Archive for April, 2011

Z historii jednego pożaru

Wchodzę na krajowej Gazety stronę i rzuca mi się w oczy tytuł: “Tragiczny pożar w nielegalnej szwalni w Pekinie – 17 ofiar”. Treść artykułu wygląda tak:

Jak podaje [nazwa źródła], w pożarze ranne zostały także 24 osoby. Ogień zauważono nad ranem. Według relacji świadków, płomienie szybko objęły czterokondygnacyjny budynek, położony w południowej części Pekinu.

Na zapleczu nielegalnej szwalni znajdowało się miejsce do spania dla robotników sezonowych. Większość ofiar śmiertelnych to osoby, które zmarły w wyniku uduszenia się dymem.

W dzielnicy Daxing, gdzie doszło do tragedii, znajduje się wiele tego typu małych zakładów produkcyjnych. Część z nich działa bez odpowiednich zezwoleń.

Nocą pomieszczenia wykorzystywane są jako tanie miejsca do spania dla robotników sezonowych. W małych pokojach na kilkupiętrowych pryczach często śpi nawet kilkanaście osób. Jak podaje Xinhua, większość ofiar śmiertelnych pożaru to właśnie robotnicy sezonowi.

Wchodzę na pewien wielki chiński portal informacyjny. Jest artykuł, “Poważny pożar w pekińskim Daxing – 17 ofiar śmiertelnych i 24 rannych”:

O godzinie 1:13 nad ranem, na ogólny numer alarmowy 119 napłynęło zgłoszenie o pożarze w budynku mieszkalnym w dzielnicy Daxing. Po odebraniu informacji policja natychmiast zebrała 7 zastępów straży pożarnej, 27 wozów strażackich i blisko 200 policjantów i ratowników, którzy zostali wysłani na miejsce by ugasić ogień i ratować życie. O godzinie 2 nad ranem ogień został ugaszony. Wedle wstępnych szacunków ogień spowodował śmierć 17 osób i obrażenia u 24, 30 osób wypuszczono po badaniach. Obecnie ranni przebywają w szpitalu, gdzie otrzymują pomoc lekarską.

Wydarzenie zostało potraktowane z powagą przez Miejski Komitet Partii i Urząd Miejski. Członek Centralnego Biura Politycznego KPCh, Sekretarz Miejskiego Komitetu Partii Liu Qi i Wice-Sekretarz Miejskiego Komitetu Partii, Prezydent Miasta Guo Jinlong udali się na miejsce, żądając, aby z całych sił ratować poszkodowanych i wykonać odpowiednią prace, aby naświetlić przyczyny tragedii. Wiceskretarz Miejskiego Komitetu Partii, przewodniczący Miejskiej Rady Politycznej, sekretarz Rady Polityczno-Prawnej Miejskiego Komitetu Partii Wang Anshun, członek Miejskiego Komitetu Partii, sekretarz… [i jeszcze 4 określenia] udali się na miejsce aby organizować akcję ratunkową. Wang Anshun, otrzymawszy pełnomocnictwo Ding Xiangyanga i Guo Jinlonga udał się do szpitala, aby koordynować akcję pomocy poszkodowanym.

Zarząd Miasta zadecydował, że inspekcja bezpieczeństwa, policja i tym podobne służby uformują specjalną jednostkę do badania przyczyn tragedii, naświetlenia ich i surowego pociągnięcia do odpowiedzialności winnych zgodnie z prawem, zarząd dzielnicy utworzył zaś jednostkę likwidującą skutki tragedii. Obecnie trwają prace dochodzeniowe.

I ta sama historia z innego wielkiego chińskiego portalu informacyjnego: “Budynek w pekińskim Jiugongzhen, w którym powstał pożar zaliczał się do budowli nielegalnych”

25 w nocy w pekińskiej dzielnicy Daxing miał miejsce poważny pożar, wstępnie mówi się o 17 ofiarach śmiertelnych i 24 rannych. Jak poinformował reportera zastępca straży pożarnej dzielnicy Daxing, Chang Hongyan, wedle wstępnych szacunków, wszystkie ofiary i ranni pochodzili spoza Pekinu.

