Archive for August, 2011

Polsko! Z perspektywy…

TMS to taka chińska BXY, tyle, że młodsza. TMS obejrzała więcej polskich filmów, niż BXY. Wie, że Seksmisja i Miś to filmy kultowe, wie, że teraz w każdym filmie musi grać jak nie Borys Szyc, to Paweł Małaszyński. A w superprodukcjach obaj. TMS otwiera książkę Gretkowskiej, czyta przez chwilę i znajduje chochlik drukarski (tego akurat BXY w literaturze chińskiej nie podejmuje się robić, no chyba, że to jakiś chochlik ewidentny, można by rzec, samooskarżający się). TMS wiezie do domu po dwóch miesiącach w Polsce górę książek. Pomiędzy jednym a drugim moim tłumaczeniem (niesamowite, ileż chińskich delegacji przyjeżdza teraz do Polski!), korzystając ze sposobności, idziemy do kina. “Tylko koniecznie na film polski!” – ostrzega TMS. O film polski w Polsce równie łatwo, co o film chiński w Chinach. Do tego jest i trudność dodatkowa – bo TMS właściwie wszystko już widziała.
Borys Szyc. Ok, czyli film polski. Mówię Szyc, myślę współczesne polskie kino, ba może i Polska-sama-w-sobie! Marian Dziędziel – TMS zna, widziała go na Rynku w Krakowie z wnuczkiem (ja na razie nie wiem, kto to, ale skoro był na Rynku…). “Odkąd Paweł (Szyc) rozkręcił wraz z ojcem Zygmuntem (Dziędziel) wspólny interes, jego rodzina zaczyna coraz optymistyczniej patrzeć w przyszłość. Ich marzenia o dostatnim życiu przekreśla pewnego dnia artykuł, który godzi w dobre imię Zygmunta” – zagaja recenzja. Idziemy! W końcu obie lubimy oglądać Szyca (Polskę!), jak się wije w okolicznościach trudnych. Idziemy na film “Kret”.
Kto nie oglądał – temu mini streszczenie. Wspomniany w recenzji oskarżycielski artykuł nie tylko przekreśla marzenie rodziny o dostatnim życiu, ale po prostu przekreśla możliwości pokazania się na ulicy niedużego śląskiego miasta, gdzie mieszkają. Artykuł oskarża bowiem ojca, że jako szef Solidarności w pewnej kopalni był agentem bezpieki, że umyślnie sprowokował zamieszki, w których zginęli górnicy. Od “Kreta” i jego rodziny odwracają się właściwie wszyscy, aż do czasu, gdy pewien emerytowany kapitan bezpieki zaprzeczy na sali sądowej, że miał agenta w rzeczonej kopalni wśród przywódców Solidarności. Życie znowu uśmiecha się do starszego człowieka uśmiechami “znajomych” z każdej strony. Dopóki… reszta w kinie, kto jeszcze nie widział, nie będę zdradzać dalszego ciągu.
Oglądam na przemian film i twarz TMS. I czuję, że i polski i chiński mnie zawodzą, gdy chcę sprawić, żeby TMS miała choć trochę mniej zdezorientowaną minę. Czemu nagle wszyscy znajomi odwrócili się od Dziędziela? Bo był agentem, bo był zdrajcą?…No, ale co jest złego w byciu agentem swojego kraju? Kraju? Rządu? Komunistów? Bezpieki? PRL-u? “Trzeba było wytłuc czerwonych na początku lat 80-tych!” - woła jeden z bohaterów filmu. „Co?” Jak opowiedzieć sensownie o międzypolskich podziałach, nienawiści, wierności, zdradzie? A więc jednak my i oni? Na czym polegała ta zbrodnia, o którą podejrzenie może zniszczyć całe życie? Jak to nazwać? Ja to opowiedzieć? Od czego zacząć? I na czym skończyć.
Wychodzimy z kina. Próbuję jeszcze coś mówić. O stanie wojennym, o strajkach, o tzw. socjalizmie (w Chinach “komunizm” jest określeniem pewnego stanu, do którego według marksizmu ma dążyć ludzkość, nie jest używana jako nazwa ustroju) w Polsce. Gdy mówię po polsku, co chwila gryzę się w język, bo pewne określenia, wyrażenia same cisną się na usta, nie wiem, jak to bez nich opowiedzieć. “Ale czy ten socjalizm rzeczywiście był taki zły?” – pyta TMS.
Nazajutrz TMS biega po mieście i coś załatwia, ja też. Dzwoni spod chińskiej Ambasady, głos pełen emocji: “słuchaj, pod Ambasadą stoją ludzie z transparentami, krzyczą, trąbią, trochę się na mnie dziwnie patrzyli”. Idę w stronę Ambasady. W Parku Krasińskich widzę drobną sylwetkę TMS jak zmierza mi na spotkanie. Na Bonifraterskiej obok autokaru grupka ludzi. Zakłada czapeczki, szykuje transparenty. Nadziewają białą tkaninę na ramę, która nadaje transparentowi kształt husarskiego skrzydła. “To jest właśnie Solidarność, ta z wczorajszego filmu” - mówię do TMS.

