Archive for February, 2010

6 scen syczuanskich

Scena 1 – Leshan

Ide zobaczyc Wielkiego Budde (wykuty w zboczu gory schodzacej do rzeki, 71 metrow wysokosci w pozycji siedzacej, strach pomyslec, ile by mial, jakby wstal). Srednio co minute ktos z (tlumnie zwiedzajacych) odwraca glowe od Buddy, rozdziawia gebe, gapi sie jak ciele w namalowane wrota i wola  niesmiertelne: “O, laowaj!”. Matki sztorcuja dzieci: “patrz, cudzoziemiec, powiedz hello!” . Dzieci wrzeszcza “hello!” Przylepiam wymeczony usmiech na twarz i odpowiadam. Dla dzieci to fajna zabawa – cos jak pociaganie pajacyka za sznurek (kiedys takie byly). Zabiegaja mi droge (ide do swiatyni na gorce obok Buddy) i co sekunda wrzeszcza: “hello!”. Okolo 20 razy. Rodzice zachwyceni – wychowuja dzieci na obywateli swiata.

Dziewczynka pokazuje mnie palcem rodzicom, powtarzajac kilkakrotnie: “mamo patrz, waiguoren”. Rodzice sie gapia z rozdziawionymi gebami, dziecko trzyma wyciagniety palec.

Mloda kobieta mowi do mnie “hello”.  To 16-ta osoba tego dnia, wliczajac w to te wrzeszczace dzieciaki i piszczacych falsecikiem podrostkow (to jakas ogolnonarodowa moda – to samo jest w Szanghaju. Widzac laowaja najpierw poszturchuja sie z rozbawieniem, potem zmieniaja glos na falset i strojac miny “na stara paniusie”, piszcza to cholerne “hello” – ze niby to jest odpowiedni ton w jakim mowi sie do obcokrajowca). Gdy – umordowana – nie odpowiadam, dziewczyna mowi urazonym, obrazonym glosem do znajomych: 她不礼我啦!- ona mnie nie uszanowala!

Scena 2 – Jaskinie Tysiaca Buddow (30 km na zachod od Leshan)

W przeciwienstwie do tych dzikich tlumow przy leshanskim Buddzie, tu nie ma zadnych turystow. Miejsce wyjatkowe – tonie w porannej przyrzecznej mgle, kazdy ze skalnych obrazow z – podobnie jak leshanski Budda -  dynastii Tang, opowiada inna historie. Te z nich, ktore sa w zasiegu ludzkiej reki opowiadaja jeszcze inna historie: wszystkim plaskorzezbom brakuje glow. Zostaly skute przez szabrownikow, zanim Chiny sie zorientowaly, ze to jest cos, co warto otoczyc opieka (swoja droga duzo bym dala, zeby sie dowiedziec, gdzie obecnie sa te wszystkie glowy, gdzie sa ci wszyscy milosnicy sztuki). Na drodze stoi straznik, gdy mnie dostrzega, trzy razy glosniej niz do normalnego czlowieka rzecze: “O keeeej???”  Po czym do stojacego obok niego drugiego faceta: “ona tu byla rok temu”. Ja na to, ze jestem tu pierwszy raz w zyciu. Nastepuje rytualna przepytywanka  (odbywam ja codziennie od kilku do kilkunastu razy, bez wzgledu na miejsce w ktorym jestem, w Szanghaju tez) : skad jestem? Ile juz jestem w Chinach? Potem nieuchronnie nastepuje stwierdzenie, ze moj chinski jest bardzo dobry (na to trzeba sie machinalnie usmiechnac i powiedziec “alez skad”) i czy – to juz opcjonalnie – 中国好玩儿 (cos w stylu czy dobrze bawie sie w Chinach). Po przepytywance straznik rzecze: “no to w takim razie byl tu ktos kompletnie identyczny, jak ty. A wlasciwie to byla ich nawet piatka, kobiet i mezczyzn”

Scena 3 – Sanxingdui (muzeum z przedmiotami z krolestwa Shu – ok 1300 lat p.n.e)

Na wejsciu do muzeum info, ze studenci placa polowe (ceny biletow wstepu w Chinach sa zawrotne, ten kosztuje 80 kuajow, to tak, jakby u nas bilet wstepu do muzeum kosztowal 80 zlotych). Pokazuje legitymacje mojej szanghajskiej uczelni – identyczna jak kazda inna legitymacja w tym kraju. Pani na to sie krzywi, i mowi, ze zagraniczni studenci chinskich uczelni musza kupic caly bilet. Pytam sie, na jakiej podstawie odroznia cudzoziemca. Pani sie smieje, ze takie idiotyczne pytanie, przeciez wiadomo. No wiec sie pytam, jak odrozni Koreanczyka – wygladem zblizony, w legitymacji imiona i nazwiska Koreanczykow zapisywane sa znakami. Sa tez tak samo “skonstruowane” jak chinskie:  najpierw jednoznakowe nazwisko, potem dwuznakowe imie, nazwiska tez te same – koreanski Kim to chinski Jin etc.. Prosze o rozmowe z szefem. Szef jest bardzo grzeczny. Ostroznie sugeruje, ze ”wielu cudzoziemcow w Chinach pracuje i w weekendy sobie chodzi na jakies kursy” . Pyta sie tez, czy moze zobaczyc moja wize. Osoby z obslugi tez zerkaja i robia uwagi, ze w takim wieku 还没毕业 – jeszcze nie ukonczyla studiow (wiekszosci osob nie miejsci sie w glowach, ze mozna studiowac cokolwiek dalej niz licencjat, nie mowiac oczywiscie o doktoracie).   Po godzinie od przyjazdu pod muzeum wchodze do srodka. Mam dosyc i wlasciwie nie chce juz ogladac zadnego muzeum, wydaje mi sie to w tej chwili smieszne a krolestwo Shu jeszcze odleglejsze. Z biletem za pol ceny, lykajac lzy upokorzenia i zmeczenia. W srodku sa rzeczy nieprawdopodobne – czterometrowe “kosmiczne drzewo” z brazu, setki niepokajacyh masek z brazu i zlota. W innych warunkach pewnie piszczalabym z zachwytu. Na zewnatrz – tablice pamiatkowe – kto z wielkich zwiedzal muzeum. Najwieksza na Towarzysza Hu Jintao: “Towarzysz Hu Jintao z uwaga zwiedzil ekspozycje, po czym na koniec, poruszony, powiedzial z uczuciem: Ta wystawa jest naprawde niezla. Konstrukcja budynku (hala wystawowa w formie wiezy, po ktorej sie wspina zwiedzajacy – K.P.) ukazuje postep i rozwoj narodu chinskiego” .

Scena 4 – Chengdu 

Po upokorzeniach Sanxingdui wracam do Chengdu. Chce kupic jablko. Dziewczyna bierze, wazy i mowi cene: 5 yuanow. Jablka w Chinach sa drogie, ale jedno to maksymalnie 2.5 kuaja. Mowie jej to. Zdziwienie: “przeciez wy Amerykanie macie mnostwo pieniedzy”.

Jalbka oczywiscie nie kupie, wracam do hotelu. A tam przy lozku koszyk – a w srodku 2 banany i pomarancza. Z tabliczka: “darmowe owoce od hostelu”.

Scena 6 – tez Chengdu

Jade do centrum hodowli pandy wielkiej – w nadziei, ze chociaz moze zwierzeta beda sie inaczej zachowywac. Wysiadam na gigantycznej petli przesiadkowej, brak oznaczen przystankow. Mam dosc i lapie taksowke.

Taksowkarz, autorytatywnie: Chengdu jest najfajniejszym miastem Chin.

Ja: taaak? (真的吗?)

Taksowkarz: A nasz mandarynski jest najpoprawniejszy w calych Chinach. Mowi to kaleczac wszystkie koncowki wyrazow – np. Meiguo, Ameryka ( taksowkarz bowiem jest przekonany, ze z niej wlasnie pochodze) to w jego ustach “meigui” – “roza”

Ja: Ale cudzoziemcow to u was chyba nieduzo?

Taksowkarz: Nie, przeciwnie, bardzo duzo.

Ja: Ale co chwile ktos wola:”o , laowaj” wiec chyba sa nieprzyzwyczajeni

Taksowkarz, smieje sie: nie, nie, sa przyzwyczajeni, tu jest bardzo duzo obcokrajowcow.

Ja: Jak tak wolaja, to czuje sie jak mapla w zoo, a nie czlowiek

Taksowkarz, zasmiewa sie: to niby co maja wolac?? 

Gdy dojezdzam, ogarnia mnie jeszcze wieksze przygnebienie. W naturze zostalo mniej niz 1000 pand – za malo, zeby przetrwaly – szczegolnie, ze nie moga poruszac sie swobodnie pomiedzy poszczegolnymi, poodzielanymi ludzkimi konstrukcjami, siedliskami. W centrum jest ich okolo 50-ciu, reintrodukcja pandy wychowanej w niewoli do srodowiska naturalnego jeszcze nigdy sie nie powiodla. Po centrum chodza grupki ”laowajow” i seplenia do pand: “jestem taaaki slicny, taki slodziutki, oj, oj, jak siobie lezie i jem, ciu, ciu” . Ogladam tez film dokumentalny o pandach w centrum. Na filmie pandy uspione badane na okolicznosc najbardziej rozniacego sie materialu genetycznego przyszlych rodzicow,  pandy sztucznie zapladniane, panda-matka rodzaca przy 4 kamerach swoje pierwsze dziecko. Zupelnie zdezorientowana patrzy w oslupieniu na malenkie, nowonarodzone zwierzatko, bije raz po raz pazurzasta lapa piszczace rozowe stworzenie wielkosci myszy. Jedna z badaczek wpada do klatki i nie zwazajac na rozwscieczona matke-pande, chwyta “niemowle”, tuli jak dziecko i wybiega z klatki.   

Scena 6 – tez Chengdu

Ide do…klasztoru (jakkolwiek ladnie by to nie brzmialo). Mam nadzieje, ze tam znajde cisze i swiety spokoj, mam nadzieje tez zjesc cos w przyklasztornej jadlodajni i poczytac ksiazke w herbaciarni. Gdy czekam na posilek, pojawia sie 85 letni (sam mowi), ubrany w stary plaszcz Armi Ludowo-Wyzwolenczej mezczyzna, ktory zagaduje do mnie po angielsku, po czym sie przysiada. Prawie nic nie rozumiem, ale ewidentnie opowiada historie swojego zycia. Co chwila zapomina, co juz powiedzial, a czego jeszcze nie, mowi od poczatku to samo, jedzenie tryska na wszystkie strony. Chce temu 大爷 okazac szacunek, odpowiadam kilkakrotnie na te same pytania, slucham, kiwam glowa. Tak naprawde chcialabym sie gdzies ukryc w kacie, tak, zeby nikt mnie nie widzial, zebym mogla w spokoju sobie posiedziec. Gdy posilek dobiega konca, wstaje, zycze wszystkiego dobrego i wymykam sie – do herbaciarni na drugim koncu klasztorengo kompleksu. Siorbie herbate, czytam ksiazke. Ech, szkoda tylko, ze nie wzielam zadnych 瓜子 (pestek) do skubania. No, ale nie mozna miec wszystkiego. Zaglebiam sie w ksiazke, po czym znowu slysze nad soba glos 大爷: “Miss, Miss!”. Podnosze glowe. Dziadek stoi nade mna, a w reku trzyma torebke pestek slonecznika: “przynioslem Ci troche pestek. Pasuje do herbaty”. Kladzie paczke na stole i oddala sie, kustykajac i postukujac laseczka. 

Za dwa dni wracam do Szanghaju.

27

02 2010

Chiny na kolach – czyli podroz Znikad do Leshan

! Ponizszy wpis jest opisem podrozy w najtanszej klasie chinskiego pociagu w Chinski Nowy Rok. Kto delikatny na zoladku, niech po prostu nie czyta.

Po 10 godzinach podrozy zepsutym Zlotym Smokiem (najpowszechniejsza marka autobusow w Chinach), po kilku dokonanych przez kierowce i pasazerow-mechanikow naprawach, ktore pozwolily na jazde, ale  z maksymalna predkoscia 20 kilometrow na godzine (czesc z napraw dokonywala sie w spektakularnym kanionie gornego biegu Jangcy na wysokosciach raczej lotniczych, polecam powiekszenie zdjec celem zobaczenia tarasow na zboczu):

DSC06707

DSC06708

po przejechaniu ostatnich 50 kilometrow po drodze, ktorej nawierzchnia przypominala polamany w wyniku jakiegos naglego zdarzenia lod (przy drodze tablice: “panstwo robi drogi dla ludu, lud powinien dbac i chronic drogi”), a otoczenie jakas inna planete (gigantyczne fabryki z ogniami buchajacymi z kominow na tle martwych czerwonych gor), dojechalam do Nikad. Miejsce to sklada sie z dworca i okalajacych go hoteli, jest w odleglosci godziny od miasta, choc stacja nosi jego nazwe. Rzecz okalaja jedynie te rdzawe, martwe gory. Wlasnie na dworcu w Nigdzie dopada mnie z cala moca druga strona chinskiego Nowego Roku. Jedyny bilet, jaki udaje mi sie dostac, jest na pociag odjezdzajacy nastepnego dnia, za piec dwunasta w nocy. Oczywiscie o zadnej miejscowce nie ma co nawet marzyc. Jedyne, co jest dostepne to 无坐 – wuzuo, czyli miejsce stojace. W nocy, na trasie 600 km, ktora pociag ma pokonac w 10.5 godziny. Przed dworcem w Nigdzie koczuja oczekujace na swoj pociag tlumy.  Siedza na kartonach, spia, skubia pestki slonecznika i pluja dookola, jedza niedlaczne od dalekich podrozy zupki-zalewajki. Bagaze – w postaci jutowych workow po nawozach, tanich walizeczek etc. rozlokowane dookola kazdej z grupek niczym waly przeciwodziowe. Ja biore pokoj w jedym z hoteli rozlokowanych dookola dworca w Nigdzie i zmuszam sie do ladowania baterii (spania, kapania sie kilka razy na zapas) wiedzac, ze nie bedzie lekko. W miedzyczasie przechadzam sie jedyna ulica Nigdzie. Na ziemi na kawalku szmaty leza na (wysoce nielegalna – tylko co w takim razie robia w samym srodku Niczego?) sprzedaz tygrysie lapy i kosci – na talizmano-lekarstwa. Ech, rok Tygrysa.

