Archive for June, 2011

W stronę Korei Północnej. 2

Płynąć wzduż brzegu Korei stateczkiem z czerwoną flagą z 5 gwiazdami, lampionami, herbatą i kołami ratunkowymi, patrzeć na delikatne, białe twarze chińskich turystów pod rondami barwnych kapeluszy, daszkami czapeczek i, trochę dalej, smagłe, ostroryse twarze Północnych Koreańczyków, jest oczywiście przeżyciem.

Drugiego i trzeciego dnia naszego pobytu nad Yalu postanawiamy zrobić jednak coś innego. Zwykły autobus (pekaes) i rowery. “Pekaes” jedzie nowiutką drogą wdłuż rzeki, mija ocalały kawałek Wielkiego Muru z czasów Mingów (wrócimy tam nazajutrz rowerem). Mija kurorty, hotele, wioski. W końcu wyrzuca nas pod stacją Sinopec gdzieś na rozstaju dróg i ustami kierowcy poleca stawić się w tym samym miejscu po południu, w celu zabrania się z powrotem do Dandongu. Idziemy w stronę zielonej wyspy na Yalu. Po rzece pływają kaczki, przed wioską mini świątynki – bóstwa gór, bóstwa ziemi.


Idziemy ze 3 kilometry wyspą, wzdłuż brzegu, sadem morelowym, most powinien być właśnie tam. Po lewej stronie zielone (po części nowo zalesione) zbocza strony chińskiej, po prawej łyse, wykarczowane zbocza strony koreańskiej, pośrodku ta wyspa z sadem morelowym i oto…jest. Przerwany most. Przed nim, za sadami, podstawówka imienia Mao Anyinga. I posąg bohatera. Na twarzy, bardzo podobnej do twarzy ojca, wyraz troski. Włosy ułożone tak samo jak u ojca. Wbrew legendom i pomnikom (spiżowi Peng Dehuai i Ochotnicza Armia idący dziarsko w stronę przeprawy + płaskorzeźba Mao w otoczeniu gołąbków pokoju) nawarstwionym dookoła mostu w Dandongu, Peng, młody Mao, jak i pierwsze oddziały właśnie tym mostem tutaj dostali się podczas “odparcia USA i wsparcia Korei” (to oficjalna chińska nazwa Wojny Koreańskiej) na terytorium sprzymierzeńca. Mao Anying nie wrócił ani tym mostem ani żadnym innym, a jego ojciec, pytany, czy pragnie sprowadzenia zwłok do kraju, miał powiedzieć, że Anying, podobnie jak inni zabici, powinien spoczywać tam, gdzie i inni żołnierze. Ostatecznie sprowadzono tylko trochę ziemi z miejsca, gdzie zginął (gotując, wbrew dyscyplinie, obiad poza schronem podczas nalotów, ale sza…).

Na łódce znak fu – bogactwo, dostatek. Po drugiej stronie Korea

Przerwany most i łyse wzgórza po stronie koreańskiej

Przerwany most – po koreańskiej stronie wojskowa budka

Na moście. Peng Dehuai po zielonej stronie chińskiej, Kim Ir Sen po wykarczowanej stronie koreańskiej

Po stronie koreańskiej wioska i koszary. Łyse szczyty, łyse zbocza. “Próbują uprawiać tam ziemię” – mówi starsza pani siedząca obok mostu. Patrzymy przez lornetkę – choć całe zbocza przygotowane pod uprawy, to tylko gdzieniegdzie wyrastają wątłe roślinki. Nie ma nawozów, nie ma nasion? Drzewa był pewnie wycinane i na opał. Rzadkie sosny pozostawione na wzgórzu naprzeciwko mostu, nie tworzą już lasu. Przerzedzone, samotne, mają dziwne i niepokojące kształty.

Przy moście, obok pomnika młodego bohatera, Mao Anyinga i naprzeciw nowiutkiego, złotego pomnika Peng Dehuaia na koniu (widać, że most przygotowuje się do pomnikowej ofensywy przeciwko dandongskiemu “uzurpatorowi”), siedzi trzymając w ręku parasolkę w kropki młoda dziewczyna, Xiaolin i jej chłopak. Chcieliby wynająć motorówkę i popłynąć wzdłuż brzegu, ale potrzebują zebrać jeszcze kilka osób. Co nie jest łatwe, bo turyści, owszem, kłębią się przy moście w Dandongu (wyróżnionym jako “klasyczne miejsce czerwonych wędrówek” i klasą turystyczną AAAAA), ale tutaj jest pusto. W końcu Xiaolin udaje się “złapać” jeszcze jedną parę i motorówka uwozi nas w stronę koreańskiego brzegu.

Podczas tego płynięcia, jak i naszej jazdy rowerem wdłuż brzegów Yalu dnia następnego zobaczymy wiele zakładów przemysłowych. Wszystkie w ruinie. Ziejące pustką okna, szary beton obleziony liszajem, rdza. Nic już nie produkują. Stopień zniszczeń sugeruje, że musiały zostać opuszczone najdalej w połowie lat 90-tych, po śmierci Kim Ir Sena, po zakręceniu (zniknięciu) kurka z radziecką pomocą. Zresztą nie tylko zakłady wyglądają, jakby od 20 lat stały tam już tylko dlatego, że brakuje sił i środków, żeby je rozebrać. Co większe budynki, jakieś bloki – to wszystko wygląda na skazane na powolne obumieranie.

