Archive for the ‘General’Category

Z historii jednego pożaru

Wchodzę na krajowej Gazety stronę i rzuca mi się w oczy tytuł: “Tragiczny pożar w nielegalnej szwalni w Pekinie – 17 ofiar”. Treść artykułu wygląda tak:

Jak podaje [nazwa źródła], w pożarze ranne zostały także 24 osoby. Ogień zauważono nad ranem. Według relacji świadków, płomienie szybko objęły czterokondygnacyjny budynek, położony w południowej części Pekinu.

Na zapleczu nielegalnej szwalni znajdowało się miejsce do spania dla robotników sezonowych. Większość ofiar śmiertelnych to osoby, które zmarły w wyniku uduszenia się dymem.

W dzielnicy Daxing, gdzie doszło do tragedii, znajduje się wiele tego typu małych zakładów produkcyjnych. Część z nich działa bez odpowiednich zezwoleń.

Nocą pomieszczenia wykorzystywane są jako tanie miejsca do spania dla robotników sezonowych. W małych pokojach na kilkupiętrowych pryczach często śpi nawet kilkanaście osób. Jak podaje Xinhua, większość ofiar śmiertelnych pożaru to właśnie robotnicy sezonowi.

Wchodzę na pewien wielki chiński portal informacyjny. Jest artykuł, “Poważny pożar w pekińskim Daxing – 17 ofiar śmiertelnych i 24 rannych”:

O godzinie 1:13 nad ranem, na ogólny numer alarmowy 119 napłynęło zgłoszenie o pożarze w budynku mieszkalnym w dzielnicy Daxing. Po odebraniu informacji policja natychmiast zebrała 7 zastępów straży pożarnej, 27 wozów strażackich i blisko 200 policjantów i ratowników, którzy zostali wysłani na miejsce by ugasić ogień i ratować życie. O godzinie 2 nad ranem ogień został ugaszony. Wedle wstępnych szacunków ogień spowodował śmierć 17 osób i obrażenia u 24, 30 osób wypuszczono po badaniach. Obecnie ranni przebywają w szpitalu, gdzie otrzymują pomoc lekarską.

Wydarzenie zostało potraktowane z powagą przez Miejski Komitet Partii i Urząd Miejski. Członek Centralnego Biura Politycznego KPCh, Sekretarz Miejskiego Komitetu Partii Liu Qi i Wice-Sekretarz Miejskiego Komitetu Partii, Prezydent Miasta Guo Jinlong udali się na miejsce, żądając, aby z całych sił ratować poszkodowanych i wykonać odpowiednią prace, aby naświetlić przyczyny tragedii. Wiceskretarz Miejskiego Komitetu Partii, przewodniczący Miejskiej Rady Politycznej, sekretarz Rady Polityczno-Prawnej Miejskiego Komitetu Partii Wang Anshun, członek Miejskiego Komitetu Partii, sekretarz… [i jeszcze 4 określenia] udali się na miejsce aby organizować akcję ratunkową. Wang Anshun, otrzymawszy pełnomocnictwo Ding Xiangyanga i Guo Jinlonga udał się do szpitala, aby koordynować akcję pomocy poszkodowanym.

Zarząd Miasta zadecydował, że inspekcja bezpieczeństwa, policja i tym podobne służby uformują specjalną jednostkę do badania przyczyn tragedii, naświetlenia ich i surowego pociągnięcia do odpowiedzialności winnych zgodnie z prawem, zarząd dzielnicy utworzył zaś jednostkę likwidującą skutki tragedii. Obecnie trwają prace dochodzeniowe.

I ta sama historia z innego wielkiego chińskiego portalu informacyjnego: “Budynek w pekińskim Jiugongzhen, w którym powstał pożar zaliczał się do budowli nielegalnych”

25 w nocy w pekińskiej dzielnicy Daxing miał miejsce poważny pożar, wstępnie mówi się o 17 ofiarach śmiertelnych i 24 rannych. Jak poinformował reportera zastępca straży pożarnej dzielnicy Daxing, Chang Hongyan, wedle wstępnych szacunków, wszystkie ofiary i ranni pochodzili spoza Pekinu.

Jak powiedział Chang Hongyan, budynek w którym doszło do pożaru, należał do kobiety o nazwisku Zhang i zaliczał się do budowli nielegalnych. Parter budynku wynajmowany był przez parę z Chongqingu, która prowadziła tam szwalnię o nazwie „Szwalnia Yuyun”, pracowało w niej kilkanaście robotników, wedle wstępnych ustaleń zakład nie miał zezwolenia na pracę, zaliczał się do zakładów nielegalnych. Na kolejnych piętrach budynku znajdowały się dormitoria dla przyjezdnych spoza Pekinu.

[dalej następuje opis wyglądu budynku po pożarze]

Chang Hongyan ujawnił, że za szwalnią znajdowały się niewielkie drzwi prowadzące do dormitorium, gdzie mieszkało kilkanaście osób. Wedle wstępnych osądów, źródło ognia znajdowało się na parterze, ofiary również znajdowały się na parterze.

“dziś ustaliliśmy, że idziemy na tę samą zmianę, wczoraj wieczorem jeszcze byliśmy razem” – mówi pan Li z Anhui, który przyjechał do Pekinu pracować dorywczo. Dwie osoby z jego miasteczka mieszkały w budynku, który uległ pożarowi, obecnie nie można się z nimi skontaktować.

Według Chang Hongyan, większość ofiar śmiertelnych uległa uduszeniu. Szef szwalni został poparzony i obecnie znajduje się w szpitalu. Właściciel budynku nie mieszkał w nim.

Obecnie trwają prace na miejscu i nad ustaleniem przyczyn wypadku.

 

Pomijam w tym wpisie stronę GW (na której, jak wiadomo, Chiny pojawiają się przeważnie w kontekście jakichś tragedii, krzywd i prześladowań – np. wczoraj zatrzymanie w mojej dzielnicy kilkuset zwolenników pewnego nielegalnego tutaj niewielkiego odłamu chrześcijaństwa) – czym się różnią od siebie pozostałe dwa źródła i ich sposób pisania? Podpowiem – jedno medium to agencja Xinhua – państwowe, podlegające bezpośrednio Radzie Państwa i Departamentowi Propagandy KPCh (ostatnio zmieniono tej jednostce jej angielską nazwę na “Publicity Department”, bo raz, że na Zachodzie propaganda źle się kojarzy, a dwa, że chińskie 宣传 jednak ma trochę inne zabarwienie). Drugie z mediów to dziesiąta najpopularniejsza witryna świata – QQ – medium prywatne (jak to się ładnie tu mówi, żeby nie nadużywać słowa “prywatny” – 草根企业 grassroot company, czyli, że “inicjatywa oddolna”), notowane na giełdzie, dużą część udziałów ma Naspers. Xinhua najczęściej nie dopuszcza w ogóle opcji komentowania pod artykułami, QQ to przede wszystkim wielki portal społecznościowy i komunikator, mieści też w sobie rozległe fora. Która informacja pojawiła się na którym z portali?

Tak, oczywiście, że ten artykuł skrojony wedle nieśmiertelnego modelu, że “owszem wydarzyła się tragedia, ale wszystkie służby i oficjele własnymi rękoma przez ustne polecenia i osobistą troskę przywróciły już porządek” pojawił się w medium prywatnym, czyli na QQ. I tak, informacja o nielegalnym zakładzie, który nie miał zezwoleń, gdzie za dnia pracowano a w nocy spano w tłoku na zapleczu, pojawiła się na portalu agencji Xinhua, podlegającej bezpośrednio Partii.

Panuje – także i wśród niektórych kręgów tutaj – opinia, że media niecentralne czy niepaństwowe (najlepiej z “nanfang” – czyli “Południe” w tytule, żeby pokazać, że nie północne, czyli nie-pekińskie) lepiej informują. Oczywiście tego typu opinie nie imają się starszego pokolenia, które nadal jest absolutnie przekonane, że jedyna prawda daje się wyczytać z Renmin Ribao (opowiadano mi, że przy najmniejszej próbie podważania, pewien teść, laoganbu – stara gwardia – nieomal dostaje zawału, tudzież chce bić kapciem, więc od paru lat cała rodzina po prostu mówi “ale tak, tak, oczywiście”).

No więc co się dzieje? Media prywatne przy publikowaniu wiadomości muszą czerpać wzór z mediów centralnych i agencji Xinhua, albo po prostu pisać za nią, portale internetowe nie mają prawa przeprowadzać niezależnych śledztw dziennikarskich. Pożar wydarzył się w nocy, żeby przyciągnąć czymś z samego rana czytelnika i zwiększyć ilość kliknięć, która przecież decyduje o dochodach, trzeba by informację o pożarze w stolicy, i to ze sporą ilością ofiar, podać. Tylko jak tu podać, kiedy Xinhua jeszcze nic nie napisała (bo ogólnie Xinhua, jak nietrudno się domyśleć, reaguje dość wolno)? Wówczas włącza się, jak w Windowsie po złym zamknięciu, 安全模式, tryb bezpieczeństwa. Taki, jaki rządził przez lata i – owszem – nadal rządzi (co jest widoczne szczególnie podczas raportowania o każdym trzęsieniu ziemi, powodzi etc.) w mediach centralnych – tragedia wykorzystywana do pokazania ładotwórczej, normalizującej, ramotwórczej funkcji władzy i jej mocy. Artykuł z portalu QQ pochodzi z godziny 07:07 rano. Artykuł z Xinhua z 12:23 w południe. Po tej godzinie w mediach “oddolnych”, w tym i na QQ, pojawiają się dopiero informacje, że ofiarami byli przyjezdni nielegalni robotnicy. Ale w tonie łagodniejszym i mniej dobitnym niż w przypadku Xinhua, cóż, wiadomo, autokontrola to najlepszy rodzaj kontroli. I cele nie te.

Wiadomo, warto czytać Renmin Ribao i to, co pisze Xinhua, aby widzieć, jak kształtują się oficjalne poglądy, na jakie zmiany się zanosi. Tylko, że np. Renmin Ribao nie sposób dostać w kiosku, na uwolnionym i bogatym rynku prasy. Co najwyżej w bibliotece, w jakiejś instytucji publicznej czy przez prenumeratę. Ale już sama agencja Renmin Ribao trzyma się bardzo dobrze, ma co najmniej kilkanaście tytułów najróżniejszych tygodników. W jednym z nim – “Tygodniku Pekińskim” parę tygodni temu przeczytałam artykuł o – prawdopodobnie liczonych w dziesiątkach jeśli nie setkach tysięcy -  nielegalnych przyjezdnych, którzy z racji zawrotnych cen mieszkań w Pekinie, nie mogą sobie już nawet pozwolić na tłumne zamieszkiwanie malutkich mieszkań gdzieś na obrzeżach i schodzą do podziemia, gnieżdżąc się w piwnicach, kotłowniach, bez wody, toalety, za jedyną własną przestrzeń mając pryczę. Artykuł uznaje istnienie problemu, zapowiada zmiany i zaprowadzenie porządku (problem na razie doczekuje się rozwiązań typu plombowanie i przymurowywanie wejść). W innym z tygodników Renmin Ribao – “Materiałach kulturowo-historycznych” przeczytałam np. bardzo ciekawe artykuły o zepsuciu elit byłego obozu socjalistycznego (mam nadzieję, że uda mi się w najbliższym czasie napisać coś o tych tekstach). No więc media centralne, “propagadowe” mają pewne mocne karty w ręku i sporo robią, aby zatrzymać czytelnika na trochę w tej medialnej kakofonii, różne ciekawostki można w nich odnaleźć. Artykuły czasem zapowiadają zmiany, poprzedzają wprowadzanie jakichś programów i decyzji. Tylko czy ta wiedza wystarczy, żeby dobrze zabalansować i przewidzieć, co napisze Xinhua o pożarze w nielegalnej szwalni Yuyun?

P.S. Artykuły w oryginale:

http://news.qq.com/a/20110425/000190.htm

http://news.xinhuanet.com/society/2011-04/25/c_121344827.htm

25

04 2011

109 Targi Kantońskie – luźne uwagi

Zawsze chciałam być na targach w Kantonie, w tej nazwie pobrzmiewa kawał historii. Tak się złożyło, że byłam, jako tłumacz, ale i widz, na Expo, gdzie też pobrzmiał kawał historii – chińskiej manifestacji potencjału, chińskiego softpower, chińskiego ważenia swojego miejsca na mapie świata wśród potęg i wśród braci mniejszych, nowego nacjonalizmu etc., pisałam o tym prawie rok temu (ech, rok temu…) z okazji wielkiego otwarcia. Byłam na różnych chińskich targach, takich, na których Chiny coś światu sprzedają i na takich, gdzie świat nadskakuje z różnymi dobrami, zawsze zorganizowanych na ostatni guzik. Ale na tych największych nigdy, jakoś się nie składało. Dlatego jechałam z wielką ciekawością. Poniżej kilka luźnych uwag na gorąco, bo za chwilę uciekam do mojej stałej wioski pod Pekinem (tej, do której jedzie się miejskim autobusem, a której opisanie wciąż Czytelnikowi wiszę, podobnie zresztą jak nieskończoną ilośc innych rzeczy).

Podczas tej sesji Targów, wystawiano różnego rodzaju maszyny i elektronikę. W nowym kompleksie, wybudowanym kilka lat temu nad Rzeką Perłową, silniki, agregaty, spawarki, tokarki, wózki widłowe a nawet dźwigi, zwyczajnie się nie mieszczą, trzeba było dostawić 3 wielkie namioty, a największe sprzęty wystawiać na wolnym powietrzu. Biegamy po tym wszystkim z przesympatycznym właścicielem pewnej polskiej firmy, dla którego od wielu wielu lat obecność na Targach jest sprawą oczywistą i naturalną, był świadkiem ich wielkich przemian, tak samo jak i świadkiem ostatnich dziesiątek lat przemian kontaktów handlowych z Chinami. Ale tym razem sam jest zaskoczony – to pierwsza edycja od wielu lat, gdy tak mało widać europejskich, amerykańskich twarzy. Podobne sposrzeżenie mają chińscy wystawcy i kupujący, z którymi rozmawiamy, albo których – z socjologicznego przyzwyczajenia – nieco podsłuchuję.

