Archive for March, 2010

Ogloszenie drobne

Uprzejmie informuje, ze w najblizszym czasie wpisy beda pojawiac sie sporadycznie. Jestem zajeta pokazywaniem mojemu Tacie, ktory przyjechal do Chin, mojego chinskiego zycia (i innych niezrecznosci) w praktyce. Co nie znaczy, ze na Chiny nie patrze i nie obmyslam, co by tu o nich napisac :-) z pozdrowieniami. Bxy

27

03 2010

Polsko…Polsko…

Tytuł zajęć: “Marksistowsko-leninowski pogląd na media”. Ocena: A (maksymalna).  Poglądy wyrażone w pracy: bynajmniej nie marksistowsko-leninowskie. Napisałam po prostu, co się stało z marksizmem-leninizmem jako rodzajem dyskursu w Polsce po 89′ i jak to sie ma do postrzegania w niej Chin. Profesor: wyjątkowa postać (i na tym poprzestane, oby uczyl jak najdluzej).

Tytuł zajęć: “Globalizacja i kultura transnarodowa”. Ocena: jeszcze nie ma, bo to początek semestru. Profesor: Japończyk, chyba najlepiej mówiący po chińsku cudzoziemiec, jakiego było mi dane spotkać. Mówi o tożsamości narodowej i mediach w Japonii, jedzie (ale nie tak strasznie jak poprzedni zaproszony na gościnny wykład Japończyk, który pouczał, że “bez wolnej prasy nie osiągniecie demokratyzacji” – większego zmasowania faux pas nie mogę sobie wyobrazić) trochę i dośc dyskretnie (ach, to wyczucie jezykowe) po systemie medialnym Chin i tym, z czego on wyplywa.  Gdy zajęcia się kończą, myślami jestem już gdzie indziej (no dobra, w klubie sportowym, zastanawiam się, ile powinnam dziś przebiec i w jakim tempie) po czym słyszę jak zza zasłony: “A pani skąd jest?” Ponieważ na sali, na której jest 60 osób jest tylko jedna osoba, której mozna zadać to pytanie, więc nawet nie musze sie nawet specjalnie rozgladac, czy to do mnie. Odpowiadam. Na to  japoński profesor: “Aaa, z Polski, i co, macie takie media, jak w Chinach?”

Wmurowuje mnie kompletnie (bieżnia na pochyło? jak bardzo pochylo? lekki trucht? potem z maksymalna predkoscia? w sumie 50 minut? Jak w Chinach? Japończycy naprawdę są z innej planety?). I kiedy wmurowuje mnie jako badacza Chin, mój wewnętrzny Polak (a raczej Polka) czuwa. I zanim się spostrzegam, wewnetrzny Polak odpowiada machinalnie: “Nie, już nie mamy”. Po sali szmer. Jakaś dziumdzia kilka krzeseł dalej wyciąga aparacik cyfrowy i mi robi zdjęcie - że tak to egzotycznie mamy na zajęciach. Odwracam się do niej z przyklejonym uśmiechem od ucha do ucha i dwoma palcami “V” (typowy gest chińsko-fotograficzny). Ponieważ diabelski Japończyk ma wyczekującą minę, że coś powiem dalej, przeto formuję jakiś kłąb socjologiczno-bełkotliwej przedzy (ze tozsamosc, ze rekonstrukcja, ze pole i inne motanie), żeby nie bylo, ze nie reaguje. A w srodku cos sie we mnie gotuje. Jestem wsciekla na Japonczyka (za porownanie, za wypowiedzenie go jako pierwszego i jedynego zdania skierowanego do mnie, no i za to, ze wystawil mnie na ustosunkowanie sie do tej absurdalnej i na dodatek drazliwej dla wszystkich, oprocz jego japonskiej osoby, kwestii-nie-kwestii przy 60 Chinczykach, w tym moich znajomych, no i oczywiscie za to, ze zrobil to, kiedy wlasnie myslalam o biezni, no ale to juz nie jego wina). Ale jeszcze bardziej jestem wsciekla na siebie. Ze wylazl ze mnie machinalny, wewnetrzny, podswiadomy Polak. Choc w sumie to powinnam sie cieszyc, ostatnio sie przeciez skarzylam, ze przez te wszystkie krzyki na ulicy - “o , laowaj”, te wszystkie poczatki konwersacji w stylu, “bo, wy, Amerykanie”, moja polska tozsamosc czuje sie stlamszona. A tu nagle taki Polak pelna geba, pelen polskiej dumy i uprzedzenia, operujacy systemem zero-jedynkowym, wylazi. A tak naprawde to jestem zla na siebie, za to, ze wylazl ten mechaniczny Polak zamiast nadbudowanego nad nim badacza. Ktory powinien po pierwsze spytac: “A w jakim sensie podobne? Ze tez po chinsku? Ze mamy i Renmin Ribao i Nanfang Zhoumo? Czy ze takie duze?”. Czyli zmusic diabelskiego Japonczyka, zeby sam wyartykulowal to, co chcial (tzn chcial, sadzac z kontekstu calego jego wykladu) mi w rece wpakowac. Ide do klubu sportowego i przebiegam wiecej i szybciej, ale paskudny humor nie mija.

Gdy wracam do domu, przebiegaja mi dodatkowo, migawkowo te wszystkie mini dialogi, gdy ktos przygodnie poznany dowiaduje sie, ze jednak nie jestem z Ameryki, tylko z Polszczy. Typy idealne ponizej:

Typ 1:

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “z Polski”

Osoba, po namysle: “Polska to zdaje sie bardzo maly kraj?” (polskie tlumaczenie nie oddaje uroku chinskiego oryginalu, ktory, przynajmniej w moich uszach, ma spory ladunek komizmu, bo jakos tak sytuuje Polske gdzies razem z malymi dziecmi, malymi kotkami etc.)