Ale wioski, do których zbliżymy się na odległość niemalże wyciągniętej dłoni, obumarłe nie są. Na brzegu kąpią się żołnierze (machają nam), kobiety robią pranie, na wózku od krowiego zaprzęgu (krowa pasie się kilkadziesiąt metrów w dół rzeki) siedzą dzieci. Nieubitą drogą, wzniecając tumany kurzu, jedzie ciężarówka i wiezie na naczepie ludzi. Wioski są ubogie, ale nie jest to pierwsze, co nasuwa mi się na myśl, gdy je widzę.

Widziałam różne biedy – biedę chińską, biedę południowoazjatycką (wietnamską, khmerską, filipińską etc.), biedę północnoafrykańską, biedę różnych części Europy, w tym rzecz jasna naszą własną polską biedę. Ale te wioski tutaj od np. biedy chińskiej coś odróżnia. W wiosce chińskiej, nawet naprawdę ubogiej, na drzwiach są ozdoby, w oknach czasem i wycinanki. Rośnie jakiś kwiatek. Wisi jakiś plakat, albo i kilka – bogini Guanyin, Przewodniczący Mao, Tygrys w Roku Tygrysa i Królik w Roku Królika. Czasem ludzie prześcigują się w ozdabianiu bram do obejść – chociaż trochę pociągnąć kolorową farbą, może posadzić jakieś kwiatki, powieścić papierowy znak “szczęście”, żeby wiedziało, którędy ma wchodzić. A w wioskach na koreańskim brzegu nie ma nic, co by wykraczało poza najprościej rozumianą użyteczność. Prosto, surowo, tylko to, co całkowicie niezbędne. Jedyny kolorowy akcent to pranie na sznurku. Wykarczowane zbocza dodają surowości.

Po stronie północnokoreańskiej

“Nie palić ognia, nie uprawiać ziemi, nie przekraczać granicy, nie wycinać potajemnie drzew, chronić las”

żołnierka
żołnierze północnokoreańscy po kąpieli w Yalu

żołnierze – powrót do wioski

na ryby

obserwacja

…obserwacja

i obserwacja

Widoczny częściowo napis mówi: “Ryzykuj własnym życiem chroniąc przodujących uczestników rewolucji!”

zakłady…

…zakłady

Napis na nieczynnym zakładzie: “Zjednoczmy się” – dosł. “zjednoczmy się jak jedno serce

Gdy następnego dnia dojedziemy na naszych rowerach do Wielkiego Muru, którego początkowy odcinek znajduje się na spiętrzonej nad Yalu Górze Tygrysa i wespniemy się na najwyszą basztę, zobaczymy Koreę z lotu ptaka. A ściślej mówiąc smutny, wymarły kołchoz otoczony polami. Tutaj, w przeciwieństwie do wiosek wyżej opisanych, ludzi prawie nie widać, tylko przy brzegu, dosłownie tuż pod nadrzecznym urwiskiem, na którym przysiedliśmy, kilku żołnierzy ciągnie do wioski wózek krowiego zaprzęgu. Trochę dalej niewielki oddział maszeruje brzegiem rzeki, tuż przy polu. Po widmowych uliczkach, pomiędzy betonowymi domami (część nieukończona, bez dachów, wszystkie identyczne w swej szarości) od czasu do czasu przesuwa się pojedyncza sylwetka. Dookoła wioski ogromne połacie pola – wszystko zaorane, ale nic nie wzeszło. A może nic nie zostało posadzone? Jedynym kolorowym akcentem na tej płachcie szarości ziemno-betonowej (w środku lata…) jest traktor z niebieską, prostokątną kabiną.

Przy schodzeniu dosć kretą i bardzo stromą scieżką z góry (po stronie Yalu), musimy przejsć przez mostek wiszacy. Na jego końcu, na tle tego północnokoreańskiego smutku, nagle znajome logo i znajoma sytwetka: “Na tym mostku kręcono sceny z filmy Feicheng wurao 2″ (tutaj zawijasy jak z logo filmu) i zdjęcie pięknej Shu Qi, jak idzie w niebieskiej zwiewnej sukience przez rzeczony mostek. W filmie mostek grał przejście do niezwykle luksusowej górskiej willi-samotni, w której mieszkał bohater grany przez Ge You. Nie wiem, jakim cudem udało im się wyciąć z ujęć północnokoreański kołchoz, w warunkach naturalnych stanowiący dla mosteczka tło. Gdy tak patrzę i próbuje pogodzić sceny z filmu z tym, co widzę poniżej, po rzece (jest w tym miejscu wąziuteńka i jest tuż pod nami) i po jałowych kołchozowych polach poniżej rozlega się nawoływanie. Po niebiesko-zielonej wodzie pod nami przepływają trzy łódeczki chińskich rybaków i ich kormorany (kto nie wie, jak się łowi na -biedne, nieszczęsne- kormorany, niechaj sobie poszuka).