Zagaduję drobną blondynkę w związkowej koszulce. To protest przeciwko chińskiemu pracodawcy z pewnej firmy na Śląsku. W odpowiedzi na żądania podwyżek, zwolnił z pracy przewodniczącego Solidarności w zakładzie. „Złamał postanowienia i polskie prawo!” - mówi do nas stanowczym głosem Solidarność nakładając czapeczki. Pojawia się zwolniony szef. “A wy, kim jesteście?” – zagadują związkowcy. Przedstawiam siebie, jako tłumacza, a TMS jako chińską studentkę i przyjaciela Polski. Związkowcy witają ją, uśmiechają się, podają ręce. Patrzę na TMS, jest ogromnie zakłopotana: “Tak mi przykro, tak mi przykro!” – mówi bardzo poruszona.
Siadamy na skwerku i obserwujemy protest. Z boku jest policja, ale tylko obserwuje. “Patrz, grają w ping ponga!” - zauważa TMS. Tak. Solidarność przed Ambasadą gra w ping ponga, dmie w trąbki, a od Placu Krasińskich idą media w postaci dziennikarki Polskiego Radia. Jadą samochody, idzie pan z psem, zwykły warszawski dzień. Wracamy do domu, zrobię obiad.
“Siedzę już w samolocie” – jeszcze kiedy byłam na dziesiejszym spotkaniu, doszedł do mnie sms – “nie udało mi się zabrać wszystkich książek, część Ci zostawiłam, przeczytasz sobie, dzięki za wszystko!”. To TMS. Gdy rano jadłam śniadanie, ona snuła się jak duch po moim mieszkaniu, próbując spakować te wszystkie kawałki swojego polskiego życia. Magazyny, książki, filmy na dvd, ciuchy z Bershki.“Źle spałaś?” – zapytałam podejrzliwie, pewna, że odkąd wywaliłam z łóżka materac i zastąpiłam go deską i ogólnie rzecz biorąc wykonałam szereg czynności, które mają sprawić, że mniej mnie będzie bolał kręgosłup (od czasu oddzielenia mnie od mojej doktor medycyny chińskiej, igieł, baniek etc., ból kręgosłupa znowu staje się trudny do zniesienia, imam się wszystkich sposobów), nocleg w moim domu dla gościa pełnosprawnego, bez bóli krzyża, będzie męką. “Tak mi żal wyjeżdżać z Polski” – mówi smutna i niewyspana TMS.
A teraz ona leci, leci nad Azją Centralną, lecą książki, lecą filmy, leci Borys Szyc i Paweł Małaszyński, lecą letnie ubrania, a ja wracam do domu ze spotkania z chińskimi gośćmi. Jestem ciekawa, które książki zdecydowała się zostawić. Proszę! Zabrała opasły tom o PRL-u prof. Friszke. I Stasiuka. I Pilcha. I „Koniec świata w Breslau”. Zostawiła Gretkowską. Leży przy letnich sandałkach, które nie zmieściły się do walizki. “Madeleine Albright, pierwsza kobieta mianowana sekretarzem stanu, wylądowała na Marsie męskiej władzy” – czytam pierwsze zdania powieści, które pewnie, wraz ze wspomnianym chochlikiem drukarskim, sprawiły, że TMS uznała, że nie jest to artykuł pierwszej potrzeby, że lepiej będzie Polski się uczyć z innych źródeł. Powodzenia w tej ciężkiej i czasami niewdzięcznej pracy. Dziękuję!

