dociekania tego, co się kryje za utartymi frazesami. “W dobie globalizacji”, “w perspektywie modernizacji”, ”rozwój” bez zastanowienia się tak naprawdę, co (czy coś?) się w ogóle kryje za tymi pojęciami.

Przyznam się, że nigdy nie myślałam, że przyjdzie mi prawić peany na cześć…polskiego systemu państwowej edukacji wyższej. Dopiero musiałam wyjechać, żeby z odległości zobaczyć, ile mi dał. W obdrapanych salach mojej macierzystej UW, przy rozwalających się ławkach, sadzając nas na krzesłach nie do kompletu, uczono nas (oczywiście nie zawsze) krytycznie czytać, słuchać, argumentować i prowadzić dyskusje i to jest coś, co z wzorowych licealistów zrobiło (wiecznie piłujących włąsną gałąź) wykszatałciuchów. Patrząc na te wszystkie “postępy” i “rozwoje” aż chciałabym podziękować tym, którzy nie nakładli nam takiej sieczki do głowy.

Autorzy tych setek artykułów umieszczonych we wspaniale robionej bazie przez kurs sporów, czepiania się, podważania, odkręcania kotów ogonami nie przeszli. I zostali dobrymi licealistami na zawsze. Tu nie ma ćwiczeń, tylko same wykłady, nie ma dyskusji, tylko ewentualnie “pytania po wykładzie” - miłe i grzeczne, z wstawaniem podczas mówienia. Nie wiem, kto tak stojąc, podczas gdy 40 osób siedzi, miałby jeszcze ochotę wdawać w polemikę. Bynajmniej to nie znaczy, że brak tu studentów z dużą wiedzą, krytycznych, potrafiącyh polemizować (tak się składa, że ćwiczą głównie na przyjeżdżających tu na gościnne wykłady laowajach). Tylko, że mam wrażenie, że to nie uniwersytet im w tym krytycyzmie pomaga i uczy. I to się wszystko przekłada na jakość publikacji – w większości tych artykułów nie ma rozkładania problemu na czynniki pierwsze, polemiczności, obracania teoriami, tego wszystkiego, co daje trening dyskusyjny. Tego, co sprawia, że chce się czytać. Bez tego to popisy akademijne, przemówienia na apelach.

Chiny inwestują w uczelnie mnóstwo. Tyle, że mam wrażenie, że jest to w dużej mierze inwestowanie w pompę, w coś, co będzie gołym okiem widocznym znakiem “rozwoju” i “postępu” (np. w 30 piętrowy biurowiec uniwersytecki z kolumnami i przezroczystą kopułą), ale już np. nie w ogrzewanie w salach, podjazdy dla niepełnosprawnych ani nawet w książki (zbiory biblioteki uniwersyteckiej sa wielkosci zbiorów dwóch bibliotek wydzialowych UW, z czego około 1/5 to dzieła o marksizmie-leninizmie).

Moje biedne stare UW rzecz jasna nie umywa się jeśli chodzi o zainwestowaną kasę. Ale i tak mam wrażenie, że porównania po prostu nie ma. I że przyczyn tego stanu po stronie chińskiej jest mnóstwo. Rzecz jasna rolę odgrywa chociażby klasyczny, pokutujący nie tylko tutaj (kolega Koreańczyk mówi, że tutaj to on się dopiero się rozwija, u nich było gorzej) konfucjański system nauczania: referowanie, opanowywanie pamięciowe, autorytet nauczyciela rozumiany jako konieczność niekonfrontowania. Jest też wyczuwalny i wciąż widoczny dramat strzaskania, przerwania ciągłości  ledwie raczkującego systemu edukacji przez rewolucję kulturalną. To też ciągnący się od lat ostry niedobór miejsc i kadry (tutaj właściwie nie ma uczelni prywatnych i cały pęd na edukację ma niewiele ujść),  który czyni z uczelni supermarkety, z których trzeba wypuścić na rynek jak największą liczbę absolwentów. I nade wszystko wiara, że pieniędzmi (i tym tutejszym fetyszyzowanym “rozwojem”) da się zrekompesować to, co dla nauki  bezcenne – ścieranie się poglądów, krytyczność, wątpienie, spory, podważanie autorytetów, rozmowy jak równy z równym. To się mieści w “nauce”, ale już nie bardzo w “światopoglądzie naukowym”. Ot, taka ironia. I jeszcze na koniec : DSC02171