Wymarła wioska/kołchoz

granica po stronie koreańskiej
Yalu tutaj ma kilkanaście metrów szerokości. Po powiększeniu widać słupy graniczne koreańskie (u góry) i chińskie (u dołu)

Granica chińsko-koreańska. “Nie rozmawiać ani nie wymieniać się przedmiotami z osobami po drugiej stronie granicy”

Po chińskiej stronie (na pierwszym planie fragment Muru)

Po chińskiej stronie – zbliżenie na wiejski sklepik

Gdy wracamy naszymi rowerami (mi się dostał czarny, żelazny, kilkudziesięcioletni, ale nieprawdopodobnie wygodny i lekki do prowadzenia rower made in Japan“to dobry, wręcz znakomity rower, jeździłem na nim sam tyle lat, to najlepsze, co mam, wypróbuj koniecznie, jest porządny, bo japoński, diabły z małej Japonijki zrobiły” - zachwala shifu od rowerów. J. dostał oczywiście rower za mały, uderza kolanami o kierownicę, ale jedzie), nie możemy oderwać wzroku od drugiego brzegu. Zarysy wiosek, ruiny jakichś zakładów. Zatrzymujemy się co chwila i patrzymy w lornetkę. To, co wczoraj z autobusu wydawało się niewielkimi kominami, dziś okazuje się być wysokimi stelami z inskrypcjami. Nieoceniona Yeji wpatruje się w nasze zdjęcia i na jednej ze stel (zdjęcie poniżej) udaje jej się odczytać: “Wielki Lider, Towarzysz Kim Ir Sen jest z nami na zawsze”.

Po koreańskiej stronie

Zbliżenie na budynek z lewej strony poprzedniego zdjęcia

zakady i pola – polecam powiekszenie

Taoistyczny mistrz pokazuje uczniowi nieodbudowany most kolejowy i brzeg koreanski

Zwrócony twarzą do koreańskiego brzegu Caishen – bóg bogactwa

Chyba najżywsze i najbarwniejsze miejsce, jakie udało nam się dostrzec po stronie północnokoreańskiej. Yeji, moja nieoceniona tłumaczka, po wpatrywaniu się w ledwie widoczne napisy na tym budynku, twierdzi, że musi być to jakieś wspólnotowe centrum kultury. Choć jakość kiepska, polecam powiększenie, celem przyjrzenia się plakatom – filmowym?

Zafascynowani tym, co mówi do nas Korea, ale wymęczeni kilkugodzinną jazdą na antycznych rowerach (jeden dzień) czy wykonywaniem przez nasz pekaes (inny dzień) powolnych okrążeń wokół jednego z przybrzeżnych miasteczek celem zebrania odpowiedniej ilości pasażerów (chłopak w okularach wysiada, dwa okrążenia później wsiada z siatką owoców, dziewczyna w pomarańczowej sukience wysiada, je makaron w przyulicznej garkuchni, wsiada 5 okążeń później, a my jeździmy jak głupi),  postanawiamy raz jeszcze zasiąść pomiędzy lampiony, herbatki, kapelusze i koła ratunkowe i pojechać w dół rzeki, brzegiem miasta Sinjiuju. Tu juz nie trzeba się specjalnie wpatrywać, blisko jak na wyciągnięcie ręki, Yeji tłumaczy błyskawicznie:

Na łodzi: “Musimy być heroiczni w walce!”

“Wielka polityka Songun, hurra!” (jeśli ktoś przypadkiem jeszcze nie wie, czym jest Songun, polecam zrobić eksperyment – najpierw przeczytać hasło “polityka Songun” na tej stronie, na podstawie tekstu spróbować sformuować definicję Songun, a później poczytać np. w Wiki)

“Na zawsze uhonorujmy wielkie sukcesy w Chinach naszego Wielkiego Lidera, Kim Jong Ila! “

“Wielki Wódz, Kim Ir Sen jest na zawsze z nami”

“Chrońmy życiem liderów rewolucji prowadzonej przez wielkiego Kim Jong Ila!

“Dla tegorocznej bitwy, stwórzmy nowy rytm marszu” (tutaj trochę nie jest pewne, bo na każdym ujęciu zawsze coś napis zasłaniało)

“Słońce 21 wieku, General Kim Jong Il, hurra!” (tych napisów spotkamy w różnych miejsach wybrzeża aż cztery)

Nie będziemy w Korei Północnej. Ale zanim wsiądziemy w pociąg powrotny do Pekinu, możemy być w restauracji Pyongyang. Za żółtymi zasłonkami jest pyszne, aromatyczne jedzenie, są pełne wdzięku, prześliczne i blade jak kreda (tu mówi się “jak jadeit” i to jest wielki komplement) północnokoreańskie kelnerki. Są też goście ze znaczkami z Kim Ir Senem wpiętymi tuż ponad sercem w koszule. Częśc gości ze znaczkami siedzi w wydzielonym pokoiku zasłoniętym bambusową zasłonką. Piękna kelnerka robi minę skazańca, gdy ma donieść tam dania. Koleżanki, szczebiocząc, prowadzą ją za ręce w kierunku zasłonki, chyba dodają otuchy. Dziewczyna znika z talerzami za bambusową zasłonką. Gdy wyjdzie, długo i z zachmurzoną twarzą opowiada coś koleżankom, ale na koniec wybuchają śmiechem, jedna udaje, że bije pozostałe serwetą. Akurat wchodzi klient i jemu też przez pomyłkę się dostanie (serwetą po łysinie). Mina klienta pozostaje niezwruszona, za to dziewczyny skręca ze śmiechu za jego plecami. Kończymy posiłek. Odpoczywamy chwilkę. Gdy J. wraca z toalety, pyta mnie: “co tu znowu były takie salwy śmiechu, co się działo?” Co się działo? Uczyłam dziewczyny polskiego, rozmawiałyśmy o tym, która wygląda młodziej i czemu tak się opaliłam, skoro biała skórka jest najpiękniejsza.