Choc stawiam sie na dworcu 40 minut wczesniej i tak jest to za pozno. Tlum, tak jak ja posiadajacy jedynie bilety wuzuo, ktory teraz oprocz workow, wiader i tanich walizek trzyma takze skladane mini-krzeselka, juz czeka przy wejsciu na peron.  Gdy w koncu podjezdza pociag, gdy probuje sie do niego dostac, jest juz tak pelen, ze ledwie zyje juz po samej probie wcisniecia sie do srodka. Pierwsze, co rzuca sie o oczy, to calkowicie mokra, jakby ublocona, podloga. Na poczatku mysle, ze to awaria kranu w toalecie, ale pozniej przypominam sobie, ze to Chiny. Mokra podloga jest - eee, slowo srednio pasuje – esencja tego, co od Chin nieodlaczne – czyli plucia tam, gdzie sie stoi. Ograniczona powierzchnia pociagu relacji Kunming-Xian (to wlasnie on przejezdza bowiem przez Nigdzie) sprawia, ze rzecz – znowu zle slowo – koncentruje sie i przybiera forme blota. Na nim postawie – jak wreszcie dopcham sie do przedzialu (choc to wuzuo, to jednak na bilecie jest wyszczegolnione, w ktorym wagonie ma miec miejsce moje stanie) -  moja torbe podrozna i plecak. Tlum jak woda – wypelnia kazda mozliwa szczeline wagonu, rozlewa sie po nim. Jest wlasnie jak woda po wlaniu do szklanki, faluje, ale w koncu wyrownuje sie poziom. W efekcie moge sobie nawet usiasc na mojej torbie podroznej. W pewnej chwili nawet klade obok plecak i w pozycji godnej adepta jogi – pollezac na torbie i kladac glowe na plecaku, udaje mi sie przysnac (z twarza 30 cm nad plwocina).

Budzi mnie tumult i krzyki – pociag zatrzymuje sie gdzies w srodku ciemnosci i do przepelnionego juz wagonu wlewa sie nastepna fala ludzi. Choc wydawalo sie, ze juz wiecej nie da sie upchnac, to jednak do wagonu wpada conajmniej drugie tyle osob. I targa, taranujac obecna juz w srodku reszte, drugie tyle pakunkow. W efekcie jedyna pozycja, na ktora moge teraz sobie pozwolic, to stanie na jednej nodze w przechyle. Torba i plecak zostaja zadeptane (oczywiscie na mokro). Wsrod nowej ludzkiej fali rzucaja mi sie w oczy dwie grupki osob. Pierwsza z nich to rodzina (matka, ojciec i 5 dzieci, w tym niemowle na plecach matki) o kompletnie niechinskim wygladzie (pozniej sie dowiem, ze to przedstawiciele ludu Yi, tego samego, ktory spotkalam w tarasowej dolinie, ale jak rozni!). Gdy wchodza, moje pierwsze doznanie jest jednak zapachowe. Pachna wedzonym dymem, palonym chrustem, sa cali na wskros przesiaknieci tym dymem. Dopiero drugie doznanie jest wzrokowe. Dzieci sa skrajnie umorusane – na raczkach zastygly w formie skorupki czarny brud, na buziach czarne smugi, ubrania oblepione wieloletnim, przechodnim z dziecka na dziecko,  jak same te ubrania, brudem, na glowach wlasnie tworza sie im rasowe koltuny. Maja drucikiem poprzekluwane uszy – zamiast kolczykow, przewleczone kolorowe sznureczki. A to tego sa nieprawdopodobnie piekne – podobnie jak dzwigajaca na plecach rownie co reszta brudne niemowle – matka. Wszyscy maja wielkie, jasnobrazowe oczy, bardzo regularne rysy umorusanych, a w przypadku matki, choc mlodej, to juz pooranej glebokimi zmarszczkami, twarzy. O ile ubrania przedstawicielek ludu Yi z tarasowej doliny to byl pokaz kunsztu hafciarskiego i feria barw, ta kobieta ma na sobie brudny znoszony sweter, spodnie i adidasy. Na glowie hongwejbinska czapke (potem w przedziale dojrze jeszcze dwie inne kobiety Yi, i one tez beda mialy te kulturalno-rewolucyjne czapki na glowach, jedna kombinacje hongwejbinska czapka+ welniana chusta omotana dookola - taki nowy znak identyfikacyjny etnicznosci). Natomiast ojciec rodziny nie odbiega wygladem od przedstawicieli ludu Yi z tarasowej doliny. Ma fircykowate dzinsy (tyle, ze w przeciwienstwie do wioskowych elegantow z doliny, brudne), marynare w tandenty hafcik, kolczyk w uchu i zloty zab. Matka, przykucnawszy na nieprawdopodobnie malym, dostepnym skrawku zaplutej podlogi juz niedlugo zajmie sie karmieniem niemowlaka piersia, a ojciec rodziny graniem w gry na komorke.

Druga konstelacja osob to czteroosobowa rodzina. Gdy wchodza, przodem przedziera sie, niczym na wojnie w zastepy wroga, ojciec. Wrzeszcac dookola “bu hao yisi” (przepraszam) , gestem nieznoszacym sprzeciwu rozgarnia stojacych, a nastepnie siedzacych. Ustawia ich, przeklada jak marionetki, po czym, ani sie spostrzegaja, na ich z takim trudem zdobytych miejscach siedzacych zasiada corka, syn i zona faceta (ktorego w miedzyczasie nazywam Lysym Li, od bohatera powiesci Yu Hua “Bracia”, gdzie Lysy Li to uosobienie tupetu, ale i odwagi chinskich nowobogackich) oraz sam facet. Doslownie przeklada trzech jadacych razem kolegow – robotnikow, do tej pory spiacych spokojnie w dziwnych pozach na swoich z takim trudem zdobytych miejscach. Uklada ich w stertke objetosci dwoch miejsc, po czym sam zasiada na w ten sposob zdobytej miejscowce, po czym sam mowi do siebie “还不错吧”, calkiem niezle, ze niby podrozowanie z wuzuo nie jest takie tragiczne.  Po czym, w akcie podziekowan, wrecza kazdemu z wysiedlonych po papierosie. Czesc przyjmuje a czesc nie, ale nikt nie robi tego, co ja bym zrobila na ich miejscu – czyli dzikiej burdy. Zlozeni na kupke robotnicy (rece czarne i twarde tak, ze mozna bez mlotka wbijac gwozdzie, ta czern i twardosc sa permanentne bardziej niz tatuaz, nie zeszly nic a nic nawet podczas dwoch tygodni Nowego Roku) wkrotce na powrot zasypiaja – tyle ze ksztaltem przypominaja teraz zlozone na kupke ubrania.

Rodzina Yi zajmuje miejsce tuz obok mnie (nadal wisze na jednej nodze). Oblepione glina kurteczki laduja na mojej torbie, skoltunione glowki dzieci tona w ludzkim tlumie. Pasazerowie Hanowie ostentacyjnie pogardzaja rodzina Yi – wydymaja usta, wznosza oczy do nieba. Lysy Li ( z ktorym po tym, jak uciesnil robotnikow, postanawiam nie rozmawiac) mruga porozumiewawczo do mnie, po czym plujac na podloge i – napotkawszy moje potepiajace spojrzenie – wsmarowawszy rzecz butem w podlogowy laminat, rzecze o rodzinie Yi: “zadnej kultury nie maja, co?”

Ja z dwojga zlego jako towarzyszy podrozy o niebo wole juz dowolna liczbe umorusanych dzieciakow niz setke plujacych i rozsmaroujacych rzecz w podloge przedstawicieli “cywilizowania”. Nie wiem, jak wyglada wioska, z ktorej pochodzi ta rodzina, ale rozne wioski widzialam. Na poludniu Yunnanu brak biezacej wody, drogi dojazdowej, ubikacji etc. to absolutny standard. W takiej sytuacji utrzymanie czytstosci to niesamowity wysilek (inna sprawa, ze yunnanskie wioski jak i ich mieszkancy byli naprawde czysci) i w pewnym stopniu rozumiem te kobiete – ze czasem jedynym wyjsciem jest po prostu nie zwazanie na higiene.  Ale plucie na podloge, na ktorej siedzi, pol-wisi, kuca, koczuje czlowiek przy czlowieku to inna kwestia. Tu jest wybor i to latwy – jak juz sie musi, mozna kupic sobie za jednego juana rolke papieru toaletowego – i pluc sobie do woli.

Ludzka fala ponownie sie rozlewa rownomiernie po wagonie, zostaje osiagnieta relatywna rownowaga. Udaje mi sie zajac miejsce cwierc-siedzace; dwoch chopakow po mojej stronie wagonu sciesnia sie i moge przycupnac (co prawda musze nieustannie balansowac, zeby utrzymac rownowage). Co sekunde, chociaz wydaje sie, ze juz szpilki nie da sie wcisnac, ktos przechodzi (albo jak sprawniejszy, to opiera sie na siedzeniach i przelatuje gora nad tlumem – ladujac mokrymi podeszwami butow na przyklad na mojej torbie). Osoby te dzierzac papierowe miski zupek-zalewajek najpierw przeprawiaja sie na koniec wagonu po wode. Pozniej wracaja. Za 20 minut te same osoby przeprawiaja sie oczywiscie do toalety. Za kazdym razem trzeba sie podnosic walczac z oporem tlumu, ktory jak ruchome piaski, sciaga w dol. Ja w obawie przed utrata z trudem wypracowanego miejsca nie ide po wode do mojego kubeczka z herbata z kulkami z proszku. Jakbym poszla miejsce wypelnilaby ludzka fala. Jakbym nawet odzyskala jakims cudem, na pewno by przepadlo gdybym w ramach nieuniknionych kolei losu chciala nastepnie pojsc do toalety.

20 wagonowy pociag jedzie przez kompletne ciemnosci (moge sobie tylko wyobrazac te gory dookola). W srodku odwrotnie – oslepiajace jarzeniowki. Kilka osob wyjelo komorki i puszcza z nich na glos muzyke – niestety moj kawalek wagonu jest strefa oddzialywania kilku epicentrow muzycznych. Gdy leca hity – te najnowsze – spiewa mlodziez. Gdy leca te ogolnonarodowe – typu Qingzang Gaoyuan (o tym jak piekny jest Tybet i Qinghai, i jak wazne miejsce w chinskim sercu te cudne miejsca zajmuja)- spiewaja, albo przynajmniej poruszaja ustami wszyscy, ja tez, po prostu samo tak wychodzi. Czesc osob gra w karty, wiekszosc pali, wszedzie walaja sie puste papierowe miseczki po zupkach-zalewajkach i puste butelki po wodzie. Co pewien czas w to wszystko wjezdza….(kij mu w szprychy) wozek z napojami i przekaskami. Choc wydaje sie, ze jego przejazd jest calkowicie niemozliwy, to jednak ludzka fala – unoszac (doslownie i w przenosni) po drodze worki, pakunki i tanie walizeczki, przelewa sie tak, ze rzecz jednak sie przeciska przez srodek. W pewnym momencie nocy pojawia sie wielki jak wieza xi’anski konduktor. Przeklada siedzacych trzech kolesi i siada obok. “Lei si le” – (smiertelnie zmeczony) ciezko i basowo wzdycha z tym jakze milym dla mego ucha xianskim akcentem. Otacza ramieniem kolesia obok - “Gdzie jedziesz, bracie?” – pyta. Koles tez jedzie do Xi’anu. “No to masz ciezko”. Konduktor patrzy na kilku nieszczesnikow, ktorym nie udalo sie znalezc nawet niejsca na-w-pol-przycupnietego. “Jak tam? Dajecie jakos rade?“. Jeden ze stojacych – chlopak z Xi’anu z fancy fryzura (karbowana, farbowana), modnymi ciuchami i gitara elektryczna wzdycha: “hen fuza” (ciezko, dosl. skomplikowanie).