Socjologiczne przyzwyczajenie socjologicznym przyzwyczajeniem, ale jestem w robocie, więc uwagę skupiam bardziej na rozmowach, niż na obserwacji tego, co dookoła, ale faktycznie – bladych twarzy coś mało. Jeśli coś miga, to – dzięki imiennym tabliczkom, które wszyscy mamy pozawieszane na szyjach – można łatwo ustalić, że są to twarzy rosyjskie. A język rosyjski kokietuje z różnych banerów, trochę firm, które mam okazję poznać, albo już robi wielkie interesy z Rosją (rynek, w przeciwieństwie do polskiego nieograniczony nie tylko w rozmiarach, ale i nieograniczany wyśrubowanymi normami unijnymi, które komplikują proces produkcji, nakazując np. wyszukiwać nowych dostawców podzespołów, które mają potrzebne certyfikaty dla “krótkich” w chińskich oczach serii), albo wręcz jest właścicielami rosyjskich marek.

“Outsorcing” i żandarmi pilnujący porządku na targach

Euroamerykańskich twarzy mało, europejskich języków też mało. Gdy słyszę w tym tłumie hiszpański, to nie jest to nasz europejski hiszpański seplen, tylko czysta melodia hiszpańskiego Ameryki Południowej czy Meksyku. Autokar zabierający nas codziennie na Targi spod hotelu pełen jest hindi, pundżabskiego i urdu, na gestykulujących dłoniach święcą złote sygnety z kamieniami, na głowach zamotane czy natknięte najróżniejsze nakrycia głowy – od sikhijskich turbanów, po charakterystyczne muzułmańskie toczki. Potem, na targach, do języków Indii i Pakistanu dołączy inny wielki język tych targów – arabski. Będzie go słychać wszędzie – z ust handlowców z Afryki Północnej (producenci pomp nie mogą odżałować nieobecności ich głównych północnoafrykańskich klientów – Libijczyków), z ust odzianych w białe szaty kupujących z Pólwyspu Arabskiego, z zakrytych czarną chustą ust kobiet. Będzie też słychać gęsto turecki, a gospodarz Targów będzie robil wiele, by zaprezentować się jako rozumiejący i szanujący potrzeby muzułmańskiego kontrahenta. W restauracji VIP pokaźną część menu zajmą dania halal, a co kilkanaście metrów na głównym deptaku tablice będą informować o umiejscowieniu targowego meczetu. Przestrzeń targów jest ogromna, część odwiedzających, nie mogąc na czas dotrzeć do meczetu, klęka w kierunku Mekki tam, gdzie akurat jest – np. na wielkim, błyszczącym reklamami pasażu pomiędzy halami.

Oprócz wyżej wymienionych języków usłyszymy jeszcze języki afrykańskie, języki Azji Południowo-Wschodniej, koreańszczyznę (jaka szkoda, że nie było czasu zajść na chwilę na stoisko z produktami z Korei Północnej), zawsze miłe memu uchu tajwańskie seplenienie. To wszystko zmiesza się z dźwiękami bębnów, do taktu których będzie tańczył chiński lew tam, gdzie czeka się na meleks do innych hal  (lew i jego tańce sponsorowane są przez jednego z producentów pomp z Zhejiangu) i z dźwiękami prezentowanych maszyn i urządzeń.

Nie do McDonald’sa, ale do restauracji z daniami halal:

W tle, za osobą w białym, tablice informujce o…

…położeniu meczetu na terenie Targów oraz o sposobach dojazdu do kantońskich meczetów:

“Może boją się zagrożenia nuklearnego z Japonii?” – zastanawiamy się, myśląc o nieobecnych eurotwarzach. “A może szukają dostawców gdzieindziej?” Tylko niby gdzie? “A może w Europie i USA zmienia się sposób kontaktowania się z producentami?” Pan S., wytrawny handlowiec, tego akurat jest pewien, że osobistego kontaktu na Targach nie zastąpi nic. Znowu, jak podczas Expo, mam wrażenie, że tzw. “świat” zdążył się się znowu nieco przesunąć, a my, tam u nas, jak zwykle tego nie zauważyliśmy.

Europejskich twarzy mało, twarze inne owszem chodzą i oglądają, ale znajomi wystawcy pana S. od elektrotechniki produkowanej na Wybrzeżu narzekają na małą, w porównaniu z poprzednimi edycjami Targów, ilość nowych zamówień. Jakby było więcej, to też niełatwo – jak jeden mąż skarżą się bowiem na problemy z siłą roboczą. Ci wytwócy, rozlokowani w typowym dla ostatnich dziesięcioleci regionie produkcji fabrycznej, starają się jeszcze zachować konkurencyjność w stosunku do wytwórców z miejsc, gdzie ponosi się mniejsze koszta. Ale chińskie Wybrzeże – do tej pory wielka fabryka świata – zmienia się. W miarę, jak rosną wymagania technologiczne dotyczące sprzętu, w miarę jak rozrasta się chiński sektor usługowy, w miarę jak rosną koszta społeczne wielkich migracji wewnętrznych, rosną i kłopoty ze znalezieniem odpowiednich ludzi do pracy. Stosunek pracy jest efemeryczny – fabryka szukając jak najniższych kosztów nie oferuje za wiele, robotnik nie jest z nią mocno związany. Ci, w których fabryka zainwestuje przeszkalając, płyną w czasie przez fabrykę jak rzeka, nie wracają po Nowym Roku, przychodzą i odchodzą, myślą, jakby tu przedostać się do pracy w usługach, rosną koszty. Na domiar wszystkiego rosną też – co oznajmia się na Targach na każdym kroku – koszty materiałów, np. miedzi.

Nie trzeba chyba dodawać, że na tym tle sytuacja Polski poszukującej tutaj towarów wygląda nieciekawie. Z jednej strony związana wyśrubowanymi wymogami unijnymi, które bardzo znacząco wpływają na wzrost kosztów produkcji, wymagając np. używania tych materiałów, których ceny są najwyższe, czy podzespołów z europejskimi certyfikatami, a z drugiej strony związana własną niezamożnością i ograniczoną chłonnością rynku. Krótko mówiąc, chce ona produktu na miarę i – w porównaniu z resztą świata – ekskluzywnego, ale po niskiej cenie. Później oczywiście gniewa się “na Chiny”, bo po produkcie szytym na miarę, “spełniającym normy unijne”, oczekiwała też świetnej jakości.

Kryzysu, który widać u przysypiających na swoich stanowiskach producentów elektrotechniki, nie widać na halach z elektroniką. Kolorowy tłum tłoczy się do telefonów, zagląda w ekrany, wyświetlacze i kamery, wsłuchuje się w głośniki, ogląda gadżety. W Chinach kryzys był poważnym ostrzeżeniem, że pewien model produkcji, handlu kończy się. Pisało się często z nadzieją, że kryzys wręcz może przyśpieszyć wejście w nowy etap eksportu.

Na Targach rozdawane są żółto-czerwone torby z napisem “Made-in-China gwarancją jakości”. Ja nie wzięlam, bo za mała, zabrałam sobie z Targów wielką czarną torbę z rysunkiem piły tarczowej buchającej iskrami, żeby mi wygodniej było nosić z targu warzywa do mojej sokowirówki za 60 kuajów (jakieś 26 złotych). Sokowirówka ta po podłączeniu krąży wściekle po całej kuchni, wyrzucając w górę jabłka i dynie. Żeby nie oglądać fruwającej dyni, trzeba było po prostu kupić sokowirówkę reklamowaną obok, oferowaną za pięciokrotność tej ceny.

Z torbą “Made-in-China”

23

04 2011

Prawdziwe, fałszywe. Czyli Postój Piejącego Koguta.

Najmilszy Pamiętniczku,

Nie wiesz, jak wielkie męki przeżywa ktoś, kto pisać Cię chce, jednocześnie pisać Cię nie mogąc. Kto biega z miejsca na miejsce całymi dniami, a żeby szybciej latać, w końcu rower kupuje, bo się łudzi, że czas zaoszczędzi. A żeby zaoszczędzić jeszcze więcej, na rowerze tym szybciej jeździ, aż go ból taki szyi chwyta, że następnie czas na uporczywe leczenie traci, a lekarz medycyny chińskiej się na nim znęca. No, ale dobra. Mam Pamiętniczku kartkę, na której wypisałam, co muszę koniecznie tu napisać. O pani profesor z Uniwersytetu Pekińskiego, która na chińskim podwórku odkryła lekarstwo na cierpienia, których źródłem jest ponowoczesnosć, o pewnym pisarzu, o jego niedostępnej już tutaj powiesci i o jego z laowajami rozmowach, o siedzeniu po wódce i nocą na górze w świątyni, o tym, jak kończą zepsuci dyktatorzy, o tym, czy Japonii się należało i o łóżku, na którym po Cesarzowej Cixi już potem nikt nigdy nie spał, choć jeszcze ciepłe. To może zacznę od końca. Czyli od tego łoża nieszczęsnego, bo tak chyba najprosciej.

Pekin tkwi w srodku prowincji Hebei jak dziura w moscie, Hebei wczesną wiosną jest złoto-brązowe, melancholijne. Pociąg wypełniony robotnikami wracającymi na weekend do domów wlecze się przez góry, od czasu do czasu mija ceglane, niskie wioski, przesadza połupane zimnoniebieskie kry na strumieniach, toczy się przez pola z kukurydzianymi kikutami. To nie jest pociąg z gatunku tych, co to muszą dawać twarz (twarz dają ekspresy “Harmonia” i twarz ta, a raczej dziób, jest snieżnobiała, opływowa, imponująca), to pociąg jadący za kulisy – o wygodę wracających nonmingongów nie ma po co dbać i tak będą robić, siedzą więc stłoczeni jak sardynki i przygarbieni na dolnej kuszetce, głową tłukąc o kuszetkę srodkową. My też przycupnęliśmy na kuszetce i wypatrujemy przez okno góry, co ma wyglądać jak odwrócona miska ryżu – to góra Jiming – czyli Góra Piejącego Koguta.

Góra wyłania się po prawej, to znak, że mamy szykować się do wyjscia. Wysiadamy. Pierwszy raz mam wrażenie – wiecej – dowody – że ludzie nie gapią się na mnie. Gapią się na J., którego głowa płynie jakieś pół metra powyżej głów mieszkańców miasteczka. “Ma ze dwa metry!”,wielkie nieba!”, “co to za rozmiar buta?” – rozważa miasteczko, gęby rozdziawia, a my wychodzimy rozklekotaną drogą wzdłuż torów w stronę góry. Jedna ciężarówka zwalnia, trąbi i radośnie macha, po chwili z drugiej wystają obie ręce kierowcy i machają równie radośnie. Naprzeciw nas pojawia się mężczyzna w średnim wieku z rodziną. “Tam - pokazuje w kierunku mniej więcej za torami (po których mija nas własnie trąbiac radośnie pociąg z machającym maszynistą)  - jest CIEKAWE” – mówi z miną tajemniczą acz nieco zrezygnowaną, wiadomo, gadał dziad do laowaju. Okazji do zobaczenia CIEKAWEGO to ja jeszcze nigdy nie przeoczyłam, więc dopytuję, co, jak, gdzie i jak bardzo ciekawe jest. “Matko święta, bxy, tam za nami facet na rowerze jak usłyszał, że po chińsku mówisz, wpadł do rowu!” – szturcha mnie w łokieć J. i pokazuje mi, gdzie widowisko. Ponieważ mam kulturę, to głupio mi się tak odwracać od rozmówcy, żeby zobaczyć, jak ręka sprawiedliwości pokarała tego ciekawskiego człowieka. “Bxy – rany, on leży i jeszcze się na nas patrzy!” – relacjonuje scenicznym szeptem J.  Dopiero gdy kończę rozmowę o CIEKAWYM (jaskinie) zerkam w kierunku rowu. Faktycznie, jakiś otrzepujacy się z rudej ziemi facet gapi się na nas wyciągając rower z rowu a następnie odjeżdża z głową odwróconą w naszym kierunku, czyli tyłem do kierunku jazdy.

Po godzinie marszu widzimy cel wędrówki. Za zwykłymi ceglanymi domami, obok zakurzonej drogi numer 105 wyrasta nagle potężny mur, flanki, bramy. Jesteśmy. To wioska Jimingyi. Za dwóch ostatnich dynastii ważna stacja postojowa. Pełna domów, swiątyń, budynków urzędowych pamiętających jeszcze Mingów, otoczona murem z czterema bramami, też złoto-brązowa.

Nocleg znajdujemy w obrębie murów, w gospodarstwie. Ponieważ w innych izbach jeszcze nie napalone, gospodarze goscinnie odstępują nam izbę własną – z wielkim rodzinnym kangiem z ręcznie robionymi poduszkami z gorczycy, grubymi bawełnianymi kołdrami i małym rudym, nieco przybrudzonym kotem w kącie. Z malowaną drewnianą skrzynią zamiast szafy. Z plakatem z dobroduszną twarzą Przewodniczącego Hu dokonującego legendarnej już inspekcji migów i białych gołabków z okazji 60-lecia ChRL. Zabierają tylko leki (“jestem już stary, muszę te leki brać”) i wódkę (bez wytłumaczenia, wynoszą za plecami). Wyjmujemy zza pleców nasza wódkę i stawiamy na miejscu tamtej.