Tags:

29

08 2011

Rozproszenie. Za Chiny Ludowe!

Gdy ostatni karton z pekińskimi rzeczami jest już zapakowany, SSL jest w Oslo. To dopiero kilka dni po zamachu, SSL idzie pod rządowy budynek i do pobliskiej świątyni. Widzi kwiaty i pluszaki na posadzce. Kiedy wsiadam po raz kilkunasty w moim życiu w samolot, który przewiezie mnie przez całą Azję, właśnie wtedy prawdopodobnie SSL patrzy na kawior, na wielką puszkę kawioru, która kosztuje tylko kilkanaście koron (tyle, ile posiłek w Mcdonaldsie). “Takie tanie, pewnie niedobre, musi być jakiś haczyk” – mówi do siebie i wędruje dalej. Chodzi po Oslo, podobnie, jak wcześniej po Barcelonie, Amsterdamie, Neapolu, Wiedniu na piechotę, żeby oszczędzić pieniądze. Od miesiąca śpi już tylko w salach wieloosobowych koedukacyjnych (czego nie znosi).
Kiedy samolot leci ponad Syberią, otwieram wreszcie jedną z gazet, które kupiłam wieczorem przed wyjazdem (wtedy, kiedy przy kiosku podszedł do mnie młody dziennikarz, który po kilku minutach rozmowy krzyknął “Boże, czemu ja Cię wcześniej nie spotkałem?!”). Autor tekstu dwoi się i troi, żeby tylko wytłumaczyć czytelnikowi, co to prawica, co to skrajna prawica, jak to jest, że ktoś porywa się na rząd i jego młodzieżówkę, bo jest za dużo emigrantów.

Gdy czekamy z J. na Dworcu Centralnym, komunikaty zlewają się w jedno. Berlin? Lublin? Odjedzie? Przyjedzie? Biegniemy po pojaśniałym, lecz wciąż spowitym w folie i usłanym pędzlami Centralnym, bo pociąg z Berlina właśnie wjechał, ale na zupełnie inny tor, niż mówili.
SSL wysiada. Plecak. Schudła od tego włóczenia się dwa miesiące po Europie, a skóra – o zgrozo – pociemniała do koloru skóry shan mama – mateczki z gór. Ale ta podróż była jej bardzo potrzebna. Z dala od zgiełku Taipei, stresów Szanghaju, chciała poczuć samotność. Rozważyć, czy chce piąć się wyżej (wyobrażam sobie, jak jej ojciec, polityk Kuomintangu, byłby dumny, gdyby tylko jakoś z wysokości mógł zobaczyć, jak ta młoda kobieta o bardzo długich oczach i dołeczkach w policzkach sobie radziła podczas ostatniej kadencji, jak stawiała czoło mafii i stawiała ławki dla starszych na skwerkach). Czy zostawić to teraz, przed progiem polityki ogólnotajwańskiej i iść w biznes? A ja? Ja przez te dwa miesiące chodziłam po łysych górach Mongolii Wewnętrznej, od jednego do drugiego kamiennego okrągłego ołtarza, a każdy z nich powiewał na stepowym wietrze tysiącem warstw wypłowiałych flag modlitewnych. Zastanawiałam się, jakie mam jeszcze możliwości. Potem po pustyni. Potem po Pekinie, żeby zamknąć jakoś to moje chińskie życie. Wyszło trochę niezgrabnie, koślawo, niezręcznie, jak i zresztą ono samo.

Nie wiem, że cena biletu komunikacji miejskiej przez te dwa lata wzrosła o 1.10 złotego. Nie wiem, czym się różnią koleje Mazowieckie od Regionalnych. Nie wiem, że bilety na autobus można kupić w automacie na przystanku. Gdy niemal wpadam na taki automat, wrzucam pieniądze i odchodzę. Zapomniałam biletu. Gdy chcąc wyjść z autobusu, gdy ten zbliża się do przystanku, wstaję i idę do właśnie otwierających się ostatnich drzwi (w Chinach to drzwi wyłącznie dla wysiadających) i wpadam na tłum wsiadających starszych pań, które zaczynają na mnie krzyczeć. Nie wiem, że przejście pod Centralnym jest w remoncie, nie wiem (a może wiem, tylko chciałam zapomnieć), że w święta religijne nie można kupić nawet chleba i boję się, że nie będę wobec tego w stanie zrobić dla SSL nawet najprostszego śniadania. A może podwieczorku. Mylą mi się godziny. “Jesteś jak laowaj mówiący nieźle po polsku, chociaż…jak to? Naprawdę nie rozumiesz komunikatów na dworcu?” – mówi SSL, gdy wreszcie udaje nam się dobrnąć do autobusu.