W miedzyczasie jednakowoz zaczynam rozmawiac z Lysym Li, ktorego sila oddzialywania jest tak przemozna, ze nie mam wyboru, po prostu zaczynam odpowiadac i tak rozmawiamy. Lysy Li & spolka mieszka 140 km obok Wenchuan, epicentrum wielkiego trzesienia z 2008 roku. Budynek w ktorym mieszkaja bujal sie strasznie, bujal, ale przetrwal. Taki sam budynek obok sie zawalil. Zostaje tez przymuszona do ogladania w aparacie zdjec Lysego Li i jego rodziny w strojach ludowych roznych grup etnicznych – Lysy Li i jego rodzina jako Tybetanczycy, jako Ujgurzy  (w miedzyczasie jego zone zdazylam ochrzcic mianem Sofii Loren, to piekna, bujnej urody kobieta, troszczy sie o Lysego Li, a w akcie troski czysci za pomoca dlugiego paznokcia jego uszy. A dzieci…dzieci niestety odziedziczyly urode po ojcu, ot, taki los).  Kiedy zbliza sie rano, robie sie w koncu glodna i wyciagam zakupione w Nigdzie pistacje (Lysy Li i spolka zdazyli w tym czasie zjesc cala torbe kurzych lapek – tzn. czesci pazurzastej i wypluc resztki na podloge pod siebie). Gdy biore porzadna garsc orzechow, gestem pokazuje umorusanym i wyraznie glodnym dzieciakom Yi (niezaradna matka nie wziela dla nich nawet butelki na wode, podniosla wiec pusta butelke po wodzie z podlogi i na migi – jako, ze nie mowi po chinsku – poprosila przechodzacego z miska zalewajki kolesia o przyniesienie troche wody), zeby nadstawily raczki i sypie im po porzadnej garsci, Lysy Li patrzy sie na mnie z podziwem, jakbym conajmniej w stroju Supermana nadleciala nad zagrozona kataklizmem wioske i uratowala jej mieszkancow. Czuje sie zazenowana. Bardzo.

Nad razem jestem tak zmeczona, ze udaje mi sie, mimo mojej akrobatycznej pozycji, zasnac. Obok na stojaco spi mlody chlopak, ten ktory jedzie do Xi’anu. Nad ranem kobiecie przucypnietej obok mnie udaje sie wreszcie polaczyc z koczujaca w innym wagonie rodzina – mezem i na oko 6 letnim jedynakiem. Jedynak od razu zabiera sie do wsadzania palca w nos i oko usmiechajacemu sie do niego w rozanieleniu pasazera z siedzenia obok i mowienia matce, ze smierdzi. Matka mowi jedynakowi “nie wsadzaj palca w nos wujkowi, bo wujek cie zbije”, ale tak naprawde jest rozanielona zachowaniem swego skarbu. Jedynak udaje, ze strzela do “wujka” i wszyscy lacznie z ostrzelanym, znowu sa zachwyceni, wymieniaja zachwycone spojrzenia. Tak slodko. Potem jedynak trzepie matke po twarzy a ona przybierajac wymuszenie sroga mine mowi, ze tak nie wolno, ale i tak wszyscy sa ponownie zachwyceni. Taki malutki a taki zly – milusio. Gdy pociag wreszcie wjezdza na moja stacje, wyjscie jest jeszcze trudniejsze niz wejscie. Gdy w koncu po przepychaniu sie wytaczam sie jak zbite jablko na peron, ociekam potem z wysilku.

Ten pociag to Chiny w pigulce. Wracajacy Znikad i innych tego typu miejsc po spedzeniu Nowego Roku do czesto nielegalnych prac w miastach  robotnicy (w moim wagonie rece bez odciskow, rece nieczarne, rece niezgrubiale, to byla wsrod rak absolutna mniejszosc), rozpychajacy sie na prawo i lewo Lysy Li i jego rodzina, “Reguly budowania socjalizmu” nade mna (w postaci naklejki na scianie wagonu: “zaszczytem jest dzialac na rzecz mas, wstydem szkodzic masom” ) i plwocina pode mna, dobytek w workach po nawozie, ale wypasione (czesto iluzorycznie) komorki, slodziutki jedynaczek, traktowana z wyniosloscia niezaradna rodzina Yi. ”Wysiedleni” robotnicy i Lysy Li spiewajacy unisono narodowe hity.

24

02 2010

Koszmary Lijiangu i z niego ucieczki

Ech, no i tak jak wczesniej dane mi bylo doswiadczyc fantastycznych stron chinskiego Nowego Roku, tak od kilku dni doswiadczam w koncu jego stron mniej milych.  

Po trzech tygodniach wloczenia sie docieram do Lijiangu, ktory jest skrzyzowaniem Krupowek i Cepelii podniesionym do siodmej potegi plus  chinskie lampiony i chinska “tradycyjna” architektura. Miasto jest faktycznie cudnie polozone (o rzut beretem lodowiec Yulong o wysokosci 5600 metrow):

DSC06630

DSC06668

Ma platanine uliczek, dopracowane w najdrobniejszych szczegolach “stara” architekture (wszystkie dachy starego miasta, ktore jest bardzo rozlegle, maja podswietlenie nocne etc., wszystkie domy niejako z urzedu maja takie same czerwone lampy noworoczne). Po tej plataninie biega w amoku zakupow wyciagajacy stukuajowki, jak by to byly jednokuajowki, tlum. Ja, chcac nie chcac musze sie dolaczyc, bo chce znajomym kupic z podrozy jakies upominki. I jest problem – okazuje sie, ze pamiatki, ktore mozna kupic w Lijiangu sa dokladnie takie/te same jak w shuixiangach (miasteczka nad kanalami) Zhejiangu i Jiangsu, czy hunanskim Fenghuang – ogolnochinski standard reprezentujacy wyobrazenia ogolu o tym, jak powinna wygladac pamiatka z podrozy. Styl niby etniczno-ludowy, co by to nie bylo, bedzie troche podrzezbione, dodac fredzelki, batiki, tanie wyszywanie etc. W Hunanie robilo toto za wytwory ludu Miao, w Lijiangu robi za wyroby ludu Naxi, w Zhejiangu za wyrob ogolnie ludowy. Po mekach chodzenia po cepeliowatym “starym miescie”, w koncu wybieram cos o najmniej niestrawnym poziomie kiczu. Po czym z entuzjazmem dostrzegam wynajem rowerow.

Rower chcialam wynajac w celu dojazdu do lamaistycznej stupy zlocacej sie na gorce za miastem. Wsiadam na rozklekotany, oczywiscie za maly rower gorski (to ja juz 1000 razy bardziej wole yongjiu pai!) i jade. W miedzyczasie znikad pojawia sie wielka chmura:

DSC06600

 i nieuprzejmie opaduje mnie gradem. A stupa jak gdyby nigdy nic po drugiej stronie krajobrazu pieknie sie zloci  i zacheca do odwiedzin:

DSC06595

 Gdy docieram na miejsce, poraza mnie ogrom, przestronnosc, ale i calkowita odludnosc calego kompleksu. Po kreceniu sie po wielkich, pustych placach, natykam sie w koncu na gospodarzy – kilku mnichow. Najmlodszy z nich – na oko 17, 18 letni, oprowadza mnie po kompleksie i robi to z radoscia i duma. To, co z daleka wygladalo na kilkusetletnia swiatynie okazuje sie miec zaledwie 3 lata. Poprzednia swiatynia, ktora byla na gorze, zostala (podobnie jak inne przybytki religijne w okolicach, szczegolnie te nalezace do buddyzmu tybetanskiego, ktorego poludniowe granice oddzialywania zaczynaja sie wlasnie w okolicach Lijiangu) kompletnie zniszczona podczas Rewolucji Kulturalnej. “Zabrali nawet kamienie ze sciezek i zrobili z nich tary do prania” – opowiada mlody mnich.  Ale to, co powstaje teraz, powstaje z wielkim rozmachem, a mlodego mnicha rozpiera prawdziwa duma, gdy pokazuje to, co wlasnie sie robi. Stupa ktora mnie tu przyciagnela, z bliska jest nie mniej imponujaca:

DSC06606

W srodku prezentuje sie tez wspaniale, z wszystkimi freskami przedstawiajacymi sceny z zycia Sakyamuniego, flagami modlitewnymi, barwnym sklepieniem. Powstaje tez ogrod z mniejszymi stupami wzdluz sciezek. Stupy juz stoja, w pustych jeszcze zaglebieniach pojawia sie niedlugo posazki Boddishatwow. Jest tez wielki – na razie kompletnie pusty – z wyjatkiem mojego klekota – parking. Puste na razie budynki mieszkalne dla mnichow. Spory budynek biblioteki na wykonczeniu.   ”Bedziemy centrum religijnym i badawczym na duza skale” - mowi mnich i widac, ze naprawde sie cieszy i ma nadzieje, ze tak sie stanie. W miedzyczasie odbiera telefon i rozmawia po chinsku (tzn. oczywiscie nie standardowa mandarynszczyzna, tylko czyms innym, ale wyraznie chinskim) ze swoim ojcem, ktory mieszka 200 km na polnoc od Lijiangu, komentuja ze smiechem wielkie opady sniegu, ktory spadl w ich rodzinnej miejscowosci.

O ile mlody mnich jest Hanem, to Mistrz, do ktorego po zwiedzeniu kompleksu prowadzi mnie mniszek, jest rodowitym Tybetanczykiem. “Jestem tu juz szosty rok i wciaz nie nauczylem sie dobrze mowic po mandarynsku” - mowi z przepraszajacym usmiechem. Mistrz jest bardzo sympatyczny i tez jest dumny z tego miejsca, ktore powstaje: “jestesmy najbardziej wysunietym przyczolkiem buddyzmu tybetanskiego na poludnie”, usmiecha sie tak, jak usmiecha sie ktos, kto walczyl ciezko i na koniec wygral w wyscigu. Brzmi tez to troche tak, jak niegdysiejsze polskie “przedmurze chrzescijanstwa”. Mistrz i kilku innych mnichow siedzi w swiezo wykonczonej stolowce ubrany w podszyta misiem bordowa szate, ogrzewa sie przy piecyku, na ktorym stoi czajnik z herbata z mlekiem jaka. Na rozgrzanie po opadaniu gradem przed podla chmure, dostaje kubek tego nieprawdopodobnie strasznego, jakby zjelczalego, slonego swinstwa. Usmiecham sie, ze niby pyszne i pije. Dostaje dolewke. I nastepna. I nastepna. “To dobre na rozgrzanie, choc jak sie pije pierwszy raz mozna dostac mdlosci” – powiada z troska Mistrz, a ja, walczac z fala mdlosci, zaprzeczam, ze a skad, ze wrecz odwrotnie.  

Mnichow na razie jest tylko siedmiu - oprocz Mistrza wszyscy bardzo mlodzi.  W stupie i stolowce zdjecia akceptowanych w Chinach rinpocze. Mistrz sciaga z reki bransolete mala, ktora daje mi w prezencie. Dostaje tez kalendarz z cytatami z rozmaitych rinpocze i z jakze chinskimi zaleceniami na kazdy dzien (dzis np. dobrze jest isc do fryzjera, a zle kopac w ziemi, o jakiekolwiek kopanie by nie chodzilo). Dostaje tez broszurke pt.: “Kochac kraj i Budde” (nie moge odzalowac, ze gdzies ja zostawilam przed przeczytaniem). Jak te wszystkie napisy na meczetach - “爱国爱教 ” – kochac kraj i religie. Szczerze gratuluje Mistrzowi i mnichom dokonanych prac i ruszam w droge powrotna. Ja tez sie ciesze – razem z mnichami – z tego odrodzenia. Jakie by nie bylo.

Tym razem opaduje mnie deszcz, potem jeszcze klucze przez godzine po starym miescie w celu odnalezienia wypozyczalni rowerow. Po godzinie jestem tak wsciekla, ze na serio rozwazam (jezeli we wscieklosci w ogole mozna rozwazac), ze jak juz nie dam rady zwrocic klekota jego macierzy i odzyskac 100 luajow yajinu - zakladu, to przynajmniej pofolguje desperacji i wscieklosci i gada rytualnie zniszcze. Po czym, jak juz przymierzam sie do pierwszego ciosu gorskim buciorem w zdezelowane koleczko, uswiadamiam sobie ze wstydem, ze to zachowanie wysoce niegodne osoby, ktora wlasnie byla wrocila z buddyjskiego przybytku. Po czym wchodze do pierwszego lepszego sklepiku z turystycznym badziewiem, opisuje wypozyczalnie rowerow jak najdokladniej potrafie (co jest trudne, bo tu wszedzie sa wylacznie “stare” uliczki, “centra turystyczne”, czyli firemki organizujace wycieczki po okolicach i sklepiki z badziewnymi pamiatkami) i prosze o pomoc. Podejmuje sie jej mlody chlopak, ktory prowadzi mnie po tych cholernych uliczkach prosto do mojej wypozyczalni. Bo w Lijiangu pomimo cepelizacji gatunek szeroko w Yunnanie rozpowszechniony, czyli porzadny czlowiek, nie zaniknal.