Jak powiedział Chang Hongyan, budynek w którym doszło do pożaru, należał do kobiety o nazwisku Zhang i zaliczał się do budowli nielegalnych. Parter budynku wynajmowany był przez parę z Chongqingu, która prowadziła tam szwalnię o nazwie „Szwalnia Yuyun”, pracowało w niej kilkanaście robotników, wedle wstępnych ustaleń zakład nie miał zezwolenia na pracę, zaliczał się do zakładów nielegalnych. Na kolejnych piętrach budynku znajdowały się dormitoria dla przyjezdnych spoza Pekinu.

[dalej następuje opis wyglądu budynku po pożarze]

Chang Hongyan ujawnił, że za szwalnią znajdowały się niewielkie drzwi prowadzące do dormitorium, gdzie mieszkało kilkanaście osób. Wedle wstępnych osądów, źródło ognia znajdowało się na parterze, ofiary również znajdowały się na parterze.

“dziś ustaliliśmy, że idziemy na tę samą zmianę, wczoraj wieczorem jeszcze byliśmy razem” – mówi pan Li z Anhui, który przyjechał do Pekinu pracować dorywczo. Dwie osoby z jego miasteczka mieszkały w budynku, który uległ pożarowi, obecnie nie można się z nimi skontaktować.

Według Chang Hongyan, większość ofiar śmiertelnych uległa uduszeniu. Szef szwalni został poparzony i obecnie znajduje się w szpitalu. Właściciel budynku nie mieszkał w nim.

Obecnie trwają prace na miejscu i nad ustaleniem przyczyn wypadku.

 

Pomijam w tym wpisie stronę GW (na której, jak wiadomo, Chiny pojawiają się przeważnie w kontekście jakichś tragedii, krzywd i prześladowań – np. wczoraj zatrzymanie w mojej dzielnicy kilkuset zwolenników pewnego nielegalnego tutaj niewielkiego odłamu chrześcijaństwa) – czym się różnią od siebie pozostałe dwa źródła i ich sposób pisania? Podpowiem – jedno medium to agencja Xinhua – państwowe, podlegające bezpośrednio Radzie Państwa i Departamentowi Propagandy KPCh (ostatnio zmieniono tej jednostce jej angielską nazwę na “Publicity Department”, bo raz, że na Zachodzie propaganda źle się kojarzy, a dwa, że chińskie 宣传 jednak ma trochę inne zabarwienie). Drugie z mediów to dziesiąta najpopularniejsza witryna świata – QQ – medium prywatne (jak to się ładnie tu mówi, żeby nie nadużywać słowa “prywatny” – 草根企业 grassroot company, czyli, że “inicjatywa oddolna”), notowane na giełdzie, dużą część udziałów ma Naspers. Xinhua najczęściej nie dopuszcza w ogóle opcji komentowania pod artykułami, QQ to przede wszystkim wielki portal społecznościowy i komunikator, mieści też w sobie rozległe fora. Która informacja pojawiła się na którym z portali?

Tak, oczywiście, że ten artykuł skrojony wedle nieśmiertelnego modelu, że “owszem wydarzyła się tragedia, ale wszystkie służby i oficjele własnymi rękoma przez ustne polecenia i osobistą troskę przywróciły już porządek” pojawił się w medium prywatnym, czyli na QQ. I tak, informacja o nielegalnym zakładzie, który nie miał zezwoleń, gdzie za dnia pracowano a w nocy spano w tłoku na zapleczu, pojawiła się na portalu agencji Xinhua, podlegającej bezpośrednio Partii.

Panuje – także i wśród niektórych kręgów tutaj – opinia, że media niecentralne czy niepaństwowe (najlepiej z “nanfang” – czyli “Południe” w tytule, żeby pokazać, że nie północne, czyli nie-pekińskie) lepiej informują. Oczywiście tego typu opinie nie imają się starszego pokolenia, które nadal jest absolutnie przekonane, że jedyna prawda daje się wyczytać z Renmin Ribao (opowiadano mi, że przy najmniejszej próbie podważania, pewien teść, laoganbu – stara gwardia – nieomal dostaje zawału, tudzież chce bić kapciem, więc od paru lat cała rodzina po prostu mówi “ale tak, tak, oczywiście”).