“Kreatywność to dusza postępu narodu” – zaobserwowane dziś na Nanjing Lu. Tylko czy ktoś naprawdę kreatywny w ogóle jest się w stanie przejąć takim hasłem? A ktoś niekreatywny po przeczytaniu weźmie sobie do serca, wykuje na blachę i stanie się kreatywny?

20

12 2009

Szczekająca miłość?

Sytuacja 1:

Rodzice, dziadek + dwójka dzieci siedzą w knajpie, której rodzice są właścicielami. Dziadek bierze pałeczkami kawałek jedzenia i zbliża do buzi chłopca (góra trzyletniego). Chłopiec odwraca buzię. Dziadek  ni to wrzeszczy, ni to warczy: “jedz!”. Chłopiec nie przejawia żadnej reakcji, dziadek wyszczekuje jeszcze głośniej: “jedz” i przytyka żarcie do buzi dziecka. Dołacza matka, z takim samym, pełnym agresji wojskowym szczekiem. Włacza się ojciec, odgarnia ręką stojące na stole talerze i butelki i zbliża rękę do buzi dziecka. Przez chwilę myślę, że odsunie pałeczki z wycelowanym jedzeniem i powie coś w rodzaju: “dajcie mu spokój, jak nie chce, to nie”. Ale nie, facet chwyta ręką za ucho dziecka i tak wlecze syna w kierunku kąska na pałeczkach. Gdy dzieciak nie chce, “wychowawcy” tracą zainteresowanie, dziadek sam zjada kąsek, a rodzice znudzeni odwracają głowę.

Sytuacja 2:

Idzie kobieta z dzieckiem w wózku - najwyżej 8 miesięcznym. Dziecko płacze. Kobieta pochyla się nad wózkiem, wyciąga dłoń i kilkakrotnie bije dziecko po główce.

Sytuacja 3:

Matka i jej dwójka dzieci wraca z zakupów. Na oko 4 letnia dziewczynka pomaga, niosąc paczkę jogurtów. Niestety, paczka wypada z rąk dziecka i spada na ziemię. Matka wściekła jakby chodziło o życie, policzkuje, nastepnie potrąca i szarpie dziecko, ochryple szczeka i ujada, po czym chwyta cenne jogurty.

Mogłabym tak jeszcze długo, bo świadkiem takich sytuacji jestem właściwie codziennie. Żeby nie było, że się czepiam Chin Ludowych - jedna z powyższych sytuacji jest z Tajwanu. No a co na to dzieci? Bity niemowlak natychmiast przestał płakać, na pozostałych dzieciach nie było widać śladu emocji, nie mówiąc o tym, co by zrobiło w takiej sytuacji np. polskie dziecko, czyli o płaczu. Po kilku latach tresury (chociaż i to jest złe słowo, bo podstawą tresury jest konsekwencja) reagują i to z oporem tylko na takie – najsilniejsze – bodźce, z którymi spotykają się od niemowlęctwa. Mają apatyczne spojrzenie, zwykłe bodźce są za słabe, żeby zwrócić ich uwagę.

Oczywiście widzę też inne sytuacje, gdzie rodzice (ale chyba częściej jednak dziadkowie, może na starość się człowiekowi jednak przejaśnia?) miło z dziećmi rozmawiają, objaśniają im świat, pokażą samolot, wytłumaczą dlaczego dźwig może przenosić przedmioty. Te dzieciaki mają bystre spojrzenie, szybciej reagują na babcine/matczyne: “nie stawiaj butów na siedzeniu bo ktoś się ubrudzi” niż dzieci szczekającyh rodziców na nawet najgłośniejsze i najbardziej pełne wściekłości ujadanie.