Oprocz ogolnej meczliwosci Lijiang ma tez i dobre strony. Naleza do nich, oprocz wspomianego juz lodowca Yulong i mozliwosci odwiedzin lamaistycznego klasztoru bez jazdy do Tybetu (zagraniczni turysci wylacznie w grupach zorganizowanych, scisle nadzorowanych, wlasciwie bez czasu wolnego i mozliwosci kontaktu z mieszancami, za koszmarne pieniadze) ani przedzierania sie przez malo dostepne o tej porze roku polnocne drogi Yunanu i zachodnie Sichuanu:

1. Szeroka dostepnosc kulinarnego dorobku ogolnochinskiego. Po raz pierwszy od 3 tygodni (nie liczac blyskawicznego przelotu przez Dali) znajduje sie w miejscu, gdzie w knajpach jest normalne menu. W miejscach, ktore do tej pory odwiedzilam w Yunnanie, wybor wygladal tak, ze za pania kucharka lezala sterta roznych rzeczy do jedzenia (np. cos co z ksztaltu przypomina cebule a w smaku ziemniaka, jakies blizej nieokreslone liscie, jakies klacza) i trzeba sobie bylo wybrac, co owa pani kucharka z czym ma zmieszac. A ja chyba zawsze wybieralam nie te liscie, co trzeba. Poniewaz po takich trzech tygodniach za 鱼香茄子, 京浆肉丝 i  油条 tesknie bardziej niz za pierogami ruskimi, przeto rzucilam sie na ten ogolnonarodowy dorobek kulinarny z szalenstwem w oczach, jedzac dwa sniadania (油条 i mleko sojowe!!) i dwa obiady dziennie.

2. Prawdopodobnie jeden z lepszych widokow z kafejki internetowej, jaki mozna sobie wyobrazic:

DSC06652

Przydaje sie, gdy na dzien musze osiasc w kafejce i skonczyc – a jakze – prace semetralna.

3. Dosc smieszny Engrish:

DSC06592

DSC06696

DSC06697

Po tym wszystkim z ulga kupuje bilet autobusowy w celu przeprawienia sie do Syczuanu. Co okazuje sie nie takie proste. Po wjechaniu na wyzlobiona przez biegnacy w czasie deszczow przez droge strumien – jeden z malutkich doplywow Jangcy w jej gornym biegu – w przedniej osi autobusu-klekota cos sie urywa. No ale o dantejskiej, a zarazem dosc symbolicznej podrozy, ktora zakonczyla sie ostatecznie w Leshan, siedzibie najwyzszego na swiecie posagu Buddy, nastepnym razem.

24

02 2010

Nowy Rok wioskowo-swiatynny

Shaxi to miasteczko okolo 20 km od opisanego w poprzednim poscie Jianchuanu. “Doskonale zachowane miasteczko starego szlaku herbacianego” (moj chinski przewodnik) - mialo byc wyjatkowe. W przeciewienstwie do Lijiangu (brrr, wrr, ale to w nastepnym odcinku) mialo byc szczesliwie ominiete przez nowy szlak – turystyczny. Z dala od autostrady, lezace przy lokalnej drodze odchodzacej w bok od starej drogi Dali-Lijiang rzeczywiscie budzilo nadzieje.

Dotarlam za pozno – pewnie o jakies 3 lata. Miasteczko zostalo wyrwane z tkanki w ktorej sie znajdowalo i przygotowane niczym preparat z sali biologicznej. Juz pierwsze kroki przekonaly mnie, ze nie jest dobrze – na wejsciu ustawiono bramke z biletami. Dalej to, co znam z innych guzhenow (starych miasteczek) Chin – brak mieszkancow, domy pozamieniane na kawiarenki etc. W porownaniu z okopconym noworocznymi kadzidlami, malujacym chunliany, ostrzeliwujacym sie z fajerwerkow Jianchuanem, preparatowatosc Shaxi szczegolnie kluje w oczy. Choc do spreparowania kompletnego jeszcze daleko. Miasteczko - nawet w Nowy Rok – bylo jak nowo otwarte muzeum w ktorym jeszcze brakuje zwiedzajacych. Po Shaxi kreci sie maksymalnie kilkadziesiat osob, niehalasliwych, w malych grupkach, kawiarenki puste, siedza w nich co najwyzej male grupki z gitara i cicho spiewaja. Spotykam dwie Chinki podrozujace kazda oddzielnie (no, te jesli jeszcze laowajowi ujdzie bo ogolnie jest dziwny w swej laowajskosci, to w ich przypadku jest juz aktem skrajnego nonkonformizmu). Rozmawiamy o miejscach spreparowanych i nie. Jedna z nich – dziennikarka z Kantonu zachwyca sie Guizhou: “wyobraz sobie, ze tam sa ludzie ktorzy nie maja imion i nie wiedza ile maja lat! Jest tam tylko handel wymienny!” po czym wyglasza zaangazowana tyrade przeciwko “globalizacji, ktora sprawia, ze wszystko robi sie takie same”. Slucham i nic nie mowie, bo fakt, nie gustuje w preparowanych atrakcjach, ale i nie potrafie sie zachwycac tym, ze w srodku odtrabionego wszedzie chinskiego uniwersalizmu “postepow” i “cywilizowan” (nawiasem mowiac to to dopiero sprawia, ze wszystko robi sie takie samo…), sa grupy, o ktorych jakos przypadkiem zapomniano.

 No, ale w przypadku Shaxi wyrwanie z kontekstu nie jest jeszcze tak glebokie jak w przypadku niektorych guzhenow. Krotko mowiac po zrobieniu zaledwie kilku krokow latwo wraca sie  z powrotem do normalnego swiata. A jest to swiat, do ktorego warto wrocic. Swiat wiosek narodowosci Bai. Moglam tam dalej uprawiac moj ulubiony rodzaj turystyki. Czyli isc do pobliskiej wsi, z do nastepnej, potem do nastepnej etc. W dolinie, gdzie lezy Shaxi mozna tak chodzic i chodzic.  Jak juz sie gdzies dojdzie, to wylania sie w niedalekiej odleglosci cos ciekawego – a to swiatynia na skraju (choc nie ma tam juz zadnych posagow, w Nowy Rok o siwatyni na wszelki wypadek nie zapomniano, na ziemi lezy pelno ofiar – cukierkow, mandarynek, sa wypalone kadzidla)

DSC06173

 a to budynek o nieznanym przeznaczeniu (proby dowiedzenia sie po mandarynsku nic nie daja)

DSC06225

Oprocz tego napisu nawolujacego do stworzenia cywilizowanej wsi, na drugiej ze scian konstrukcja owa ma wyjatkowo konkretny napis: “Walczmy ze slimakami przenoszacymi choroby, dbajmy o nawozenie (粪便), walczmy z przywrami” (pasozyty rezydujace w wodzie, np. takiej ktora stoi na polu ryzowym, niebezpieczne) ”. Gdy sie dotrze do takiej wsi, w niedalekiej odleglosci zawsze wylania sie cos ciekawego – np. niesamowity, opuszczony  budynek za wsia, w ktorym wiatr gwizdze w taki sposob, ze ciarki przechodza po plecach:

DSC06091

albo pagoda na gorce:

DSC06047

a to ladna wies:

DSC05896

DSC05886

DSC06163

Mozna by tak chodzic bez konca. Ale sygnal do zakonczenia i szybkiej ewakuacji nastepuje ze strony szefa drewnianego, “starego” (czyt. spreparowanego, ale bardzo sympatycznego) hoteliku w Shaxi. Szef ten drugiego dnia mojego pobytu oznajmia, ze niestety dalej zostac nie moge, bo przyjezdza wielka wycieczka , ktora zarezerwowala wszystkie miejsca noclegowe w wiosce. Nie ma co zwlekac, trzeba uciekac. No wiec uciekam do wspomnianych w poprzednim poscie swiatyn w gorach. Ledwie 14 kilometrow od Shaxi.

Miejsce to znane jest glownie z rzezb skalnych przypominajacych o wielkiej przeszlosci regionu – z czasow w ktorych ten byl krolestwem Nanzhao a pozniej Dali. Jest tez co najmniej 5 swiatyn i jeden klasztor. Ide droga w kierunku doliny gdzie mozna spotkac najwiecej grot z rzezbami, po drodze mijam tabliczke, ktora jako jedna z atrakcji przynaleznych do miejsca wymienia wystepowanie na terenie 野生猴群  – stad (tabunow? watah? hord??) dzikich malp.

O, stada/tabuny/watahy/hordy dzikich malp – juz ja was znam z Tajwanu. Te inteligentne, zle oczka – po takiej formie zycia mozna spodziewac sie wszystkiego. Moze toto rownie dobrze po zwierzecemu ugryzc, jak i po ludzku – wsadzic palec w oko, czy tam przywalic z liscia. Naturalny odruch to zwiac na drzewo.  Tylko zimny pot czleka oblewa jak sobie uswiadomi, ze potwor moze przy pomocy malego palca u lewej stopy wspiac sie na drzewo szybciej niz czlek przy pomocy wszystkiego co ma.

No wiec biore kij i ide zwiedzac relikty kultury. Makakow faktycznie jest cala armia, ale sa zupelnie niezainteresowane ludzmi, koncentruja sie na pladrowaniu oltarzy:

DSC06522

i przemysleniach ogolnych:

DSC06457

Popoludniem laduje wreszcie w miejscu, gdzie mam spedzic noc. Swiatynia buzuje uroczystoscia – pala sie kadzidla, swiece, odprawiane sa obrzedy, czytane sutry, dookola ciagna sie pielgrzymki z tacami z ofiarami. Miejsce jest we wladaniu tajemniczego konsorcjum (pewnie by nie bylo tak tajemnicze, gdybym mogla sie z nimi dogadac) narodowosci wylacznie bajskiej. Konsorcjum sklada sie z kilku mezczyzn o blizej nieokreslonej funkcji dozorco-straznikow oraz duzej grupy bajskich kobiet, przewaznie straszych:

DSC06438

DSC06576

 Caly czas z doliny dochodza nowe osoby – na plecach maja koszyki z ofiarami, zapas kadzidel, najpotrzebiejsze rzeczy:

DSC06574

DSC06580

 Skladaja ofiary, gotuja w przyswiatynnej kuchni, zamiataja, poleruja Budde, Guanyin, uczniow Buddy i kogo tam jeszcze szmata, okazjonalnie wroza sobie z rak. Z tego, co udaje mi sie dogadac (jedna z osob mowi jedno zrozumiale slowo, druga uzupelnia o drugie, ja klece zdanie w stylu “czyli mowicie, ze…” i patrze czy kiwaja glowami, czy zaprzeczaja), w swiatyniach nie ma juz nigdzie mnichow ani mniszek (jest jeden czlowiek, ktory odprawia obrzedy), zarzadzane sa wspolnotowo, opiekuja sie nimi ochotnicy – a zwlaszcza ochotniczki z pobliskich wsi. Teraz -w Nowy Rok tych osob jest naprawde mnostwo. Korzystajac z koncowki dnia, po umieszczeniu rzeczy na slomianej pryczy i zamknieciu na klodke (stada/hordy/tabuny malp!), ide na szczyt gory. Towarzysza mi makaki. Po drodze mijam byly klaszotr zenski (nikogo w nim nie ma, obecnie zarzadza nim stado/tabun makakow dziko latajacy po dachach, oltarzach i czym sie da), Budde wyrzezbionego w skale (na glowie siedzi Buddzie, niespodzianka, makak) i docieram na sam szczyt gory. Swiatynia ta rzadzi jeszcze bardziej tajemnicze konsorcjum. Wodka na stole, ukopcone posagi w podupadlej swiatyni,  zastygle gory wielokolorowej steraryny, powykrzywiane twarze bostw, powykrzywiane i wysmagane gorskim wiatrem sciany:

DSC06537

DSC06544

DSC06535 

Wszystko to przypomina bardziej sabat czarownic i skojarzenia z Lysa Gora nasuwaja sie poniekad same. Sabat jest jednakowoz bardzo mily i goscinny – mowi, ze oni tak tu mieszkaja, opiekuja sie tym miejscem, prawie nikt tu do nich nie zachodzi, wiec tym milej, ze mi sie chcialo. Czlonkowie sabatu tytuluja sie wobec mnie per towarzysz, wmuszaja we mnie obiad, po czym odprowadzaja (nie wiem, jak mozna w takim tempie latac po gorach) mnie sciezka na skroty do miejsca noclegu. Kadzidla kopca, posagi oswietla niemrawe swieczkowe swiatlo, w weglowym pieco-garnku (pewnie jest na to jakas nazwa, ale sie nie znam) grzeje sie woda do umycia twarzy, wychodek kilkadziesiat metrow w las (troche bzdurna, ale mimo wszystko niepokojaca wizja malpy skaczacej mi znienacka po ciemku na glowe sprawia, ze sie jednak nie udam). Konsorcjum kaze mi solidnie zamknac drzwi (malpy!).

