Archive for January, 2010

Kunming – obserwacja uczestniczaca

Po locie, podczas ktorego uraczono pasazerow lzawym filmem o zeszlorocznym trzesieniu ziemi (dialogi w rodzaju: dziecko uwiezione od gruzami do zolnieza Armi Ludowo-Wyzwolenczej: “Wujku PLA, wiedzialem ze po mne przyjdziecie”, wujek PLA: “Jestes najdzielniejszym dzieckiem na swiecie”, po czym zaslania dziecko wlasnym cialem przed walacym sie sufitem, albo oficer do rzeczonych PLA stojac na gruzach: “kiedy ratowalismy podczas trzesienia ziemi w 1976 mielismy tylko lopaty i wlasne rece, teraz dzieki Reformom i Otwarciu mamy ten nowoczesny sprzet”) zladowalam w Kunmingu. Wczesnej jeszcze tylko samolot ladujac wszedl w zlosliwie tkwiacy posrod pieknej pogody maly front burzowy, ktory spowodowal wyjatkowo ciekawe turbulencje,  pasazerowie jeli jak jeden maz wydawac odglosy gorsze niz najgosza nawet burza, zuzywajac przy tym caly zapas ”torebek czystosci”.

Najciekawszym elementem Kunmingu sa niewatpliwie sami Kunmingczycy. Jest to tak ewidentne, ze po krotkich obserwacjach wstepnych, postanowilam zarzucic tzw. zwiedzanie (nie to, ze kiedykolwiek mialam je specjalnie w planach) i poswiecic sie calkowicie obserwacji uczestniczacej populacji miasta Kunming. Obserwacja uczestniczaca populacji miasta Kunming to wyjatkowo mile i relaksujace zajecie. Jak sama nazwa wskazuje, zaklada uczestniczenie w tym, co robia sami badani. A juz wstepny etap badania wykazal, ze zajmuja sie oni glownie:

1. Graniem w karty:

DSC02558

2. Graniem w go

DSC02789

3. Graniem w blizej niezidentyfikowane gry:

DSC02758

DSC02570

4. graniem w madzonga:

DSC02769

5. Puszczaniem latawcow (wymaga to jak widac zaawansowanego technicznie sprzetu)

DSC02543

6. Wyprowadzaniem ptakow na spacer (wynosi sie klatke z ptakiem spiewajacym, ptak spiewa, sie slucha)

DSC02573

7. Lowieniem zlotych rybek i ponownym ich wypuszczaniu do wody:

DSC02620

8. Piastowaniem dzieci:

DSC02503

9. Paleniem cholera wie czego  (gwoli sprawiedliwosci nalezy zaznaczyc, ze to mniejszosc)

DSC02627

10. czytaniem gazet:

DSC02560

DSC02795

11. siedzeniem godzinami w plenerowej herbaciarni, siorbaniem, dolewaniem sobie wody z 3 litrowego termosika. Czynnosci te moga byc laczone z dowolnymi (no moze z wyjatkiem puszczania latawcow) czynnosciami z listy powyzej.

Poniewaz nie mam latawca, ptaka w klatce, nie pale, nie umiem grac doslownie w nic, pozostalo mi siedzenie i picie herbaty, oberwacja skaczacyh po plenerowej herbaciarni wiewiorek, podsluchiwanie okolicznych rozmow (“cos malo dzis wiewiorek”, “faktycznie” etc.), masaz uliczny dokonywany przez niewidomego masazyste i granie w gry (pozornie) proste, np. rzucanie pilka do piramidy z puszek (mozna bylo zgarnac 200 kuajow za przewrocenie piramidy, zagralam na zasadzie “glupi to ma zawsze szczescie” ale nic nie wygralam) .