Z tekstu z egzaminu HSK: “Chińscy rodzice bardzo kochają swe dzieci, ale nie wiedzą, jak dobrze tę miłość okazać” .

P.S. Dalsza regularna obserwacja rodziny przedstawionej w Sytuacji 1 wykazała, że opisany ojciec traktuje ucho dziecka dokładnie tak, jak większośc ludzi traktuje dziecka rączkę – tj. jako coś, za co dziecko się prowadzi, podprowadza, co się trzyma kierując dziecko dokądś/na coś. Ucho dziecka jest pełnoprawnym subsytutem jego rączki nawet wtedy, gdy dziecko akurat nie popełnia żadnej straszliwej zbrodni.

Tags:

12

12 2009

Zagraniczni badacze, demokracja i zachodnia cenzura internetu

Jak już pisam, nasz uniwersytet nawiedzają nieraz różne zagraniczne sławyzagraniczni badacze Chin. Ci pierwsi reguły nawet nie próbują specjalnie nawiązać w swych mowach do tego, gdzie się znaleźli i co z tego wynika, ograniczając się do jakichś paternalistycznych poklepań w rodzaju “powiedziano mi, że to jeden z najlepszych uniwersytetów w Chinach, to wspaniale mieć przed sobą taką ambitną młodzież” i po wyklepaniu swojego zaliczają kolejny przystanek tour de Azja. No i są zagraniczni badacze Chin – kategoria odmienna – mniej znani globalnie, wygłaszający swe wykłady po chińsku. O ubogacaniu mas w drodze występu zagranicznej sławy już kiedyś pisałam, to teraz będzie o zagranicznych badaczach Chin.

Zaczyna sięod plakatu ze zdjęciem delikwenta, listą dzierżonych przezeń stanowisk i uzyskanych osiągów (tutaj było “napisała kontrowersyjny artykuł, którego tezą jest, że komercjalizacja mediów umacnia chiński system polityczny”), no i oczywiście z tematem wystąpienia. Tym razem temat to: “Współczesne kierunki amerykańskich badań nad chińskimi mediami”.

Kobita może góra 33 lata, włosy jasne, akcent poprawny do bólu, jak z kaset z “Bambusów”. Oznajmia, że (coś takiego!) dominującą perspektywą badań mediów chińskich w USA jest perspektywa polityczna. “A czemu? Mam nadzieję, że po godzinie tego wykładu wszyscy będziecie wiedzieć”. Patrzę po zgromadzonych – właśnie przewracają oczami. Coż, traktowanie obcego (nawet będącego przedmiotem własnych badań) jak kretyna, nie jest wyłącznie domeną chińską.

Tu mała dygresja – przestało mnie wzruszać nieśmiertelne pytanie “czy umiesz już jeść pałeczkami?”. Wczoraj mialam zaszczyt spożyć obiad w towarzystwie profesora, który rok przebywal w Stanach. Restauracja “zachodnia”, z nożami i widelcami (swoją drogą struło mnie tak, że dziś ledwo trzymam się na nogach, moje lokalne, niby to “obskurne” knajpki, baraczki i wędrowne stoiska nigdy nie trują). Jakie było moje zdziwienie, gdy facet od razu poprosil o ….łyżkę. “Ja tam tym jesć nie potrafię, co się będę męczył” – wyjaśnił, po czym dodał, że w Nowym Jorku na szczęście jest mnóstwo restauracji chińskich, więc nie głodował.