Niestety zamkniecie na poly przeswitujacych drzwi na nic sie nie zda. Nigdy nie myslalam ze w swiatyni w gorach przydalyby sie…korki do uszu. Po zmroku siwete miejsce huczy jak ul. Bynajmniej nie mantrami. Rozmowy, smiechy, telewizja. Krece sie na mojej slomianej macie do pozna. Gdy udaje mi sie wreszcie zasnac, budza mnie malpie skoki na dachu i koniecznosc powrotu do Jianchuan celem zlapania autobusu do Lijiangu (brr). Konsorcjum wpycha we mnie wielkie sniadanie, na reke wtyka buddyjska brasolete modlitewna mala (pelniaca w przyblizeniu funkcje podobna do naszego roznanca, druga dostane w klasztorze tybetanskim pod Lijiangiem) , a do reki pajde grilowanego niangao (forma placko-ciasto-makaronu,  no, niech mnie jaka malpa sprobuje to zabrac). 

Bilet kupuje z marszu, dzieki czemu po 3 godzinach laduje w koszmarnym lunaparku, mateczniku homo viator sinensis. Gdy probuje sie z niego wyrwac na rowerze do widocznego z tarasu hostelowego klaszotru lamaistycznego (tego gdzie dostane nastepna mala), opaduje mnie…grad (jak w Truman Show!) . Ale o osobliwych urokach Lijiangu w nastepnym odcinku.

21

02 2010

恭喜恭喜发财!

新年快乐!Niech Wam Tygrys przyniesie zdrowie, optymizm, wspaniale plany i rownie dobre ich realizacje!

No i mamy Tygrysi Rok. Na poczatek musze sie pochwalic – otwieram po kilku dniach skrzynke a tam list od profesora Daya Thussu (wybitny znawca mediow azjatyckich), ktory mnie informuje, ze moj referat zostal przyjety na signapurska konferencje poswiecona nowym mediom chinskim i indyjskim. Mnie przyjeli – mnie, na cudownej shanghajskiej uczelni traktowanej jak przyglup, mnie, ktorej nie dano napisac artykulu do uczelnianego pisma, z gory wiedzac, ze ”wymagania sa za wysokie”. No wiec po powrocie czeka mnie cyzelowanie moich “rewelacji”, zeby przybraly prezentowalna forme. Echhhhh, media chinskie w teorii i praktyce. Mam po tym opisanym dwa posty wczesniej taki uraz, ze nawet nie zachodze do kawiarenek (zreszta tu, gdzie teraz jestem, ich nie ma). Na szczescie fantastyczny szef hoteliku w malutkim Shaxi usadzil mnie na recepcyjnym komputerze (i tak hotelik jest pelen, wiec nie trzeba przyjmowac nowych gosci) i powiedzial, ze moge sobie korzystac ile wlezie. To opisze moja Wigilie chinskiego Nowego Roku.

Moj tegoroczny chinski Nowy Rok bija na glowe wszystkie konce roku, jakie przeszlam do tej pory – czy to chinskie, czy zachodnie. Wszystko dzieki wyjatkowym ludziom. Ciekawe ile z Was zastanawialo sie, co by zrobilo, gdyby w Wigilie Bozego Narodzenia rzeczywiscie zapukal wedrowiec. I to egzotyczny. Czy zaprosilibyscie do srodka? Ugoscilibyscie? No, ale po kolei.

Wigilia chinskiego Nowego Roku to cos jak nasza Wigilia.  Swieto rodzinne, oczekiwanie na przyjscie Nowego. W wigilie Nowego Roku bylam w Jianchuan – gdzies posrodku Dali i Lijiangu, ale przy “starej” drodze,  nie przy autostradzie. Gdy laduje sie w Jianchuan, sprawia przygnebiajace wrazenie – ot miasteczko jednej, i to do tego zakurzonej, drogi. Gigantyczny hotel, w ktorym sie zatrzymalam jest kompletnie pusty. Ale wystarczy pojsc 50 metrow w bok – i zegar zaczyna tykac inaczej. Uliczki ciasno napakowane piekna stara architektura – nawet z srodkowych Qingow. 

DSC05540

DSC05517

Domy pochylone ze starosci, omszale, pociemniale, ale zywe, zamieszkale. Przed kazdym domem ogromne noworoczne kadzidla, trwa wlasnie naklejanie na drzwi 春联 chunlian – ozdobnych paskow z wierszami – zyczeniem na Nowy Rok. I to nie takich miastowych chunlianow produkowanych masowo, ale pisanych recznie. Czesto towarzysza im jeszcze recznie malowane obrazy o tematyce noworocznej.

DSC05401

Duza czesc chunlianow jest biala – to znak, ze w minionym rok ktos z domownikow zmarl. Tam nie ma radosnych zaproszen szczescia do wkroczenia do domu, nadziei na lepszy czas, tylko smutne wiersze w rodzaju “ptasi spiew jak placz, strumien smutno szemrze, dziekujemy przechodniu za zrozumienie naszego bolu” . Mysle, ze takie chunliany, takie memento mori, to wartosciowy sposob oswajania ludzi ze smiercia, obudowywania jej w kulturowe ramy, pokazywania, ze jest czyms tak zwyczajnym, jak drzwi do sasiedniego domu. No, ale nie mialo byc smetnie, mialo byc o Nowym Roku!

 No wiec zagladam ciekawie do swiatynki przytulonej do budynkow. Co ustawia mi calkowicie caly dzien. Pojawia sie usmiechnieta, wysoka kobieta w wieku okolo 60 lat, na glowie ma bialy kapelusz – znak rozpoznawczy kobiet narodowosci Bai, po tym, gdy wiekszosc z nich zarzucila noszenie bialych, puszystych koron. Zaczynamy rozmawiac o swiatynce, po czym pani Zhao – czyli owa osoba – niemal sila mnie ciagnie do siebie do domu, po drodze serdecznie zapraszajac do spedzenia Nopwego Roku razem z jej rodzina. Po chwili – mieszkaja tuz obok swiatynki – jestem juz w obsadzonym doniczkami z warzywami i ziolami podworzu. Na wprost wzdluz jednego ramienia podworka niewielki dom – ganek z czerwonymi kolumnami, pokoj centralny, dwa po bokach. Na drugim ramieniu ogrodu budynek kuchenny, kuchnia weglowa – w srodku krzata sie corka pani Zhao – gdy wchodze pozdrawia mnie jak starego znajomego. Corka pani Zhao przyjechala wraz z rodzina – mezem i 9 letnia coreczka z Kunmingu.  Poniewaz sie zmierzcha, za chwile rozpoczna sie obchody. Narodowosc Bai ma swoja wlasne, unikalne obrzedy. Obie kobiety przygotowaly juz cos dla bajskich obchodow naczelnego – pieczona swinska glowe, czy tam swinski ryj- zhutou 猪头. Zhutou ten ma smutne spojrzenie, ryj zastygniety jakby w niezrecznym usmieszku. Obok niego w misce jest tez swinski ogon. Zeby wszystko mialo poczatek i koniec – zeby kazdy z domownikow tak jak doswiadczyl poczatku tego roku – byl tez i swiadkiem jego zakonczenia. Zhutou, ogonek jak i ryba (wymawia sie tak samo jak dostatek – yu), tofu (fu - jak szczescie), ryz i 2 filizanki herbaty wynoszone sa przed wejscie i stawiane obok wielkich dymiacych kadzidel. Panie domu rozrzucaja swiezo sciete siano, na ktorym zaraz przyklekna. Herbata wylewana jest dla duchow, wszystkie ofiarne produkty ustawiano kolejno na wszystkie strony swiata, kobiety skladaja poklony.

DSC05418

Swinska glowa wjezdza z powrotem do domu – mozna juz jesc. Ryj je sie rekoma, miska stoi na ziemi. Pan domu “przeszukuje” ryj na okolicznosc smaczniejszych kaskow (policzek ryja jest w smaku zupelknie inny niz np. podniebienie), podtyka gosciom najlepsze kaski. Jak sie pozniej dowiem, to jedzenie rekoma, ta miska na ziemi, ma to wszystko bardzo gleboki sens. “Naszymi przodkami sa malpy” – tlumaczy mi pani Zhao, ktora w miedzyczasie prosi, by nazywac ja mama Zhao – “jedzac rekoma jestesmy jak nasi przodkowie, dopiero pozniej stajemy sie ludzmi” (i stad tez i to klekanie na sianie, ze to jeszcze nie cywilizacja). No wlasnie – podczas bajskiego Nowego Roku czlowiek nie tylko przypomina sobie o porzadku rzeczy, poczatkach i koncach, ktore napotyka we wlasnym zyciu, przypomina sobie takze, – niby banalna sprawa – ze bycie czlowiekeim jest procesem, stawaniem sie, nie jest dane raz na zawsze. Gdy juz sobie przypomnimy, nastepuje regularna kolacja wigilijna. Panie wnosza na stol goracy kociolek – huoguo - gotowany na szyszkach i galazkach sosnowych, ktore same uzbieraly w gorach. Kociolek jest gotowany na rosole z prosiaczego ryja, ma w srodku niebotyczna liczbe roznych warzyw – symbolizuja obfitosc i roznorodnosc rzeczy , ktore beda sie przytrafiac uczestnikom kolacji. Oczywiscie najpierw dwie miseczki dla duchow – rzucone w powietrze. Rodzina ta jest tak serdeczna, bezpretensjonalna i sympatyczna, ze czas mija blyskawicznie, rozmawiamy, pokazuje im zdjecia, ktore wlasnie przyslal na komorke moj tata (gora sniegu przy domu rodzicow, osniezony dach, swierki z czapami sniegu, moj niemaly przeciez pies wygladajacy przy haldzie sniegu jak szczurek), w telewizji Hu Jintao z gospodarska wizyta podajze w Wenchuan, tam gdzie bylo wielkie trzesienie. Tuz przed polnoca mama Zhao – zarliwa buddystka – wezmie kadzidla i pojdzie do pobliskiej swiatyni. Pomodli sie pewnie za swoja zmarla w tym roku matke – na drzwiach przykleila juz biale chunliany. Gdy tylko sie sciemnilo, rozpoczelo sie szalenstwo fajerwerkow – to, co chinski (takze i bajski)  lud wytacza na ulice z okazji Nowego Roku to nie tylko rakiety, ale pelny arsenal militarny. No wiec jest cos w rodzaju bazuk, granatow, sa dzialka szybkostrzelne. Wszystko w rekach podrostkow i dzieci. Lataja po waziutkich oswietlonych czerwonymi latarniami uliczkach i strzelaja tym do siebie. Choc ”moja” bajska rodzina usiluje mnie zmusic do nocowania u nich, czuje, ze to za duzo – dom jest niewielki, musi pomiescis 5 osob, jeszcze ja na dokladke, to juz troche za duzo. Na droge dostaje caly plecak walowki (przyda mi sie nastepnego dnia, gdy pojde do swiatyn w gorach), zostaje wysciskana, mama Zhao odporowadza mnie na skraj miasteczka, tam gdzie zaczyna sie zakurzona droga – teraz tonaca w czerwonych papierkach po ”strzelajacych bambusach”. Sciskami sie jak serdeczne przyjaciolki, zyczymy sobie wszystkiego co najlepszego w Tygrysim Roku, jest mi trudno rozstawac sie z ta prominiejaca dobrocia osoba.

Nie wiem jakim cudem Jianchuan – male, niemal calkowiecie zamieszkale przez ludnosc Bai, lezace w koncu na trasie pomiedzy dwoma hipercentrami turystycznymi - Dali a Lijiangiem – miasteczko, zdolalalo zachowac swoj charakter. Ja naprawde w ten Nowy Rok bylam chyba jedyna tusrytka w tym wspanialym miejscu. A co bedzie potem? Co sie stanie, gdy na drzwiach mamy Zhao  jeszcze dwa razy (oby jak najpozniej) pojawia sie biale chunliany? Corka mamy Zhao mieszka w Kunmingu, wyszla za Hana, jej coreczka – ku smutkowi bajskich dziadkow – nie mowi ani slowa po bajsku.   “U dziadkow jest ladnie i milo, szkoda tylko, ze  nie ma sie gdzie myc i nie ma ubikacji” – mowi mi mala meimei, wnuczka mamy Zhao. Faktycznie – jest milo i slicznie jak malo gdzie, ale wychodek jest 3 ulice dalej. Zeby sie wykapac, mieskzancy jezdza do pobliskich goracych zrodel. Wode do umycia rak trzeba grzac na weglu i nalewac do miednicy z termosu. Potem wylac w kwiatki. Przeciez nastepne pokolenia (a przy domach w Jianchuan stoja samochody z rejestracjami z Kunmingu – dzieci przyjechaly do rodzicow na swieta) juz tu nie wroca. Biale chunliany sa chyba niemal na co trzeich drzwiach. Co potem? Ogrodzenie “atrakcji”, przerobienie slicznych domow na kawiarenki, sprzedawanie biletow wstepu? Ja, korzystajac z okazji, zycze “mojej” bajskiej rodzinie, mieszkancom Jianchuan, jak i temu calemu wspanialemu miasteczku, aby jak najdluszej byli tacy, jak sa teraz.