Za zapyziałym okienkiem izby wielka sterta kukurydzy a na niej butelki po wódce (jakby ktoś pił siedząc na kangu i wyrzucał za siebie przez okienko). Trochę się boję, jak J. przyjmie wychodek. Owszem był już w Chinach, nawet trochę tu mieszkał, jednak po wsiach jakos nie miał okazji jeździć. Jak zniesie brak bieżącej wody, jakim okiem spojrzy na wychodek, który jest po prostu płytką dziurą w ziemi ledwo osłoniętą glinianymi ścianami, bez drzwi i dachu (później się jeszce okaże, że wnętrze wychodka widać doskonale z wioskowego muru)? Jak zniesie fakt, że przed wychodkiem jest mały, acz zły Burek, który wszystkich, który się znajdą w tej czesci podwórka do tegoż wychodka ze wściekłą miną zagania? J. jednakże wraca z wychodka z tak samo niewzruszoną ekspresją, z jaką doń szedł. Czyli, że tylko ja uciekam przed Burkiem z wrzaskiem do wychodka i boję się wyjść? (cgyba jednak tak, a w rezultacie zostanę uznana przez gospodarzy za wydelikaconego mieszczucha i dostanę na noc mieszczuchowy atrybut – nocnik).

Jak to już mi kilka razy się zdarzyło i co opisywałam na blogu, jadąc do jakiejś wioski, spóźniałam się o rok, o dwa lata – wioska ze skrzypiącej, zakurzonej, głęboko osadzonej w ziemi, z której wyrasta, zmieniała się w wypreparowaną dla turystów wydmuszkę pozbawioną tresci. Jimingyi jest właśnie na początku tej drogi. Ziemny, rozpadający się mur jest własnie obudowywany szarymi cegłami, takimi jak na “cywilizowanych” kawałkach Wielkiego Muru, wieżyczki-pawilony na bramach jeszce 1.5 roku temu miały postać sterczących na wietrze przekrzywionych szkieletów. Teraz pogięte przez wiatr kikuty zostały zastąpione przez konsktrukcje całkowicie nowe. W wiosce wybrukowano główną uliczkę, reszta nadal jest z ubitej ziemi. Jedną czy dwie świątynie odnowiono, a przed jedną z bram (nie przed tą, którą weszlismy, nikt się najwyraźniej nie spodziewał, że turysta nadejdzie na piechotę z miasteczka) ustawiono budkę z biletami. Ale reszta budynków z gliny i ziemnych murów zabudowań nadal rozmaka w deszczu (fakt, że ostatni był 8 miesięcy temu…)

 

Rano dorywa nas osoba umownie i roboczo ochrzczona przez nas Sołtysem. Sołtys nas oprowadzi, sołtys weźmie kluczyk od świątyni boga bogactwa od fryzjera, kluczyk od świątyni Konfucjusza od człowieka z twarzą jak filtr od papierosa i przed nim demontracyjnie będzie na nas pokrzykiwał: “tylko nie róbcie zdjęć tym freskom z dynastii Ming!”, a za jego plecami: “no, teraz szybko róbcie, mnie tam nie zależy, ale staruch sie piekli, jak kto robi”. Sołtys roztoczy przed nami tajemną wiedzę historyczną: “te rzeźbienia sa z dynastii Ming. Zostały wyrzeźbione na czesć odwiedzin cesarzowej Cixi, bowiem pszczółki wymawia się feng, czyli tak samo jak Feniks, a małpki hou jak taihou, czyli Cesarzowa”. Zamiast zadać podchwytliwe pytanie o to, jakim cudem za Mingów wiedzieli, że pareset lat później będzie tu nocować jakas baba z barbarzyńskiej dynastii i, co gorsza, czemu uznali za sensowne uczczenie tego faktu rzeźbą, przypominam sobie, co się stało, jak zaprotestowałam, gdy swego czasu marokański przewodnik gdzies pod Marakeszem opowiadał, że dana willa rzymska, której to ruiny właśnie oglądaliśmy, nazywa się dom Orfeusza, bo swego czasu mieszkał tam (zresztą zakochany w sztuce berberyjskiej) Monsieur D’Orfee. Za pszczółkami i małpkami wąskie przejście, Sołtys wpakowuje się z nami do czyjegoś obejscia. W starych murach znowu sterta kukurydzy, znowu butelki wódczane, gospodyni paruje mantou, na przykangowym piecyku grzeje się czajnik. “Na tym kangu spała cesarzowa Cixi” – obwieszcza Sołtys, a gospodyni dalej paruje te mantou. “Od tej pory na tym kangu nikt już nie spał”. Kiwamy głowami dotykając jeszcze ciepłej wygniecionej poduszki leżacej na tymże kangu i wdychamy zapach swieżych mantou. 15 dnia 4 miesiąca księzycowego w wiosce będzie miaohui - festiwal swiątynny. Nie z takich jak w Pekinie, które odbywają się nie przy świątyniach, ale w parkach i mają tytuły w stylu “festiwal swiątynny w stylu europejskim” ale prawdziwy. Na Górze Piejącego Koguta otworzą wszystkie trzy świątynie, będzie muzyka, tańce, jedzenie. Jedziemy. Ta resztka muru dookoła wioski, która pozostała za tego pobytu jeszcze ziemna, pewnie do tego czasu zostanie już pokryta nową-starą szarą cegłą.

P.S. Szata graficzna under construction.

Tags:

09

04 2011

Najpóźniejszy pierwszy snieg

Wstałam (jako, że wreszcie nikt mi nie nakazuje, o której mam wstawać, wstaję o 12-ej w południe a chodzę spać o 5-ej nad ranem, czyli wlasciwie zblizam się do czasu polskiego), zrobiłam sobie kawę i zapusciłam poranne (?) wiadomosci. A tam: “najpóźniejszy pierwszy snieg w Pekinie od 60-ciu lat”. Wyglądam przez okno – a tam, rzeczywiscie! – najpóźniejszy pierwszy snieg w Pekinie od 60-ciu lat a po ulicy biega w klapkach i podkoszulkach kilku koreańskich studentów, naciera się sniegiem oraz udowadnia, że Koreańczycy są jednak z innej planety. To dobrze, że pada snieg, Shandong wyschnięty na wiór (wojsko strzela pociskami wyzwalającymi opady), Hebei ma ziemię popękaną jak w Afryce (Hu w Nowy Rok z wprawą zawodowca lepi tradycyjne pierogi i znad miski z farszykiem nakazuje lokalnym władzom “z całych sił walczyć z problemem suszy i pomagać laobaixing), w Pekinie smog grasuje że hej, więc niech pada. Pierwszy snieg wymaga uczczenia. Tym razem bez zbędnego gadania i mądrzenia się. Pierwszy snieg w tym, co pozostalo z Ogrodu Doskonałego Blasku (圆明园 —— yuanmingyuan). Miałam przerobić zdjęcia (niestety z glupiej pstrykawki, ale lepszy aparat juz niedlugo nadleci z odsiecza) na czarno-białe, ale poniechalam, bo one w zasadzie i bez przerabiania są w sumie czarno-białe.

Ponizej, słynna fontanna (a raczej to, co z niej zostalo) przed już nieistniejącym jednym z pałaców założenia 西洋楼,”budynków zachodnich”. Przed spaleniem i złupieniem Ogrodu przez wojska francusko-brytyjskie w 1860 roku dookoła zbiornika z wodą było ustawionych 12 główek zwięrząt – symboli chińskiego zodiaku – o każdej z godzin (dzień tradycyjnie dzieli się na 12 dwugodzinnych “godzin”, którym patronują poszczególne zwierzęta) z paszczy/dzioba/ryjka odpowiedniego zwierza tryskała woda. O dwóch z główek, w tym o główce patrona obecnego roku było głosno, gdy jakies dwa lata temu anonimowy chiński nabywca wykupił te, pozostajace do tej pory we Francji, a dokładniej w kolekcji Yves St. Laurenta, rzeźby:

Woda cos rozmarza w stawach, chyba to znak od niebios, aby więcej już nie łazić po jeziorze Kunming w Pałacu Letnim a także porzucić plany puszczania na nim latawca:

Labirynt – jedyne odbudowane zalozenie kompleksu “zachodnich budynkow”:

Próbowałam dojsć do stojącego w srodku labiryntu pawilonu, obserwując, jak porusza się ayi z miotła, ale nic mi to nie dało poza ciągnącym się za mną kilkuosobowym, mającym pełne wyczekiwania miny, ogonem

Shishizi – czyli kamienny lew – ma tylko połowę twarzy/gęby/paszczy czy co tam ma lew, a jego drugi lwi towarzysz, wystepuje obecnie w jeszcze zalosniejszej postaci (zadek z ogonem odzielnie, reszta oddzielnie – twarzą/gębą/paszczą do ziemi)

Lew siedzacy patrzy na to:

A pilnuje tego:

Przy jeziorze Fuhai:

Zanim spadł snieg, na jeziorze Fuhai można było wykonywać różne fascynujące czynnosci, takie, jak oglądanie martwych ryb na dnie i puszczanie kaczek na lodzie. Kaczki te powodowały niesamowity, kosmiczny dźwięk (jezioro zamieniało się w gigantyczne pudło rezonansowe). Aby puszczać kaczki, trzeba było brać kamienie z pobliskich ruin (bez komentarza). Tych dwoje jednak, jak dla mnie, po tylu dniach odmarzania ryzykuje szybkie pożegnanie się z aktualnym wcieleniem:

W następnym wpisie zaległa relacja z ciekawej wycieczki pekińskim autobusem miejskim na… głęboką wies.

10

02 2011

Opowiesć wigilijna

17 marca 2010 roku rano 17-letnia Tian Yu weszła na czwarte piętro dormitorium i skoczyła z okna. To był drugi z dwunastu przypadków skoku z budynku, które wydarzyły się tamtą wiosną w należącej do tajwańskiego Foxconnu (Fushikang) największej fabryce swiata (w chwili gdy Tian Yu skakała, fabryka w Kantonie miała blisko pól miliona pracowników). Srednia wieku skaczących 21 lat. Tian Yu jako jedna z dwóch osób, które skoczyły, przeżyła. W najnowszym, noworocznym, poswięconym w całosci opowiesciom dziennikarzy, pisarzy ale i “zwykłych ludzi” o ich ojcach, numerze Nanfang Zhoumo, Tian Yu opowiada o swoim ojcu. Kika dni wczesniej opowiedziała o swojej pracy w Fushikang i o swoim obecnym życiu dziennikarzowi 第一财经日报 – diyi caijing ribao – “Pierwszego dziennika finansowego”. Spróbuję odtworzyć z tych dwóch tekstów tę historię. Żeby nie było tylko o ojcu, ale i o córce.
Choć w szkole nie była dobrą uczennicą, ojciec nigdy jej nie karał. Ukarał tylko raz, gdy użyła jako dziecko brzydkiego wyrazu. Dostała po buzi tak, że aż poleciała krew. Młodszy brat Tian Yu jest głuchoniemy, jest jeszcze młodsza siostra. Rodzina mieszka na henańskiej wsi, ma trochę zwierząt (po tym, jak Tian Yu skoczyła z okna, czesć zwięrząt wyprzedali, żeby mieć na opłatę za szpital), zimą ojciec najmuje się do pomocy jako pracownik sezonowy. Tian Yu skończyła gimnazjum i nie ma co ze sobą robić. Marzy, że będzie miała sklep z butami w miasteczku. Ale póki co nie może siedziec w nieskończonosć w domu, postanawia jechać do Kantonu pracować. W artykule dla Nanfang (Tian Yu mówi, dziennikarz spisuje) opowiada o tym, jak ojciec bał się, że jako młoda, niedoswiadczona, będzie doswiadczać krzywdy i upokorzeń. Dla Caijing Ribao relacjonuje, jak przed wyjazdem rodzice uczyli ją, jak radzić sobie z ewentualnymi zniewagami – “wytrzymuj, znos w ciszy”. Pomimo nakazu tradycji, który mówi o tym, że dziecko powinno spędzać chiński Nowy Rok z rodziną, rodzicami, dwa dni przed Nowym Rokiem Tian Yu wsiada w pociąg i jedzie ze srodka kraju na wybrzeże – w kierunku przeciwnym niż wszyscy inni, wracający do domów na swięta robotnicy.

Pierwszego dnia (“miałam szczęscie, przyjęli mnie już po dniu stania w kolejce, bo to było tuż przed Nowym Rokiem i potrzebowali ludzi”) wytrzymuje, choć płyna jej do oczu łzy. Gdy podczas przeszkolenia pyta się, czy dobrze wykonała zadanie, nadzorczyni potwierdza, a potem, podczas kontroli, ta sama nadzorczyni publicznie ja wysmiewa i krytykuje za…źle wykonane zadanie. Najpierw nie musi zostawać dłużej przy tasmie, bo jest niepełnoletnia, ale wkrótce zostaje jak wszyscy. Kilkanascie godzin codziennie na stojąco przy tasmie, wykonując tę samą czynnosć. Wtedy po raz pierwszy wydaje jej się, że straciła czucie w rękach i nogach. Zanim nieopatrznie utopi kupioną przez ojca komórkę w wodzie, powie mu jeszcze i to.
W dormitorium mieszka ich 8 w pokoju, ale, ponieważ każda z dziewczyn pracuje w innym dziale (Tian Yu sprawdza zmontowane ekrany do Apple’ów) i na różne zmiany, zna imię tylko jednej z nich. Atmosfera jest zimna, nie ma z kim porozmawiać – nie to, co w domu, na wsi. Tian Yu ma tylko jedną koleżankę, z którą zapoznała się podczas stania w kolejce. Żeby 500 kuajów, które dał ojciec na dworcu, na dłużej wystarczyło, w ramach rozrywki przechadzają się po ulicach handlowych i do supermarketu. W tym ostatnim wkładają towary do koszyka, objeżdżają sklep, a później odkładaja rzeczy z powrotem na półkę.
16 marca zostaje już tylko 10 kuajów (czy 5, jak wspomina druga z gazet, nieważne, mało). Minął już miesiąc, a wypłaty jeszcze nie ma. Tian Yu pyta koleżanki z dormitorium, gdzie odebrać kartę z pensją. Nie wiedzą, kierują do kierownika działu. Ten odsyła do filii fabryki na drugim końcu miasta. Za większosc pozostałych pieniędzy Tian Yu kupuje bilet i jedzie godzinę autobusem. Zaczyna się kolejna porcja odsyłania. Z jednego budynku do drugiego, z drugiego do trzeciego i tak dalej w nieskonczonosć. “Nie wiem ile godzin tak chodziłam, szukałam i szukałam i szukałam, a miejsca, gdzie mam odebrać kartę nie było i nie było” – płacze Tian Yu reporterowi Jingji Ribao.