Obserwacja nie miala charakteru ilosciowego, bo po kilku godzinach spedzonym na takim zyciu odechciewa sie wszelkich zaawansowanych operacji myslowych. Kunmingowi jestem winna jeszcze conajmniej jeden wpis – architektoniczny, ale, jako, ze jedyna kafejka internetowa, jaka tu znalazlam wymaga jakiejs specjalnej karty internetowo-dozorujacej, ktorej rzecz jasna nie mam (ja: “to moze Wam pokaze moj paszport i bedzie ok?”, oni: “tak to dzis nie, jutro”. No tak, manana dobrze sie wpisuje w krajobraz) a w schronisku (backpackerskie piekielko, tak mi sie jakos zarezerwowalo,  mam nadzieje, ze na dalszej trasie uda mi sie uniknac takich miejsc) trzeba pisac na stojaco, to wszystko to, wraz z przedpotopowa predkoscia schroniskowego komputera (kto z komentujacych pisal, ze tu nawet komputery chodza wolniej?) sprawia, ze sie odechciewa. Kolejnego wpisu naleznego Kunmingowi dokonam wiec juz w kolejnym miejscu (jak znam zycie, tam bedzie z internetem latwiej) do ktorego udam sie jutro – beda to wioski z tarasowymi polami ryzowymi jakies 70 km od granicy wietnamskiej (V. oczywiscie, ze pomacham w strone Yuenanu!)

28

01 2010

Ogłoszenie drobne

Po przesiedzeniu 6 miesięcy w Szanghaju, po napisaniu 2 artykułów i 9 prac semetralnych, po schudnięciu 5 kilo, a następnie przytyciu 2 w wyniku siedzenia i pisania tychże prac, zostawiwszy chałupę w nagrodę osobie, która najdzielniej zczytywała mi te dzieła, jadę, byle dalej (no ale wciąż nie najdalej jak się da, czyli gdzieś pod granicę z Kirgistanem, tak to mi się pewnie zrobi dopiero po drugim semestrze). Miałam jechać do dongbei – na Połnocny Wschód, oglądać harbińskie rzeźby z lodu, obserwować przez wyczesaną lornetkę drugi brzeg rzeki Yalu, którą przepływają wpław do Chin mieszkańcy raju stworzonego rewolucyjmi ręcami Ukochanego Przywódcy Kima i sprobować, czy dongbejska kiszona kapusta rzeczywiście jest taka jak nasza (z opisu produkcji wynika, ze zupełnie taka sama, a jak ostatnio uszczknęłam harbińskiej kiełbasy i okazało się, że ma zupełnie polski smak, wierzę, że i z kapustą mogłoby być podobnie – tzn. nie, że smakuje jak kiełbasa, tylko jak polska kapusta).

Ale ostatecznie jadę do prowincji, gdzie żyje 25 z 56 rozpoznawanych przez ChRL mniejszości etnicznych (stanowią w tejże prowincji ok 40% ludności), gdzie są i południowowschodnie stupy i klasztory lamaistyczne, i palmy i śnieg, i słonie i jaki, no i cała masa przemytników heroiny w pocie czoła wytwarzanej przez sąsiadujący birmański reżim. Czyli do Yunnanu.

Ha, kiedyś, kiedy jeszcze nie było Youtube’a (choć akurat w sumie teraz też i nie ma), ale było już Google (którego też w sumie pewnie niedługo też nie będzie), stałam po wietnamskiej stronie granicy (po której jeszcze wtedy nie było McDonalds’a!), komórka łapała zasięg chińskiego operatora (komórki były, tylko, że w Wietnamie polskie nie działały), za tą granicą był właśnie Yunnan, a do mnie jeszcze wtedy nie dotarło z pełną jasnością, że Azja, niczym malaria, już mi zalazła za skórę i że jak raz już zalazła, już nic się z tym nie da zrobić, trzeba już tylko będzie wracać i wracać.