DSC05442

P.S. Poniewaz na recepcyjnym komputerze zdjecia laduja sie jak z laski na ucieche, wkleje wiecej (miasteczko zasluguje na osobna galerie)  jak tylko dobiore sie do szybszego polaczenia (co predko nie nastapi, jak ze jutro z calymi gratami wspinam sie do skalnego…klasztoru)

15

02 2010

Spod granicy z Birma do Dali

Weszlam do czwartej z kolei kafejki w Dali. Poniewaz po tych kilku czy kilkunastu doswiadczeniach znam juz swoje miejsce w szeregu zapytalam z pokora, czy pomimo, ze jestem cudzoziemcem, to moge skorzystac z sieci. Moge (!!). Wiec korzystam (tyle tylko, ze dwa razy drozej niz normalnie, no ale przeciez znam miejsce w szeregu, wiem, jaki mam wybor) .

Do Dali dotarlam po nocy spedzonej w wopu 卧铺 (autokar-gigant z lozkami w srodku, moim zdaniem wspanialy wynalazek). Bilet na trase Jinghong-Dali zdobylam po awanturze na jinghongowym dworcu.

ja: dzien dobry, czy sa bilety na jutro do Dali?

kasjerka: nie ma.

ja: a na pojutrze?

kasjerka: nie ma (i zaczyna obslugiwac innych pasazerow)

ja: a na kolejne dni?

kasjerka: jeszcze nie sprzedajemy, ale w ogole to mozna bedzie pojechac za jakies 10 dni

ja: (widze szanse) a kiedy bedziecie te bilety na kolejne dni sprzedawac?

kasjerka: biletow nie ma

ja: no, to juz wiem, ale kiedy zacznie sie sprzedaz na nastepne dni, to przyjde, ustawie sie w kolejsce i moze kupie? Tylko musze wiedziec, kiedy zaczniecie sprzedaz

kasjerka: (macha rekoma, ze niby cudzoziemcowi pokazuje) ale biletow nie ma, teraz jest chinski Nowy Rok, to takie swieto, bardzo duzo ludzi podrozuje, bo oni chca do domow wrocic na to swieto

ja: no ale skoro jeszcze nie sprzedajecie, to znaczy, ze te bilety nie sa jeszcze wykupione, wiec mozna sprobowac je kupic, tylko trzeba wiedziec, kiedy zaczniecie sprzedawac. Inaczej przyjde i znowu bedzie to samo.

kasjerka: ale jest chinski Nowy Rok, (macha rekoma, cudzoziemcowi pokazuje przeciez) bilety jest bardzo trudno dostac, bo bardzo duzo ludzi….

i tak jeszcze pare rundek. W koncu:

ja: (wrzask): ja nie pytam sie o objasnienia, czym jest chinski Nowy Rok, tylko kiedy mam przyjsc kupic bilety na nastepne dni!!!!! Czy pani jest glucha!? Czy z pania jest cos nie tak? Skoro pani nie ogarnia, to ja chce rozmawiac z pani szefem !! I pare jeszcze innych rzeczy – trudno przetlumaczalnych. Az rozbolalo mnie gardlo od wrzasku.

Nagle okazuje sie, ze jest telefon, na ktory mozna dzwonic i sie pytac, ze sa zwroty, ktore mozna zamawiac, a w ogole, to, ze w sumie jest zwrot, ktory moge kupic . Tak wiec bilet udaje mi sie krwawica wyrwac. Chowam pognieciony swistek jak precjozum do najglebszej kieszeni plecaka. Po czym zycie szybko zaczyna mi rzucac klody pod nogi, wszystko po to, zebym w to nieszczesne 卧铺 relacji Jinghong-Dali  nie wsiadla: najpierw bezposrednio po kupnie biletu truje sie czyms tak, ze rano dnia w ktorym na nastapic wyjazd ledwo jestem w stanie wstac z lozka, a twarz mam koloru zielonego. Zwlekam sie do apteki, kupuje najsilniejsze srodki na zatrucie, jakie maja. Gdy chyboczacym krokiem pare godzin pozniej docieram jednak na dworzec, ide do informacji spytac sie, ile autobus bedzie jechal. Pani w informacji tylko rzuca okiem na moj bilet, macha energicznie reka i mowi, ze to nie z tego dworca. Pedze z bagazami do taksowki, jade na drugi koniec miasta, pokazuje tam bilet. A oni na to, ze to nie od nich odjazd, ze to z dworca….i tu pada nazwa dworca, z ktorego wlasnie mnie odprawiono. Pedze z powrotem, czas sie kurczy, jeszcze troche i moj z taka krwawica wyrwany bilet przepadnie. I cala meka od poczatku. Wpadam  z powrotem na dworzec.  Na szczescie mam jeszcze chwile czasu. Poswiece go na babe w informacji. Ta zas lypie na moja zziajana postac i z niewinna mina rzecze: “co, to jednak tutaj?”

Dalej rozgrywa sie dialog, ktorego nie przytocze, dosc powiedziec, ze baba nie dosc, ze nie mnie przeprasza, to jeszcze zaczyna wrzeszczec, ze ona jest informacja ogolna i nie musi wiedziec, o co chodzi z autobusami, po co w ogole do niej podchodzilam i teraz jeszcze na nia krzycze. Na to co mowie, (jakies bzdury typu, ze jak nie wie, to po co mowi) reaguje pogardliwym usmieszkiem i udaje, ze zajmuje sie czyms innym. Krotko mowiac jakis laowaj wywoluje juz druga awanture na dworcu. Pewnie mysli, ze jak z Zachodu, to mu wszystko wolno. Po tym wszystkim ponownie boli mnie gardlo, a w koncu podjezdza upragnione 卧铺. Pasazerowie zapakowuja do niego zawartosc wielkosci malej wioski i odjezdzamy. Jako, ze – tak jak pani w kasie w chwili geniuszu wieszczyla – faktycznie zbliza sie chinski Nowy Rok, na drogi wyjezdzaja nawet te niegdys odprawione na spoczynek pojazdy. Nasz wyglada na znoszony, choc ma tylko 5 lat. Ale nic dziwnego – to piec lat spedzone na gorskiej drodze, gdzie 320 kilometrow pomiedzy Jinghongiem a Dali robi sie w 15 godzin.

To byl pierwszy raz, gdy widzialam korek na gorskiej drodze w nocy. Nasze biedne wopu wlecze sie za innymi podobnymi autokarami noga za noga, lezac na mojej pryczy obserwuje superjasne gwiazdy, ciemne gorskie szczyty, wdycham spaliny jadacych przed nami wopu i wopu naszego, ktory ledwie dyszy z wysilku takiego podjezdzania i ruszania pod gorke. Po drodze oczywiscie kilka patroli policyjnych. Policjanci – trza przyznac, ze bardzo grzeczni – przeszukuja bagaze tylko dwoch osob – moj i chlopaka o wybitnie ujgurskim wygladzie (nota bene jedynej chyba osoby ze wszystkich pasazerow, ktora wlada poprawnym mandarynskim). U mnie po glebokich i starannych poszukiwaniach znajduja bulke z nadzieniem z fioletowego ziemniaka, u mlodego Ujgura puszke orzeszkow. Probuja otworzyc, ale jest fabrycznie zamknieta. Mojej bulki na szczescie nie krzywdza, wtykaja z powrotem do plecaka. Nie wiem, czego szukali, w sumie to trasa z Birmy, moze prochow. Jesli tak, to radze im przejsc sie glowna ulica Dali. Sukces gwarantowany - zeby znalezc, nie trzeba byc wcale super glina – trzeba po prostu isc ulica  w mundurze i patrzec kto ucieka w boczne uliczki. Albo puscic – niczym lep na muchy – kontrolnego laowaja i patrzec kto sie do niego przykleja.

No, ale kontrolujacy nasz autokar patrol przepytuje jeszcze kilku pasazerow. Rozmowa z sympatycznie wygladajacym kolesiem z lezanki obok przebiega tak:

Policjant: jak zawod pan wykonuje?

Sympatycznie wygladajacy koles: sai cai 塞菜 ( “zatykam warzywa”)

Policjant: patrzy nierozumiejacym wzrokiem

Kolega sympatycznie wygladajacego kolesia, widzi, ze jest problem komunikacyjny na lini policjant-kolega, wiec tlumaczy: ta xiu cai 他修菜 (“on naprawia warzywa”)

Policjant: niewyrazna mina, pelna dezorientacja

ja: wyobrazam sobie tego kolesia, jak siedzi pochylony nad miska z pietruszkami i doszywa im natki albo cos w tym stylu

W koncu okazuje sie, ze facet w rzeczywistosci ani nie zatyka marchewek szczypiorkiem, ani nie dorabia zadnych natek, tylko xiuche 修车 — naprawia samochody.

No wiec po tym wszystkim jestem w Dali (ktore po ryzowych tarasach i wioskach Xishuanbanna jest sporym szokiem poznawczym, cos jak zobaczenie po wyjsciu z lasu skrzyzowania ruchomych schodow, spa, centrum handlowego i hotelu 5 gwiazdkowego). Chcialam wczesniej opisac moje rowerowe jazdy po wioskach i wioseczkach pograniczna birmanskiego, jedyny rower w wiosce na ktorym siedzac nie obijalam kolanami kierownicy, byc moze pamietajacy jeszcze Mao yongjiu pai 永久派 (kultowy rower Chin, niegdys najwiekszy obiekt marzen milionow), pozyczony mi przez wujka sasiada pana naprawiajacego rowery w jednym z miasteczek, mniszeta (wiek 8-16) radosnie biegajace po swiatynnych podworzach, swiatynie (swiezo odbudowane po latach nieistnienia, jako, ze wiekszosc zostala zniszczona podczas Rewolucji Kulturalnej) w ktorych – doslownie w kazdej – wisi wielki portret Mao Zedonga (mozliwych przyczyn takiego wiszenia w nich Mao widze co najmniej trzy, ale mniejsza z tym), domy na palach wznoszone przez mniejszosc Dai…No wiec, bardzo chcialam to wszystko opisac. Tyle, ze kiedy chcialam to wszystko zrobic, zabroniono mi dostepu do sieci. Wiec beda tylko fotograficzne reminescencje:

 dajskie domy i wsie:DSC04444

 DSC04475

DSC04587

DSC04919

swiatynie:DSC04577

DSC04907

taka “mikrostupe” z piasku robi sie w intencji kogos chorego, nastepnie “podlacza” sie ja nitka do oltarza – tu nitka idzie przez drzwi do wnetrza swiatyniDSC05079

obok swietych tekstow mnisia proca, ponizej mnisia koszykowka (w powiekszeniu – wymalowany mnisia raczyna napis ”NBA”):DSC04603

DSC04904

dajski skrypt w swiatyni – teksty, sutry, plan dnia – wszystko w skrypcie dajskim:DSC04633

gra w skrzyzowanie bilarda i bouli przy swiatyni:DSC04562

 Mao swiatynny:DSC05028

 Mao dajski (trza kliknac na zdjecie) – niczym Tiananmen:DSC04482

 Ofiary dla duchow:DSC04544

Ofairy dla duchow – zblizenie:DSC04535

stupy…..DSC04763

DSC04835

DSC04988

Jongju pai i stupa przydrozna:DSC04887

drzewa kauczukowe:

DSC04485

droga:

DSC04891

uklad kierowniczy Jongjiu:

DSC05049 

12

02 2010

Nie wiem, czy beda dalej wpisy

Boje sie, ze jak tak dalej pojdzie, nie bedzie wpisow z podrozy. Nie wiem, czy to tylko tutaj, czy w calych Chinach, ale jest wprowadzane rozporzadzenie, ktore pozwala korzystac z sieci tylko osobom z chinskim dowodem tozsamosci. W praktyce eliminuje to cudzoziemcow jako osoby ktore moga korzystac z internetu w kafejkach. Z problemem po raz pierwszy spotkalam sie w Menglongu, malym miasteczku przy granicy z Birma. Wczoraj, jeszcze w Jinghongu, po kilku odmowach, udalo mi sie jeszce znalezc jedna kafejke ktora pozwolila mi korzystac, potem udalo mi sie niemal placzem wyzebrac w innej kilka minut, zeby zadzwonic na Skypea i zarezerwowac hotel online. Dzis, juz w Dali, tez po kilku odmowach (“moge skorzystac z sieci?” “nie” “dlaczego?” “musisz miec chinski dowod osobisty”, “czyli nie moge skorzystac dlatego, ze jestem cudziziemcem?” “nie” “a dlaczego?”‘, “bo nie masz chinskiego dowodu osobistego”), chylkiem pozwolono skorzystac przez chwile. Ale nie wiem, jak bedzie dalej.  Jest to loteria, i to bardzo upokarzajaca. Jak malolat, ktorego przylapuja na probie ukradkowego kupienia piwka. Zeby nie bylo – oczywiscie place za korzystanie, to jest za moje pienadze.