P.S. Z Dworca Pekińskiego wychodzi około 80 osobowa zwarta grupa. Nie rozgląda się na boki, idzie zdyscyplinowanie, szybko, bez zbędnych rozmów. Sami mężczyzni, 80 białych koszul, 80 czerwonych znaczków na piersiach, czarne spodnie, kiepskie buty. Smagłe, ciemne twarze, ostre rysy. Starannie ostrzyżone włosy. 80 identycznych toreb. Pekińczycy – w krótkich spodniach, koszulkach z napisami, w bejsbolówkach, w szpilkach, chwytają komórki i podbiegają do grupy robiąc jej zdjęcia.

Dworzec w Dandongu – czekając na pociąg do Pekinu. Moment luzu – czerwony znaczek na piersi, ale koszula luźno wyłożona na spodnie

 

Special thanks to Yeji – having your precious help, I could hear North’s voice! 감사합니다!!

 

27

06 2011

W stronę Korei Północnej… 1

Zdobyć bilety na kuszetkę do Dandongu, to nie lada wyzwanie. Po dwóch tygodniach nieudanych prób, warowania od siódmej rano przed kasą, mam w końcu w ręku dwa bilety: odległość – 1100 km, górne, “twarde” kuszetki. Moje próby wyobrażenia sobie blisko dwumetrowego J. upakowanego na chińskiej górnej kuszetce, kończą się za każdym razem się jakoś tak:

Jeszcze gdy wchodzimy po pociągu, myślę cały czas o tym, że kuszetkę może da się jakoś zamienić, dogadać się z pasażerami z dolnej, dopłacić. Już mam otworzyć buzię i zagadać, gdy w ciasnym przejściu pojawia się dwóch mężczyzn prowadzących kobietę – krok po kroku, jeden ustawia jedną nogę, drugi drugą, ochraniają, żeby nie upadła. Mają dla niej bilet na kuszetkę środkową. Pasażerowie z dolnych kuszetek naszego przedziału, starsze małżeństwo zrywa się i ustępuje chorej i jednemu z jej opiekunów dolne posłanie. “Dziękuję, to postępujący paraliż, wracamy z leczenia  w Pekinie” – mówi mąż chorej. Układa ją z troską na kuszetce, zdejmuje buty, przebiera w piżamę, karmi udkami kurczaka z KFC. Potem, po kilkunastu godzinach, gdy chora i jej opiekunowie – mąż i ojciec, wysiądą stację przed Dandongiem, rozmawiam ze starszym panem, który ustąpił jej miejsca. Jest z Dandongu.Ech, ciężko u nas, nie to, co tam u Was. Są ze wsi, niby ostatnio wprowadzili to rolnicze ubezpieczenie, ale taką chorobę to trzeba w Pekinie leczyć. Jej może część zwrócą, ale kto zwróci jej rodzinie, z której zdzierają pod szpitalem?” Patrzy na nas, zaciekawia się – “a co jedziecie do Dantongu? Chcecie ich oglądać? Byłem tam, w ich stolicy. Czysto, porządek, nie ma korków, nie ma śmieci, ładnie, nie to co u nas w miastach, taki bałagan. Ludzie zdyscyplinowani, grzeczni, dobrze wychowani. Powietrze świeże, przyjemnie…może i tam na wsiach u nich biednie, ale mają też i dobre strony tego systemu: darmowa edukacja i darmowe leczenie… a u nas co?”

Dojeżdżamy do Dandongu. Umieszczamy graty w hotelu i idziemy w stronę rzeki. Pierwsze zaskoczenie. Nie myślałam, że drugi brzeg jest tak blisko. Stoimy na nowej, kolorowej, ufontannionej promenadzie. Jest poranek, ludzie ćwiczą taijiquan, puszczają latawce, siedzą na zacienionych werandkach i w pawilonach. Na drugim brzegu, niemal na wyciągnięcie ręki wielkie kominy, hale fabryczne (gdy przyjrzymy się dokładniej, odkrywamy, że zruinowane, a zakład opuszczony). Trochę drzew, za nimi nieruchomy, pusty “diabelski młyn” w stylistyce z lat 80-tych. Przez rzekę dwa mosty – jeden cały, choć nieuczęszczany, to Chińsko-Koreański Most Przyjaźni, drugi w połowie zburzony, pozostawiony w takim stanie od 1951 roku, czyli od kiedy został wysadzony przez Amerykanów próbujących utrudnić chińskim “ochotnikom” przedostanie się na drugi brzeg. Rzeka Yalu. Po drugiej stronie Korea Północna.

Diabelski młyn po stronie północnokoreańskiej, po lewej Chińsko-Koreański Most Przyjaźni , pośrodku pozostałości starego mostu.

Chińsko-Koreański Most Przyjaźni. Łączenie części chińskiej i koreańskiej – obie zostały wykonane inną techniką i w innym stylu. W dniach roboczych pojedyncze pojazdy (przeważnie ciężarówki) przejeżdzają od czasu do czasu wolniutko przez most.

nieczynna papiernia w Sinŭiju

Wsiadamy w mały stateczek, który od razu mknie w stronę koreańskiego brzegu. Nie, oczywiście, że nie możemy przekroczyć granicy. Niby jakieś biuro, w “sciśle tajnym” mailu, proponowało nam, że nas “przerzuci” razem z chińską wycieczką, bo dla nich parę lat temu otwarto ruch bezwizowy, do miasta po drugiej stronie rzeki, ale okres awanturniczy mamy już dawno za sobą.