Typ 2:

Osoba: “Skad jestes?”

ja: “z Polski”

Osoba, glosem jakby gluchy do gluchego: “Skad?! Z Holandii??” (Holandia - Helan, Polandia - Bolan)

Typ 3:

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “Z Polski”

Osoba: “O, stosunki naszych krajow sa bardzo dobre! Przeciez byliscie krajem socjalistycznym”

Kiedys, zaraz po wydarzeniach w pewnej zachodniej prowincji Chin (niemal dokladnie sprzed dwoch lat), zrobilam analize tekstow trzech polskich glownych dziennikow - jak, za pomoca jakich srodkow, przy uzyciu jakich slow opisuje sie ten konflikt, jak definiuje sie strony i ich dzialania. Wyszlo (przynajmniej w dwoch dziennikach), ze to nie tyle rzecz o Chinach i pewnej ich prowincji, ile odswiezanie naszych narodowych opowieści, np. tej o stanie wojennym (te wszystkie tytuly: “Czolgi na ulicach” etc.) i opowiadanie ich na powrot tak, aby nie bylo watpliwosci, ze dane medium stoi po stronie swiatla. Czyli odswiezanie wlasnego (przykurzonego jakby) mandatu, masowanie ego wlasnego i czytelniczego. No bo np. mozna na powrot tak latwo zostac obronca (slowo powtorzone 43 razy, i to do tego w gazecie przed duze “G”, staje sie prawda!) czegos np. krzyczac na ulicy.

No wiec tak to jest, m in., byc w przeszlosci krajem socjalistycznym. Tutaj (no chyba, ze, o ironio, na kursie marksizmu-leninizmu) tego nie powiem (choc czasem mnie kusi, zwlaszcza jak ktos opowiada, jak to cały swiat Chiny podziwia za ten caly rozwoj i lubi). W Polsce tez tego nie powiem (dyskusje z zacietrzewionymi obroncami i zwolennikami, czegokolwiek by nie bronili, mnie po prostu nie interesuja). I japonskiemu profesorowi tez nie. Nie przy ludziach.

P.S. W weekend poszlam do parku Zhongshan (czyli Sun Yat-sena). Stoi tam ni mniej ni wiecej tylko pomnik Szopena (dwa tygodnie temu minela 200 rocznica urodzin!). Pomnik ten stoi posrodku tej calej Chinskiej Republiki Parkowej, tych wszystkich latawcow, karaoke z magentofonu, straszych ludzi spotykajacych sie by pospiewac arie z oper pekinskich, pograc na tradycyjnych intrumentach. Tkwi posrodku tych tlumow pochylajacych sie z aparatem nad paczkiem kwiatka, posrod grupy Ujgurek w strojach ludowych i z magnetofonem, ktore przygotowuja sie do parkowego wystepu. Zostal ufundowany przez strone polska, wykonawczynia jest Chinka, ktora studiowala na warszawskiej ASP. Szopen szanghajski robi dosc przygnebiajace wrazenie, on po prostu spadl z nieba, jak meteoryt, utknal posrodku Chnskiej Republiki Parkowej niczym cialo obce. Wbil sie w ziemie przy kepce krzakow, po drodze rozpadl na serie metalowych pretow, na ktorych utkwila glowa biednego Fryderyka. Gdy odslaniano pomnik 3 lata temu, byly szumne zapowiedzi strony polskiej, ze bedzie miejsce spotkan kulturalnych, koncerty na wolnym powietrzu, muzeum. Nie ma po tym sladu. Jest tylko wylysiala trawa dookola.

P.P.S. Tak, to prawda, ze nasz polski pawilon na Expo bardzo sie tu podoba.  I ze w wielu miejscach jego wycinankowe, biale oblicze wisi obok pawilonu-matki (pisalam o nich tutaj) jako wizytowka Expo. Dyskusje o tym, czy to dobrze czy zle, ze jest to przetworzenie ludowej wycinanki sobie daruje, gdzie indziej jest o tym co niemiara. Dla mnie wazniejsze jest pytanie o to, czy w srodku tego pawilonu znajdzie sie, choc prowizoryczna i przygotowana na potrzeby publicznosci, odpowiedz na pytanie z czwartego typu idealnego gadki o “skad”. A wyglada ona tak:

Typ 4

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “Z Polski”

Osoba: “A co jest wasza specjalnoscia (techan)?”

P.P.P.S. Piata odslona gadki o “skad”, uslyszalam ja dzis. Nie wiem, na ile jest reprezentatywna, ale za to niezmiernie mi sie podoba. Uczestnicy to moj kumpel, uczacy dzieciaki w jednej z chinskich prowincji oraz owe dzieciaki.

Typ 5

Dzieci: “Bo ty jestesz z Polski, tak?”

Kumpel: “Tak”

Dzieci: ” Ile bomb atomowych ma Polska?”

Kumpel: “Zadnej”

Dzieci: “To co zrobicie, gdy ktos was zaatakuje?” (po chwili refleksji): “zaraz… przeciez to my mozemy was zaatakowac!! I pobic bez problemu, bo my bomb atomowych mamy mnostwo!!” (po nastepnej chwili refleksji): “ale spokojnie, nie zaatakujemy was, bo my kochamy pokoj!”