Do dormitorium wraca na piechotę, bo nie ma już pieniędzy na bilet. Idzie przez całe gigantyczne miasto. Kładzie się na łóżko, ale nie może spać, bo jest tak wsciekła. Płacze. Nikt się nie pyta, co się stało. Rano gdy sobie przypomina zdarzenia dnia poprzedniego, zalewa ją wsciekłosć. W tej wsciekłosci biegnie ledwie piętro wyżej i w 35-tym dniu pracy skacze.
Budzi się po 12 dniach i nie poznaje własnego ojca, który siedzi przy łóżku – 40-latek ma całkiem białe włosy. W swojej opowiesci o ojcu mówi, że ten ukradkiem gotuje w elektrycznym garnku kleik, bo Tian Yu, z wieloktornie złamanym kręgosłupem, sparaliżowana od pasa w dół, z połamanymi kończynami, uszkodzonymi narządami wewnętrznymi, ma problemy z trawieniem. Caijing Ribao przedstawia inny jeszcze powód – jedzenie w szpitalu jest zbyt drogie dla rodziny, pichcąc ukradkiem kleik, zaoszczędzają trochę pieniędzy. Ojciec podpisuje porozumienie z Fushikangiem. Rodzina dostanie 180 tysiecy yuanów, wypłacone w oparciu o “humanitarną postawę” (tak ujmuje to porozumienie) fabryki. Ojciec ani Tian Yu nie rozumieją, co znaczy to wyrażenie.

Za dalsze opercje Tian Yu trzeba płacić. W opowiesci dla Nanfang Tian Yu mówi, że to ona sama poprosiła ojca, aby nie jeździła już więcej na drogą rehabilitację, w drugiej z opowiesci to rodzice sami, widząc topniejące fundusze 5 osobowej rodziny, w której dwoje dzieci jest niepełnosprawne, a trzecie, młodsza siostra Tian Yu, rzuca szkołę, by pomagać w domu, decydują o zaprzestaniu kosztownych zabiegów. W opowiesci o ojcu ten kupuje córce komputer, żeby jej się nie nudziło i piecyk na zimę, “bo sparaliżowanemu zimno”, nigdy nie pyta o powodu skoku, nic nie wypomina, znosi to, co się stało cierpliwie. W opowiesci dla Caijing Ribao pan Tian Jiandang (można przetumaczyc jako “Budujący-Partię Tian”) stwierdza krótko: “dzieciak, to i nie rozumie”. Nie rozumie, że upokorzenia trzeba znosić, pochylać głowę i nic nie mówić. Że brak pensji to nie koniec swiata.

Nanfang Zhoumo pierwszy numer tego roku – Roku Królika – poswięca opowiesciom o ojcach. Pisze we wstępniaku, że znak “ojciec” zapisany tak, jak na najstarszych kosciach wrózebnych, wyobraża tego, który trzymając rodzaj drąga wychowuje dzieci. “Ojciec jest Niebem dla dziecka” – w tym sensie, ze to on nadaje prawa, karze, ustanawia porządek. Jest początkiem – tak jak początkiem jest chiński Nowy Rok (inaczej Swięto Wiosny). Czyli nie tylko w sensie chronologicznym, biologicznym, ale i moralnym. Co ciekawe, dla autora wstępniaka to typu stwierdzenie jest nie tyle okazją do przypomnienia synowskich powinnosci i cnót (孝 xiao), o których to tradycyjnych cnotach coraz większa grupa młodych przypomina sobie dopiero własnie na Nowy Rok (choć refleksja na temat, chociażby po przeczytaniu wypowiedzi Tian Yu, która przecież zrobiła cos, co najradykalniej zaprzecza 孝, jest nieunikniona), ale punktem wyjscia do podkreslenia… fundamentalnej równosci ojców. Każdy z nich dla dziecka znaczy – powinien znaczyć – to samo. “Ten, co ma w dłoniach motykę, ten z młotkiem, z nożem chirurgicznym i za kierownicą od dobrego samochodu” – pisze Nanfang – “urzędnik i nonmingong”. Ten, którego latorosl w zabawie “a mój tata…” zawsze wygrywa i ten, którego dziecko zawsze przegrywa. Li Gang (hasło “Li Gang” nie pojawia się w żadnym z tekstów wprost, ale i tak wiadomo, o co chodzi) i Budujący-Partię Tian. Ech, idealistyczny Nanfang Zhoumo.

No, już koniec wigilijnego smucenia –

żeby ten rok – Rok Królika – był faktycznie początkiem, ale tylko dobrych rzeczy!

P.S. Po serii samobójstw wsród młodych robotników (ale oczywiscie nie tylko to było powodem), Foxconn przeniósł czesć produkcji do srodka kraju. Rosnące koszty produkcji, kryzys, duże koszty społeczne (do dostrzeżenia czego te 12 skoków bardzo się przyczyniło) takiego systemu produkcji oraz plany rządu, aby rozwijać zachód kraju sprawiają, że robi tak nie tylko on.

P.P.S. Artykuły:

http://news.hexun.com/2011-01-24/126968840.html

http://www.infzm.com/content/55157

03

02 2011

O seksie i naukowosci

Przez ostatnie tygodnie jedynie kupowałam co ciekawiej wyglądające gazety i składałam je na stosik. Od wczoraj powoli przeglądam. Na wierzchu stertki tygodnik Kan tianxia – “patrzeć na to, co pod niebem” – czyli na swiat. O wprowadzaniu reform na Kubie (tygodnik wypisuje szczególowo, ku pokrzepieniu zmordowanych inflacją chińskich serc, z czego składa się kubańska racja żywnosciowa na osobomiesiąc), o “moim ojcem jest Li Gang” (jak zaznacza tygodnik, z “pewnych przyczyn” nie ogłaszano tego swiatu wczesniej, ale Li Gang i rodzice zabitej dziewczyny zawarli ugodę). I o edukacji seksualnej w szkołach.

Artykuł w sumie nic szczególnego (a tytuł posta dałam, rzecz jasna, w celu zwiększenia czytelnictwa bloga :-D ). Nasuwa natomiast jedno ważne pytanie. Ale po kolei. Chiny, jak i Polska borykają się z problemem edukacji seksualnej w szkołach, niby trzeba, ale nie wiadomo, jak się zabrać. Tygodnik przedstawia pewną pekińską podstawówkę i szkołę srednią, w których – w ramach eksperymentu, zdecydowano się wdrożyć lekcje wychowania seksualnego. Patronem i inicjatorem programu jest seksuolog Fang Gang, postać wielce tu kontrowersyjna. Parę lat temu swoje badania do pracy doktorskiej prowadził w klubie nocnym, co oburzyło wówczas media i czytającą artykuły w rodzaju “doktor z Uniwersytetu Ludowego szpiegując w shenzheńskim nocnym klubie pisze rozprawę” publikę. Gdy parę lat później pisał o związkach homoseksualnych, społeczeństwo “oskarżyło go” o bycie homoseksualistą. Teraz gorszy dzieci w szkole. Artykuł opisuje, jak grupa nauczycieli kierowana przez dr Fanga uczy, jak otwarcie mówi rodzicom i nauczycielom, że negacja, potępianie, ucinanie rozmów, nauczanie o “strzeżeniu ciała niczym jadeitu” i nakłanianie młodzieży do złożenia przysięgi dochowania czystosci do nocy poslubnej (a i takie pomysly na edukację seksualną pojawiały się w innych szkołach) nie mają już racji bytu. Nie mają np. wobec faktu, że 8% dziewcząt w wieku 15-19 lat przyznało się do przejscia inicjacji seksualnej, a 21.3% (!!) z tych 8% ma za sobą doswiadczenie zajscia w ciążę (zas 4.9 % zachodziło w ciążę już kilkakrotnie), a pekińskie prywatne szpitale (tylko w prywatnych placówkach ciążę może usunąć osoba niezamężna) po wakacjach zanotowały 50% wzrost liczby nieletnich chcących dokonać aborcji. Bo, chociaż młodzież oburza się, gdy zaproponować im edukację seksualną (“czy chcecie zasugerować, że jestesmy niemoralni?” – trudno w sumie, by inaczej reagowali w szkole, która szpieguje uczniów, by o tym, że np. tworzą związki, donosić do rodziców) i choć wydawnictwa pornograficzne czy strony o takich tresciach są nielegalne (strony są blokowane, rozpowszechnianie pornografii karalne), to jednak młodzież i tak zdobywa w drugim obiegu tego typu wydawnictwa czy płyty i z nich czerpie wiedzę. Albo poszukuje tzw. wiedzy podwórkowej.

Rodzice uczniów poddanych “eksperymentowi”, to w większosci osoby urodzone w latach 60-tych i 70-tych. Ich dzieciństwo i młodosc upłynęły w atmosferze negacji, całkowitego usunięcia sfery płciowosci z oficjalnego dyskursu (zstąpiła oczywiscie do podziemia, a może raczej “podławcza”, pod pulpitami ławek z wypiekami na twarzach przeglądano odpisywaną nieskończoną ilosć razy w szarych zeszycikach anonimową “powiesc erotyczną” pt.: “Serce dziewczyny”, za jej posiadanie były surowe kary, organa wychowawcze uważały, że kto przeczyta, ten własciwie niejako od razu skazany jest na popełnianie przestępstw na tle seksualnym). Milosć, uczucie, seks, były klasowo podejrzane, piesni miłosne spiewane do Mao zhuxi a nie do pięknych dziewcząt, czy przystojnych chłopaków, a związki niesformalizowane najscislej ukrywane. Odkryte, karane i piętnowane. Przez wszystkich. Od najmłodszych, rzucających w osoby z takiej relacji czymkolwiek, co pod ręką i wrzeszczących w kierunku takich “dzikich gołębi” “klasowe” hasła, poprzez rodziców robiących wszystko, żeby taki, mogący zagrozić całej rodzinie związek, przerwać, aż po organizacje i aktywy, które zmuszały do samokrytyki i urządzały takim osobom “wiece krytyki i walki”. Z obrzucaniem starymi butami (po xie – stary, znoszony but to okreslenie kobiety utrzymującej pozamałżeńskie relacje erotyczne) włacznie.

Dzis, patrząc na te czasy, starsi czują nostalgię, młodsi tęsknotę za romantyczną miłoscią, która pokonuje wszystkie przeszkody, a artysci natchnienie. Skończony cynik, nieodżałowany Wang Xiaobo, nieco nostalgiczną historią (ale jak opisaną! Dosc powiedzieć, że musiał ją wydać na Tajwanie, tu nie szło) takiego “nielegalnego” związku otwiera swoją zjadliwą “Złotą erę”. A ostatni film Zhang Yimou, “Shanzha shu zhi lian” (cos mniej więcej jak “Milosc drzewa głogu”) opowiadający historię ukrywanego młodzieńczego związku z tamtych lat zarobił z powodzeniem pieniądze 20-latków jak i ich rodziców. Główna bohaterka w wieku lat 17-tu w pamiętniczku, broniąc się przed uczuciem, zapisuje: “niegdy nie ulegać drobnomieszczańskim, kapitalistycznym pokusom!” Czyli miłosci i pociągowi fizycznemu własnie. I zamartwia się, czy mogła zajsc w ciążę poprzez przytulenie jej przez chłopaka. Dziedzictwem na dzis jest nie tylko nostalgia, ale i ten cały pokoleniowy brak wiedzy, wstyd, poczucie, że erotycznosc to cos złego, co może zniszczyć przyszlosć. Zjawiska te przełożyły się oczywiscie na relację tej generacji z własnymi dziećmi – sfera seksualnosci traktowana jest do dzis jako zupełne tabu a rodzice mają tylko cichą nadzieję, że pomijana w rozmowach, przynajmniej do czasu studiów, erotyka nie będzie dla dzieci istnieć. Powszechny jest strach, że raz przez młodą osobę odkryta, przesłoni jej cel, jakim jest dostanie się na studia i nauka. I co? Jesli wierzyć “Kan tianxia”, to własnie rodzice przeżywający swoje młode lata w takich czasach w przytłaczającej większosci (90%) zgodzili się, aby, ich uczeszczające do objętej eksperymentem szkoły dzieci chodziły na lekcje “edukacji seksualnej i genderowej” opracowane przez dr Fanga. Czemu?

Bohaterowie “Miłosci drzewa głogu” – nawet koszula założona na głowę w celu utrudnienia identyfikacji nie pomogła – w chwilę po jeździe para została złapana przez matkę dziewczyny, po czym wymuszono zerwanie

Jesli dalej wierzyć tygodnikowi, dr Fang i jego wspólpracownicy zdołali przekonać rodziców do tych nauk, chociaż metody i poglądy stosowane w raczkującej chińskiej edukacji seksualnej mogą uchodzić za kontrowersyjne w konserwatywnym obyczajowo społeczeństwie. Dr Fang postulował m in., aby w szkolnym gabinecie lekarskim znalazły się i prezerwatywy. Film, który dano do obejrzenia nastolatkom pokazywał nagie ciała, zas sam Fang przekonywał dzieci, że orientacja homoseksualna jest czyms całkowicie zwyczajnym i naturalnym. Niektóre z podejsc chińskiej seksuologii mogą wydać się kontrowersyjne w mniej konserwatywnych kręgach. Jedna z nielicznych na chińskim rynku książeczek dla młodszych uczniów dotycząca płciowosci definiuje dziewczynki jako nie mające xiao jiji i ukazuje chłopca, w którego oczach czyni je to w jakis sposób wybrakowanymi (o, Freudzie!). Wydawnictwo to ponadto chłopców prezentuje jako lubiących rywalizację i grę w piłkę brudaski, a dziewczynki jako preferujące zabawy w dom, lubiące warkoczyki i płacze przy byle okazji czyscioszki. Jesli dalej wierzyć tygodnikowi (można jednak przypuszczać, że ten celowo do pewnego stopnia pominął aspekt protestów rodziców, żeby nie dodawać kontrowersji, nie podkreslać tak tu nielubianego konfliktu), jedyne obawy rodziców dotyczyły wieku, w którym ich pociechy otrzymają edukację seksualną (dr Fang twierdzi, że im wczesniej, tym lepiej). Tak czy inaczej, edukacja seksualna w tej szkole jest. Jak więc to zrobili?
Cóż, dr Fang naprzmiennie szafował hasłami o naukowosci takich lekcji i cytatami z …. Zhou Enlaia.