No więc co się dzieje? Media prywatne przy publikowaniu wiadomości muszą czerpać wzór z mediów centralnych i agencji Xinhua, albo po prostu pisać za nią, portale internetowe nie mają prawa przeprowadzać niezależnych śledztw dziennikarskich. Pożar wydarzył się w nocy, żeby przyciągnąć czymś z samego rana czytelnika i zwiększyć ilość kliknięć, która przecież decyduje o dochodach, trzeba by informację o pożarze w stolicy, i to ze sporą ilością ofiar, podać. Tylko jak tu podać, kiedy Xinhua jeszcze nic nie napisała (bo ogólnie Xinhua, jak nietrudno się domyśleć, reaguje dość wolno)? Wówczas włącza się, jak w Windowsie po złym zamknięciu, 安全模式, tryb bezpieczeństwa. Taki, jaki rządził przez lata i – owszem – nadal rządzi (co jest widoczne szczególnie podczas raportowania o każdym trzęsieniu ziemi, powodzi etc.) w mediach centralnych – tragedia wykorzystywana do pokazania ładotwórczej, normalizującej, ramotwórczej funkcji władzy i jej mocy. Artykuł z portalu QQ pochodzi z godziny 07:07 rano. Artykuł z Xinhua z 12:23 w południe. Po tej godzinie w mediach “oddolnych”, w tym i na QQ, pojawiają się dopiero informacje, że ofiarami byli przyjezdni nielegalni robotnicy. Ale w tonie łagodniejszym i mniej dobitnym niż w przypadku Xinhua, cóż, wiadomo, autokontrola to najlepszy rodzaj kontroli. I cele nie te.

Wiadomo, warto czytać Renmin Ribao i to, co pisze Xinhua, aby widzieć, jak kształtują się oficjalne poglądy, na jakie zmiany się zanosi. Tylko, że np. Renmin Ribao nie sposób dostać w kiosku, na uwolnionym i bogatym rynku prasy. Co najwyżej w bibliotece, w jakiejś instytucji publicznej czy przez prenumeratę. Ale już sama agencja Renmin Ribao trzyma się bardzo dobrze, ma co najmniej kilkanaście tytułów najróżniejszych tygodników. W jednym z nim – “Tygodniku Pekińskim” parę tygodni temu przeczytałam artykuł o – prawdopodobnie liczonych w dziesiątkach jeśli nie setkach tysięcy -  nielegalnych przyjezdnych, którzy z racji zawrotnych cen mieszkań w Pekinie, nie mogą sobie już nawet pozwolić na tłumne zamieszkiwanie malutkich mieszkań gdzieś na obrzeżach i schodzą do podziemia, gnieżdżąc się w piwnicach, kotłowniach, bez wody, toalety, za jedyną własną przestrzeń mając pryczę. Artykuł uznaje istnienie problemu, zapowiada zmiany i zaprowadzenie porządku (problem na razie doczekuje się rozwiązań typu plombowanie i przymurowywanie wejść). W innym z tygodników Renmin Ribao – “Materiałach kulturowo-historycznych” przeczytałam np. bardzo ciekawe artykuły o zepsuciu elit byłego obozu socjalistycznego (mam nadzieję, że uda mi się w najbliższym czasie napisać coś o tych tekstach). No więc media centralne, “propagadowe” mają pewne mocne karty w ręku i sporo robią, aby zatrzymać czytelnika na trochę w tej medialnej kakofonii, różne ciekawostki można w nich odnaleźć. Artykuły czasem zapowiadają zmiany, poprzedzają wprowadzanie jakichś programów i decyzji. Tylko czy ta wiedza wystarczy, żeby dobrze zabalansować i przewidzieć, co napisze Xinhua o pożarze w nielegalnej szwalni Yuyun?