Parę dni temu kupiłam przewodnik po Yunnanie i Sichuanie i otworzyłam na chybił trafił i pierwsze zdanie na jakie się natknęłam brzmiało: „Zmęczony życiem w Szanghaju?” Kiwam z pokrzywdzoną miną głową, widzę, że to do mnie, a przewodnik na to: „to jedź do Yunnanu!”. Ciekawe, czy w ramach chińskiego Nowego Roku, który przypada w tym roku na 14 lutego, z rady skorzysta również połowa Szanghaju i przyniesie do odległej prowincji kaganek szanghajskiego wenming (cywilizowania) a w ramach odpłaty zabierze wszelkie miejsca sypialne i podrabiane stroje ludowe. Podrabiane stroje ludowe niechaj biorą, a co do miejsc noclegowych akurat jestem dziwnie spokojna, przeczuwając, że fenomenu, jakim jest Chińczyk podróżujący, raczej miejsca noclegowe z mojego przedziału cenowego (dwie pierwsze noce w Kunmingu po 30 kuajów, czyli jakieś 12 złotych każda, niech żyje ten, kto majstruje przy kursie złotego!) nie interesują. W takim dziadowskim miejscu podobno ledwie człowiek przyłoży głowę do poduszki, a ta się podobno nań rzuca i twarz mu obrywa, tak, że potem nie da się załatać nawet największym aparatem cyfrowym ani najlepszą komórką, ani przysłonić najbardziej markowymi okularami. Po prostu dziura.

W każdym razie nie wychodząc z domu i nie odrywając oczu od komputera, kupiłam najpotrzebniejsze do wyjazdu rzeczy, w tym bilet lotniczy (dużo tańszy od pociągu, co wlókłby się 44 godziny) i tonę filmów do mojej antycznej lustrzanki (3 razy taniej niż w rzeczywistości pozainternetowej). Pozostało jeszcze tylko zakupienie czegoś fajnego do czytania na podróż (zdążę, bo księgarnia internetowa Dangdang potrzebuje niecałego dnia na dostarczenie książki). Pewnie będzie to Yu Hua (余华), którego ostatnio, nie bacząc na te wszystkie prace, pochłaniam po nocach, a który jest trochę jak Mrożek, trochę jak baśń, a ogólnie to ocieka jedyną w swoim rodzaju goryczą, groteskowo-przaśnym humoremi i spiętrza dzikie złoża absurdu. Jak Dangdang nie zdąży, kupię już w Kunmingu. Ale pewnie zdąży. Bo chiński internet to oprócz tego wszystkiego, co z daleka się w nim dostrzega czy też chce dostrzec, to przede wszystkim super sprawna, bardzo nowoczesna i wygodna machina konsupcyjno-marketingowa.

W efekcie powyższego, na co najmniej miesiąc blog zmieni trochę profil: na blog podróżniczy. Jeżeli okaże się, że w ramach chińskiego Nowego Roku pół Chin (łącznie z dongbejami, którzy mogą już w tej chwili zasadnie mieć dosyć nawet tych rzeźb z lodu, jeżdżenia kuligiem i ścigania się samochodami po przepływającej, a obecnie raczej nieprzepływającej przez Harbin rzece Songhua) wybrało się do ciepłego (teraz 20 stopni) Yunnanu odtajać i mimo wszystko nie będzie miejsc noclegowych, pewnie będę pisać częściej, bo jedyne miejsca w nocy powszechnie dostępne to kafejki internetowe, a spać się tam nie da, bo bywalcy prowadza z ożywieniem swoje drugie, cyfrowe życie, które ma wiele dramatycznych (i mających odpowiednią oprawę akustyczną) zwrotów – tu cyfrowo zabili, tu cyfrowo żenią, a tu w rozbieranym pokerze bladziutki mangooki awatar stoi jak ofiara już tylko w cyfrowych gatkach…tak więc: na Zachód!!

23

01 2010

Różnica (i powtórzenie)

Zagadka (szalenie trudna): z jakiego kraju pochodzą poniższe zdjęcia?