A na zupelny koniec posta – ani (chyba, chociaz?…) nie orzel, ani (raczej) nie golabek pokoju, ale (chyba jednak) sokol (a moze jednak orzel?…lub raróg…) na tle szanghajskiego Fryderyka:

DSC07652

18

03 2010

Z powrotem w Szanghaju. Sceny konsumpcyjne

Po ponad miesiącu jestem znowu w Szanghaju. Wydostanie się z Chengdu nie było takie proste. Ponad połowa wszystkich lotów była opóźniona, w tym i mój nieszczęsny lot. Z przyczyn niejasnych. Nie znam się, ale na mój gust lotnisko w Chengdu (niemałe przecież) jest na granicy wydolności we wszystkich aspektach. Dokładnie o tej samej godzinie i minucie wylatuje po kilka samolotów (wszystkie krajowe), z jednego gate’u w odstępie 10 minutowym dwa loty, brakuje krzesełek dla oczekujących (to są Chiny, obok kuszą więc za to fotele masujące za jedyne 20 kuajów za 15 minut). W Szanghaju jest jeszcze intensywniej (gdy przy wylocie do Yunnanu samolot stał na lotnisku Pudong czekając na okienko, na niebie utworzył się niemalże korek, ledwie jeden samolot dotykał ziemi, już w oczy świeciły intentywne światła do lądowania następnego, i tak przez 25 minut), ale Pudong to lotniskowy megagigant, no i jest jeszcze drugie lotnisko, Hongqiao.

Alternatywy dla samolotów są takie, jakie są (patrz post pt. “Chiny na kołach” ;-) ), ruch wewnetrzny olbrzymi, Chiny mają więc masę przewoźników. Którzy się dosłownie biją o klienta, co przybiera nieraz nieco groteskowe formy i daje efekt odwrotny do zamierzonego. Bo tak: nasz samolot miał wylecieć o 10 wieczorem. Ale o 9:30 pojawiła się informacja, że odleci o pierwszej trzydzieści. Przewoźnik zareagował błyskawicznie…transportując pasażerów na te marne kilka godzin do hotelu. Zanim z powrotem pasażerowie przedarli się (tym razem w drugą stronę) przez bramki i odprawę, zanim upakowano ich w autobusy, zanim dowieziono do hotelu, była 10:30. A o 12-tej obudzono celem wykonania powyższych czynności tylko w odwrotnej kolejności. Część pasażerów w sennym widzie, wybudzona znienacka odmówiła wyjazdu, stwierdzając, że poleci jutro (tłumaczenie na hiszpański: manana!), część, złorzecząc przewoźnikowi (dać spać, a potem obudzić, daje chyba jeszcze gorszy efekt psychologiczny niż uwiezienie w nocy na lotnisku, żadnej wdzięczności, tylko resentyment i uraza) udała się na lotnisko. W tym ja. Dzięki czemu już o czwartej rano mknęłam taksówką (w cenie niewiele ustępującej biletowi lotniczemu) po niekończących się estakadach i w niekończących się tunelach w stronę pogrążonego w śnie mojego kawałka Szanghaju. Dzięki czemu już tego samego dnia mogłam doświadczyć mocy doznania “wiecznego powrotu”. Jak w poprzednim semestrze, plan znowu wisiał na ścianie sekretariatu, panie znowu nie chciały mi go wydrukować, radząc, żebym sobie spisała, “co mi tam pasuje”. I niestety, podobnie jak w poprzednim semestrze znowu zapomniałam o wspaniałej radzie kolegi Campera W. (kochani tajwańscy 同胞! Kto Wam te angielskie imiona nadaje?? Choć przypadku pewnego Livera Zh. nic nie pobije), żeby wziąć aparat i zrobić rzeczy zdjęcie.

Powrót do cywilizacji (a raczej “cywilizowania”) wymógł też dokonanie pewnych czynności z zakresu konsumpcji. Pierwszą z nich było pójście do fryzjera. O, fryzjerzy i zakłady fryzjerskie Szanghaju! Na każdej ulicy jest po kilka takich zakładów. Ich znakiem rozpoznawczym są obrotowe, barwne neony. W środku fosforyzuje, toczy blask i olśniewa jeszcze coś innego - fryzury samych fryzjerów. W poprzednim semestrze, idąc codziennie na uniwersytet, mijałam po drodze lokalne trzyzakłady i z zapartym tchem śledziłam ewolucję tego, co na głowach mają tamtejsi mistrzowie grzebienia (i kubła z farbą). Moją uwagę zwrócił (a jest to trudne, gdy każda z głów zachwyca formą i olśniewa kolorem niczym kwiaty w ogrodzie botanicznym) fryzjer, który w momencie mojego przyjazdu miał na głowie czerwoną lwią grzywę wysokości ludzkiej twarzy. Potem sobie podgolił boczki i miał czerwonego irokeza. Potem irokez stał się blond, bardziej blond niż ja, a fryzjer gdy mijałam jego zakład, wysyłał mi porozumiewawcze spojrzenia, że niby my, blondyni…po czym mu się znudziło i blond irokez, pobywszy chwilę blond kitką na czubku głowy zmienił się na coś kształtem i kolorem przypominające szczotkę do butów. Po tym były już tylko dwie opcje - zgolić na łyso albo dokleić. Zgolił. Taka szkoda…W każdym razie co innego podziwiać dzieła sztuki na fryzjerskiej głowie, co innego oddać głowę własną komuś takiemu w rece…Wybrałam więc zakład, w którym autoekspresja fryzjerów ograniczyła się głównie do nadawania własnym włosom niezwykłych form, z tendencją do zachowania stosunkowo naturalnych kolorów (tzn. bez zielonego, niebieskiego etc.).