P.S. Artykuły w oryginale:

http://news.qq.com/a/20110425/000190.htm

http://news.xinhuanet.com/society/2011-04/25/c_121344827.htm

25

04 2011

109 Targi Kantońskie – luźne uwagi

Zawsze chciałam być na targach w Kantonie, w tej nazwie pobrzmiewa kawał historii. Tak się złożyło, że byłam, jako tłumacz, ale i widz, na Expo, gdzie też pobrzmiał kawał historii – chińskiej manifestacji potencjału, chińskiego softpower, chińskiego ważenia swojego miejsca na mapie świata wśród potęg i wśród braci mniejszych, nowego nacjonalizmu etc., pisałam o tym prawie rok temu (ech, rok temu…) z okazji wielkiego otwarcia. Byłam na różnych chińskich targach, takich, na których Chiny coś światu sprzedają i na takich, gdzie świat nadskakuje z różnymi dobrami, zawsze zorganizowanych na ostatni guzik. Ale na tych największych nigdy, jakoś się nie składało. Dlatego jechałam z wielką ciekawością. Poniżej kilka luźnych uwag na gorąco, bo za chwilę uciekam do mojej stałej wioski pod Pekinem (tej, do której jedzie się miejskim autobusem, a której opisanie wciąż Czytelnikowi wiszę, podobnie zresztą jak nieskończoną ilośc innych rzeczy).

Podczas tej sesji Targów, wystawiano różnego rodzaju maszyny i elektronikę. W nowym kompleksie, wybudowanym kilka lat temu nad Rzeką Perłową, silniki, agregaty, spawarki, tokarki, wózki widłowe a nawet dźwigi, zwyczajnie się nie mieszczą, trzeba było dostawić 3 wielkie namioty, a największe sprzęty wystawiać na wolnym powietrzu. Biegamy po tym wszystkim z przesympatycznym właścicielem pewnej polskiej firmy, dla którego od wielu wielu lat obecność na Targach jest sprawą oczywistą i naturalną, był świadkiem ich wielkich przemian, tak samo jak i świadkiem ostatnich dziesiątek lat przemian kontaktów handlowych z Chinami. Ale tym razem sam jest zaskoczony – to pierwsza edycja od wielu lat, gdy tak mało widać europejskich, amerykańskich twarzy. Podobne sposrzeżenie mają chińscy wystawcy i kupujący, z którymi rozmawiamy, albo których – z socjologicznego przyzwyczajenia – nieco podsłuchuję.

Socjologiczne przyzwyczajenie socjologicznym przyzwyczajeniem, ale jestem w robocie, więc uwagę skupiam bardziej na rozmowach, niż na obserwacji tego, co dookoła, ale faktycznie – bladych twarzy coś mało. Jeśli coś miga, to – dzięki imiennym tabliczkom, które wszyscy mamy pozawieszane na szyjach – można łatwo ustalić, że są to twarzy rosyjskie. A język rosyjski kokietuje z różnych banerów, trochę firm, które mam okazję poznać, albo już robi wielkie interesy z Rosją (rynek, w przeciwieństwie do polskiego nieograniczony nie tylko w rozmiarach, ale i nieograniczany wyśrubowanymi normami unijnymi, które komplikują proces produkcji, nakazując np. wyszukiwać nowych dostawców podzespołów, które mają potrzebne certyfikaty dla “krótkich” w chińskich oczach serii), albo wręcz jest właścicielami rosyjskich marek.

“Outsorcing” i żandarmi pilnujący porządku na targach

Euroamerykańskich twarzy mało, europejskich języków też mało. Gdy słyszę w tym tłumie hiszpański, to nie jest to nasz europejski hiszpański seplen, tylko czysta melodia hiszpańskiego Ameryki Południowej czy Meksyku. Autokar zabierający nas codziennie na Targi spod hotelu pełen jest hindi, pundżabskiego i urdu, na gestykulujących dłoniach święcą złote sygnety z kamieniami, na głowach zamotane czy natknięte najróżniejsze nakrycia głowy – od sikhijskich turbanów, po charakterystyczne muzułmańskie toczki. Potem, na targach, do języków Indii i Pakistanu dołączy inny wielki język tych targów – arabski. Będzie go słychać wszędzie – z ust handlowców z Afryki Północnej (producenci pomp nie mogą odżałować nieobecności ich głównych północnoafrykańskich klientów – Libijczyków), z ust odzianych w białe szaty kupujących z Pólwyspu Arabskiego, z zakrytych czarną chustą ust kobiet. Będzie też słychać gęsto turecki, a gospodarz Targów będzie robil wiele, by zaprezentować się jako rozumiejący i szanujący potrzeby muzułmańskiego kontrahenta. W restauracji VIP pokaźną część menu zajmą dania halal, a co kilkanaście metrów na głównym deptaku tablice będą informować o umiejscowieniu targowego meczetu. Przestrzeń targów jest ogromna, część odwiedzających, nie mogąc na czas dotrzeć do meczetu, klęka w kierunku Mekki tam, gdzie akurat jest – np. na wielkim, błyszczącym reklamami pasażu pomiędzy halami.