No, ale wracając do wykładu.  Wymiana szerokich uśmiechów i wywrotek oczami. A pani zabiera się za wyjaśniania pojęcia demokracji – że to niezwisłe wybory, przynajmniej dwie partie, wolność zgromadzeń etc. Kaganek oświaty niesionej z Zachodu coś nie wypala (swoją drogą nie wiem, czemu myślała, że miałby wypalić). Ludzie zaczynają mocno szeptać. Znajomy XD robi zdziwioną minę i szepcze: “o, to już nie są rządy większości przy poszanowaniu prac mniejszości?” . W końcu pani rozdaje kserówki z tabelkami, w których różne kraje pogrupowane są wedle “demokratyczności”. Chiny są w ostatnim, najdalszym od demokratyczności bloczku razem z Koreą Północną, Afganistanem etc. Ludzie uśmiechają się nadal, ale z zakłopotania, że ktoś (laowaj!) ich wrzucił do jednego worka razem z Afganistanem i Rwandą. Tu przecież nikt nie dzieli krajów na demokratyczne i niedemokratyczne, ale, oczywiście – socialistyczne i kapitalistyczne, no i według tempa rozwoju (wiele osób jest zdziwionych, jak np. mówię, że kraje rozwinięte nigdy nie będą miały szybkiego tempa rozwoju). No ale ta tabelka – pani badaczka nawet nie wyjaśniła, kto i według jakiej metodologii dokonał takiego “stworzenia świata”. Ja rzucam okiem na drugi, dobry kraniec tabeli, widzę, że Polska różni się w punktacji od np. Kanady tylko o 0.10 punkta w skali 10 punktowej (co tu się zlicza, nikt nie powiedział), czyli tyle, co Chiny od KRLD.

Co, jak, i po co, o co chodziło z tymi kierunkami badań, co z tą komercjalizacją mediów, w sumie się nie dowiedzieliśmy. Na sali jak podniósł się, tak już został szmer, jeszcze tylko grafika kluczowego slajdu (chiński system polityczny) nie odpaliła, pani wykładowczyni zapętliła się w chińszczyźnie i widać było, że miała ochotę z tej sali pełnej przedmiotów swych badań uciec. Tym razem, wykazując miłosierdzie (nie jak w przypadku poprzedniego badacza, zadowolonego z siebie Anglika, który wyjaśniał, że jego główną metodologią jest “walking method”, czyli chodzenie po ulicach), nikt się nad panią nie znęcał poprzez pytania i mogła w spokoju udać się do pokoju hotelowego, aby rozważać nad zasadnością tych wszystkich trudów i nad wieczną obcością badacza Chin w jednym i drugim świecie.

Ja też nie chcę się znęcać, tymbardziej, że sama wiem, jak trudno jest mówić o przedmiocie swych badań do przemiotu swych badań (przeszłam to kiedyś na Tajwanie i już nie chcę). To, co może i mające jakąś wartość i funkcję w USA czy w Polsce, nie musi (i z reguły nie jest), być takie tutaj. Problemem jest oszacowanie, od jakiego poziomu oczywistości trzeba zacząć – z reguły efekty są takie, jak powyżej (oczywiście, tu jeszcze doszedł ton laowajskiego kazania, rzeczy tutaj nie do strawienia). Swoją drogą, patrząc na cykliczne upokorzenia tych nieszczęsnych badaczy i porównując ze swoimi tutaj, cieszę się, że wybrałam opcję “advanced student” a nie “visiting scholar” (było taniej, a ja się bałam, że nie dostanę stypendium i bagatelną sumę 3600 RMB za miesiąc będę musiała sama płacić). Z dwojga złego wolę już być po drugiej stronie widowni.

A co do niezbadanych ścieżek wiedzy o świecie zewnętrznym i o zapętleniu problemu: na wykładzie dla doktorantów pan profesor, tym razem tutejszy, stwierdził, że “na Zachodzie jest bardzo surowa polityczna kontrola internetu” i cała sala pełna doktorantów zapisała bez najmniejszego szmeru, nie odrywając głów od notatników. Ja odłożyłam długopis i zaczęłam się rozglądać po sali, i nie zauważyłam dosłownie żadnej reakcji poza niepewnością w oczach wykładowcy, czy ten nieobliczalny laowaj na widowni nie zacznie gadać coś szalonego. Jako przykład profesor wymienił “urząd do politycznej cenzury internetu, jaki powołał Obama”. Też zapisali.

No tak, gdzieś dzwonią. Obama wysunął projekt tzw. “Cybesecurity act”, który  nadaje prezydentowi prawa do wyłączania pewnych obszarów sieci, w tym prywatnych, w razie “wyższej konieczności”. Obecnie toczy się o ten projekt walka - i rzecz jasna odzywają się głosy, nie tylko z konkurencyjnego obozu , o niedemokratyczne ograniczenia i cenzurę. Oczywiście w użyciu są też porównania do Chin.