No więc strzyże mnie młode chłopie (poza tym, że ma jakby trójkąt z włosów na twarzoczaszce, to w miare normalnie wyglądające). Strzyże chwilę, strzyże trochę, po czym stwierdza, że on tu za wiele już nie wystrzyże, trzeba by trwałą zrobić. Oczywiście się nie godzę (oczami wyobraźni widzę już własną glacę). Zaciska zęby, strzyże dalej, ale widać, że coś kombinuje. W końcu: “jest taki prosty trick, to chwilę potrwa, a efekt będzie olśniewający”. Ja (podejrzliwie): “ale nie trwała?”. Fryzjer z trójkątem na twarzoczaszce: “Nie, nie”. Ja (idiotycznie): “Sposób naturalny?”. Fryzjer (entuzjastycznie)   : “tak, tak!!”. Ani się oglądam, fryzjer coś instaluje mi na głowie (jakby antenę, ale może się nie znam). Siedzę z tą anteną, a ten już niesie jakąś miksturę. I cennik. Otwiera. Mnie skokowo dopada szlag, bo widzę, że oczywiście otwiera na stronie pt.: “trwałe”. Drugi szlag trafia, gdy widzę ceny. Od 700 kuajów do 1300. Patrząc na siłę nabywczą, to jakby u nas 700 i 1300 złotych. Trzeci i czwarty szlag trafia mnie odpowiednio gdy fryzjer rzecze, że “chociaż tu jest napis trwałe, to jednak nie są to trwałe” oraz gdy stwierdza, że on już rozpoczał i nie mogę się już wycofać. Ze względu na dziką konkurencję wśród lwiogrzywich zakładów fryzjerskich ciecie to głupie 20 kuajów. On teraz chce, żebym wydała na coś, czego nie chcę ani nie potrzebuję, kilkudziesięciokrotność tej sumy. Bo tak będę ładniej wyglądać. Gdy mówię, że ja po prostu nie chcę, fryzjer zawiedziony pyta: “a co, po prostu nie masz przy sobie tyle gotówki? Bo można kartą”. Gdy się wściekam (bo się wściekam) i twarz zaczyna mi chodzić z nerwów, fryzjer wystosowuje argumenty, że kto mu tera zapłaci za tą pracę, co już wykonał w celu zrobienia trwałej-nietrwałej. Staje na tym, że dopłacę mu 10 kuajów za dezinstalację anteny. Do końca strzyżenia trzymam twarz w dłoniach. Choć raz prawie już, że dłonie zdejmuję celem przywalenia fryzjerowi (albo odebrania mu nożyczek i wyrządzenia krzywdy), gdy ten, niezrażony, proponuje mi kartę członkowską zakładu, “bardzo tanią”, bo za jedyne 500 kuajów.

Gdy wściekłość mija i wychodzę z zakładu z ewidentną plerezą (ach, te dłonie na twarzy…), zaczynam się zastanawiać, jak to jest (oprócz tego, że zakład każe fryzjerom na siłę szukać zarobku, żeby wyjść w tej dżungli fryzjerskiej na swoje), że ten chłopak, który zarabia maksymalnie 1200 kuajów na miesiąc oczekuje ode mnie kompulsywnego zakupienia usługi za równowartości jego miesięcznej pensji, tak po prostu, bo moje włosy będą po tym lepiej wyglądały. Odpowiedzieć tak jak znaczna częśc jego rodaków: “bo wy, Amerykanie macie mnóstwo pieniędzy” (więc płaćcie), to tylko kawałek odpowiedzi.

Gdy patrzy się na młodych Chińczyków – pokolenia 80 i 90, to oni w dużej mierze tak właśnie kupują. Impulsywnie, bez planowania, “bo będę w tym ładnie wyglądać”, bo tamto “było keai” (słodkie, milusie), “bo to jest cool –  酷 “, bez wyrzutów sumienia, bez myślenia o przyszłości. Nierzadko dziewczyna kupuje i oczekuje od chłopaka spłacania. Karty kredytowej. Można by powiedzieć, że nie mają innych wzorów konsumowania, że nie mogli takich wzorów wynieść z domów, bo konsumpcja dla pokolenia ich rodziców była czymś zupełnie innym (ach, dostać przydział na ten rower!), bo wielu z nich dostarczano wszystko na talerzu (co zaawocowało m in. powstaniem kenlaozu – dosłownie “grupy wysysającej starych”, nawet nie próbują czegokolwiek zarabiać, prace dorywcze, niskopłatne to obciach). Tylko, że np. na Tajwanie to wszystko wygląda jeszcze skrajniej, jeszcze bardziej przypomina szaleńczy karnawał. Z wykorzystaniem kart kredytowych. Do tego stopnia, że władze swego czasu (o ile pamiętam, chyba na krótko przed ostatnim kryzysem) zorganizowały kampanię przeciwko zadłużaniu się młodych i propagującą ostrożne korzystanie z kart kredytowych.

Więc co to jest? Boję się, że w dużej mierze jest to, specyficznie pojmowana, twarz. To zachowanie twarzy daje poczucie kontroli nad własnym losem (a nie spłacanie jakiejś karty). Żeby twarz zachować, pewne rzeczy (okreslane najczęściej przez zmienną modę, choć są elementy, które się nie zmieniają, tak jak nakaz posiadania w pewnym wieku w pewnych kręgach torebki Louis Vuitton na Tajwanie) po prostu trzeba mieć, pokazać, robić. Są osoby, które żeby określony marker statusu zdobyć, będą latami sprawdzać ceny papieru toaletowego i pielgrzymować tam, gdzie jest o 1 mao tańszy. Są też osoby, które rzecz kupią na raz, za pomocą karty, którą jakoś się kiedyś spłaci.