Przewodniczka: w Korei Półniocnej panuje silny kult jednostki, na przykład gdy młodzi ludzie biorą ślub składają przysięgę przez portretem Kim Ir Sena.

Wycieczkowicze (przeważnie w takim wieku, że składanie przysięg małżeńskich przed portretami znają z autopsji, dziś kolorowe kapelusze, lornetki, aparaty): westchnienie

Przewodniczka: w Korei Północnej nadal zdarzają się śmierci głodowe.

Wycieczkowicze: och!

Przewodniczka: Choć warunki są cieżkie, to, ponieważ dla tych ludzi naczelną wartością jest patriotyzm i niepodległość, to chociaz żyją w wielkiej biedzie, są zadowoleni z życia. Zaraz będziemy mijać wille, które pobudowano na brzegu dla dostojników.

Mijamy te wille, w oknach czarno, część otwarta, część ma folię zamiast szyb, w środku nie widac żadnych mebli, tylko puste ściany. Na brzegu kucają ludzie, myją warzywa, piorą. Przewodniczka mówi, że to “baixing”, czyli zwykli ludzie, z domków za willami.

 

Ja (tzn. mi wyrywa się): ale czy na pewno nadal ktoś w tych willach mieszka?

Przewoniczka: tak, jak najbardziej.

Wycieczkowicze (celują aparaty i lornetki, poprawiają okulary): niemożliwe!

Wille po koreańskiej stronie

Na statku jest Peter, właściciel kawiarni “z najlepszą kawą na chińskim brzegu Yalu” – jak informuje wizytówka, którą nam wręcza zapraszając po południu na kawę. Wsiadł na statek z żoną i dziećmi, są tutaj od kilku lat. Peter trzyma w ręku reklamówkę z gigantycznymi parówkami. Gdy przybliżamy się do koreańskiego brzegu, bierze po kolei te parówki i z całej siły, aż napinają mu się żyły na szyi, rzuca w stronę ludzi kucających na brzegu. Parówki lądują w wodzie przed ludzmi, ale nikt jakoś się na nie nie rzuca, dalej myją te swoje warzywa. Ogorzali, smagli, szczupli. Peter ciska tłustą parówkę w stronę 11, 12 letnich chłopców kucających na brzegu. Ich miny tężeją, jeden z nich chwyta przybrzeżne kamienie, słyszymy głośny łomot – trafiają w burtę. Patrzymy po sobie z J. Jest nam bardzo, bardzo niezręcznie. Czy w oczach i myślach chłopców jest oczywiste, że “amerykański szakal” z nienawiścią i wściekłością rzuca w stronę Korańczyków i Korei kamienie? Skoro bestalsko zabijał niewinne dzieci, torturował je podczas wojny a teraz pragnie tylko krzywdy Korei, czy parówka w jego dłoni nieubłaganie zmienia się w oczach ludzi w kamień? A może raczej parówka jest parówką i to złości jeszcze bardziej, ta jałmużna rzucana z łódki ukapeluszonych, obwieszonych aparatami bogaczy?

Chłopiec pośrodku ma w ręku kamień

Patrzymy na te domy, widać że noszą na sobie znaki powodzi z ubiegłego roku. “Tu na brzegu były pola kukurydzy, ale zalało” – mówi przewodniczka. Na szuwarach wyrzucone łodzie i małe statki z północnokoreańską flagą. Patrzymy na chiński brzeg. Wieżowce, drapacze chmur, osiedla, domy towarowe zbudowane zostały na sztucznie podniesionym i utwardzonym brzegu, powódz nawet ich nie tknęła.  Mkniemy z powrotem w stronę wieżowców, reklam i fontann.

strona koreańska, strona chińska

strona chińska

Nocą każdy wieżowiec, każdy dom mieszkalny nadbrzeża będzie podświetlony milionem kolorów, gigantyczna fontanna będzie wyrzucać barwne kaskady wody. Ludzie przyniosą instrumenty, mikrofony, magentofony. Zaczną się tańce, śpiewy (mieszkańcy miasta w pawiloniku nad brzegiem urządzili sobie konkurs śpiewania “czerwonych pieśni” – gorączka śpiewania czerwonych klasyków, jako, że wielkimi krokami zbliża się 90-lecie Partii, sięga właśnie apogeum, wywołując jedocześnie gorącą dyskusję). “Ona prowadzi nas do szczęęęściaaaaa” – niesie się na drugi brzeg. Można kupić latarnię unoszoną płomieniem i puścić ją wolno. Mozna kupić zimne ognie.

Sztuczne ognie w stronę Korei

To nadbrzeże, te podświetlenia, te budynki to prawdobodpobnie jedna z największych i najkosztoswniejszych reklam świata. Reklamowanym produktem są reformy na wzór chiński. Te, o których zawsze wspomina premier Wen, gdy ogarnięci gorączką dziennikarze pędzą przez pół kraju w celu sfotografowania niemal nieuchwytnego pancernego pociągu widma, którym, ostatnio bardzo często, przybywa do Chin Kim Jong Il. “Miejmy nadzieję, że celem tej wizyty jest uczenie się, jak przeprowadzać reformy i otwiarcie kraju” – za każdym razem powiada Wen.