SSL bardzo podoba się Warszawa. Jest w przeciwieństwie do Włoch, w których zalegają w miastach góry śmieci – bardzo czysta, w przeciwieństwie do Francji gdzie w okienkach odburkują coś niegrzecznie, wszyscy mówią sobie dzień dobry, no i – w przeciwieństwie od miejsc, gdzie nie ma pięknego ciętego szkła – piękne cięte szkło jest w każdym sklepie z gospodarstwem domowym. Jak je tylko otworzą po tym święcie, musi kupić! Potem ostatniej nocy, popijając Gorzką Żołądkową, będziemy pakować w folię z bąbelkami 20 kieliszków z Syrenką, z panoramą Warszawy, z orzełkiem, który będzie się jakoś tak trzepotał, trochę zresztą tak, jak Syrenka ogonem.
Ale póki co…. “Wiesz, jutro być może tak nie będzie łatwo, jedziemy do jednego z najuboższych regionów Polski” – przygotowuję delikatnie grunt. “Będziemy pewnie jechać starym pociągiem, być może ludzie będą się na Ciebie trochę patrzeć. To znaczy oczywiście nie tak, jak na mnie w Chinach!” - uspokajam, widząc pytający wzrok.

Nie ma starego pociągu – jest pociąg nowiutki i nowoczesny, trochę przypomina tramwaj. Jedzie przez zielone pola i lasy. Nikt na SSL nie zwraca uwagi. Nawet, gdy SSL piszczy – zupełnie nie jak polityk, co z mafią walczył – na widok bocianiego gniazda. Nawet, gdy piszczy jeszcze głośniej na widok bociana-samego-w-sobie. Nikt nie reaguje, gdy na widok dwóch bocianów w gnieździe dziko wrzeszczy i wyrywa mi ramię (zapomniała puścić moją rękę, gdy rzuciła się w stronę okna, palce wbite w moje ramię na widok ptaszyska trzymają).
Gdy wreszcie docieramy na miejsce, leje deszcz. SSL podbiega do starszej pani bez parasolki i chroni ją przed wodą. “Kochanieńkie, nie przejmujcie się mną” – mówi kobieta – “ja tam przez las idę, pod samą granicę, będzie ze 20 minut, gdzie wam tam iść!”. SSL obstaje, że odprowadzamy. Trzyma parasolkę, ja siatkę z pomidorkami malinowymi, kupionymi przez starszą panią w Hajnówce. Gdy nieśmiało pytam, jak dojść do rezerwatu żubrów i paru jeszcze innych atrakcji, strasza pani lepiej się nam przygląda: “och, to wy chyba nie jesteście od nas?” “No nie, np. koleżanka jest z Tajwanu”. Jasne oczy patrzą zdezorientowane. “O, to faktycznie nie tutaj, pewnie aż spod Warszawy?”

Łazimy po starym wiatraku, zachęcamy żubry i łosia do pozowania, opracowujemy plan na wypadek ataku dzika, na tle wieczornego nieba widać sylwetki dwóch zapóźnionych bocianów. Nazywamy je odpowiednio kapitalistą – zibenjia (gniazdo na dachu banku) i obszarnikiem - dizhu (wielkie, ewidentnie dziedziczone w obrębie ptasiego rodu, gniazdo na przedwojennej willi). W nocy po miłej pogawędce ze sprzedawcą (kłania się szastając blond grzywką o ladę, niby po chińsku, żeby uhonorować pierwszego tajwańskiego gościa, któremu sprzedaje Żubrówkę), wracamy z małą latarką i wielką butelką, a kucharz naszego pensjonatu (mieszkał 6 lat, zaraz po wojnie, w Wietnamie) pyta, czy czegoś byśmy jeszcze nie zjadły (chętnie da szynkę z dzika…). Coś pohukuje (pewnie mi w głowie Żubrówka). “Ale wy pięknie potraficie chronić własną przyrodę” – mówi SSL i patrzy w czarne za oknem – w stronę białoruskiej granicy. Chwilę później, gdy pohukiwanie się nasili, opracujemy kilka planów, jak dyskretnie zasłonić Pałac Kultury, żeby przestał tak dominować (może przysłonić liśćmi?….dać na nim Mr Smileya? A może namiocik?… Chociaż mi tam się podoba, trochę jak Empire State Building, ale jestem tylko laowajem, z pewnością się nie znam”)