Ale wracając do samej sytuacji wykładu – możnaby dedukować, że za gładkim łyknęciem stwierdzenia, że na Zachodzie jest polityczna kontrola internetu, musi się kryć cała masa innej niewiedzy – np. tej o wielopartyjności, o możliwości koabitacji, o tym, co może zrobić opozycja albo czwarta władza. A może z wiedzą czy niewiedzą ma to wszystko niewiele wspólnego, jako, że ci doktoranci będą niedługo musieli toczyć inne walki (w końcu muszą gdzieś się zakotwiczyć na etat), niż walka o (do tego nieco niewygodną, ale w sumie kto tam by o tym myślał) prawdę o jakimś tam odłegłym świecie. W każdym razie, jak patrzę na te dwie tak różne wykładowe sytuacje, to widzę, jak łatwo można tutaj wydobyć wiedzę z głowy, ale i doskonale uśpić, w zależności od potrzeby, i że – tym razem jak wszędzie w tzw. “nauce” – klucz to wiedzieć, czyje upupianie, prowadzone w imię jakich przesłanek, warto, a czyjego nie warto znosić.

12

12 2009

Akomodacja oka

Nie chce ubogacać sieci stutysięcznym tekstem typu „jakie to są straszne różnice społeczne w Chinach”i jak to „bogacze żyją obok/na plecach biedaków”, ale te różnice są frapujące juz na poziomie kategorii poznawczych – mozg notuje za duże skrajności w zbyt krótkim odstępie czasu – problem jak akomodacja oka, które wariuje przy probie natychmiastowego przestawienia się z „makro” na obserwacje dalekiego krajobrazu i z powrotem.

To tak po wizycie u znajomych, którzy zajmują dwa ostatnie pietra apartamentowca na osiedlu nad brzegiem dopływu dopływu – czyli rzeczki Suzhou. Po ostatnich dwóch tygodniach prawie bez przerwy spędzonych pomiędzy uczelnia a moim zwyczajnym, pizamowo, targowo, rowerowym osiedlu pełnym parujących straganów z jedzeniem, umorusanych dzieciaków i starszych ludzi wysiadujących na rogu, zapomniałam, ze w ogóle mieszkam w mieście, i to takim.

Ale ten kontrast to jeszcze nic. Nasza wizyta skłoniła gospodarzy do zmuszenia nas do zostania na kolacje (oni grzecznie zmuszali, a my grzecznie odmawialysmy, choc od poczatku bylo wiadomo, ze pan domu gotuje tak, ze nie trzeba nikogo zmuszać, a raczej wypędzać i ze mamy ochote sie najesc tego wszystkiego). Żeby nam się nie dłużyło podczas gotowania, gospodyni zachęciła nas do zwiedzenia okolicy. Najpierw zrobiliśmy rozpoznanie z loggi apartamentu (20 piętro). Dookoła wszystko poznawczo pasuje do tego, co w mieszkaniu – apartamentowce, przynależny do nich klub fitness, parczki, wyreżyserowane kawałeczki zieleni, tylko z jednej strony jakby wcinający się w to wszystko nieregularny obszar ciemnych dachów, dymiących kominów, słabo migoczących światełek, wszystko z odległości 20 pietra i w zapadającym mroku jakieś takie organiczne i splatane. Stary Szanghaj. Apartamentowce od skrawka starocia oddziela pas gruzów – część starych domów została już wyburzona pod następne apartamentowce.