Tags:

11

02 2010

Homo viator sinensis i atak bzdury

Po przejechaniu 320 kilometrow w sumie w 12 godzin, po zatrzymaniu sie na 2 dni w miasteczku przy pograniczu wietnamsko-laotansko-chinskim (trojjezyczne napisy na sklepach, jak sie dowiedzialam bynajmniej nie dlatego, ze te trzy narody razem tam zyja, tylko dlatego ze latem narody pozostale przyjedzaja na gigantyczny festiwal, przy okazji zaopatrzajac sie w chinskie dobra), po kilkakrotnym zatrzymywaniu autobusow, ktorymi jechalam przez kilka patroli policyjnych przycupnietych za kurniczkiem przy stoliczku (Birma, Birma! prochy!):

DSC03982

… po przejechaniu nastepnych 180 kilometrow w 8 godzin (calkowicie zerwana nawierzchnia gorskiej drogi, koparki ryja gory zeby poszerzyc droge, nieraz trzeba bylo czekac godzine, zeby zepchnely ziemie do wawozu, to ponizej to nie pustynia Gobi, tylko yunnanska droga):

DSC04113

… jednym slowem po ciezkej podrozy dotalam do regionu zwanego Xishuangbanna. Ta nazwa dlatego brzmi srednio chinsko, ze jest kalka fonetyczna z jezyka dajskiego (czyli jezyka 傣族 daizu, czyli ludu Dai) zamieszkujacego region. Pierwsze miejsce z regionu, do jakiego dotarlam to miasteczko, ktore choc ma tylko 3 ulice, to jednak ma tez najwiekszy w Chinach ogrod botaniczny roslin tropikalnych. Przechodzi sie mostem podwieszanym doplyw Mekongu (na zdjeciu ow doplyw)

DSC04252zeby znalezc sie w olbrzymim, wypielegnowanym ogrodzie, gdzie rosna cuda jak z innego swiata. Poszlam z samego rana, gdy jeszcze mgla sie nie podniosla. Wyjawszy to,  ze z zza krzaka (przeegzotycznego) leciala skrycie Sonata Ksiezycowa, to bylam zachwycona ogromem dziela, pajeczynami wielkosci, ksztaltu i gestosci siatki na zakupy, mnogoscia kwiatow, owocow no i calym natlokiem przyrody. No bo np. taki listek ponizej,  dla lepszego oddania skali, na listku polozony jest paszport Rzeczpospolitej Polskiej:

DSC04325

No wiec bylo milo, dopoki nie pojawil sie gatunek niezwykly, acz coraz szczerzej rozpowszechniony – chinski turysta (homo viator sinensis ):

DSC04360

DSC04339

 Chinski turysta wystepuje gromadnie, przemieszcza sie w stadach od kilku do kilkunastu osobnikow. Gatunek ten wybiera czesto srodek transportu jakim jest bialy meleks-autobusik. Dzwiek jaki towarzyszy pojawieniu sie stada tego gatunku to glos znieksztalcony tubo-megafonem. Chinski turysta ma tez przy sobie szczegolna bron, przy pomocy ktorej poluje na ladne obrazki – aparat fotograficzny wielkosci wiadra. Gdy osobnik alfa wyda ryk bojowy, np. “aaa, motylek na kwiatkuuu!!”, stado galopem udaje sie w kierunku  wskazanym przez przewodnika stada, z broni zas padaja szybkie strzaly migawki (motylek ucieka w panice, zostaje sam kwiatek).

Chinski turysta nie zamieszkuje zwyklych hotelikow – te sa dobre dla robotnikow. Chinski turysta w rzeczonym miasteczku juz niebawem zamieszka w ociekajacym zlotem, pseudotajskim hotelu nad brzegiem rzeki (na wykonczeniu). Tam bedzie mogl wybierac do woli w zachodach i wschodach slonca nad rzeka – robic zdjecia zachodu slonca swietlistego, ale z cieniami, wschodu troche z mgla, ale nie bardzo, miec kontrole nad chmurami, zeby mialy ksztalt ten, co ladnie wychodzi na zdjeciach etc. 

Pojawienie sie stad gatunku homo viator sinensis u innych gatunkow powoduje natychmiastowa chec ucieczki z zawladnietego przez chinskiego turyste ekosystemu. Nie inaczej tez bylo ze mna. Wymknelam sie z ogrodu i jelam zastanawiac sie, gdzie by tu konstruktywnie uciec. Ze (zdradziecka, jak sie pozniej okazalo) pomoca przyszly mi przewodniki – Lonely Planet i przewodnik chinski. Oba jednoznacznie wskazaly na miejsce o niewinnej nazwie “Dolina Lasu Deszczowego” – jako “niewielki ale doskonale zachowany fragment - cos takiego, niespodzianka- lasu deszczowego”. Niewielki, ale doskonale zachowany fragment lasu deszczowego okazal sie wyjatkowo dobrze zachowanym kawalkiem bzdury tak strasznej, kitu tak zenujacego,  ze problemem nie bylo juz nawet, jak to zwykle przy ataku ze strony bzdury bywa, smiac sie czy plakac, ale jak (i dokad??) uciec.

Ze cos  durnego sie swieci, dotarlo do mnie juz na wstepie (niestety juz po zaplaceniu za bilet jak Cygan za matke albo za kogo tam). Dajska przewodniczka (akcent arcyciekawy, tyle ze trudny do zrozumienia, slychac, ze jezyk dajski jest nie tylko jezykiem tonalnym, ale ma tych tonow mnostwo, a najpewniej jeszcze – podobnie jak tajski – i rejestry, co owocuje swoistym “plumkaniem” gdy taki native speaker gada po mandarynsku) wyjawia mi z tajemnicza mina, ze w Dolinie Lasu Deszczowego zyje plemie, ktore nie mowi po mandarynsku (no, takich plemion to ja moge wskazac na peczki nawet bez biletu za 120 kuajow) i trzeba je, znaczy to plemie, pozdrawiac wnoszac do gory  piesc i krzyczac “hu-ha”. Kazala mi przecwiczyc na trzy-cztery. Potem moja blada geba zostaje pomalowana jakims mazidlem, a potem to juz bzdura jela przyrastac w tempie geometrycznym. Nad naszymi glowami przelatuja na lianach ucharakteryzowani na dzikich mlodziency (wiadomo najlepiej wychodzi sie “na dziko” po rozczochraniu i usmarowaniu policzkow sadza). Za jedyne 10 kuajow zostaje zmuszona do zalozenia wianka i chodzenia za raczke z “plemieniem” zawodzacym smetna piesn (pewnie spiewaja “dalej razem, wszyscy spolem, chodzimy z turysta-matolem”, albo cos w tym stylu), wszedzie leza pomalowane czerwonym sprayem krowie czaszki, bo “krowa to ich totem” (i tak sie wala??). Kiedy zostaje usadzona w lesnym amfiteatrze w celu ogladania “tancow plemiennych”, obok mnie siada, w celu przysporzenia mi egzotycznych doznan, rozczochrany mlodzieniec w barwach wojennych (pewnie po pracy zaraz zmyje, no bo jak tak pojdzie do kafejki internetowej?) i klaszcze – dla wiekszej dzikosci i egzotyki – stopami (szkoda, ze nie uszami za to bym jeszcze doplacila chetnie z 50 kuajow) . Siedze chwile, po czym zwyczajnie nie wytrzymuje, wymawiam sie, ze droga daleka, a przed zmrokiem musze do miasteczka wrocic i zwiewam…Katem oka widze jeszcze tylko, ze za mna siedza, czekajac na wystepy, osoby o minach miejskich wyksztalciuchow, na miejskich glowach maja wianki, w rekach te swoje aparaty wielkosci miski i gladko lykaja te bzdury, ktore serwuja im “dzicy” swa dzikoscia i przewodniczki swa mowa. Coz, gdzie w gre wchodzi mozliwosc poplawienia sie w dumie z wlasnego “cywilizowania”, “postepu”, sposobnosc obejrzenia wlasnej cywilizowanej postaci w oczach i na tle “dzikiego”, tam chwilowo zostaje zawieszony chinski uniwersalizm roznych “rozwojow”, “cywilizowan”,  “harmonii spolecznych”, “naukowych podstaw”. Zapomina sie, ze tymi wszystkmi dobrodziejstwami powinien zostac objety takze i ten usmarowany sadza, klaszczacy stopami blizni. Ja nie wytrzymuje i pytam wracajac (uciekajac?) do wyjscia, co wsrod “dzikich” z obowiazkiem szkolnym. Przewodniczka na to gladko: “Rzad chcial ich edukowac, ale oni sie nie zgadzaja na edukacje”. No wiec przestaje zadawac glupie pytania i zwiewam ostatecznie.

Dodam tylko tyle, ze po tych upokorzajacych zdarzeniach i ogolnym przygnebieniu spowodowanym wpadnieciem ze swiata tarasowych pol do swiata piramidalnej bzdury, oraz po kolejnych paru godzinach jazdy, udalo mi sie wreszcie wyrwac w miejsce piekne i sympatyczne. Jestem pare kilometrow od birmanskiej granicy. Jezdze wyjatkowo antycznym rowerem po dajskich wsiach – dookola drzewa kauczukowe, we wsiach drewnane domy na palach, hinajanistyczne swiatynie, stupy z odpadajaca pozlotka, przy nich zlozone jak trzeba ofiary, nastoletni mnisi w pomaranczowych szatach i adidasach robia sobie proce… Gatunek chinski turysta jakos tu nie wystepuje. Za malo cywilizowanie zeby zaszpanowac byciem tutaj, za bardzo cywilizowanie, zeby kontynuowac rozkosze przegladania sie w oczach dzikiego. Dla mnie w sam raz – ale o tym nastepnym razem. Dzis po wczorajszej calodziennej jezdzie moim “dziadkowym” rowerem z trudem moge przybrac pozycje siedzaca.

07

02 2010

Dolina tarasow 2

Z bolem serca wyjezdzam z doliny. Dzis na odchodne polazilam sobie jeszcze troche po okolicy. Poszlam do wioski widocznej z mojego okna. Ech, przez doline wydawalo sie blisko. Tylko ze nie leci sie na przekroj doliny w powietrzu. Do wioski prowadzi jedynie droga piesza, a najwiekszy uczestnicy ruchu jacy sie na niej zmieszcza (i to tylko do pola za wioska) to bawoly wodne:DSC03896

Dalej tylko stroma sciezka wsrod bambusow:

 

DSC03830

Chatki z gliny nie wypalanej – podrapalam sciane i zostala mi glina w reku, dziury pomiedzy takimi cegielkami na przestrzal, wlasciwie to bardziej azur niz sciany. Az strach pomyslec, co by tu bylo, gdyby bylo trzesienie ziemi.

DSC03862

DSC03886

Gdy wracam na tej samej sciezce pod kepa bambusow (ech, dopiero tutaj zrozumialam w pelni, dlaczego mowi sie, ze bambus sie smieje: w tej idealnej ciszy gdy uslyszlam ten dzwiek az podkoczylam, zupelnie jakby ktos za mna byl - a tam tylko kempa bambusow, przy wietrze jeden o drugi uderza i trze i tak wydaje ten niesamowity smiejacy sie dzwiek) siedzi 5 kobiet ludu Yi i wyszywa te swoje cuda. Pytam, czy moge zrobic im zdjecie. Odpowiedz otrzymuje juz w jezyku lokalnym, bo okazuje sie, ze zadna z nich nie mowi po mandarynsku, jedna tylko, nieco mlodsza od reszty (ok 35 lat) wplata pojedyncze slowa i w ten sposob zaczynamy “rozmawiac” (swoja droga jak widze na wioskowych szkolach te napisy: “请说普通话” –  prosze mowic po mandarynsku, to wydaje mi sie ze rownie dobrze mogloby by tam byc “prosze mowic po marsjansku”).

Czasem tak to bywa, ze ludzie nie maja wspolnego jezyka a i tak jakos mozna sie porozumiec lepiej niz niektorymi, co sie z nimi na jedynych czytankach wyroslo. Najstarsza z kobiet klepie reka ziemie obok siebie, bierze mnie za reke (jej reka jest twarda jak nieobrobione drewno) i tak laduje pod bambusami z wyszywajacymi kobietami plemienia Yi.  Zagladaja w moj aparat, smieja sie, po czym jedna zdejmuje wyszywana bluze, druga pas – pawi ogon, trzecia chuste, ustrajaja mnie, smieja sie, klaszcza w dlonie z uciechy, biora w chropowate rece aparat i robia (krzywe) zdjecia. Poniewaz wygladam w tych strojach jak kompletne 傻子, przeto z szacunku do Czytelnika daruje sobie wklejanie.

W kazdym razie jak patrze na te mile kobiety, to przypominam sobie napis na murze, ktory widzialam w ich wiosce: “kobiety nie chca wychodzic za maz za analfabetow”. Ech ciekawe czy oprocz dzieci i osoby o ktorej za chwile, jest w wiosce ktos (mniejsza czy kobieta, czy mezczyzna) kto pofrafi przeczytac ten napis.