“czemu ja lubię szmaciane lalki, a on strzelanie z karabinu?” “czemu ja mam krótkie włosy a ona dwa warkoczyki?” Czy to dziecko, czy dorosły, nie jestesmy tacy sami. Zobaczmy więc w czym się różnimy…

“mają krótkie włosy, mają dużo siły i czasami są troche brudni…”

“chłopcy siusiają na stojąco, a dziewczynki na siedząco? Czemu tak się dzieje?…”

Cytaty z Zhou Enlaia (oczywiscie to nie te powyższe, powyższe ze wspomnianych ksiązeczek są) i ich rolę w przekonywaniu kogokolwiek do czegokolwiek zostawmy może na inna okazje. A naukowosc? W oczach kogos, dla którego wiara w “naukowosć” już dawno została zdemaskowana jako jeszcze jeden mit nowoczesnosci, jako iluzja stałosci i oparcia, tam, gdzie ich w rzeczywistosci nie ma, ta chińska wiara w naukę, naukowosć wlasnie, wiara, że sama nauka może stać się swiatopoglądem (naukowym!), że możliwa jest wiedza obiektywna, takze ta humanistyczna, dotycząca ludzkiego życia i ludzkich wyborów i że przyczyniac się moze ona do szczęscia (jak mówi dr Fang, celem jego edukacji jest zdrowie i szczęscie dzieci), musi zadziwiac.

Pamiętam, jak w zeszłym roku na jednych z zajęć na moim szanghajskim uniwersytecie wywiązała się dyskusja o tym, czym jest naukowosc. Nauczyciel i studiujący przescigali się w mówieniu czym ona jest – rugowaniem mixin - przesądu (tutaj “przesąd” jest drugim biegunem naukowosci), postępem, rozwojem, wprowadzaniem nowoczesnosci etc. W końcu nauczyciel wpadł na pomysł, żeby zapytać jedynego laowaja na sali. Gdy zaczęłam mówić, że o naukowosci czegos przesądza zastosowana metoda, a nie wynik, że kluczem jest falsyfikowalnosc i możliwosc kontrolowania warunków eksperymentu, na sali zapanowało zdumienie, zas nauczający podsumował: “patrzcie, jak inaczej, jak osobliwie myslą ludzie Zachodu”.

W naszych oczach ta chińska wiara, ze nauka i “naukowosc” naprawi społeczeństwo, przyczyni się do jego szczęscia, że to, co uznane za “naukowe” nalezy po prostu przyjąć, bo takie są “prawa postępu”, to wysokie zaufanie do szkoły jako pasa transmisyjnego “postępu” i “naukowosci” moze jawić sie jako niezły mixin. Pewnie tak samo jak tutaj jawiłyby się nasze różne widniejące na sztandarach “wartosci”, kłótnie o podręczniki, o “wychowania do życia w rodzinie” vs “wychowania seksualne”, walki o szkolne krzyże etc. No więc pewnie to wszystko jawiłoby się jako straszny mixin. Pod warunkiem, że w ogóle udałoby się wytłumaczyć Chińczykom, o co w tym wszystkim mniej więcej chodzi.

Na zakończenie kilka fantastycznych odpowiedzi chińskich rodziców na pytanie: “mamo, tato, skąd się wziąłem”, jakie usłyszeli w przeszłosci obecni czytelnicy Kan tiaxia, a którymi podzielili się w sondzie (dzięki nim ma się wrażenie, że lekcje wspólpracowników dr Fanga w sumie to przydałyby się nie tylko dzieciakom). No więc: “mamo, tato, skąd się wziąłem?”

“Wyciągnęlismy cie ze smietnika…”

“Znaleźli mnie za górą. Gdy uciekali ze mną, gonił ich wilk, tata z tyłu go bił, a mam uciekała przodem ze mną na rekach…”

“Pani w warzywniaku nie dawała rady dłużej mnie utrzymywać, więc mam wróciła z zakupów i z warzywami i ze mną…”

“Ukradli mnie innym ludziom. A jak to mówili, to jeszcze pokazywali mi zdjęcie, jak mama trzymając mnie gdzies biegnie, mówiac, że to robione w momencie, gdy mnie kradła…”

“Kupili mnie w sklepie…”

“Zabrali od złomiarza, bo zawsze jak szli do wujka, mijali tego złomiarza, mama mówi, że ten złomiarz i jego żona to moi prawdziwi rodzice”

“Mówi, że wymieniła mnie za porcje kiszonych warzyw…”

“Z ZOO, zabrali mnie z pobliża klatki z niedzwiedziami”

“Mikołaj wrzucił mnie przez komin…”

19

01 2011

Mężczyzna powinien… (czesć druga)

Na szybach gęste kwiatki wymalowane mrozem, w drzwiach spłowiała zasłonka ze smokiem i feniksem. Mdła żarówka u sufitu. Na ścianie portret Mao i Zhou, na szafie plastikowe kwiatki. Gospodarz napalił nam w kangu. Leżymy na nim w kurtkach i czapkach pod kilkoma kołdrami, para bucha nam z ust i popijamy herbatę z…whisky i zastanawiamy się, czym byłaby pólnoc Chin bez kangu. Z iPhone’a SHL (SHL ma na sobie dwie czapki) lecą różne – sylwestrowe – hity. W tej drugiej, kuchennej izbie, pod ścianą sąsiadującą z kangiem, stos kapusty – żeby nie przemarzła. I niski piec na drzewo. Wody bieżącej nie ma. Zamarzła. Góry z czterech stron. Na nich ruiny Wielkiego Muru. Gwiazdy takie, że wydaje się, jakby to było jakies inne niebo. Za 10 dwunasta w całej wiosce gaśnie światło. Sylwester. Doswietlamy iPhone’m.

Jak nietrudno się domyślać, przeziębiłam się nieco, więc nagle znalazł się czas na kolejny wpis. Co powinien mężczyzna? Kto stawia mu te wymogi, kto ustala powinności? I czym to skutkuje?

W chińskich miastach coraz wyraźniejszy jest trend, który nigdy dotąd chyba się jeszcze w Chinach nie uwidocznił. Młodzi rodzice zaczynają preferować płeć żeńską potomka. Yanger fanglao – „chować syna aby pomagał na stare lata” zmienia się w “chować córkę aby pomagała na stare lata”. Dawniej córka przechodziła do rodziny męża i jej pomaganie na stare lata ograniczało się znacząco do pomagania teściom. To syn dziedziczył i odwdzięczał się rodzicom opieką na starość. Dziś narodziny syna nie tylko nie oznaczają zapewnienia opieki na starość, ale – przeciwnie – oznaczają ogromny wydatek, który na starość będzie trzeba ponieść. Coraz częściej rodzice zakładają fundusz już w momencie narodzin syna. Posag. W dzisiejszych Chinach mężczyzna, aby liczyć się na rynku matrymonialnym (przypomnijmy konkurencja jest duza, jako, że i dysproporcja pomiędzy liczbą kobiet a męzczyzn w Chinach jest poważna) musi mieć posag. I to nie byle jaki. Moja nauczycielka, ze stołecznej, profesorskiej rodziny : “co zrobić, muszę, inaczej nie mogłabym spojrzeć w oczy synowi, przeze mnie nie miałby żony”. Mężczyzna powinien wnieść do małżeństwa mieszkanie. Dla przytłaczającej większości młodych Chinek i ich rodziców wniesienie do wspólnego stadła (mieszkanie oczywiscie natychmiast musi stać się wspólne) przez przyszłego pana młodego mieszkania jest najbardziej podstawowym warunkiem zamążpójścia. Powstało nawet nowe pojęcie ekonomiczne – 丈母娘需求 zhangmuniang xuqiu - “potrzeby teściowych”, w tym ta jedna, fundamentalna. Chcący zdobyć żonę młodzi powinni uwzględniać także i ten rodzaj potrzeb.

xin_2811060515187341939545“Kochani, pobieramy się” – osoby niosące mieszkanie to oczywiscie rodzice pana młodego.

33df5c5b71f34b37800344bf7fbfded8

W020090908496020101793

Na mankiecie ręki z biczem napis “tesciowa”, Chłopak niesie na plecach mieszkanie w kształcie strzałki z napisem “ceny mieszkań”. Popularne jest tłumaczenie wysokich cen mieszkań nadmiernymi “potrzebami tesciowych”

20100920114708_41595

Jak mawial Makesi, byt kształtuje świadomość. Ceny mieszkań, dzięki działaniu ręka w rękę władz lokalnych i deweloperów, dzięki spekulacjom na rynku budowlanym, no i wreszcie dzięki ograniczeniom przestrzennym (jak chcieliby niektórzy, także i dzięki nadmiernie rozbuchanym “potrzebom tesciowych”), szybują do niebotycznych rozmiarów, stawiając kupno mieszkania zupełnie poza możliwościami młodych ludzi i czyniąc z niego prawdziwy fetysz. Rząd centralny ustami swoich najbardziej prominentnych przedstawicieli wielokrotnie zapewniał, że teraz już, za chwilę, ceny mieszkań spadną. Po tych deklaracjach działo się dokładnie odwrotnie, co tylko pokazało, w czyich rękach tak naprawdę leży władza, jeśli chodzi o rynek mieszkaniowy. Na moim osiedlu – ani dobrym ani złym, znosnym, w dobrym punkcie, ale bez luksusów, cena 60 metrowego mieszkania waha się w granicach 3 milionów yuanów (ok 1.4 mln złotych) i – jak wszystko przy obecnej inflacji – rośnie. Średnia pekińska pensja to niecałe 5 tysięcy yuanów, ale w mieście takich kontrastów nietrudno się domyślić, ile osób musi zarabiać grubo poniżej średniej, aby była ona właśnie taka.

Mieszkanie traktowane jest schizofrenicznie – jako dobro absolutnie poza zasięgiem, a jednocześnie i najzupełniej podstawowe.”Mieszkanie daje poczucie bezpieczeństwa”, “małżeństwo bez mieszkania to nie jest żadne małżeństwo” – powiadają zgodnie moje młodsze chińskie koleżanki. “No dobra, a mieszkanie na morderczy kredyt, które sprawia, że on staje się fangnu – niewolnikiem mieszkania, lub yinghang xiaolinggong – drobnym robotnikiem pracującym dla banku, też daje takie poczucie? Co w tym innego niż wynajmowanie, skoro dopóki kredyt nie jest spłacony, mieszkanie stanowi własnosć banku?” – pytam się WLY, która przyjechała do Pekinu na studia z pewnej południowej prowincji. “Daje. Tylko bardzo nowoczesne osoby są w stanie nie myśleć o mieszkaniu przy zamążpójściu”. I tyle.

fangnuSlimak i krab pustelnik – zamieszkujący opuszczone muszle- symbole dwóch rodzajów podejscia do mieszkania. Slimak – niesie ze sobą cieżar jakim jest dom i spłata kredytu, krab wynajmuje mieszkania. Slimak: “zestarzałem się a wciąz jestem niewolnikiem mieszkania”. Krab: “kupno mieszkania nie dorównuje wynajmowi!”

WLY nie kryje, że wcale nie jest i nie chce być super nowoczesną osobą, bo wie, czym to grozi. Studiuje na znakomitym uniwersytecie, ale nie będzie szukać pracy na świeczniku. Ideałem jest szeregowa praca w jednostce państwowej, z dużą ilością dodatkowych świadczeń, niekoniecznie w zawodzie. “Rodzice zawsze mi powtarzali, że dziewczyna nie może być zbyt ambitna, bo nie znajdzie męża” – mówi. Jak mówi, jej studia są po to, aby „dać rodzicom twarz”w niewielkim mieście skąd pochodzą i ewentualnie znaleźć przyszłego męża. Ale i tutaj dużo się zmienia. Na studiach niekoniecznie występują odpowiedni kandydaci. Bo idealny mąż powinien być starszy, z doświadczeniem, dobrze by było, żeby to mieszkanie, które wnosi w posagu, było dowodem jego faktycznej pozycji, a nie tylko “wyżyłowaniem” starych rodziców (ken lao – dosł. wyssanie starych, to dziś niestety dla większości jedyny sposób na sprostanie “potrzebom teściowych” i ich córek). No, chyba, że to nie żyłowanie biednych staruszków, ale gest dobrze postawionego taty. Wtedy to mieszkanie to tylko wstęp, gwarancja, że jako żona fuerdai - przedstawiciela drugiego pokolenia bogaczy, dziewczyna będzie mogła korzystać z przywilejów należnych takiej rodzinie.

58a6d4eat79e11141fa52&690“Drugie pokolenie bogaczy wybiera konkubinę”. Mezczyzna jest ubrany w cesarskie szaty, siedzi na ceraskim tronie

fuerdai2“Mozna zaoszczedzic sobie tyle lat zmagan!” – mowia kandydatki do ozenku z fuerdai.