Choć kontynentowi na razie daleko do Tajwanu (nie mówiąc o Stanach), jeśli chodzi o stopień niespłaconego zadłużenia przeciętnego posiadacza karty, to już widać, co się szykuje. Ilość posiadaczy kart rośnie w zawrotnym tempie, a najaktywniejszymi ich użytkownikami są osoby pomiędzy 18 a 24 rokiem życia (za część spłacą rodzice, taka nowa, bankowo zapośredniczona forma kenlao). Jak podaje CNN, w pierwszym półroczu 2009 roku odsetek osób z długiem niespłacanym przez co najmniej 2 miesiące wzrósł o 133%. A na kampusie uniwersyteckim przy ścieżkach banki rozkładają stoliki, rozdają długopisiki i oferują studentom karty. Niektórzy mają ich po kilkanaście. Oczywiście jest też druga strona fenomenu młodych konsumentów. Armie młodych wyszukujące w sieci najtańsze oferty (moje koleżanki najpierw mierzą ubrania w sklepach, potem wyszukują identyczne w sieci, przeważnie na megaserwisie Taobao, w księgarniach książki tylko kartkują, a kupują na Dangdangu o dobrych parenaście procent taniej). Są też młodzi umawiający się za pośrednictwem serwisów społecznościowych na…grupowe zakupy (grupa nieznanych sobie wcześniej osób stawia się, niczym jak na flash-mob przed domem towarowym, udaje do wybranego sklepu, wybiera potrzebne dobra po czym stanowczo żąda zniżki grupowej). Pragmantyczni, potrafiący poskromnić impuls nagłego “chcenia”, planujący (inna sprawa, że w planach lwiej części zarówno tych zorganizowanych, jak i w marzeniach kompuslywnie kupujących dziewczyn to facet ma wykazać się na początku “nowej drogi życia” mieszkaniem – w dużych miastach wręcz niewyobrażalnie drogim - a najlepiej jeszcze i samochodem, po czym natychmiast przepisać to na oboje, a najlepiej to po prostu na nią…)

Tajwanowi marzy się konsumpcja taka jak w Japonii. Która, czy oficjalna wersja pokolonialna tego chciała, czy nie (nie chciała i to bardzo), była postrzegana jako wzór nowoczesności, raj konsumpcyjny, taka nasza Ameryka. Co zaoowocowało m in. powstaniem harizu , “grupy hurra-japońskiej”, szerokim przejęciem japońskiej estetyki (kawaii, manga), zachwytem nad japońskim skryptem (dzieci wstawiają w wypracowaniach japońskie の zamiast chińskiego 的, bo tak było w komiksie). Dla Chin takim ucieleśnieniem konsumpcyjnego raju jest trochę Tajwan (tu się tajwańskie telenowele ogląda jak japońskie na Tajwanie), obecnie w większej chyba mierze Korea (cały fenomen koreańskiej fali, telenowele jak podręczniki dotyczące stylu życia etc.), no i oczywiście mityczna Ameryka. No więc skoro w skromnych chińskich warunkach mozna wydać (za pomocą karty kredytowej) na zachcianki na raz 1000 yuanów, to ja, jako Amerykanka, powinnam pokazać wzór konsumpcji dużego kalibru, rzucić się w amok zakupów i wydatków za grube tysiące. Nie pytając za wiele, bo to zdradza małostkowość. Patrząc na listę tych nieszczęsnych trwałych za setki kuajów powinnam poczuć się jak w domu, wybierać jak z menu restauracyjnego, wodzić palcem, decydować, pytać, w której mi będzie ładniej. Fryzjer by biegał dookoła mnie z jakimiś buteleczkami, doradzał. A nie zrobiłam tego. Zamiast tego ukryłam twarz w dłoniach. W zasadzie to ją w oczach fryzjera straciłam. Ale tysiaka sobie nie dałam wyrwać – wystarczy prawie na miesiąc jedzenia w osiedlowych knajpkach.

07

03 2010

Wenchuan 21 miesiecy pozniej

Moja “wedrowka na Zachod” rozpoczela sie troche ponad miesiac temu w samolocie do Kunmingu. Na ekranach samolotowych lecial wtedy wyciskacz lez i patriotycznych uczuc o syczuanskim trzesieniu ziemi. Czarny charakter byl tylko jeden – zla natura. Nawet zbuntowany nastoletni syn jednego z oficerow w koncu sie naprawil i w ramach pokuty przywiozl na miejsce do pomocy reprezentatywna grupke laowajow: Amerykanina, Rosjanke i Japonczyka.  Film byl tak naprawde o poswieceniu sie PLA, ratownikow, naukowcow, dzialaczy partyjnych, ktorzy stojac na gruzach, przy grupkach poszkodowanych w kataklizmie, prowadzili dialogi w rodzaju: “pani profesor, jakie sa prognozy?”, pani profesor: “wierze w nauke i idee naukowego rozwoju, jest bardzo prawdopobodne, ze…” . Albo: zolnierz PLA w zagrozonym wstrzasami wtornymi budynku: “w 1976 zostalem uratowany przez PLA, dlatego teraz nadchodzi czas, zeby splacic dlug”, poszkodowani: “dziekujemy Wam, PLA, odpocznijcie troche”. PLA: “brak odpoczynku to czesc naszej dyscypliny”. A w tle pani burmistrz odgarniajaca wlasnymi rekoma gruzy. Sposob krecenia, ujecia, chwyty identyczne jak w megaprodukcach amerykanskich. Pamietam z tego filmu jeszcze, jak ekipa ratujaca leci helikopterem nad miejscem katastrofy – dookola i ponizej zielona dzungla.