Oprócz wyżej wymienionych języków usłyszymy jeszcze języki afrykańskie, języki Azji Południowo-Wschodniej, koreańszczyznę (jaka szkoda, że nie było czasu zajść na chwilę na stoisko z produktami z Korei Północnej), zawsze miłe memu uchu tajwańskie seplenienie. To wszystko zmiesza się z dźwiękami bębnów, do taktu których będzie tańczył chiński lew tam, gdzie czeka się na meleks do innych hal  (lew i jego tańce sponsorowane są przez jednego z producentów pomp z Zhejiangu) i z dźwiękami prezentowanych maszyn i urządzeń.

Nie do McDonald’sa, ale do restauracji z daniami halal:

W tle, za osobą w białym, tablice informujce o…

…położeniu meczetu na terenie Targów oraz o sposobach dojazdu do kantońskich meczetów:

“Może boją się zagrożenia nuklearnego z Japonii?” – zastanawiamy się, myśląc o nieobecnych eurotwarzach. “A może szukają dostawców gdzieindziej?” Tylko niby gdzie? “A może w Europie i USA zmienia się sposób kontaktowania się z producentami?” Pan S., wytrawny handlowiec, tego akurat jest pewien, że osobistego kontaktu na Targach nie zastąpi nic. Znowu, jak podczas Expo, mam wrażenie, że tzw. “świat” zdążył się się znowu nieco przesunąć, a my, tam u nas, jak zwykle tego nie zauważyliśmy.

Europejskich twarzy mało, twarze inne owszem chodzą i oglądają, ale znajomi wystawcy pana S. od elektrotechniki produkowanej na Wybrzeżu narzekają na małą, w porównaniu z poprzednimi edycjami Targów, ilość nowych zamówień. Jakby było więcej, to też niełatwo – jak jeden mąż skarżą się bowiem na problemy z siłą roboczą. Ci wytwócy, rozlokowani w typowym dla ostatnich dziesięcioleci regionie produkcji fabrycznej, starają się jeszcze zachować konkurencyjność w stosunku do wytwórców z miejsc, gdzie ponosi się mniejsze koszta. Ale chińskie Wybrzeże – do tej pory wielka fabryka świata – zmienia się. W miarę, jak rosną wymagania technologiczne dotyczące sprzętu, w miarę jak rozrasta się chiński sektor usługowy, w miarę jak rosną koszta społeczne wielkich migracji wewnętrznych, rosną i kłopoty ze znalezieniem odpowiednich ludzi do pracy. Stosunek pracy jest efemeryczny – fabryka szukając jak najniższych kosztów nie oferuje za wiele, robotnik nie jest z nią mocno związany. Ci, w których fabryka zainwestuje przeszkalając, płyną w czasie przez fabrykę jak rzeka, nie wracają po Nowym Roku, przychodzą i odchodzą, myślą, jakby tu przedostać się do pracy w usługach, rosną koszty. Na domiar wszystkiego rosną też – co oznajmia się na Targach na każdym kroku – koszty materiałów, np. miedzi.

Nie trzeba chyba dodawać, że na tym tle sytuacja Polski poszukującej tutaj towarów wygląda nieciekawie. Z jednej strony związana wyśrubowanymi wymogami unijnymi, które bardzo znacząco wpływają na wzrost kosztów produkcji, wymagając np. używania tych materiałów, których ceny są najwyższe, czy podzespołów z europejskimi certyfikatami, a z drugiej strony związana własną niezamożnością i ograniczoną chłonnością rynku. Krótko mówiąc, chce ona produktu na miarę i – w porównaniu z resztą świata – ekskluzywnego, ale po niskiej cenie. Później oczywiście gniewa się “na Chiny”, bo po produkcie szytym na miarę, “spełniającym normy unijne”, oczekiwała też świetnej jakości.