(w stronę Korei Północnej. Drugie zdjęcie pierwszy plan (ciemne zarysy)- pozostałości zbombardowanego mostu

“Macie piękne i nowoczesne miasto” – mówię do mieszkańców, którzy zagadują mnie, gdy tak spaceruję po wieczornym, migającym wybrzeżu. “A ta promenada, to jakby taka wielka reklama Reform i Otwarcia”. “Podoba się?” – ciesza się mieszkancy. “Ale jaka tam reklama, do kogo, skoro po drugiej stronie nikt nie mieszka, jest tylko ta ruina papierni, krzaki i jakaś mała wioska” - patrzą na czarny drugi brzeg, oświetlany dalekim blaskiem “naszej” promenady i światłem wschodzącego właśnie, wielkiego, pomarańczowego księżyca. Na drugim brzegu jest tylko jedno źródło światła. Paredzesiąt metrów od mostu, około 100 metrów wgłąb brzegu, z ciemności wychodzi silny, tajemniczy snop jasności.

Ja (ostroznie): patrzyłam na zdjęcia satelitarne, wydaje się, że tam jest miasto o powierzchni niewiele mniejszej od waszego Dandongu, Sinŭiju, czwarte co do wielkosci miasto Korei Północnej…

Chór starszych panów: niemożliwe!…Miasto??

Ja: Jest duże miasto, tylko mają problemy z elektrycznością…a widzicie panowie tam z ciemności wychodzi snop światła, patrzyłam na tych zdjęciach satelitarnych, tam jest posąg Kim Ir Sena, to właśnie od niego bije to dziwne światło w ciemnościach.

Starszy pan w podkoszulku (gniew na twarzy, potrząsa głową, gestykuluje): a, bo tam rządzi ta sama mafia co i kiedyś u nas…

Pan w koszulce w paski: a, bo on to nasz naczelny buntownik…(klepie pana w podkoszulku w ramię, wszyscy się śmieją, zaczyna się wypytywanie o Polskę)

Dandong (lewy brzeg) i Sinŭiju (prawy brzeg)

Plac Kim Ir Sena w Sinŭiju. Wieczorem jest jedynym widocznym z chińskiej strony źródłem światła w Sinŭiju.

W następnym odcinku: Korea Północna z naprawdę bliska, o tajemniczych “kominach” na koreańskim brzegu, o antycznym rowerze made in “mała Japonijka”, o prawdziwym przerwanym moście i o północnokoreańskich dziewczętach.

 

26

06 2011

Mur, morze, mur

Po wielu tygodniach podchodów i czyhania, udało nam się wreszcie wyrwać z Pekinu (“tego złego rekinu”, jak pisał Barańczak). Biały, delfinodzioby pociąg Harmonia uwozi nas starą, wytyczoną jeszcze za czasów półkolonialnych, trasą kolei Pekińsko-Mukdeńskiej (Mukden to dzisiejszy Shenyang), na Północny Wschód. W połowie drogi do Shenyangu znajduje się jedyna stacja, na której zatrzymuje się biała nitka Harmonii pomiędzy Pekinem a Shenyangiem – to małe miasteczko Shanhaiguan. Kolej dotarła tutaj w 1893 roku, tutaj Wielki Mur, trochę jak wielka rzeka – wpada do morza.

Widziałam już wiele miasteczek-wydmuszek, miasteczek, gdzie (re)konstruuje się “sztuczną” tradycję – bardziej kolorową, bardziej rzeźbioną, z większą ilością lampionów, ale z mniejszą (znikomą) ilością mieszkańców, życia. Przed przyjazdem do Shanhaiguan wiedziałam już, że miejsce to spotkało szczególnie straszny los – stare siheyuany, stare ulice zostały w 2006 dosłownie wyssane z miejsca, a na ich miejscu powstały 仿古建筑 – rozbuchane podróbki starej architektury. Pozostał tylko (oczywiście po odnowieniu) stary mur miejski (jedna ściana tego muru jest częścią Muru, który parę kilometrów dalej na wschód wpada do morza).

Wychodzimy z dworca przyozdobionego dwoma wieżami z zegarami wielkości karuzeli i doklejonym czerwonokolumnowym pawilonem na szczycie i idziemy w kierunku widocznego muru miejskiego. Widziałam wioski i miasteczka otoczone murami, taki mur to jak skóra zwierzęcia – chroni kompletny organizm o własnym porządku. W Shanhaiguan mur nie chroni już nic – wchodzimy przez wielką bramę i widzimy… rozległy trawnik, kilka wątłych drzewek, powieszone wzdłuż ulicy “tradycyjne” lampiony. Gdzieś dalej kilka starych-nowych budynków rzeźbionych i malowanych bogaciej niż Pałac Letni. Znowu mam poczucie, że się spóźniłam. Jednocześnie czuję wściekłość za zniszczenie miasteczka, choć go nigdy nie poznałam. Czuję też, że powinniśmy wynieść się szybko z powrotem przez bramę, bowiem biegnie do nas tłum naganiaczy, wykrzykując koślawym angielskim nazwy jakichś “atrakcji” do zwiedzenia i hoteli “w których laowaje się zatrzymują”. Boję się, że tym razem mój instynkt wycieczkowy zawiódł i że się przemordujemy zanim wrócimy do Pekinu.