W wenchuanskim trzesieniu ziemi (nazwanym tak od okregu Wenchuan, gdzie bylo epicentrum wstrzasow, choc najsilniejsze wstrzasy ciagnely sie wzdluz pasma gorskiego Longmen dosiegajac i inne okregi, a trzesienie bylo odczuwalne w niemal calych Chinach i nie tylko) zginelo ponad 80 tysiecy osob, w samym okregu 24 tysiace (na 100 000 mieszkancow okregu).

Wczoraj, po 21 miesiacach od apokalipsy, wsiadlam w autobus relacji Chengdu-Wenchuan (miasto-stolica okregu). Pierwsza polowe drogi jedzie sie po terenie plaskim jak talerz, trzypasmowa autostrada. Mija sie Dujiangyan – wielki system irygacyjny z 3 wieku p n.e , dzielo administratora regionu z ramienia krolestwa Qin i legendarnego inzyniera-hydrologa w jednym, Li Binga, ktore ujarzmilo dzika i czesto wylewajaca rzeke Min (te sama, ktorej nurty, laczace sie z nurtami 2 innych rzek w okolicy Leshan byly tak dzikie i niebezpieczne, ze przeszlo 9 wiekow po powstaniu systemu irygacyjnego Li Binga, zdecydowano sie tam na innego rodzaju srodek zaradczy - wykucie w skalistym zboczu, w miejscu spotkania sie Min z dwiema innymi rzekami Wielkiego Buddy, ktory mial dziki nurt uspokajac). Po minieciu Dujiangyan – pomnika ludzkiej mysli inzynieryjnej i udanego ujarzmiania natury (system do tej pory dziala i jest rozbudowywany, choc zostal uszkodzony podczas trzesienia), wjezdza sie w czterokilometrowy tunel. Gdy sie z niego wyjezdza, jest sie juz w innym swiecie – swiecie po apokalipsie nie do wyobrazenia.

To, co wylania sie za tunelem, nie ma nic wspolnego z obrazkami z filmu, tymi, gdy helikopter leci nad zielonymi wzgorzami. I nie jest tez czyms, na co przygotowany jest ktos kto nawet sledzil cale wydarzenie na biezaco w telewizji. Bylam wtedy w Hongkongu, a potem w Guanxi, gdzie z racji spedzania 5 dni pod rzad w szpitalu z 4 kroplowkami dziennie (gdy toczylam po drodze zepsuty motor, opadal mnie deszcz, nie bylo sie gdzie schronic, a gdy po kilku godzinach dowloklam sie wreszcie do miasta, cale cialo – nawet powieki – pokrywala palaca opuchlizna, najwidoczniej deszcz przyniosl jakies uwolnione ze znizczonych syczuanskich zakladow chemikalia) pozostawalo mi tylko gapienie sie w telewizor. Przekaz telewizyjny ukazywal najpierw glownie zniszczone budynki i fale solidarnosci przetaczajca sie przez kraj (Hongkong przezyl wtedy pierwsza chyba taka fale wiazacego go z macierza uczucia, druga przyszla podczas Olimpiady). Po kilku dniach ciezar transmisji przeniosl sie z oddolnej solidarnosci na pokazanie pomocy systemowej – ratownikow, PLA, oficjeli zjezdzajacych na miejsce i niosacych wspolczucie i nadzieje (kulminacja to pamietne pojawienie sie premiera Wen na miejscu katastrofy). Program wypelnialy tez wywiady z poszkodowanymi. Tzn. niekoniecznie z rodzicami ktorzy stracili swych jedynakow w – dosl. “szkolach z serwatki z tofu”, ktorych to rodzicow despreacja zaczela zwracac sie w strone administracji centralnej (kto ciekawy niech sobie poczyta… gdziendziej). Poszkodowani, mieszkajacy teraz w wielkich namiotach, opowiadali ze lzami w oczach o tym, jak bardzo dziekuja PLA i Partii i ze koce, ktore od tychze dostali, sa cieple i mile. A korespondentki radosnie szczebiotaly: “rzeczywiscie, i lozka polowe wygladaja na wygodne!”

Mniej pokazywano to, co budzi najwieksze przerazenie (co skadinad zrozumiale), bo pokazuje bezmiar ludzkiej bezsilnosci. Gory w regionie trzesienia to nie zielone pagorki. To  cztero, nawet i pieciotysieczniki z nachyleniem stoku ok. 60-70% (wrazenie tym bardziej szokujace, ze Chengdu lezy na wysokosci ledwie 600 metrow n p.m , te skaliste piony wyrastajace nagle z zielonych pol to miejsce zetkniecia sie plyty indo-australijskiej i euroazjatyckiej, ktorych scieranie utworzylo Himalaje i powoduje napiecia). Gdy moj autobus wyjezdza z tunelu za Dujiangyan, odslaniaja sie nagle pokruszone, jakby wynicowane na druga strone, swiezo przeorane, ukazujace niezabliznione, rozplatane, biale wnetrza gory. Tam nie ma nic zielonego. Ze szczytow poodpadaly cale kawaly wielkosci polowy albo i wiecej ich powierzchni i utworzyly ciagnace sie i kilometr w gore (zreszta nie wiem, ile, bo oko wariuje i sie traci miare przy czyms takim), jedno przy drugim, jedno przy drugim, rumowiska z kamieniami wielkosci autobusu. Czerwony Zloty Smok jedzie wzdluz doliny rzeki Min, a przez okno tylko te gory glazow – cos jak kupki zwiru, ktorymi ktos sie bawil przesypujac, powiekszone do niebotycznych rozmiarow. Wszedzie kolor kredowo bialy i szary – zadnych kolorow zycia (do tego tam gdzie zostalo odrobine roslinnosci wszystko martwe i zolte, zima, a do tego susza, nawet w zlej rzece Min, ktorej koryto pozawalane jest bialymi glazami, ledwo cos plynie). Po drugiej stronie rzeki polamany, konczacy sie w wodzie most, ktory wystaje z rumowiska. Potem drugi. I odgruzowywany wlasnie tunel prowadzacy donikad. Droga przed trzesieniem ziemi byla po drugiej stronie rzeki, teraz mozna to poznac tylko po okazjonalnie wystajacych z gigantycznych zwalow kamieni mostach, przezierajacych z rumowiska resztkach umocnienia brzegu. I po kilku wrakach samochodow wystajacych fragmentarycznie spod glazow i wiszacych nad korytem rzeki. Gdzies poza gorna granica rumowisk fragmenty powykrzywianej, niegdys  poteznej, trakcji elektrycznej – a raczej poprzekrzywiane na kazda strone, juz bez okablowania, slupy, niektore pogiete jak drucik w nerwowych rekach. Podczas trzesienia spadajace lawiny glazow pozatykaly koryto rzeki Min, utworzyly sie zbiorniki ktore zalaly domy (ktore jakims cudem przetrwaly w jednym acz powykrzywianym kawalku, teraz tkwia na srodku rzeki). Teraz jest na nich czarna tabliczka z data, ktora pamieta kazdy Chinczyk i z napisem: “pozostalosci wielkiego trzesienia”.