DSC02396

DSC02373

DSC02393DSC02407

DSC02310

Jeśli jeszcze się ktoś nie zorientował, to ostatnie zdjęcie w nieco innym kadrowaniu:

DSC02310

A jeśli jest wśród czytających szczęśliwiec, któremu niebieskie coś wyskakujące z boku zdjęcia nic nie mówi, to śpieszę (neutralnie) donieść, że to (wszędobylskie) Haibao, (pokraczna) maskotka szanghajskiego Expo 2010.

Podobno już nie ma oryginalnych i dubbingowanych wersji nowoczesności. A jak się patrzy na Chiny, to można szczególnie łatwo zrozumieć, że podział na kopie i oryginały stracił ostrość i sens i to na wielu wymiarach. W najprostszym wcieleniu: podróbki towarów – coraz trudniej powiedzieć, co jest oryginałem, a co podróbą. Przy czym nawet nie chodzi już o to, że nie da się na oko rozróżnić, tylko o problem eeee… ontologiczny. No dobrze, telefon marki NCIKIA i SVMSVNG są po prostu podróbami. Ale przy całej gamie rzeczy typu:

a) oryginalny materiał wyprowadzony z fabryki, wykonane gdzie indziej + logo wykonane na boku

b) trochę oryginalnego, trochę nieoryginalnego materiału + logo na boku

c) towar robiony na lewo (a czasem i nie koniecznie) na tych samych maszynach i tym samym know-how w fabryce oryginałów + nowe logo

d) oryginalny towar z odrzutu + lewe logo

e) i tak dalej, i tak dalej, kombinacji może być jeszcze dużo

rozróżnienie takie przestaje mieć sens.

Są jednak takie kopie, co do których nie ma wątpliwości, że kopiami są, ale ze strzępiącą się po dwóch użyciach NCIKIĄ mają niewiele wspólnego. Np. miejsce, w którym byłam dziś, a z którego pochodzą powyższe zdjęcia – to osiedle Thames Town w Songjiang (miasteczko – obecnie fragment aglomeracji Szanghaju, ma kilka wspaniałych zabytków: np. Kwadratową Pagodę, której duże fragmenty pochodzą z dynastii Song). Ale właśnie na takich kopiach dokładnych jak Thames Town widać wyraźnie, że kopiowanie wcale nie musi być wyrazem zależności kopiującego od „oryginalnej wersji”, tylko konkretną strategią marketingową, mocą wykrawania z „oryginału” kawałka i sprzedawania go ku korzyści i wzrostowi kawałka własnego. Mówiło się niegdyś (zwłaszcza w Japonii), że takie „zarządzanie obcością” to specjalność Kraju Kwitnącej Wiśni (nawet w takich miejscach, gdzie wydawałoby się, że to obcość zarządza Japonią, np. jak w Disneylandzie – polecam klasyk takiego podejścia: Re-Made in Japan, J. Tobin). Ale jak spojrzeć na Thames Town i miasteczko przedstawione parę postów wcześniej – bliźniacze w pomyśle, ale szwedzkie, to widać, że i Chiny się tej sztuki właśnie uczą. Inna sprawa, że jak pokazuje przykład tych dwóch osiedli, jeśli chodzi o budownictwo, chyba jeszcze się za dobrze nie nauczyły. Podobnie jak w przypadku “Szwecji” inwestor Thames Town również poniósł spektakularną klapę i osiedle – wybudowane 4 lata temu – świeci pustkami, może w jednym na 30 okien widać oznaki życia.

Pomijając powszechny tutaj problem przeinwestowania, może tenże inwestor zrobił nieudaną ekstrapolację pędu do nauki angielskiego (“skoro kują słówka, wmuszają w dzieci od najmłodszych lat yingyu, będą chcieli mieszkać w małej Anglii”), zapominając, że ta całą nauka jest na użytek wewnętrzny i tym, co na zewnątrz Chin ma niewiele wspólnego.

Może próbował sprzedawać nostalgię. Faktycznie, sprzedawanie nostalgii – nawet (a może zwłaszcza) za tym, czego publiczność nie doświadczyła – jest dziś dobrym pomysłem marketingowym (np. na nim zasadza się wielomiliardowodolarowa obecna miłość Japonek do koreańskich telenowel). W Thames Town na każdym kroku jeszcze nowe, ale już zestarzałe tablice głoszą:

DSC02315

…enjoy your life & holiday. Dreaming of Britain live in Thames Town!