Kryzysu, który widać u przysypiających na swoich stanowiskach producentów elektrotechniki, nie widać na halach z elektroniką. Kolorowy tłum tłoczy się do telefonów, zagląda w ekrany, wyświetlacze i kamery, wsłuchuje się w głośniki, ogląda gadżety. W Chinach kryzys był poważnym ostrzeżeniem, że pewien model produkcji, handlu kończy się. Pisało się często z nadzieją, że kryzys wręcz może przyśpieszyć wejście w nowy etap eksportu.

Na Targach rozdawane są żółto-czerwone torby z napisem “Made-in-China gwarancją jakości”. Ja nie wzięlam, bo za mała, zabrałam sobie z Targów wielką czarną torbę z rysunkiem piły tarczowej buchającej iskrami, żeby mi wygodniej było nosić z targu warzywa do mojej sokowirówki za 60 kuajów (jakieś 26 złotych). Sokowirówka ta po podłączeniu krąży wściekle po całej kuchni, wyrzucając w górę jabłka i dynie. Żeby nie oglądać fruwającej dyni, trzeba było po prostu kupić sokowirówkę reklamowaną obok, oferowaną za pięciokrotność tej ceny.

Z torbą “Made-in-China”

23

04 2011

Prawdziwe, fałszywe. Czyli Postój Piejącego Koguta.

Najmilszy Pamiętniczku,

Nie wiesz, jak wielkie męki przeżywa ktoś, kto pisać Cię chce, jednocześnie pisać Cię nie mogąc. Kto biega z miejsca na miejsce całymi dniami, a żeby szybciej latać, w końcu rower kupuje, bo się łudzi, że czas zaoszczędzi. A żeby zaoszczędzić jeszcze więcej, na rowerze tym szybciej jeździ, aż go ból taki szyi chwyta, że następnie czas na uporczywe leczenie traci, a lekarz medycyny chińskiej się na nim znęca. No, ale dobra. Mam Pamiętniczku kartkę, na której wypisałam, co muszę koniecznie tu napisać. O pani profesor z Uniwersytetu Pekińskiego, która na chińskim podwórku odkryła lekarstwo na cierpienia, których źródłem jest ponowoczesnosć, o pewnym pisarzu, o jego niedostępnej już tutaj powiesci i o jego z laowajami rozmowach, o siedzeniu po wódce i nocą na górze w świątyni, o tym, jak kończą zepsuci dyktatorzy, o tym, czy Japonii się należało i o łóżku, na którym po Cesarzowej Cixi już potem nikt nigdy nie spał, choć jeszcze ciepłe. To może zacznę od końca. Czyli od tego łoża nieszczęsnego, bo tak chyba najprosciej.

Pekin tkwi w srodku prowincji Hebei jak dziura w moscie, Hebei wczesną wiosną jest złoto-brązowe, melancholijne. Pociąg wypełniony robotnikami wracającymi na weekend do domów wlecze się przez góry, od czasu do czasu mija ceglane, niskie wioski, przesadza połupane zimnoniebieskie kry na strumieniach, toczy się przez pola z kukurydzianymi kikutami. To nie jest pociąg z gatunku tych, co to muszą dawać twarz (twarz dają ekspresy “Harmonia” i twarz ta, a raczej dziób, jest snieżnobiała, opływowa, imponująca), to pociąg jadący za kulisy – o wygodę wracających nonmingongów nie ma po co dbać i tak będą robić, siedzą więc stłoczeni jak sardynki i przygarbieni na dolnej kuszetce, głową tłukąc o kuszetkę srodkową. My też przycupnęliśmy na kuszetce i wypatrujemy przez okno góry, co ma wyglądać jak odwrócona miska ryżu – to góra Jiming – czyli Góra Piejącego Koguta.