Dalej wracam do miasteczka z czworka mieszkancow wioski. Osoby te sa niejako modelowym wcieleniem tego, o czym pisalam wczoraj o tutejszych kobietach i mezczyznach. No wiec ida: mloda dziewczyna z dzieckiem na plecach (pawi ogon, piekne wyszywania, mowi po madarynsku lepiej niz tutejsi Hanowie, choc akurat ta ostatnia cecha jest absolutnie atypowa), jej mlody maz i rodzice dziewczyny. Gdy pytam sie mlodej mamy, jak dziecie (4 miesiace) ma na imie, dziewczyna sie usmiecha i mowi “a, to po prostu nasz maly skarb – 那就是我们小宝宝”. Zastanawiam sie, czy u nich tez jest tak, ze unika sie wymawiania imienia dziecka (jesli jakies juz ma), albo tez nadawania mu “doroslego” imienia, zeby zle duchy nie zwrocily na nie uwagi.  No wiec tak: starsza kobieta ubrana w tradycyjny stroj dzwiga wielki kosz blizej nieokreslonych dobr. Mlodsza - wspomniane dziecko. Ojciec rodziny nie niesie nic, ubrany jest w spodnie od zniszczonego garnituru i kurtke, pali papierosa (troche mowi po madarynsku np. “my tu jestesmy bardzo zacofani, nie?” gdy grzecznie protestuje, ze gory, ze trudnosci, on na to: ” a co tam gadac, jestesmy wyjatkowo zacofani i tyle”. Mlodszy – ojciec “malego skarbu” ma pofarbowane obciete asymetrycznie wlosy, fioletowa bazarowa bluze ze srebrna nitka i kolczyk w uchu. Oczywiscie nie niesie nic.

Szkoda mi opuszczac to miesjce. Tym bardziej, ze wiem, ze jesli tu kiedykolwiek jeszcze przyjade ( a chcialabym zobaczyc jesien, wtedy zamiast malych jeziorek beda zolte dywany ryzu) bedzie to w kazdym razie cos zupelnie innego. Czy uda sie znalezc model tzw. rozwoju dla tego miejsca bez zamiany go w skansen i czy - przede wszystkim – ktorejkolwiek ze stron bedzie na tym zalezalo – nie wiem. Przed jedna z wiosek stoi brama powitalna a na niej dwa napisy: “Lud Hani i partia reka w reke w walce o rozwoj i harmonie spoleczna na wsi” i drugi: “z calej sily walczymy o relatywny dobrobyt (小康)”. Nie wiem, jak te hasla-wytrychy oficjalnego dyskursu stosowane wszedzie jak leci w calych Chinach maja sie do rzeczywistych wyzwan stojacych przed dolina i jej mieszkancami. Boje sie, ze totalizujace “rozwoj”, “relatywny dobrobyt” i “harmonia” przybiora tu postac skansenizacji, modelu w Chinach zdecydowanie najpopularniejszego i stosowanego niemal automatycznie  w odniesieniu o wszelkie “tradycje”. I zalosne i przygnebiajace sceny, ktore widzialam np. w Egipicie, gdzie mieszkancy “beduinskiej wioski” widzac pyl wnoszony na pustyni przez quady turystow beda szybko przykrywac ludowymi kapami telewizory (nie zrozumcie zle, nie to, ze mysle, ze “nie powinni” ogladac czego im sie zywnie podoba) i rzucac sie do “tradycyjnych”, niepotrzebnych juz nikomu zajec, beda mialy miejsce i tutaj. Na wszelki wypadek na koniec posta, kilka zdjec tego, co jest teraz, jakkolwiek by to nazwac:

wybieranie welny na chusty

DSC03735

DSC03773

Zdjecie powyzej – nie znam sie na strojach ludowych, ale wydaje mi sie, ze ta osoba nalezy do grupy nazywanej w Wietnamie Czarnymi Hmongami (tutaj uznawanych za podgrupie ludu Miao). We wsi:

DSC03847

DSC03868Na polu (nadal z “pawimi ogonami” charakterystycznymi dla Yi):

DSC03819

 tarasy:

DSC03233

DSC03386

01

02 2010

Dolina tarasow

Od trzech dni siedze w malym gorskim miasteczku, co paradoksalnie oznacza duzo lepszy dostep do internetu niz w Kunmingu. Jazda trwala 7 godzin, a to co za oknem robilo przygnebiajace wrazenie. Dookola rozciagaly sie widoki cechujace sie roznym stopniem zdewastowania i wyjalowienia. Cale szczescie ze w autobusie bylo ciekawiej. Sklad osobowy stanowili  niemal wylacznie mieszkancy doliny + 3 laowaje. Te dwa pozostale jeszcze dziwaczniejsze, bo Australijka, jak sama przyznala, nie ma domu i wszyskie rzeczy ma ze soba, a drugi laowaj to Francuz, co oznacza ni mniej nie wiecej, ze zdecydowal sie na opuszczenie najlepszego, najwspanialszego naj, naj naj kraju, czyli Francji, czyli ze nie jest typowy. No ale mniejsza z nimi. 7 godzin konwersacji z pasazerami dalo mi niezly wglad w to, jakim tu sie chinskim mowi. Wspolpasazerowie dwoili sie i troili zeby mowic standardowym madrarynskim i juz po jakiejs godzinie zaczelismy osiagac porozumienie niezbedne do prowadzenia konwersacji. A raczej sesji pytan i odpowiedzi.

pasazerowie: u was sie grzebie czy kremuje?

ja: raczej grzebie

pasazerowie: a wykopuje sie po roku?

ja: nie

pasazerowie ( z mina “no tak, to jednak barbarzyncy”): czyli jak juz pogrzebiecie to juz was zmarly nie obchodzi?

ja: tlumacze, ze my tez mamy takie qingmingjie jak u nich, tylko kiedy idziej, ze palimy swieczki, kwiatki kupujemy

pasazerowie: uspokojeni, mozemy rozmawiac dalej.

Jazda dala mi tez niezly wzglad w tutejsze sposoby spedzania wolnego czasu. Wspolpasazer obok wiozl faje bambusowa wielkosci traby slonia i narzekal na bol glowy niewiadomego pochodzenia (niewiadomego, bo nie pamietal, co robil w Kunmingu ostatniego dnia pobytu).

No ale nic – szczegolnie degradacja za oknem – mnie nie przygotowalo na powalajace piekno tego miejsca. Owszem, widzialam w zyciu rozne pola tarasowe, zdjecia ogladalam, ale takiego poczucia przestrzeni, takiej trojwymiarowosci sie nie spodziewalam. Gdy wyslalam ojcu wlasnemu zrobione komorka na fali euforii zdjecie kilkusetmetrowego zbocza z tarasowymi polami myslal, ze to z samolotu.

Zdjec dam wiecej jak wywolam zdjecia z normalnego aparatu, na razie tylko kilka “malpek”:

DSC03213DSC03229DSC03318 DSC03352

DSC03347

DSC03540

Pierwsze dwa zdjecia (wschod slonca) z tarasiku dla turystow (na wschod slonca stawia sie okolo 30 osob,  Chinczykow, maja gigantyczne aparaty i wysokie wymagania: zeby slonce bylo na czerwono, zeby bylo 云海 “morze chmur” ale nie za duze, troche mgly bo to dodaje tajemniczosci, ale nie za duzo no i “odpowiednie” chmury etc.). Cala reszta z drogi, bo takie miejsca “z tarasikiem” staram sie mijac szerokim lukiem, po prostu tym razem ktos mi zaproponowal podwiezienie na miejsce atrakcji – czyli miejsca gdzie powinno sie obserwowac wschod slonca.

Narazie wystarczy doslownie zrobic jeden krok w bok drogi, aby swobodnie chodzic walami pomiedzy polami (jak labirynt, tylko w trzech wymiarach no i niezle cwiczenie na rownowage, raz oscylowalam w strone blota siedzeniem, raz twarza, ale skonczylo sie bezkolizyjnie), krazyc po tonacych w ciszy (no, poza odglosami odzwierzecymi)wioskach zamieszkalymi przez ktoras z tutejszych mniejszosci (ktore w przedstawianej tu dolinie sa wiekszoscia). Czasem tylko natrafia sie na znaczne (gabarytowo) przeszkody w ruchu:

DSC03274

Gdy w koncu zwierz oddala sie kolyszacym krokiem, oczom ukazuja sie np. takie widoki (w wioskach specjalnie nie fotografowalam, chyba ze nikogo nie bylo, albo nikt akurat nie patrzyl, wiec zdjec wioskowych nie mam duzo i nie sa specjalnie reprezentatywne):

DSC03593

DSC03034

DSC03596

W wioskach jest prad, ale nie jest za duzo uzywany, moze jedna zarowka na dom, woda biezaca jest na zewnatrz w postaci strumieni, toalety podobnie. Jako opal sluzy zbierani przez mieszkancow po gorach i noszony na plecach chrust i odchodzy zwierzat (na zdjeciu ponizej wlasnie sie susza)DSC03413

No ale oczywiscie najwazniejsi w tym wszystkim sa mieszkacy tych wsi i autorzy tarasow. Wioski sa zamieszkane przez trzy ludy: Hani, Dai i Yi. Niektore wioski sa wylacznie zamieszkane przez jedno “minzu” niektore przez kilka. Jest kilka wiosek gdzie mieszkaja Hanowie. Rozroznienie tych narodowosci nie nastrecza problemow, jako ze prawie dokladnie pol populacji kazdej z tych ludow nosi stroje etniczne. To pol populacji to po prostu jej kobiety (jako, ze moj snajperski obiektyw zostal w Polsce i przyjedzie do mnie wraz z rodzicem dopiero pod koniec marca, przeto zdjec ludziom tez specjalnie nie robie, chyba, ze nie widza, albo od tylu, ale tak sie sklada ze stroje tutejsze sa naprawde ladne od tylu…):

Lud Hani 哈尼族:

DSC03517

DSC03535DSC03052

Lud Yi 彝族:

DSC03045DSC03527Lud Dai 傣族:

DSC03037

Jak juz wspomnialam to kobiety stanowia sile pociagowa jesli chodzi o identyfkacje wizualna poszczegolnych ludow. Gdy wczoraj jechalam lokalnym transportem (trzykolowka ucharakteryzwana na samochod) pochwalilam piekno stroju prowadzacej pojazd dziewczyny (lud Yi). Byl rzeczywiscie piekny, czewony z “pawim ogonem”, dzowneczkami, srebrnymi aplikacjami. Kompletny tylko bez chusty, bo niewygodnie prowadzic. No wiec chwale, a ona na to, ze jej bardziej sie podoba stroj normalny i dodala z westchnieniem “ale nam nie pasuje”.

Faceci starsi ubieraja sie po roboczemu i wygladaja, gdy tak ida razem z kobietami, jak z innego swiata:

DSC03570

Mlodsi mezczyzni i nastolatki to z kolei pokaz farbowanych wlosow, fikusnych jeansow i innej meskiej proznosci.

Ogolnie to trudno oprzec sie wrazeniu, ze kobiety stanowia sile pociagowa tutejszych minzu takze w wielu inych znaczeniach. Powszechnym widokiem sa kobiety powyzszych ludow (drobniutkie, postura 13-latki) noszace cegly (slupek dlugosci i szerokosci wiekszej niz plecy), kamienie, pracujace przy reperowaniu drog. Oczywiscie wszystko nadal w strojach etnicznych:

DSC03049 A faceci? Fajka wielkosci traby slonia, ktora wiozl z Kungmingu moj wspolpasazer, to tutaj rzecz powszechna. Mezczyzn, przewaznie starszych, absolutnie pochlnietych jej paleniem mozna spotkac na wsiach…

DSC03044

…i w srodku pola (tez mam zdjecie, ale jakos nie moge w tej chwili znalezc). Mlodsi faceci zajeci sa eksponowaniem fryzur i jeansow – najlepiej robi sie to siedzac calymi tabunami na drodze laczacej wioski na motorach i stukajac w komorki. To wszystko + wielkie ilosci sprzedawanego w wioskowych sklepikach alkoholu nie nastraja optymistycznie, jesli chodzi o przyszlosc rzeczonych minzu. Choc patrzac na te wszystkie olsniewajace kolorami i haftami stroje, widzac mlode energiczne kobiety i supersilne, choc drobniutenkie starsze, moze sie wydawac, ze tutejsze minzu przezywaja rozkwit (do tego na wiekszosci odzianych w barwne stroje plecach, jesli akurat nie ma na nich chrustu, cegiel, kosza z warzywami jest haftowane zawiniatko z niemowlakiem), to jednak schylek wisi w powietrzu. A jesli nie schylek to “wuzhenizacja” (od wioski Wuzhen calkowicie odtworzonej na obraz i podobientwo marzen turystow z Szanghaju, o ktorej pisalam w pazdzierniku). Na razie tarasow widokowych, ktore ”uturystyczniaja” piekne widoki jest chyba 3 (a widokow tysiace, wystarczy tylko zejsc i to nawet nie bardzo z glownej drogi). Rok temu zrobiono tez droge i wprowadzono “posterunek” koszacy bilety (na razie dziala tylko w porach najbardziej pozadanych przez chinskiego turyste – przy wschodzie slonca i jego zachodzie).

Wraz z gwaltownym rozwojem turystyki wewnetrznej przed tarasami niby rozciaga sie niezla przyszlosc biznesowa. Ludy zamieszujacy doline byc moze juz za pare lat moglyby zyc z samych biletow wstpeu. Jest tylko jeden problem: Wuzhen nawet bez mieszkancow bylo “ladne”. Ale tutaj, bez codziennej skrajnie ciezkiej pracy mieszkancow, ciaganace sie kilometrami wzdluz doliny (i w jej gore) tarasy, zmienia sie w zwykle zdewastowane zbocza gor, w niczym nie przypominajace ogrodu, ktorym sa teraz. Beda dokladnie takie, jak te wszystkie lyse zbocza ktore mijalam podczas jazdy autobusem.

01

02 2010