Jesli nie jest fuerdai, chłopak powinien mieć, oprócz mieszkania, chociażby plan życiowy. “No bo jakie ty tam masz wlasciwie stanowisko…pracownik działu kultury. Jaki masz plan życiowy?” – pyta sceptycznie jedna z uczestniczek Feicheng wurao, części, której już nie przedstawiłam, bo mi sił zbrakło. “Moim planem jest po prostu dobrze wykonywać moją pracę” – niepewnie broni się chłopak. “No nie, czyli nie masz planu” – różowe usteczka krzywią się. “Plan, czyli – wylicza na palcach z różowymi paznokietkami – za dwa lata zostaję wiceszefem działu, za cztery szefem, za sześć — dyrektorem departamentu”. Że też mu musi tłumaczyć takie podstawowe rzeczy.

Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że dla pewnej części młodych Chinek, jak dla mojej znajomej z Pekinu, MJ, chłopak nie musi mieć mieszkania (dla jej dobrze postawionej, inteligenckiej rodziny mieszkanie nie jest żadnym złotym cielcem), wystarczy, że jest ambitny, ma perspektywy, no i własnie plan życiowy. Dla zupełnej sprawiedliwosci trzeba dodac, ze są tu dziewczyny, które to wszystko przeraża, które pytane o to, co mężczyzna powinien, mówią: “powinien być kims takim, z kim będę dobrze się rozumieć”. Tak mówi SXY. SXY ma rodziców artystów chodzących w wyciągniętych swetrach i rozkochanych w literaturze. Sama jedździ po przedszkolach i robi dzieciom zajęcia plastyczne mające rozwijać ich wyobraźnię.

Jeszcze słowo o szukaniu męża na studiach i szukaniu w ogóle. Problem jest nie tylko z brakiem odpowiednich kandydatów na uczelni, ale z samymi studiami jako czasem na poszukiwanie męża. Bo łatwo powiedzieć – znajdź sobie na studiach męża. Za flirtowanie, tworzenie par w szkole średniej czekał donos do rodziców i kary od szkoły (miłość przeszkodziłaby w nauce), skąd nagle wiedzieć, co robić, jak się poznawać, jak być razem? “To jak znajdziesz tego męża?” – pytam się WLY. Zbliża się chiński Nowy Rok. Moje młodsze koleżanki wracają na święta do domów. Ona też. W rodzinnym miescie czeka kilka umówionych przez rodziców spotkań. “Rodzice mają znajomych, a oni synów, rodzice wiedzą, kto ma jaką pozycję, kto by się nadawał, wiem, że chcą dla mnie jak najlepiej”. Kandydaci wpadną na niezobowiązujący obiad do “cioci i wujka”, przy okazji poznają ich córkę. “A jeśli polecany przez rodziców facet nie będzie Ci się podobał?” – dopytuję się. “Nie szkodzi – jeden znajomy więcej” – odpowiada WLY.

WLY, podobnie jak inne dziewczyny, również na pierwszym miejscu jako kryterium przydatności faceta na męża stawia mieszkanie i pozycję, ale, jak zaznacza, nie rozumie tych dziewczyn, które lecą na pierwszego lepszego, który ma odrobinę pieniędzy. “To sprawa wychowania, moja mama powtarza, że synów należy chować biednie, a córki bogato. Tak chowany syn będzie chciał się dorabiać, a tak wychowana córka nie poleci na pierwszego lepszego, kto jej coś zaofiaruje”.

W ubiegłym roku w telewizji rekordy bił serial pt. 蜗居 – woju, ślimaczy dom. W powszechnej opinii niezwykle adekwatnie pokazywał problemy życia współczesnych młodych ludzi, ich wybory, ich losy, nierozerwalne złączenie tychże z problemami mieszkaniowymi, a problemy mieszkaniowe z korupcją we władzach lokalnych. Tak adekwatnie, że został zdjęty z anteny, a dziś oglądany jest – wciąż tłumnie – w internecie bądź z pirackich płyt. Starsza siostra – Haiping, ma trzydzieści kilka lat, wyszła za mąż na studiach, z miłości. Zakochani nie patrzyli wtedy na to, że nie mają mieszkania, ważna była romantyczna miłość. Dziś, po 10 latach małżeństwa, nadal nie mają mieszkania, gnieżdżą się w mikroskopijnym pokoiku w którymś z szanghajskich nongtangów, ich córkę Rangrang od lat wychowuje babcia, bo, jak zaznacza Haiping “nie mamy warunków, a ja chciałabym dać jej wszystko co najlepsze – basen, zajęcia pozaszkolne, jasną, ładną przestrzeń”. Przez trzydziesci pięć odcinków serialu obserwujemy obumieranie romantycznej miłości Haiping i jej męża, ich miotanie się po klaustrofobicznym pokoiku, zatykamy uszy w obronie przed wrzaskiem Haiping: “co osiągnąłeś w życiu!? Po co się żeniłeś!? Nie masz zdolności, nie masz pieniędzy, nie masz pozycji, nie masz niczego!!” Haiping przychylniejszym okiem spogląda na męża jedynie wtedy, gdy ten rzuca przed nią (tak, on własnie nimi rzuca) koperty z zarobionymi po godzinach na dodatkowych zleceniach pieniędzmi. Liczy łakomie banknoty. Przekaz jest jasny – bez mieszkania, bez pieniędzy, bez pozycji męża, obumrze nawet najpiękniejsza miłość. Młodsza siostra Haiping, już z pokolenia 80, Haizao, obserwuje miotanie się siostry, słucha jej przestróg przed poslubieniem qiong guangdan – “biednego łysego jaja”, co zamiast konkretów będzie mamił romantyzmem. Choć chłopak Haizao – Xiaobei – jest ucieleśnieniem ideału współczesnej chińskiej romantycznej miłości – tej opiewanej w piosenkach idoli popkultury, tej wyzierającej z każdego piksela grafiki portalu społecznosciowego na QQ – masuje jej stopy, wysyła komunikatorem misie i królisie, nazywa “mała świnką”, chce z nią pielęgnować kwiatki na balkonie, czyści jej uszy i znosi każde jej humory, to jednak przegrywa z żonatym i dzieciatym sekretarzem rady miasta. Sekretarz sypie gotówką, robi prezenty, zaprasza do restauracji bez szyldu, „gdzie pieniądze już nie wystarczą, trzeba mieć odpowiednią pozycję”, za pomocą znajomości jak za dotknięciem różdżki rozwiązuje problemy nie tylko Haizao, ale i jej siostry. Haizao zostaje ernai („drugą babcią” – w starych Chinach okreslenie drugiej żony), a internauci w dyskusji pod serialem na chińskim odpowiedniku Youtube wpisują pochwały na jej temat: „dobrze zrobiłaś, co będziesz żałować tego Xiaobei!” Czasem trochę smutno, bo rodziny z tego nie będzie, ale, jak wyraziła się wiosną ubiegłego roku jedna ze sławniejszych uczestniczek Feicheng wurao, niejaka Ma Nuo: “lepiej płakać w BMW niż śmiać się na rowerze”. Haizao i Ma Nuo mają odwagę mówić na głos to, co myśli tyle dziewczyn z tego nowego pokolenia.

12176949_11n

Inna sprawa, gdy potencjalny kandydat nie zamierza wcale się BMW i innymi dobrami łatwo dzielić – jak przedstawiany dwa wpisy wczesniej uczestnik Feicheng wurao. Miał wszelkie dane, by wygrać (żonę) w tym, tak akuratnie oddającym transakcyjny charakter dzisiejszych związków, programie. Wnosił pozycję i pieniądze. Cóż z tego, jeśli nie chciał wykonać tego gestu ważniejszego niż najromantyczniejsze deklaracje – rzucić pieniądze do jej stóp bezwarunkowo. Jak sekretarz zakochany w Haizao – gdy ona mówi, że potrzebuje pieniędzy, on natychmiast wyciąga grubą kopertę i prosi z poważnym, pełnym uwagi wzrokiem: “jesli będziesz potrzebowała więcej, powiedz”, nie pytając się po co, na co. Bo w dzisiejszym chińskim społeczeństwie facet oprócz posagu powinien dać też dowód miłości. I coraz rzadziej jest to zainteresowanie, wspólna pielęgnacja kwiatów czy spacery. To dobre w piosenkach i jako temat graficzny w portalu QQ. Ale mężczyzna nie powinien narzekać.

Jesli narzeka publicznie, staje się sławny, tak jak internauta Dorian1007, który na jednym z forów “zlozyl przysiegę”, że nie poslubi dziewczyny, która “jest niewolniczką mieszkania” – jest skupiona wyłącznie na mieszkaniu, która wychodzi za mąż za mieszkanie, a nie za niego, która kocha mieszkanie, a nie jego, która jest skrajną materialistką, jest samolubna. Zyskał poparcie wielu rówiesników, równiez rozczarowanych perspektywą potwornych wydatków w imię celu, który ich nie satysfakcjonuje.

U4958P1032DT20101209143214Przysięga chłopaków z pokolenia 80 – nie poslubić dziewczyny, która jest niewolniczką mieszkania.

Na jednym z wieczorów spędzonych z innymi mieszkającymi w Pekinie cudzoziemcami słucham ploteczek. Facet, z pewnego europejskiego kraju, był tam, u siebie, z dziewczyną, mieszkali w wynajętym, odkładali na mieszkanie. I wtedy on wyjechał do Chin. Poznał Chinkę, zakochał się, chciał się żenić, został mu przedstawiony wymóg mieszkania i on je kupił. Pytany, czemu to zrobił, stwierdził: „ona nie ma wyboru, to jest taka kultura, ja to rozumiem”.


08

01 2011

Drodzy Czytelnicy…

Bądźcie zdrowi i szczęsliwi a nadchodzący Rok niech przynosi Wam tylko takie tematy, które będziecie chcieli podjąć.

Wysłuchuję narzekań osób mieszkających w Polsce, jak to płytkie, jak bez atmosfery, jak plastikowe są teraz swięta, ale i tak – z perspektywy tych kilkunastu tysięcy kilometrów – dzis akurat przedłożyłabym chętnie tą swojską płytkosć i plastikowosć nad plastikowosć obcą, ktora jest obca szczegolnie w takich chwilach.

Wsród tych wszystkich oblesnie się usmiechających Mikołajów – a raczej “starych ludzi bożonarodzeniowych” (nic się pod tym względem nie zmieniło od ubiegłego roku, gdy pisałam o tychże), wsród tych wszystkich “X-mas”, które brzmią dla mnie równie ciepło co “X-ray”, posród czapeczek nasadzonych przez pracowawcę na zmęczone głowy kasjerek, ta poniższa, wykonana domowym sposobem na drzwiach starego siheyuanu choinka i snieżynki wydają mi się takie ludzkie.  Od drugiej strony hutongu, w którym znajduje się ten stary dom, te drzwi i ta choinka ze snieżynkami, idzie już wyburzanie, a na drzwiach wymalowano juz przerażający znak 拆. Choć stary, kamienny siheyuan wygląda o wiele trwalej i prawowiciej niż pospiesznie wymalowane drzewko związane z jakims obcym swiętem, to jednak w przeszłosć odejdą razem. Na następne swięta Bożego Narodzenia na tym miejscu będzie już postęp, cywilizowanie, wieżowiec, sklepy. I “X-mas” i czapeczki na głowach sprzedawczyń.

choinka

24

12 2010

Mężczyzna powinien…(część 1 – dramat)

非诚勿扰 - Feicheng wurao (mniej więcej „jeśli nieszczerze, to nie zawracaj głowy”) to program telewizji prowincji Jiangsu. Telewizje poszczególnych prowincji, w dużo większym stopniu niż programy telewizji centralnej, rządzą się zasadami rynkowymi, a dzięki możliwościom technologicznym są dostępne niemal wszędzie i zawsze. Większość (bardzo licznych) wielbicieli Feicheng wurao ogląda program w sieci. Ja nie wielbię, mnie on….ja…., ja go czasem oglądam do śniadania w niedzielę. Postanowiłam dziś przybliżyć program miłemu Czytelnikowi bez dodatków, pseudosocjologicznych gadek i ciętych podsumowań. Po prostu wiernie odtworzę treść pierwszej części i kawałeczek drugiej części programu z 14 grudnia, czyli najnowszego. Dla większej przejrzystości treść owych części programu przedstawię w formie dramatu. Wypowiedzi Dramatis Personae są tłumaczone niemal dosłownie, 90% wypowiedzi osób uczestniczących w programie zostało przytoczonych, jeśli czego nie przytoczyłam, to streszczam w didaskaliach. Wpis pomyslany jest jako pierwszy z dwóch (ten wpis to raczej preludium i dostarczyciel kontekstu) na temat tego, co…no własnie…co powinien mężczyzna. Drugi wpis, o ile chińskie bóstwa pozwolą, niedługo.

DRAMATIS PERSONAE:


PROWADZĄCY                łysy, na oko 40-letni facet

KOMENTUJĄCY               łysy na oko 35-letni facet

KOMENTUJĄCA              na oko 35-letnia kobieta podobna do byłej żony Michała Wiśniewskiego (której dokładnie żony, nie ma akurat większego znaczenia, sama nie wiem, dlaczego mi się tak napisało)

UCZESTNICZKI przez PROWADZĄCEGO i KOMENTUJĄCYCH nazywane „numerami”, dlatego tak też będziemy je określać. Wśród nich:

NUMER 2                       bluzka połyskliwa z jednym ramieniem odsłoniętym, z Nankinu.

NUMER 9                       bluzka różowa, udrapowana

NUMER 11                     bluzka w serdusia, kantoński seplen

NUMER 14                     tiara na głowie, spojrzenie pełne sztucznych rzęs

NUMER 16                     bluzka czarna, naszyjnik

MĘŻCZYZNA                  łysy, lat 28, inżynier, z Chengdu

MĘŻCZYZNA 2               bujne włosy, lat 26, zarządza ruchem statków w porcie, prowincja Hunan

PUBLICZNOSC               jak publicznosć

CEL                                unosi się nad całą sceną, a jest nim dobranie MĘŻCZYZNY z którymś z NUMERÓW a jeśli wystąpi splot korzystnych zdarzeń, wysłanie ich na egzotyczne wakacje.