No ale zjeżdżamy na dol i udajemy się w stronę poplątanych uliczek. Z poziomu ulicy trudniej sobie w ogole zdac sprawe, ze za niepozornym wejsciem przy sklepie obuwniczym w ogole znajduje sie jakas inna galaktyka. Uliczki wąskie na najwyżej dwa metry, nieregularne, domki, choć pełne dobudówek (w gore, w bok, w przód, jak wyjdzie, dobudówki często tak małe, ze chyba mieści się w nich tylko łózko) nie przekraczają wysokości regularnego jednopiętrowego budynku. Pokładzione pod najróżniejszymi katami dachy stykają się tak, ze jak się spojrzy w gore, to światła apartamentowców-gigantów ledwo gdzieś tam majaczą. Pomiędzy dachami ze starej dachówki jeszcze płachty, folie, dykty, blachy faliste – żeby nie padało na stragany, klatki z kurami, perliczkami, na baterie, grzebienie i inne dobra. Krolestwo plastikowych misek, cerat i szczotek na kiju. I cala plątanina drutów. Domy nie odnawiane od co najmniej kilkudziesięciu lat. Okienka przebijane w ścianach gdzie akurat byla potrzeba. Gdzieniegdzie zwisa gola żarówka i tak oświetla uliczkę. Choć w sumie to trudno nieraz powiedzieć, gdzie jeszcze jest uliczka, a gdzie zaczyna się mikroskopijny sklepik, jadłodajnia, mini zakład fryzjerski czy mieszkanie. Przez niziutko umieszczone zaparowane okna widać wnętrza – łózka ze spiętrzonymi pierzynami, zwisające z sufitu gole żarówki, jarzące na zimno świetlówki, na brudnych ścianach stare wyblakłe portrety ślubne, przy stolach, na pierzyniastych łózkach ludzie w kurtkach (tu akurat nic nowego – w apartamentowcu znajomych tez trzeba siedzieć w kurtce, ciekawe czy szkodzi to np. sprzętowi grającemu za ciężkie dziesiątki tysięcy). Ciemne uliczki odgałęziają się jedna od drugiej, domki piętrzą się nieregularnie do góry – trochę nad głową malutkie okienka ze słabym światem w środku. Na zewnątrz kamienne zlewy i krany z woda. Wchodzimy do ciemnej, niemiłosiernie brudnej i mikroskopijnej jadłodajni – za 6 kuajow (niecałe 3 złote) w 4 osoby podjadamy (nie za bardzo, żeby się jeszcze zmieściło to, co się w tym czasie przygotowuje 20 pieter wyżej) trochę tang yuan (coś jak kluseczki z nadzieniem z masy z czarnego sezamu). Jeszcze tylko sprzedawca ryb robi nam mini wykład o tym, jak sie nazywają ryby, która sprzedaje (oczywiście inaczej niż na Tajwanie a nawet inaczej niz Północy, skąd oprócz mnie, wywodzi się nasza ekipa) i robimy krok na powierzchnie – z mikroświata do makroświata – czyli w stronę 20 piętrowego apartamentowca najeżonego elektronika, designerskimi meblami, dziełami sztuki i z rozpieszczanym labradorem na spacer ubieranym w kurteczkę z kapturem.

A tak w ogóle ta dzisiejsza wyprawa zaczęła się w szpanerskich loftach, gdzie powstało zagłębie sztuki nowoczesnej, do którego się udałyśmy w celu dopingowania koleżanki, która szla tam na rozmowę kwalifikacyjna. W galerii z dziełami za ciężkie dziesiątki tysięcy RMB (duża część to odmienianie mega ikony, Mao Zedonga, przez wszystkie przypadki i rodzaje – Mao w porcelanie pomalowany we wzory jak za Qingow, Mao przerobiony na Buddę Maitreje, Mona Liza z opaska Hongwejbinow na reku i dzierżąca Czerwona Książeczkę, Mao jak bóstwo drzwi etc. – widać nostalgie klasy wyższej za czasami Rewolucji Kulturalnej) wpadł mi w ręce album ze zdjęciami z Chin niejakiego Edwarda Burtynsky’ego (Kanadyjczyk pochodzenia ukraińskiego), któremu raczej bez nachalności, ale za to z widoczna fascynacja estetyczna, udało się tak ustawić obiektyw, ze zmieściły się na nim i jeden i drugi świat (i dużo pomiędzy) i uchwycić schyłek, kurczenie sie i obumieranie tego starego świata. Zdjęcia z albumu (zakladka ‘China’) trzeba koniecznie oglądać w maksymalnym powiększeniu.

05

12 2009