Uciekamy więc z wydmuszki, znajdujemy hotel blisko dworca i, porzuciwszy graty, wyminąwszy nielegalne taksówki oferujące nam uwiezienie w kierunku najróżniejszych atrakcji, jedziemy podmiejskim autobusem na plażę, tam gdzie Mur wpada do morza. Problem w tym wszystkim taki, że Mur prawdziwy już dawno do morza wpadł, zaś to, co obecnie można zobaczyć, to rekonstrukcja z lat 80-tych. Ale chcemy przynajmniej usiąść na plaży i np. zobaczyć horyzont. Wymijamy kolejną porcję naganiaczy, którzy z całych sił chcą nas wepchnąć za jedyne 160 yuanów w obręb “Smoczej Głowy”, czyli końca czy tam początku Muru i idziemy kierując się głównie węchem na plażę. Prowadzi do niej tunel przez Mur.

Na plaży są muszle, są wodorosty, są też wyposzczone i niepojone konie dla turystów i kilku turystów. Na plaży jest rzecz jasna i Mur, z plaży jest widok na gigantyczny port towarowy (już w Liaoningu, czyli po barbarzyńskiej stronie Muru) i na zatokę Bohai. Horyzont usiany jest tankowcami czekającymi na wejście do portu. Patrzymy na majączące w oddali sylwetki portowych dźwigów, pobliską sylwetkę Muru, wrzucamy jeszcze żywe małże do wody.

Po wrzuceniu pewnej ilości małży do wody, znalezieniu muszli w kształcie pandziej głowy i wspięciu się na niebiezpieczne przybrzeżne skały, wracamy tunelem przez Mur, siadamy na przydrożnym murku i przyglądamy się ciężarówkom pędzącym przez tunel w stronę Liaoningu. Po lewej stronie drogi, po lewej stronie tunelu jest rekonstrukcja Muru idąca do morza. Postanawiamy sprawdzić, co jest po prawej stronie drogi i prawej stronie tunelu – czy z Muru cokolwiek zostało? Wspinamy się ścieżką w haszczach po nasypie wzdłuż drogi, odgarniamy jakieś małe akacje. Jeszcze trochę do góry i jesteśmy. Na wąskim, ciągnącym się w dal, w wioski, zielonym podłużnym pagórku o ściętym wierzchu. Skaczą sroki, latają muchy. I jakby nie słychać ciężarówek. Jesteśmy na prawdziwym Murze. Ponad 600-letnim. Wedle mapy, która zaznacza ten fragment charakterystyczną, ząbkowaną linią, że niby baszty, Mur biegnie na wschód, aż przerodzi się w mury miejskie “wydmuszki” a stamtąd pobiegnie jeszcze dalej na wschód, wespnie się na góry i dalej w Chiny, nad Pekinem, przez Shanxi, przez Shaanxi, aż po pustynie. Idziemy, według mapy do miasteczka jakieś 5 kilometrów. Mur rwie się wśród nadbrzeżnych wiosek, jest zasobnikiem piachu do budowania dla okolicznych mieszkańców, wysypiskiem śmieci, momentami ścieżką pomiędzy polami, rosną na nim konopie. Sylwetka portu-kolosa oddala się. Po “barbarzyńskiej” jak i po “cywilizowanej” stronie chlewiki, małe poletka. Od czasu do czasu nad nami huczy wojskowy samolot (za każdym razem jak przelatują, myślę o Lin Biao, który z tego samego lotniska, z którego startują, rozpoczął swoją tajemniczną i tragiczną ucieczkę).

Koniec Muru wyremontowanego, początek dzikiego, w oddali morze

Mur przecięty polną dróżką

…polną dróżką…

Od czasu do czasu Mur przecięty jest polną drogą, którą jadą trójkołówki, idą dzieci. Wtedy schodzimy po zółtym piachu, przechodzimy przez jezdnię/dróżkę/ścieżkę i wspinamy się z powrotem. Mam plażowe klapki, przez które przechodza ciernie od małych akacji. Chwasty tną nam skórę. A i tak nie możemy się powstrzymać, żeby iść dalej. Po każdym wymuszonym przez przecięcie Muru drogą zejściu, stwierdzamy, że jeszcze tylko do następnej dróżki/tylko zobaczymy, co za tym drzewem. I tak dochodzimy do miasta. Teraz po “barbarzyńskiej” stronie otaczają nas bloki, a po “cywilizowanej” chlewiki. Gdzieniegdzie pojawiają się zachowane ceglaste mury, zarysy baszt stają się coraz bardziej wyraźne. A droga coraz cięższa. Nogi mam pocięte przez trawy (ciekawskie kobity nigdy nie będą miały ładnych nóg!), zachodzi słońce a przed nami w oddali majaczą absurdalne wieże dworca. Na trawach Muru łopoczą plastikowe torby. Mur przecina szeroka ulica, trzeba zejść.

zarysy baszt są wciąż bardzo wyraźne

dalej się nie da

Miasteczko jest już blisko, klapki na szczęście nie rozpadły się, kolce wyciągam na bieżąco. Kierujemy się w stronę dworca, przy którym jest nasz hotel. Depresyjne bure osiedla, takie jak mogą być tylko w Dongbei. Mijamy wyglądające jakoś absurdalnie w tym wszystkim budynki. Czerwona cegła, kilkupiętrowe, drewniane okna z kratownicami. Niemieckie. Ale nie, nie takie jak w Niemczech, tylko bardziej jak na Śląsku. Pociemniałe, z dobudówkami, od lat nieremontowane.
“To Wasi to wybudowali” – rozlega się za nami głos, gdy tak patrzymy na te kilka domów – “tylko zejdźcie mi z ogórków”. Patrzę na własne brudne i pokaleczone trawami stopy w nieszczęsnych fioletowych japonkach – faktycznie, niby stoją na skrawku ziemi przy ulicy, ale jednak na mikroskopijnym poletku z kilkoma sadzonkami ogórka. “Tu ci wasi jak kolej budowali, to tutaj mieszkali robotnicy, tam inżynierowie. A tu mieli kościół” – pokazuje na budynek z gotyckimi oknami połatanymi szkłem zwykłym i we wzorki. “To wasi wszystko zrobili” – uśmiecha się.