Rzecz dzieje się w studiu telewizji prowincji Jiangsu. W studiu ustawione są w formie łuku 24 stanowiska z zapalonymi lampami, przy każdym z nich stanie jeden NUMER. Na środku sceny świetlista winda, nią wjedzie na scenę MĘŻCZYZNA (a potem MĘŻCZYZNA 2, a nawet 3 i 4, ale tego już w dramacie nie przedstawimy, bo nie ma sensu. Przez środek studia przechodzi wybieg podswietlany, przy którym ustawiona jest czerwona kanapa dla KOMENTATORÓW.

AKT 1

SCENA PIERWSZA (i ostatnia w tym Akcie)

Przy dźwiękach muzyki popularnej wjeżdża na scenę windą wspomnianą MĘŻCZYZNA. Najpierw widać jego ugarniturzone nogi i rozlega się na sali pisk, potem marynarę, pisk nie ustaje, a na końcu łysą głowę. Pisk milknie. Podczas pojawiania się głowy kilka NUMERÓW zasłania rękoma usta.

PROWADZĄCY (do KOMENTUJĄCYCH): Chyba już mieliśmy gości tego rodzaju?

KOMENTUJĄCY: Tak, chyba ze czterech.

PROWADZĄCY (do MĘŻCZYZNY): Ładnie się dziś uczesałeś.

(MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY: Jak na ciebie patrzę, to mam wrażenie, że patrzę w lustro.

(MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY (do MĘŻCZYZNY): no dobra, która wpadła ci w oko?

(daje MĘŻCZYŹNIE do ręki aparat z ekranikiem, aparat przypomina kształtem barchanowe gacie, mężczyzna wystukuje na nim numer NUMERU: 14, rzecz nie zostaje wyjawiona DRAMATIS PERSONAM, chyba ten przypadek, nie? Przepraszam, zapomniałam te wszystkie odmiany. No więc rzecz zostaje wyjawiona jedynie nam, zgromadzonym przed ekranami)

PROWADZĄCY (DO NUMERÓW): Dziewczęta, zastanówcie się, jakie na was wywarł wrażenie.

(W odpowiedzi 6 lamp gaśnie, oznacza to brak zainteresowania tych NUMERÓW MĘŻCZYZNĄ)

PROWADZĄCY: Numer 9, dlaczego?

NUMER 9: Po prawdziwosci to sadzę, że ta zgolona głowa ani trochę nie jest ładna, ponieważ twoja głowa ani trochę nie jest wystarczająco okrągła, jak patrzę na łyse przecież głowy PROWADZĄCEGO i KOMENTUJĄCEGO to jest to tym bardziej wyraźne, że przypomina ona piłkę do rugby, więc mi się nie podoba.

(Brawa i śmiech na sali, MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY: Łatwo powiedzieć, jak się ma głowę pełną włosów (po czym wdaje się z KOMENTUJĄCYM w pogawędkę dotyczącą łysosci, po czym zwraca się do PUBLICZNOSCI) : Ale wiecie co? Stojąc tutaj obok niego przeprowadziłem oględziny i odkryłem, że na jego głowie jest dziurka.

(Histeryczny śmiech na sali, MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY: Wy tego nie widzicie, tylko ja to widzę. (do MĘŻCZYZNY:) Skąd ta dziurka?

MĘŻCZYZNA: Sam golę głowę…

PROWADZĄCY: Umiejętności nie dość dobre, trzeba ćwiczyć. Ale jeżeli uda ci się stąd wyprowadzić jakąś dziewczynę, to powierz jej to zadanie.

(histeryczny śmiech na sali)

PROWADZĄCY: Zobaczmy zatem filmik opowiadający o jego życiu.

(pokazują filmik, gdzie MĘŻCZYZNA w żółtym kasku na czaszce chadza po budowie, opowiada o tym, że z powodu pracy, jaką wykonuje był już w 187 miastach, dwa razy samolot, którym leciał miał awarię, a ostatnim razem to wyjął nawet kartkę i ołówek i zaczął pisać testament, smiechy Komentujących, gadki o tym, że nawet jak się go statkiem wysle na wycieczkę i tak go cos trafi)

PROWADZĄCY: numer 16, jakies pytania?

NUMER 16: Czy uważasz się za człowieka inteligentnego?

MĘŻCZYNA: Chciałbym być, cały czas się uczę.

NUMER 16: No, a czy nienawidzisz głupich ludzi?

MĘŻCZYZNA: Nie, nie nienawidzę, na przykład lubię głupie dziewczyny.

KOMENTUJĄCY: Gratuluję. Pytająca jest najgłupsza z nas wszystkich.

(histeryczny śmiech na sali, NUMER 16 też się śmieje. Jakby trochę głupio…puszczony zostaje kolejny filmik, pt.: „Pogląd na pieniądze”)

MĘŻCZYZNA (tym razem z ekranu): Większość mojej pensji składam na koncie. Jeśli chodzi o finanse mojej przyszłej rodziny, to mam pewną myśl – dopóki nie urodzi się dziecko każdy rozporządza swoimi pieniędzmi (większość lamp gaśnie), dopiero jak urodzi się dziecko, powierzam jej moje pieniądze. Chcę tak zrobić, bo mam swój powód – jeśli ona zabierze moje pieniądze i ucieknie z innym, bardzo mnie to zrani.

PROWADZĄCY i KOMENTUJĄCY (chórem): A co jeżeli ona po urodzeniu dziecka zwieje z Twoimi pieniędzmi i innym facetem?

MĘŻCZYZNA (kategorycznie): To niemożliwe.

KOMENTUJĄCY: A czemuż to? (kategorycznie) Całkowicie możliwe.

MĘŻCZYZNA: Wierzę, że nie.

PROWADZĄCY: Cóż za niepoparta niczym wiara.

MĘŻCZYZNA: Niezręcznie mi wam wyjawić powód.

KOMENTUJĄCA: Ale czemuż to, co w tym nieręcznego?

MEŻCZYZNA: Wierzę, że małżeństwo jest jedno na całe życie, inaczej to niepoważne.

PROWADZĄCY: Znam tylu ludzi, co tak mówili, a teraz już się rozwiedli, drugi raz pożenili. Czy zgadzasz się, że nie powinno się mówić tak kategorycznych słów?

MĘŻCZYZNA: Zgadzam się, ale mam swoje zasady.

(teraz to PROWADZĄCY wznosi oczy do góry, prosi NUMER 2 o zadanie pytania)

NUMER 2 – Jako kobieta łącząca w sobie piękno i inteligencję mam pytanie, czy zgodziłbyś się, aby być ze mną, przeprowadzić się z Chengdu do Nankinu, gdzie mieszkam?

MĘŻCZYZNA (kategorycznie): A to przepraszam, ale moim planem jest zabranie dziewczyny do Chengdu, nie zgodzę się na żadne przeprowadzki.

Numer 2 (kategorycznie): A to przepraszam, ja planuje zostać w Nankinie. (NUMER 2 gasi lampę, po niej gasi lampy jeszcze kilka NUMERÓW, zostaje już tylko 1 lampa, jakimś zrządzeniem losu NUMERU 14, tego, który wybrał MĘŻCZYZNA na początku)

PROWADZĄCY: Numer 14, czy masz jakieś pytania?

NUMER 14 (słodkim, zalotnym głosem): Chciałabym jeszcze posłuchać więcej o kandydacie.

(w odpowiedzi na ekranie zostaje puszczony filmik)

MĘŻCZYZNA (z ekranu) Mój ideał kobiety to: wzrost od 162 do 170 cm, waga do 52 kilo. Jeżeli zamierzasz przytyć, to 52 kilo to górna granica, która mogę zaakceptować. Chcę, żeby była dla mnie podporą w pracy i w domu a nie, żeby była nu qiangren – strongwoman (gaśnie ostatnia lampa – NUMERU 14, tego przecie, co wpadł MEŻCZYŹNIE na początku w oko! Tymczasem z ekranu nieprzerwanie płynie głos) Jeśli będzie zarabiała więcej ode mnie, miałbym wielkie poczucie klęski. Chciałbym, żeby była słodka i głupiutka, gdy czegoś nie rozumie, żeby przybiegała z tym do mnie. Gdyby było odwrotnie, miałbym wielkie poczucie klęski, twarz bym tak stracił, że nie dałoby się z powrotem przywiesić.

(Filmik kończy się, w studio leci podniosły motyw z Carmina Burana Carla Orffa, oznacza to klęskę MĘŻCZYZNY, żadne NUMER się na niego nie połasił)

PROWADZĄCY (do NUMERU 14): Czemu zgasiłaś lampę?

NUMER 14: Bo ja mam swoje zdanie, nie jestem małą słabą kobietką, w przyszłosci oznaczać to będzie różne spory. I jeszcze jedna, mała, malutka rzecz (pokazuje różowymi paznokciami, jak mała jest ta rzecz)- moje wymiary nie mieszczą się w Twoich wymaganiach.

(MĘŻCZYZNA opuszcza scenę przy dźwiękach melancholijnej muzyki pop, po wybiegu lata reklama sieci komórkowej, na banerze przy wyjściu do którego się udaje MĘŻCZYZNA lata reklama sieci komórkowej)

MĘŻCZYZNA (już zza sceny) : Przyczyną mojej dzisiejszej porażki było to, że moje poglądy na rodzinę i finanse były nieco inne niż poglądy uczestniczek. Ale jeśli w przyszłości będę szukał dziewczyny, to nie zrezygnuję ze swoich zasad i ideałów, bo bardzo je szanuję.

PROWADZĄCY (wciąż na scenie) Podczas programu odkryłem, że tak naprawdę to miał na czaszce trzy dziurki. Co za budzący strach koles.

(histeryczny śmiech na sali)

koniec aktu pierwszego

KURTYNA

PRZERWA NA REKLAMY

AKT DRUGI

(Te same uczestniczki. Znowu opuszcza się winda, na niej wjeżdża MĘŻCZYZNA 2. Wita się, przedstawia, mówi skąd jest, a jest z Hunanu, z Changsha. Wybiera na ekraniku w kształcie barchanowych gaci numer NUMERU, który wpadł mu w oko, następnie NUMERY proszone są o ocenę MĘŻCZYZNY. W odpowiedzi gasną 2 lampy – NUMERÓW 16 i 11)

NUMER 11: Przepraszam, ale ja lubię wyższych facetów, a jeśli są niżsi, ale by byli nieco przypakowani, to też ok, tak więc…(rozkłada ręce)

NUMER 16 (z kantońskim seplenieniem): Bo nie lubię Hunańczyków.

AKT DRUGI toczy się dalej, ale jakoś zapada

KURTYNA

20

12 2010

Hukou. Z reguły…

Nie lubię wymądrzać się na tematy, na których się nie znam. Na chińskim prawie, regulacjach nie znam się. Chińskie prawo i regulacje przerażają mnie. Każda reguła ma bowiem mnóstwo pod-reguł (i mówię tylko o tych oficjalnych, na-biurkowych a nie pod-biurkowych). Do tego, w myśl zasady zdecentralizowanego centralizmu, coraz więcej władzy w materii wyznaczania i egzekwowania regulacji przekazywane jest na coraz niższe szczeble – do władz lokalnych. To wszystko sprawia, że system prawa jest bizantyjski (chiński?) w swoim rozmiarze, zdefragmentowany, często niespójny, lub też zwyczajnie wewnętrznie sprzeczny. Jak bardzo, ukazują chyba najbardziej dobitnie konkretne historie prosto z życia – gdy to ostatnie próbuje się, znosząc niezliczoną ilość trudności, nagiąć, przetrwać w nieczytelnych regułach. Ale o tym za chwilę.

Tak więc nie znam się na prawie i na jego regulacjach. Ale zdaję sobie sprawę, że trudno opowiedzieć cokolwiek (chociaż kawałkami) dotyczącego dzisiejszych Chin bez wspomnienia o kilku regulacjach, które w wyjątkowo wysokim stopniu kształtują losy (obywateli) współczesnego ChRL. Jedną z nich jest system hukou. Hukou to system rejestracji ludności, ma bogatą tradycję sięgającą zamierzchłych czasów cesarstwa, systemy o identycznej nazwie działają i w Japonii i na Tajwanie, system hukou działał do niedawna w Korei. Jednak systemy te pozbawione są implikacji – o których za chwilę – charakterystycznych dla systemu hukou stosowanego w ChRL.

Gdy system hukou był wprowadzany w jego obecnej postaci (a liczy sobie już 50 lat) jasne było, że “darmową” opieką zdrowotną, dostawami, talonami, tym całym 福利 fuli, socjalem, który powinien być, bądź, co bądź wyznacznikiem “socjalistycznosci”, nie da objąć się wszystkich. Lepiej objąć tych, którzy przez życie w większej koncentracji, lepsze doinformowanie, wykształcenie etc. mogą stanowić ewentualne zagrożenie dla stabilności (jakkolwiek była ona rożnie definiowana) systemu, którzy mogą podnieść krzyk. Miejski, tzw nie-rolniczy hukou. Wies uznano za, bardziej niż miasto, zajęte głównie cięzką produkcją przemysłową, zdolną do samoutrzymania. No a jej mieszkańców za zbyt licznych, aby można było ich wyposażyć w przywileje. Rzecz jasna – i najważniejsza – rozproszoną, nieskomunikowaną, gadającą milionem dialektów wieś uznano za mniej zagrażającą porządkowi. Oczywiście o ile nadal.. pozostanie na wsi. Należało ograniczyć mobilność mieszkańców wsi, których przybycie do miast mogłoby zagrozić stabilności politycznej i stabilności centralnie planowanej gospodarki, dystrybucji dóbr i pracy. Hukou rolniczy, wiejski. System hukou – możesz pojechać na krótko do innego miejsca, ale za Twoje kartki na jedzenie (te akurat dostawali tylko mieszkańcy miast, ale ich przemieszczanie także należało ograniczyć) nic tam nie dostaniesz, służba zdrowia nie będzie cię leczyć, szkoła odmówi przyjęcia dziecka, oczywiscie nie możesz tam pracować – chyba, że zostałes przeniesiony z polecenia swojego danwei – jednostki pracy.