Jeśli tak, to rozumowanie znowu niefortunne. To, co jest dobrym pomysłem na sprzedaż telenoweli czy utworu muzycznego, nie musi być dobre przy sprzedaży całego kompletnego entourage’u do życia. Krótko mówiąc inne wybory człowiek czyni, gdy jest publiką, a inne gdy ma być aktorem. Może po prostu nikt z praktycznych Szanghajczyków nie chce przeżyć życia marząc i tęskniąc do nieznanej, dalekiej Brytanii? Tudzież zwyczajnie dzisiejsze chińskie nostalgie mają inny kierunek (gdyby chcieć jedną z nich, nostalgię za czasami Rewolucji Kulturalnej, ubrać w postać architektoniczną, trzeba by pewnie zaraz po wybudowaniu wybić okna, zerwać podłogę, albo coś w tym stylu). Nostalgia europejska dobrze za to wychodzi na fotografii ślubnej, na tej akurat widać 50% dziś fotografujących się w Thames Town par (nb. na witrażach “kościoła” Jezus ukrzyżowany, zstąpienie Ducha Świętego, krzyże, ciekawe co jest w środku):

DSC02354

Ale wracając do kopii i oryginałów – czy telefon NCIKIA, czy Louis Vuitton w 32% składający się z oryginalnych materiałów, czy kopia szwedzkiego, czy angielskiego miasteczka, jak dla mnie, każda z tych rzeczy ma inne znaczenie, inną wymowę, a wszystkie razem paradoksalnie składają się na unikatowość chińskiej wersji nowoczesności.

15

01 2010

Trzeci Najwyższy

Semestr, który rozpoczął się od pytań o to, czym wiem, kim był Mao, skończył się na wypomnieniu mi publicznie przez pana od konfucjańskich narzekań literówki, jaką popełniłam w mailu do niego (edytor trzasnął 皇帝 cesarz zamiast 黄帝 Żółty Cesarz – wprowadza się tak samo – a ja, jako, że ledwie na oczy widzę ze zmęczenia, nie zauważyłam). Oczywiście reakcją sali był śmiech, a pan od konfucjańskich miał przyjemność tłumaczyć mi publicznie, kto zacz Żółty Cesarz, że to takie 黄 huang, jak kolor żółty. Oboje utwierdziliśmy się w swoim przekonaniu dotyczącym tej drugiej strony i tak się rozeszliśmy. Jednym słowem nic nowego. No, ale ja nie o tym tutaj. Tylko o najwyższych budynkach świata, jako, że  w ramach odreagowywania wyrobniczego i taśmowego pisania prac semestralnych wybrałam się do Trzeciego Najwyższego, Szanghajskiego Światowego Centrum Finansowego, alias Wielki Otwieracz . Tutaj nieco za panem ćwiczącym taiji quan:

otwieracz

W Dubaju z pompą otworzono Burj Khalifa. No, zaiste, jest wysoki/gigantyczny/przeogromny/wielgaśny, ale jakoś trudno (przynajmniej mi) powiedzieć coś o nim w kategoriach czysto architektonicznych. Mam wrażenie, że rzecz każdym swym fragmentem komunikuje tylko jedno: „do góry, do góry, byle wyżej, jeszcze trochę” i ani na chwilę nie wykracza poza to dosyć monotonne samo-odniesienie i obsesję na własnym punkcie. Oczywiście, jak to z terytoriami, które pragną konstruować „alternatywne nowoczesności”, a co za tym idzie szukają sposobu wyrażania tychże poprzez architekturę, Dubaj wieści, że cudak ma podstawę na trzy dzieloną, że to takie islamskie etc.

