Archive for August, 2010

Daktyle i trud wiecznego powrotu

Nie będzie chronologicznie, w kolejnych postach będe po prostu próbować odtworzyć moje spotkania z Chinami z ostatniego miesiąca. Zresztą chronologia nie ma już żadnego znaczenia. Jestem tutaj, w Polsce, dostają mi się jakieś kawałki mojego polskiego życia, z różnych jego etapów. Jestem w domu rodziców – mój w wynajmie. Patrze na obrazy i obrazki, które malowalam jako nastolatka, kiedy wszyscy wierzyli, że bedę artystką. Wiszą, stoją, leżą zrolowane zakurzone w moim starym pokoju. I tam już zostaną.

Podróż jest jak seria błysków. Błysk: przychodzi pan śmieciarz, zabiera resztę moich rzeczy i z wrażenia zaczyna nazywać mnie “cioteczką”. Błysk (dziwny, w moich oczach). Przechodzi mu na szczęście i znowu nazywa mnie xiao guniang. Błysk. Znosi moją walizkę. Błysk (jak by to piórko było). Sąsiadka z dołu, typowa szanghajska aiyi, czuje potrzebę pokazania mi, jak odnowiła mieszkanie. Kasetony jak u Ludwika XIV. Do nich tęczowe światło. Błysk. Sąsiad toczy moją walizkę. Kilka “do widzenia”, kilka uśmiechów, kilka “kiedy wrócisz”. Ostatni naleśnik szantuński, ostatnie mleko sojowe są za darmo. Sasiedzi i sprzedawcy machają na pożegnanie. Błysk. Dociera do mnie, że jednak, choć było to czasem tak trudne, to żołtowłosa laowajka wychodząca co czwartek po gazetę w piżamie i gadająca do wszystkich psów w okolicy w jakimś dziwnym narzeczu, była w jakiś sposob cześcią tego małego światka składającego się mniej więcej z:

a) kilkunastu obdrapanych blokow z milionem ohydnych dobudówek + mieszkańcy

b) targu, gdzie można, oprócz warzyw, przypraw, tofu, kupić żywą kurę, żywego gołębia, można też poprosić o zabicie ich na miejscu

c) pana sprzedającego żywe żaby w worku z żyłki (rano skaczące dynamicznie, później mniej dynamicznie)

d) pana sprzedającego nie-wiadomo-co, bądź świadczącego nie-wiadomo-jakie usługi (zawsze jak przechodziłam, w pojemniku obok niego nic już nie było, ulica przed nim spływała krwią, a on trzymał w ręku krwawe ostrze)

e)  Rady Ulicy i Hutongu (tak ich nazwałam, wymiennie z Radą Gerontów – siedzą na głównym skrzyżowaniu alejek i czuwają – siwe włosy, piżamy, karty do gry, “a tamten to od niej rano wyszedł, choć ślubu nie mają”)

f) pasiastej kotki (która podobno jak sasiad, pod którego drzwiami miauczała 2 dni, w końcu wpuścił do środka, natychmiast urodziła tam 6 kociąt). Błysk.

Lotnisko Pudong. Błysk – tym razem zwłowrogi – ważą i podręczny. Włożone na wagę wszystko razem waży o 10 kilo za dużo. Życzy sobie pani 1200 yuanów dopłaty? Czy wyrzucanie rzeczy? Wyciagam pudło darowanych daktyli (wielkości futerału na karabin), które wlokłam pociagiem z Hebei, czyli przez kilka prowincji. I tajwańskie czekoladki z galaretką. Mama by lubiła. Minus 3 kilo. Gdy wyciagam pierwszą książkę – traf chce, że o języku szanghajskim i kulturze z nim zwiazaną – i pytam, czy będą czytać, czy mam dać do kosza, obsługa się poddaje. Przechodzę z 7 kilo nadbagażu. Pesymista powie: no i na darmo żeś wlokła to straszne pudło daktyli i tak kto inny zje. Optymista: dobrze, żeś je miała, inaczej musialabyś zacząć od razu od ksiażek.

Błysk. Tym razem geniuszu różnorakiego: “proszę państwa tu kapitan Walerij X…… Wyruszymy z około godzinnym opóźnieniem. Niestety podczas naszego oczekiwania samoliot nie budet mial klimatyzacji, bo…, no bo…yy, on tak ma”. Chiny. Mongolia, Rosja, rudy dym nad Moskwą. Błysk. Błysk.

Dokładnie siedem lat temu wyjechałam po raz pierwszy do Azji. Też Aeroflotem, dużą, wesołą grupą (cześć z tych osób podobnie jak mnie wtedy, połknęła Azja, jedna z nich prawie dwa lata temu w Azji zginęła). Gdy tym razem Airbus (już nie Ił-86) Aeroflotu spóżnił się o tę nieszczęsną godzinę, przez co nie zdążyłam na mój samolot do Polski, usiadłam w tym samym miejscu na lotnisku, co wówczas, podczas naszego 11-to godzinnego oczekiwania na Iła do Hanoi. I co? Przez te 7 lat na Szeremietiewie nic się nie zmieniło. Tak jak wtedy – łatwiej było kupić wódkę i perfumy niż wodę. Tak jak wtedy, nie było wózków do bagażu podręcznego, które przy takim nadbagażu jak mój są koniecznością. I tak jak wtedy, były tylko 4 krzesła przy gate transferowym. Nowością była awaria klimatyzacji. Ot, witamy w Jewropie. Przed zemdleniem z wrażenia ratuje mnie butelka wody bez ceny (kto pyta po angielsku, ile w końcu kosztuje woda i czy mozna zapłacić w euro, płaci w nich słono) i wachlarz, z wypisanym ręcznie klasycznym wierszem pasującym do sytuacji (tzn. nie do siedzenia bez klimy, ale do pożegnania), który dostałam od koleżanek – Chinek wieczorem dnia poprzedniego (wtedy pomyślałam – rany, gdzie ja to wetknę?). Siedzę na moskiewskiej podłodze, rysuję z nudów innych siedzących przy ścianie ludzi. Chińczyków, Rosjan, Polaków. Czyli, że na coś sztuki plastyczne się nieoczekiwanie w życiu przydają. Mniej więcej jak daktyle.

04

08 2010