Na Dworcu w Białymstoku pusto. Od czasu do czasu podjeżdżają stare autosany, ale prawie nikt nie wsiada, choć strajk na kolei, a po torach obok zmyka jedynie w stronę zajezdni lokomotywa (“jak byłam w Mediolanie, strajk obejmował wszystkie środki komunikacji i nikt nikogo nie informował, kiedy się skończy, wszyscy tylko mówili „może”, mówili “proszę pytać około szóstej”). “Czemu one mają takie okrągłe tyły?” – dziwi się SSL patrząc na przyjeżdżające i odjeżdżające autosany. “Bo tak było modnie w latach 60-tych” – odpowiadam. Po nas przyjeżdża nowiutki busik mercedesa. “Co za piękny busik, mało gdzie widziałam takie ładne środki transportu. Tylko dlaczego muszę zapiąć pasy?” – dziwi się SSL. “Bo nie będziemy jechać po autostradzie, tylko po drodze z jednym pasem ruchu i drugim z naprzeciwka”. Strach w oczach. Pewnie miała mniejszy, jak szef lokalnej mafii przez pośredników zaproponował jej spotkanie w górach.

Coś mnie ściska, gdy wsadzam SSL do pociągu. Najpierw skończyło się moje chińskie życie. Ot tak, choć znaki jego końca widziałam od jakiegoś czasu. Teraz odjeżdża osoba tak podobna do mnie – chińska, ale laowajska. Rozumiejąca, ale obca. Obca u siebie, obca w Chinach, obca tutaj. Wracam do domu – teraz już idzie mi to lepiej – bilet, autobus, drzwi środkowe, tylko wcześniej stanąć przy nich, wysiąść, potem czekać na zielone, przechodzić na przejściu i nie na ukos. Gotowe!

Na mojej klatce wiele mieszkań zmieniło przez te dwa lata właścicieli. Zawieruszyli się gdzieś ci, którzy jako dwudziestokilkulatkowie wprowadzali się tutaj, gdy tylko polepiono z gruzów Getta wielkie cegły i zbudowano z nich – na piwnicach i fundamentach wypalonych kamienic osiedle – Muranów. “Pan mnie chamsko okłamuje!” – słyszę krzyk kobiecy dochodzący z mieszkania na parterze, tam gdzie mieszkało starsze małżeństwo. Teraz, przez niegdyś obstawione paprotkami, a dziś puste okna sypią się gruz i krzyki. “Co pan powiedział, hę? 300 złotych, tak, czy nie?”. “Ale kochanieńka, 300 na dzień, nie za dwa dni!”. “No nie, no!!….” “No przecież nie będę robił za 150 złotych na dzień, to jakieś kpiny” – rozlega się głos majstra.

Ja na razie tylko wiem, że strona tłumaczenia na chiński kosztuje połowę tego, co dwa lata temu. Żeby zarobić tyle, co ten majster, musiałabym tłumaczyć ok 6 stron na dzień. Przy założeniu, że w ogóle dostanę je do tłumaczenia, rzut okiem na polski internet uświadamia mi, że nie brakuje ludzi, którzy są skłonni odklepać cokolwiek za mniej. “A co to niby takiego, umowa spółki?” – poucza mnie szefowa biura tłumaczeń – “to prościusieńka sprawa – właśnie akurat na 60 brutto za stronę”. Zrobię? Nie zrobię? Czy mogę powiedzieć „za Chiny”?…

Wczoraj ostrzygłam połowę włosów na 4 milimetrowego jeża (druga połowa formuje nieco opadającego, ale bojowego grzywkopodobnego irokeza). Po raz pierwszy od chyba matury założyłam kupione kiedyś, a nigdy nie noszone arcywysokie szpilki. “Co to za szpile?” – patrzy w sposób zdezorientowany mój nagle zmalały ojciec. To? To mój strój wojenny.

21

08 2011