Jak patrzę na trzy obecnie najwyższe budynki świata, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tylko nasz szanghajski Otwieracz prezentuje sobą jakąś architekturę. Gdy z Drugim, tajwańskim Taipei 101 tak wirtualnie stoją obok siebie (np. tutaj) na jakimś neutralnym gruncie, bez całych „stosunków przez cieśninę”i reszty to widać, że Taipei 101, choć projektowo młodszy od Otwieracza, zestarzał się błyskawicznie (choć pamiętam, że już w roku swego otwarcia jawił mi jakoś cepeliowato). To pewnie kara za naiwność, za dosłowność, za powiększanie do monstrualnych rozmiarów „typowych elementów kultury chińskiej” jako środka ekspresji architektonicznej (o tym przemyślnym i subtelnym sposobie na architekturę pisałam już trochę kilka postów wcześniej). Dopiero przy trzecim miejscu, tj. przy Otwieraczu wraca sens operowania podstawowymi kategoriami architektonicznymi – proporcjami bryły, linią, detalem (no, chyba, że detalem nazywamy obwieszanie budynku “symbolicznym” treściami jak choinkę – Taipei 101). Otwieracz z każdej strony wygląda inaczej i z każdej ciekawie:

otwieracz4

Czasami tylko nieco osobliwie wpisuje się w krajobraz:

otwieracz1

Tu np. lepiej by się w krajobraz wpisały jakieś warzywa, oczywiście mniejsze:

otwieracz2

Ale skąd by nie wychynął, nie traci proporcji, równowagi, czystości linii, ma w sobie jakiś spokój i – pomimo rozmiarów – skromność.

A jego losy wcale spokojne nie były. Przeciwnie – to, co się działo z Otwieraczem od momentu narodzin projektu, to jakby trochę historia regionu w ostatnich latach w pigułce. W przeciwieństwie do drugiego (Taipei 101), czwartego i piątego budynku świata (Petronas Towers z Kuala Lumpur i Willis Tower z Chicago) nasz Otwieracz nigdy nie zaznał zaszczytu bycia najwyższym. Chociaż gdy go projektowano (projekt był gotowy w 1997 roku) rzecz jasna mierzono najwyżej. 460 metrów, jakie wyznaczyli architekci w pierwotnym projekcie, wystarczało spokojnie do pobicia Petronasu i zapisania się w annałach. Ale gdy wbito w grząską ziemię Pundongu kilkaset głębokich na 80 metrów pali i rozpoczęto spektakularną budowę, przyszedł kryzys azjatycki, wielki plany pozamieniały się w równie wielkie klęski, japoński inwestor popadł w tarapaty, przedsięwzięcie przerwano, a kikut Otwieracza smutno straszył. Gdy wreszcie po 6 dlugich latach (na Pudongu to cala epoka) możliwa była kontynuacja, gdy znowu zaczęto podejmować śmiałe wizje, okazało się, że japoński kolos już wcale nie jest najwyższy, najlepszy i w ogóle nie jest już naj. I trzeba było wysupłać jeszcze więcej kasy i wycisnąć z projektu jeszcze dodatkowe 30 metrów, żeby się w ogóle w powodzi architektonicznej regionu się nie rozpłynął. Więcej się nie dało, bo z racji jego formy to nie sprawa dostawienia wyższej iglicy czy iglicowieży (jak w przypadku 30% Burj Dubai), ale budowy całych ciężkich pięter (kuszono zresztą projektantów wizją dostawienia wieżyczki, ale się nie dali). W rezultacie Otwieracz przegrał zaistnienie w kronikach i księgach z Taipei 101 o głupie 16 metrów (i nieważne, że w 101 ostatnie 50 metrów to iglica, a w Otwieraczu można wjechać dosłownie pod sam dach).