Polamane jak tekturka mosty, ruiny budynkow i nawet chyba te samochody sa pozostawione celowo. Dopiero podczas jazdy powrotnej dochodze do siebie na tyle, ze jestem w stanie dostrzec przy tych zniszczonych mostach brazowe tablice informacyjne (takie, jak sie w Chinach stawia na drodze do atrakcji turystycznej). Jest tez taka sama brazowa tablica kierujaca na boczna droge, do “epicentrum trzesienia”. Mi wystraczy z nawiazka to, co widzialam podczas tej drogi.

Samo Wenchuan jest niepodobne do zadnego z innych miast Chin, ktore widzialam. Jest calkowicie nowe, jeszcze ze swieza, niepobrudzona farba na budynkach (maja tez wesole wzorki). Szerokie ulice, parki, zielone skwerki. Dworzec na razie w baraku, tymczasowy. Na srodku miasta szkola, ktora wyglada troche jak forteca, przeniesiona w te lokacje aby byla najdalej od otaczajacyh miasto z kazdej strony zboczy. Nowy szpital – tez przeniesiony. Nowa policja, nowe budynki administracyjne (pozniej sie dowiem, ze to od nich rozpoczeto odbudowe: najpierw budynki administracyjne, policja, potem szkoly, na koncu domy). Nowe, ladne, pomalowane na pastelowo osiedla. Tylko gdzieniegdzie jeszcze niewyburzony, popekany jak skorupka od jajka budynek ziejacy pustka z usunietych okien. Gdy pytam sie, czy w miescie jest jakas tablica, pomnik, miejsce upamietniajace ofiary, ludzie kreca glowami. Nie ma niczego takiego (za to w Anren jakies 40 km od Chengdu powstalo muzeum trzesienia). Miasto Wenchuan chyba chce zatrzec slady, zapomniec. Ale slady rzecz jasna sa. Na skwerku jedna z dwoch w Wenchuan rzezb ulicznych (druga to ptak rozwijajacy skrzydla i wyfruwajacy z otwartej ksiazki) - grupa metalowych, pomalowanych na czerwono drzew, ktore zamiast lisci maja serca. Na zboczu cementarze. Co dla Chin nietypowe – groby sa umieszczone w prostych liniach, ciasno obok siebie, wszystkie takie same – jak cmentarz wojskowy.

Chodze po miescie. Buzuje zyciem, ma targi, sklepy i nieproporcjonalnie wielka liczbe robotnikow budowlanych. Chodza w kaskach i radosnie sie do mnie usmiechaja (i nie wolaja laowaj!). Uliczny dentysta (a raczej wyrywacz zebow) zaglada, trzymajac swe straszne sprzety, do ust kobiety narodowosci Qiang. Kilka innych kobiet Qiang (granatowe turbany, czarne albo granatowe wyszywane tuniki, spodnie) zaglada baya z ciekawoscia przez ramie. Ta narodowosc wraz z Tybetanczykami tworzy ponad polowe mieszkancow okregu. Skrypt tybetanski mozna w Wenchuan spotkac okazjonalnie na sklepach, widnieje tez jako drugi skrypt na tablicach informacyjnych na budynku Policji i administracji- okreg lezy w koncu w Ngawa – Autonomicznej Prefekturze Tybetanczykow i Qiang (przepraszam za koslawe tlumaczenie: 阿坝藏族羌族自治州 ). Po godzinie spaceru scisniety przez to, co zobaczylam na drodze, zaladek rozkurcza sie na tyle, ze moge wreszcie cos zjesc. Ide na obiad. W telewizji kanal informacyjny CCTV – obszerny reportaz o trzesieniu ziemi w Chile. Obserwuje klientow knajpy. Jest mala grupka, ktora patrzy w telewizor, ale ma rozluznione twarze, komentuje, nawet sie smieje. Czesc nie podnosi na telewizor nawet glowy. Majac okazje obserwowac przejecie, z jakim ludzie w Szanghaju sledzili trzesienie na Haiti (fakt, ze glowna czesc tego przejecia byla zarezerwowana na smierc 8 chinskich policjantow wyslanych jako sily pokojowe do stolicy Haiti, na ich podniosly pogrzeb jako narodowych bohaterow oraz na spogladanie na siebie z duma jako szczodrego wspolczujacego donatora i dobroczynce w nieszczeciu biednego Haiti) nie sadze, ze to obojetnosc, tylko jednak cos innego.