Ostatkiem sił docieramy pod hotel. Obok miło wyglądająca knajpka. Ponieważ pekińskiego jedzenia mam powyżej uszu, rzucam sie na owoce morza, ryby. “Nie możecie tego nie spróbować” – rzecze szef i przynosi niepytany specjalność zakładu – krewetki z tofu. Rzucam się. Parę godzin później, już w nocy, przyjdzie pierwszy atak zatrucia, żołądek zacznie rzucać się w niepożądanych kierunkach, a zaraza unieruchomi mnie w pokoju hotelowym na następny dzień. No więc następnego dnia słońce świeci przez firanki, morze pewnie gdzieś tam migocze, a ja leżę zielona na twarzy i oglądam program pierwszego kanału CCTV, gdzie eksperci – krytycy sztuki – zjeżdzają do różnych chińskich miasteczek i oceniają autentyczność przedmiotów, które tłumnie znoszą do prowizorycznego studia mieszkańcy – waza z dynastii Yuan oczywiście okazuje sie podróbką, naczynie do picia wina z Shangów rzecz jasna też (“pewnie zaraz wniosą Arkę Przymierza” – kwituje J.). Kaligrafia wielkiego mistrza okazuje się być nędzną podróbką. Waza z bladozieloną emalią jest prawdziwa – oczywiście z Mingów. Oglądamy zachwycone twarze tych, którzy dowiadują się, że rzecz jest warta miliony i zrozpaczone twarze tych, którzy stracili właśnie majątki (skąd ci niepozorni starsi ludzie mają pieniądze?…). Prawdziwe, fałszywe. Tutaj kryteria sa proste. Waza “qingowska” zrobiona dwa lata temu nie jest prawdziwa. A Wielki Mur z lat 80-tych? A miasto, w którym już nic nie ma?

Wieczorem, w dresie, wyczołguję się na ulicę. Miasteczko-wydmuszkę konsekwentnie bojkotujemy, kręcimy się po paskudnej, ale za to żywej nowej części miasteczka. Pod ogłuszająco brzydkim, obłożonym zapyziałym szkłem refleksyjnym domem towarowym (bazarem?) imitującym…baszty Wielkiego Muru, gra muzyka – bębny, trąbki, stoją ludzie. Trzymając rękę na zmordowanym żołądku poddreptuję bliżej. Przy mdłej żarówce w takt hipnotycznej muzyki przesuwa się barwny korowód postaci w strojach z dynastii Qing. Starsze panie, panowie poruszają się dostojnie, majestatycznie trzepoczą wachlarzami. Na końcu korowodu pląsa facet w podkoszulku i damskim stroju z Qingów. Ani się spostrzegam wciągają mnie w środek. Przed chwilą jeszcze ledwie szłam po tym zatruciu, a teraz, proszę bardzo, z potem na czole, ale tańczę – w dresie i z wachlarzem (w tańcu czy tam w biegu kłaniając się publiczności i przepraszając naookoło, że psuję widok), ale tańczę! Ludzie – tak jak mnie zresztą zapewnili, zanim mnie wciągnęli – nie śmieją się, tylko radośnie uśmiechają, pokazują kciuki do góry, machają, krzyczą: “dalej! Super!”. Przyglądam się bliżej strojom “z epoki” – z taniutkich materiałów, koraliki na “koronach” z plastiku, gdzieniegdzie wystaje zwykły podkoszulek, zwykłe tenisówki.

Następnego dnia kolejny odcinek Muru. Tym razem wracamy z podnóża gór, tam, gdzie zaczyna sie “oficjalny” górski turystyczny odcinek Muru, który chcieliśmy zwiedzić jak ludzie, bez kolców i tnących skórę traw, ale był zamknięty. Do miasteczka. Znowu – przekleństwo – 6 kilometrów chaszczami, bo nie mogliśmy się powstrzymać. Na zdjęciach:

Polecam powiększenie zdjęcia, bowiem pokazuje oryginalny sposób sztukowania Muru

przed wejściem na dziki Mur wespniemy się jeszcze na tę basztę

Mur odnowiony spotyka się z dzikim – my pójdziemy dzikim

te białe punkciki to kozy

Mur przecina autostrada do Shenyangu, przy Murze na wysokości autostrady mała wioska ze szpitalikiem z lat 50-tych z rodzaju, który w miastach można oglądać tylko na filmach. Byłam w środku, ale mam wrażenie, że sympatyczni mieszkańcy wioski nie chcieliby, żebym zamieszczała zdjęcia na blogu

Niegdyś hala zebrań, dziś mały zakład naprawczy- z bramy po chwili wychodzi czterech pracowników i nas zagaduje

 

Mury miejskie – jednak tam weszliśmy. O miasteczku-wydmuszce mam nadzieje jeszcze napisać w oddzielnym poście

07

06 2011