W międzyczasie, jak to tutaj, odezwały się demony przeszłości i pierwotny projekt, który przewidywał otwór okrągły (do zobaczenia tutaj, skrajnie po prawej) został oskarżony o podstępne a bezczelne przypominanie japońskiej flagi. Flaga japońskiego imperium w najwyższym skonstruowanym przez człowieka punkcie Chin, co z kolan powstały – no pasara w żaden sposób! I na nic się zdały tłumaczenia, że nie mieli nic zdrożnego na myśli, że to bardziej miała być chińska księżycowa brama, że to wedle tutejszych prastarych założeń: prostokąt reprezentuje ziemię a okrąg niebo…Zmieniono na prostokątny. Teraz więc przypomina kształtem dowolną flagę. Ale dobrze się stało, bo ta wesoła, okrągła dziurka wyglądałaby, jakby przeleciała przez nią czerwona kula pobliskiej Wieży Perłowej przed ostatecznym utknięciem na tejże wieży (patrzac po trajektorii, rzecz leciala – no tak, oczywiscie - z Okinawy i miala wyladowac gdzies w tych szemranych salonach masazu przy Shanghai Mansions). Z tą śmieszną dziurką Otwieracz pewnie lepiej by się wpasował w nieco infantylną architekturę Pudongu (kolorowe szkło odbijające światło, kolumienki, stożkowate dachy). A tak wyznacza wciąż niedościgniony standard (co przy jakosci wiekszosci dokonan architektonicznych na Pudongu nie jest znowu az takie trudne). Swoją drogą taka czerwona kuleczka Wieży Perłowej, to dopiero wygląda jak z flagi japońskiej, a dwie takie kule, to właściwie jak dwie takie flagi.

Otwieracz został otwarty (no…tak) w ubiegłym roku. I choć jest nowoczesny, piękny i bardzo, bardzo wysoki, już nigdy nie będzie naj – przynajmniej w sposób wymierny. Bo jego czas jako giganta minął, zanim na dobre nadszedł. Profesor od konfucjańskich narzekań mówi, że to wszystko (np. i ten pożar, co wybuchł w 2007 w prawie ukończonym budynku i to, że jeden z głównych inwestorów nie doczekał i przeniósł się podobno z powodu raka na łono Izanami, czy gdzie tam się przenoszą Japończycy) dlatego, że fengshui jest złe i w ogóle kto w takim miejscu (ha!), w takim otwarciu na wiatr buduje. No, ale ten sam profesor mówi, że wszystkie nieszczęścia jakie spotkały Koreę, to dlatego, że mają na fladze tylko cztery z ośmiu trygramów i to do tego na pokręconych pozycjach i że taijitu leży u nich na boczku no i nie ma kropek – zalążków. I za każdym razem jak to mówi, to radzi…koreańskim studentom chodzącym na wykład rozważenie zmiany flagi. A oni kiwają głowami, że ok, że zrobią.

A nasz Otwieracz – może to i dobrze, że nie jest naj– dzięki temu można spokojnie cieszyć się architekturą. Ale zwolennicy japońskiego Cesarza czuwają i od czasu do czasu podtykają miastu (w zakamulfowaniu, jeśli można mówić o kamuflażu w przypadku 580 metrowego czegoś) jakieś jego drobiazgi. Tutaj na szczęście zaczęło się i skończyło na mrzonakch. Podobnie jak w przypadku Wielkiego Żółtego Psa. No, a Otwieracz dominuje dopóki nie skończą budować rzeczy, która przysłoni wszystkie inne budynki Pudongu. Oto konstrukcja, wedle słów architekta (tego samego co od Burj Khalifa), prawdziwie oddająca “dynamiczny charakter chińskiego ducha”. Bez japońskiej flagi ani innych takich. Oto  największy kieł sojowy świata.

Póki nic (no, oprócz lekkiej nieprzeźroczystości powietrza) jeszcze nie zasłania widoku:

DSC02210 I widok na Jin Mao, osobliwą (acz o dziwo relatywnie znośną) kombinację stylu pagodowo-bambusowego, secesji i.. sztuki islamu (czego rzecz jasna tu nie widać, wejścia do budynku są w ksztalcie mihrabu w stylu mauretańskim):

otwieracz3

09

01 2010