Góra wyłania się po prawej, to znak, że mamy szykować się do wyjscia. Wysiadamy. Pierwszy raz mam wrażenie – wiecej – dowody – że ludzie nie gapią się na mnie. Gapią się na J., którego głowa płynie jakieś pół metra powyżej głów mieszkańców miasteczka. “Ma ze dwa metry!”,wielkie nieba!”, “co to za rozmiar buta?” – rozważa miasteczko, gęby rozdziawia, a my wychodzimy rozklekotaną drogą wzdłuż torów w stronę góry. Jedna ciężarówka zwalnia, trąbi i radośnie macha, po chwili z drugiej wystają obie ręce kierowcy i machają równie radośnie. Naprzeciw nas pojawia się mężczyzna w średnim wieku z rodziną. “Tam - pokazuje w kierunku mniej więcej za torami (po których mija nas własnie trąbiac radośnie pociąg z machającym maszynistą)  - jest CIEKAWE” – mówi z miną tajemniczą acz nieco zrezygnowaną, wiadomo, gadał dziad do laowaju. Okazji do zobaczenia CIEKAWEGO to ja jeszcze nigdy nie przeoczyłam, więc dopytuję, co, jak, gdzie i jak bardzo ciekawe jest. “Matko święta, bxy, tam za nami facet na rowerze jak usłyszał, że po chińsku mówisz, wpadł do rowu!” – szturcha mnie w łokieć J. i pokazuje mi, gdzie widowisko. Ponieważ mam kulturę, to głupio mi się tak odwracać od rozmówcy, żeby zobaczyć, jak ręka sprawiedliwości pokarała tego ciekawskiego człowieka. “Bxy – rany, on leży i jeszcze się na nas patrzy!” – relacjonuje scenicznym szeptem J.  Dopiero gdy kończę rozmowę o CIEKAWYM (jaskinie) zerkam w kierunku rowu. Faktycznie, jakiś otrzepujacy się z rudej ziemi facet gapi się na nas wyciągając rower z rowu a następnie odjeżdża z głową odwróconą w naszym kierunku, czyli tyłem do kierunku jazdy.

Po godzinie marszu widzimy cel wędrówki. Za zwykłymi ceglanymi domami, obok zakurzonej drogi numer 105 wyrasta nagle potężny mur, flanki, bramy. Jesteśmy. To wioska Jimingyi. Za dwóch ostatnich dynastii ważna stacja postojowa. Pełna domów, swiątyń, budynków urzędowych pamiętających jeszcze Mingów, otoczona murem z czterema bramami, też złoto-brązowa.

Nocleg znajdujemy w obrębie murów, w gospodarstwie. Ponieważ w innych izbach jeszcze nie napalone, gospodarze goscinnie odstępują nam izbę własną – z wielkim rodzinnym kangiem z ręcznie robionymi poduszkami z gorczycy, grubymi bawełnianymi kołdrami i małym rudym, nieco przybrudzonym kotem w kącie. Z malowaną drewnianą skrzynią zamiast szafy. Z plakatem z dobroduszną twarzą Przewodniczącego Hu dokonującego legendarnej już inspekcji migów i białych gołabków z okazji 60-lecia ChRL. Zabierają tylko leki (“jestem już stary, muszę te leki brać”) i wódkę (bez wytłumaczenia, wynoszą za plecami). Wyjmujemy zza pleców nasza wódkę i stawiamy na miejscu tamtej.

Za zapyziałym okienkiem izby wielka sterta kukurydzy a na niej butelki po wódce (jakby ktoś pił siedząc na kangu i wyrzucał za siebie przez okienko). Trochę się boję, jak J. przyjmie wychodek. Owszem był już w Chinach, nawet trochę tu mieszkał, jednak po wsiach jakos nie miał okazji jeździć. Jak zniesie brak bieżącej wody, jakim okiem spojrzy na wychodek, który jest po prostu płytką dziurą w ziemi ledwo osłoniętą glinianymi ścianami, bez drzwi i dachu (później się jeszce okaże, że wnętrze wychodka widać doskonale z wioskowego muru)? Jak zniesie fakt, że przed wychodkiem jest mały, acz zły Burek, który wszystkich, który się znajdą w tej czesci podwórka do tegoż wychodka ze wściekłą miną zagania? J. jednakże wraca z wychodka z tak samo niewzruszoną ekspresją, z jaką doń szedł. Czyli, że tylko ja uciekam przed Burkiem z wrzaskiem do wychodka i boję się wyjść? (cgyba jednak tak, a w rezultacie zostanę uznana przez gospodarzy za wydelikaconego mieszczucha i dostanę na noc mieszczuchowy atrybut – nocnik).