Ide na tymczasowy, barakowy dworzec, kupuje bilet powrotny. Juz za chwile jade z powrotem do Chengdu. Wspolpasazer obok okazuje sie byc bardzo sympatycznym, otwartym mezczyzna z wsi niedaleko miasta Wenchuan. Jego rodzina uratowala sie w calosci tylko dlatego, ze, jako rolnicy, byli na polu, pracujac (trzesienie mialo miejsce o drugiej po poludniu). Gdy zatrzesla sie ziemia, powstal taki pyl, ze nie widzieli doslownie nic (i tak bylo przed dwa dni). W pyle szli po omacku w strone domu. Zostala z  niego kupka gruzow. Pytam sie z czego byl zbudowany ten dom. Mezczyzna usmiecha sie i pokazuje reka za okno. Byl z lupka kamiennego – przed trzesieniem najpowszechniejszego materialu w dolinie (teraz kroluje beton i zbrojenia). Rodzinie nic sie nie stalo. Ale stado koz liczace 60 zwierzat, wielkie stado krow i kilka koni zginely co do jednego, jako, ze byly wtedy w budynkach gospodarczych. Po dwoch dniach pojawila sie – pieszo – ekipa ratownicza. Niosla zywnosc, wode i lopaty. Po dotarciu natychmiast zabrala sie za zakopywanie padlych zwierzat. Rodzina – skoro zwierzeta i tak juz nie zyja – chciala oprawic krowe i zjesc troche jej miesa, ale ratownicy nie pozwolili na uszczkniecie miesa zadnego z martwych zwierzat i zakopali wszystkie jedno po drugim (co swoja droga musialo byc potworna praca).

Nowy dom powstal z rzadowa pomoca. Nowe zwierzeta rowniez kupiono z wykorzystaniem pomocy. Mezczyzna gdy o niej mowi, zmienia na ton pelen czci i wdziecznosci. Laczy dwa kciuki razem – “o, takie sa w scianach zbrojenia”. I dodaje: “tyle betonu to widzialem tylko, gdy pojechalem dorabiac do Japonii”. Mowi, ze sie boi, jak idzie na pole, ze jak jedzie ta droga to sie boi, cos go dusi. Opowiadam mu o Warszawie po drugiej wojnie swiatowej. Ze byla takze zniszczona, ze rozwazano, zeby zostawic gruzowisko i zalozyc stolice od nowa gdzies dalej. Slucha  z uwaga, zadaje pytania. W koncu pyta: “I co przeniesliscie?“. Ja: “nie, to by bylo jak poddanie sie, odbudowalismy tam, gdzie bylo”. Mezczyzna podchwyca, widac, ze doskonale rozumie, o co chodzi: “O, wlasnie, dokladnie tak samo myslelismy. Ze to masz dom, ze nie  mozemy tego tak zostawic, poddac sie”.

W drodze powrotnej jestem w stanie oprocz patrzenia w oslupieniu na rumowiska wysokosci kilometra spojrzec i na droge, ktora jedziemy. Okolo 50 kilometrow, wybudowano ja w skrajnie trudnych warunkach, na zasypanym glazamibardzo stromym zboczu, w zdruzgotanej dolinie rzeki Min, w rok od trzesienia byla ukonczona. Prace obejmowaly takze wydrazenie tunelu dlugosci 3700 metrow i drugiego nieco krotszego. Jak duza czesc chinskich tuneli, pierwszy z nich nie ma zadnego wietrzenia, powietrze w srodku calkowicie ieprzezroczyste od spalin (kiedys chcialam cos takiego przejechac rowerem, nie dalam rady, trzeba bylo zawrocic). Ale jest. Nad droga umocnienia – beton, siatki. Przy drodze tablice: “budujemy nowe, harmonijne Wenchuan, jeszcze piekniejszy dom, konstruujemy autostrade wenchuanska”. Wiec bedzie i autostrada.

Zarowno w drodze do, jak i z Wenchuan w autobusie (tym samym czerwonym Zlotym Smoku) leci w pokladowym telewizorze kabareton. Na poczatku drogi i gdy wjezdzam w miejsce kataklizmu, wydaje mi sie to conajmniej nie ma miejscu. Ale pasazerowie jak jeden maz patrza w telewizor i zasmiewaja sie z ekranowych dowcipow o facecie w ciazy etc. W drodze powrotnej ja tez nie wytrzymuje i z ulga zaczynam sie patrzec w telewizor. Leci skecz o jakajacym sie chlopaku, ktory usiluje poderwac dziewczyne. Co otworzy usta, to zdola wymowic tylko pierwsza sylabe wyrazu, ktora przypadkowo ma rozne podejrzane podteksty. Najlagodniejsze: chlopak chce powiedziec, ze dziewyczna ma ladny sweterek – maoyi, dosl. “wlochate ubranie”, a zdola wypowiedziec tylko mao – wychodzi wiec “masz ladne futro” (mao - to samo od Przewodniczacego, to rozne futra, klaki i inne wlosy na ciele). Ani sie spostrzegam, ja tez sie zasmiewam ze skeczu i tak wjedzamy z powrotem do tunelu laczacego swiat po apokalipsie ze swiatem normalnym.

P.S. Nie daje zdjec, bo jakos mi sie to wydaje bardziej ma miejscu przy atrakcjach turystycznych, poza tym, zdjecia nie sa w stanie oddac tego, co jest w dolinie rzeki Min.

Grupka kobiet Qiang zaglada  wyrywaczowi przez ramie.
Tags: ,

01

03 2010