Jak to już mi kilka razy się zdarzyło i co opisywałam na blogu, jadąc do jakiejś wioski, spóźniałam się o rok, o dwa lata – wioska ze skrzypiącej, zakurzonej, głęboko osadzonej w ziemi, z której wyrasta, zmieniała się w wypreparowaną dla turystów wydmuszkę pozbawioną tresci. Jimingyi jest właśnie na początku tej drogi. Ziemny, rozpadający się mur jest własnie obudowywany szarymi cegłami, takimi jak na “cywilizowanych” kawałkach Wielkiego Muru, wieżyczki-pawilony na bramach jeszce 1.5 roku temu miały postać sterczących na wietrze przekrzywionych szkieletów. Teraz pogięte przez wiatr kikuty zostały zastąpione przez konsktrukcje całkowicie nowe. W wiosce wybrukowano główną uliczkę, reszta nadal jest z ubitej ziemi. Jedną czy dwie świątynie odnowiono, a przed jedną z bram (nie przed tą, którą weszlismy, nikt się najwyraźniej nie spodziewał, że turysta nadejdzie na piechotę z miasteczka) ustawiono budkę z biletami. Ale reszta budynków z gliny i ziemnych murów zabudowań nadal rozmaka w deszczu (fakt, że ostatni był 8 miesięcy temu…)

 

Rano dorywa nas osoba umownie i roboczo ochrzczona przez nas Sołtysem. Sołtys nas oprowadzi, sołtys weźmie kluczyk od świątyni boga bogactwa od fryzjera, kluczyk od świątyni Konfucjusza od człowieka z twarzą jak filtr od papierosa i przed nim demontracyjnie będzie na nas pokrzykiwał: “tylko nie róbcie zdjęć tym freskom z dynastii Ming!”, a za jego plecami: “no, teraz szybko róbcie, mnie tam nie zależy, ale staruch sie piekli, jak kto robi”. Sołtys roztoczy przed nami tajemną wiedzę historyczną: “te rzeźbienia sa z dynastii Ming. Zostały wyrzeźbione na czesć odwiedzin cesarzowej Cixi, bowiem pszczółki wymawia się feng, czyli tak samo jak Feniks, a małpki hou jak taihou, czyli Cesarzowa”. Zamiast zadać podchwytliwe pytanie o to, jakim cudem za Mingów wiedzieli, że pareset lat później będzie tu nocować jakas baba z barbarzyńskiej dynastii i, co gorsza, czemu uznali za sensowne uczczenie tego faktu rzeźbą, przypominam sobie, co się stało, jak zaprotestowałam, gdy swego czasu marokański przewodnik gdzies pod Marakeszem opowiadał, że dana willa rzymska, której to ruiny właśnie oglądaliśmy, nazywa się dom Orfeusza, bo swego czasu mieszkał tam (zresztą zakochany w sztuce berberyjskiej) Monsieur D’Orfee. Za pszczółkami i małpkami wąskie przejście, Sołtys wpakowuje się z nami do czyjegoś obejscia. W starych murach znowu sterta kukurydzy, znowu butelki wódczane, gospodyni paruje mantou, na przykangowym piecyku grzeje się czajnik. “Na tym kangu spała cesarzowa Cixi” – obwieszcza Sołtys, a gospodyni dalej paruje te mantou. “Od tej pory na tym kangu nikt już nie spał”. Kiwamy głowami dotykając jeszcze ciepłej wygniecionej poduszki leżacej na tymże kangu i wdychamy zapach swieżych mantou. 15 dnia 4 miesiąca księzycowego w wiosce będzie miaohui - festiwal swiątynny. Nie z takich jak w Pekinie, które odbywają się nie przy świątyniach, ale w parkach i mają tytuły w stylu “festiwal swiątynny w stylu europejskim” ale prawdziwy. Na Górze Piejącego Koguta otworzą wszystkie trzy świątynie, będzie muzyka, tańce, jedzenie. Jedziemy. Ta resztka muru dookoła wioski, która pozostała za tego pobytu jeszcze ziemna, pewnie do tego czasu zostanie już pokryta nową-starą szarą cegłą.

P.S. Szata graficzna under construction.

Tags:

09

04 2011