Tak było – mniej więcej do reform Denga. Później sytuacja stopniowo zaczęła się poluźniać, wraz z radykalną przemianą gospodarki i związanym z nią urynkowieniem wielu sfer, problemy z kartkami, całkowitym brakiem pomocy medycznej (dzis jest inny problem – zapłacisz – leczą), edukacją odeszły (choć te z edukacją nie do końca, o tym za chwilę) wraz z epoką, której były czescią. Możliwosć pracy w miejscu innym, niż to podane w hukou spowodowała, że przez Chiny, głównie w kierunku wielkich miast przy morzu, płynie gigantyczna ludzka fala. Wstępne oficjalne szacunki związane z realizowanym obecnie spisem powszechnych mówią o około 200 milionach osób, ale… Kto przemieszcza się na jakis czas do innego miasta, musi starać się o pozwolenie na pobyt czasowy. Kto nie ma, żyje w gigantycznej strefie cienia.
Możliwosć pracy jest, co nie oznacza całkowitego uwolnienia rynku pracy od hukou – wciąż działają regulacje, które w niektórych rodzajach danwei faworyzują bądź wręcz nakazują przyjmowanie do pracy osób z lokalnym hukou. To, oraz preferencje pozostałych pracodawców, którzy, nawet jesli nie związani regułami, nie chcą problemów z jakimis czasowymi pozwoleniami, no i wreszcie charakter migracji (w ogromnej czesci ze wsi do miast) sprawiają, że przybywający najczesciej mogą się imać jedynie prac niskopłatnych, fizycznych, których nie podejmie się ludnosć z lokalnym, miejskim hukou.

No własnie. Lokalny hukou, hukou rolniczy…. Zmieniło się dużo, ale są rzeczy, które po dzis dzień nie uległy zmianie. W obrębie systemu hukou każdemu z obywateli przypisywane są dwie wartości z dwóch różnych kategorii: pierwszą kategorią jest zatrudnienie (może być rolnicze albo nie-rolnicze) a drugą jest lokalność (hukou lokalny i nie). Krzyżując kategorie ze sobą otrzymujemy 4 możliwe sytuacje (klasy…)- hukou nierolniczy lokalny, nierolniczy zamiejscowy, rolniczy lokalny, rolniczy zamiejscowy. Kolejność nieprzypadkowa. Każda kolejna kategoria oznacza mniej praw. Zmienić hukou – bardzo trudno. Układając plany życiowe, marząc, szukając pracy, partnera, trzeba uwzględniać kwestię hukou (czyli, zmieniając język, kwestię swojego urodzenia…), patrzeć realistycznie.

Partner życiowy z pekińskim hukou to marzenie milionów. Dostęp do niespotykanych nawet dla osób z nierolniczym hukou z innych miast przywilejów (bo przywilejami z reguły obejmowane są całe rodziny np. zatrudnionego w odpowiedniej jednostce, a kogo w niej zatrudniać, jak nie osoby z pekińskim hukou?). Ale gdzie ktoś z pekińskim nierolniczym hukou spojrzałby na kogoś z jakaś inną kategorią hukou ? No, ewentualnie może być hukou nierolniczy zamiejscowy, którym mogą się wykazać np. osoby przeniesione z polecenia państwowej jednostki pracy – danwei,, czy ogólnie osoby przenoszące się do Pekinu z bardziej nobliwych niż chęć zarobku, powodów (albo potrafiące nadać swym powodom taki nimb). “Zdobędę żonę z pekińskim hukou!” – odgraża się po pijaku Zhou Ziwu, przyjezdny do Pekinu handlarz fałszywymi pozwoleniami i dyplomami (ma licencjat z lokalnej szkoły wyższej ze swojego miasta, no ale kto weźmie do normalnej roboty przyjezdnego z takim hukou?), jeden z bohaterów powieści Pod niebem, pomiędzy ludźmi (czyli po prostu Ludzki świat) autorstwa Xu Zechena. Starszy o kilka lat kuzyn słucha pijanego z pijacką i braterską wyrozumiałością, ale i zdziwieniem: “ja w jego wieku nie byłem aż tak szalony, to chyba jednak rożnica pokoleń…”.

No więc trzeba patrzeć realistycznie. Także na swoją pracę, karierę. Jesteś z dajmy na to, Shaanxi, jedziesz do Kantonu. Pracujesz tam 10 lat. Przez cały ten czas masz obcy hukou, więc nie przysługują ci prawa, które przysługują Kantończykom. Ale obowiązki “przysługują”, jak każdemu pracującemu. Tak jak Kantończycy np. płacisz składkę ubezpieczenia społecznego. Po 10 latach wracasz do domu, gdzie hukou twój i rodzina twa. Składka jest nietransferowalna. Zostaje w kasie kantońskiej. Ty masz 10 lat mniej składki (ale w sumie i tak się ciesz, że w ogóle masz jakaś, ludzie z rolniczym hukou z reguły nie mają żadnej). Dzieje się tak na skutek wspomnianej już wyżej wysoce posuniętej decentralizacji centralizmu. Obie prowincje mają nieprzystający system ubezpieczeń. Obie prowincje muszą wykazać się generacją dochodu – bo to ich źródło legitymizacji w oczach Pekinu.

Trzeba patrzeć realistycznie i na chorobę. Kto ma wiejski hukou, ten za leczenie płaci krocie, no bo nie ma ubezpieczenia. Gdy zachoruje na przewlekłą, wymagającą leczenia szpitalnego chorobę, jako, że na wsi brakuje odpowiedniej opieki, może się właściwie tylko udać do miasta i poddać leczeniu na własne pieniądze. Że jest to właściwie niemożliwe, o tym chyba nie trzeb nikogo przekonywać. I kiedys już pisałam o moim spotkaniu z taką sytuacją.

Trzeba patrzeć realistycznie i na starość. Kto ma rolniczy hukou, ten z reguły nie jest objęty ubezpieczeniem emerytalnym. Druga z wielkich regulacji, które jak żadne inne, wpływają na ludzkie losy, czyli tzw. jihua shengyu, znana u nas pod nie do końca trafną nazwą polityki jednego dziecka, dla nich, dla ludzi z rolniczym hukou, czyni jeden z, bardzo licznych zresztą, wyjątków: rolnik może mieć więcej dzieci. To one są jego polisą ubezpieczeniową na starość w myśl odwiecznej zasady 养儿防老 – yanger fanglao: chować dzieci by mieć opiekę na stare lata.

Dzieci. Też trzeba patrzeć realistycznie. Masz rolniczy, nielokalny hukou, pracujesz w obcym mieście. Twoim dzieciom, jeśli zabrałeś/zabrałaś je ze sobą, z reguły nie przysługuje edukacja. Z reguły – bo rzecz jest zasadniczo w gestii danego miasta – w Pekinie edukacja przysługuje – jak podkreślają z dumą Pekińczycy. Jednak mali obywatele na wstępie są segregowani – dzieci osób pozamiejscowych z rolniczym hukou, krótko mówiąc dzieci nongmin gongów uczęszczać mogą jedynie, o ile się bardzo słono nie zapłaci (a że się nie zapłaci, to też chyba jasne) do specjalnych, wydzielonych, często położonych w niedogodnych miejscach szkół, które oczywiście mają poziom daleko gorszy od “zwyczajnych” stolicznych szkół. Można też zostawić dziecko u krewnych, tam gdzie jego hukou i przyjeżdżać do niego w święta.

Trzeba patrzeć realistycznie i na śmierć. W wypadku samochodowym na ulicy Pekinu giną dwie młode kobiety, kasjerki z supermarketu. Rodzina jednej z nich dostaje mniej niż połowę odszkodowania, które dostaje rodzina tej drugiej. Powód: dziewczyna miała rolniczy hukou. Mieszkała w Pekinie od 7 lat, tutaj pracowała. Jedna z regulacji dotyczących odszkodowań stwierdza, że to hukou różnicuje wysokość odszkodowania. W telewizji siostra “wiejskiej” ofiary wypadku mówi zdecydowanym głosem: “wszyscy są równi w obliczu prawa!” i wymachuje Konstytucją, żeby to ona za nią przemówiła. Sąd drugiej instancji odrzucił odwołanie. Szansa na pójście do trzeciej, na wskóranie cokolwiek w takiej sytuacji, jest właściwie już tylko teoretyczna. Sędzia jednego z pekińskich sądów, który rozstrzygał podobną sprawę: “w tamtej sytuacji zarządziłem odszkodowanie jak po osobie z miejskim hukou, ponieważ ofiara od wielu lat żyła w mieście i prowadziła typowo miejski tryb życia”. Ale to nie jest regułą.

No więc życie gnie się, nagina i ugina w konfrontacji z regułą. Z reguły nie krzyczy przy tym, nie protestuje. To znaczy może i cos tam mówi, może i trochę protestuje, ale kanały którymi niesie się po kraju głos, tych słów z reguły nie niosą (albo sami krzyczący nie wiedzą jak dobrać się do głośnika – patrz zjawisko 信息鸿沟 – digital divide). No, chyba, że, coś się dzieje i potrzebny jest element przyciągający w programie publicystycznym – jak ta siostra z Konsytucją. Albo, ostatnio – gdy pożar wieżowca w Szanghaju wygasł, po kilku dniach przypomniano sobie, ze oprócz tego, ze przyniósł śmierć kilkudziesięciu Szanghajczykom, przyniósł smierć i pracującym przy feralnej konserwacji nongmin gongom, obojętnie, czy przestrzegali czy nie przepisów bhp . I to była historia medialna na parę dni. Artykuły krzyczały: “nongmin gongowie to ofiary takie same jak wszyscy inni!”

No ale dlaczego o tym wszystkim piszę? Narzekać, żeby narzekać? A nie. W ostatnim Nanfang Zhoumo, na pierwszej stronie, wpadł mi w oczy wielki tytuł: “Reforma hukou w Chengdu”. Chengdu jest obecnie w trakcie procesu, który zakończy się zniesieniem dualnosci jaką pociąga za sobą system rolniczego i nierolniczego hukou. Niby w Chinach w ostatnich latach kilka miast i obszarów podjęło starania na rzecz zniesienia tego podziału, ale, sądząc po tym, co przedstawił czwartkowy Nanfang, nikt jeszcze nie poszedł tak daleko. Bo – jak zaznacza tygodnik – słowa w dokumentach obywateli zmienić łatwo, ale dobrać się do tego, co jest esencją hukou – czyli do dramatycznej różnicy pomiędzy wsią a miastem – trudno. Chengu poszło o wiele dalej, niż tylko zaoferowanie przyjeżdżającym do Chengdu-miasta z jego wiejskich rejonów opieki zdrowotnej i społecznej, niż danie im prawa do kupna mieszkań i do prowadzenia innych działań, które mają na celu stałe, pełnoprawne zadomowienie się w mieście. Chengdu zajęło się wyrównywaniem poziomu życia na wsi i w mieście – nie tylko poprzez regulacje prawne znoszące przeszkody w leczeniu, edukacji, pracy, ale i poprzez inwestycje na wsi – budowę wiejskich przychodni, szpitali, odnawianie szkół, dofinansowywanie uprawy ziemi, które dla rolnika stanowić ma jednocześnie fundusz emerytalny. Żeby ludzie, bez strachu o starosć, o chorobę, mogli wybrać, co i gdzie chcą robić (co oczywiscie jest rodzajem inwestycji, jako że Chiny obecnie np. rozpaczliwie potrzebują, żeby obywatele przestali sciubić na czarną godzinę i zaczęli konsumować).

Oczywiście, jako, że mówimy o Chinach – poszerzenie obszaru wolności wcale nie kłoci się z rożnymi formami centralizmu. Tygodnik kilkakrotnie podkreśla, że tak dogłębna i dobrze zaplanowana reforma mogła być wprowadzona w dużej mierze dlatego, że od początku do końca był za nią odpowiedzialny jeden człowiek, Sekretarz Li Chuncheng. To on mówi urzędnikom: “Jeśli nie widzisz, co mógłbyś zrobić dla unifikacji systemu hukou, to znaczy, że nie nadajesz się na urzędnika”. To on odwiedza wioski i na wyrywki pyta tamtejszych urzędników: “Jakby pan w 8 słowach określił, czym jest dla pana idea unifikacji systemu hukou“. Gdy wiejski urzędnik stoi z otwartą buzią, bo nie wie, jak odpowiedzieć wielkiemu Sekretarzowi z miasta, ten bez słowa odwraca się na pięcie i odchodzi. Jak podkresla – idealistyczny jak zawsze – Nanfang, jeden z tak zapytanych wiejskich urzędników, najpierw ze strachu, że Komisarz spowoduje jego zwolnienie, a potem z autentycznego przejęcia, studiuje idee i pomysły reformy i powoli odkrywa nie tylko korzyści dla wioski i jej mieszkańców, ale także odkrywa w sobie wyższą, urzędniczą świadomość. “Do tej pory byłem zwykłym chłopem ze wsi, od tamtego momentu zacząłem się przemieniać w prawdziwego, świadomego urzędnika” – podkresla. Wkrótce sam wysunie pomysły, jak udoskonalić reformę wdrażaną w jego wiosce.

Dlaczego Chengdu? Nie jest ani najbogatsze, ani problemy wynikające z dualizmu hukou nie są tam najbardziej palące. Dlaczego? Bo centralizm jest zdecentralizowany. Parę lat temu rząd centralny zaczyna rozważać reformę. China Daily daje tytuł: “Mieszkańcom wsi zostaną przyznane takie same prawa jak mieszkańcom miast”. Zachód podchwytuje i pisze, że Pekin już niebawem zniesie w Chinach system hukou. Tak jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy, jakie koszta w skali kraju niesie za sobą to, co stanowi o istocie zniesienia: ubezpieczenia społeczne, zdrowotne, emerytalne, budowa szpitali etc. I ile i jakiej władzy leży w gestii władz lokalnych.
Kiedy i w jakim zakresie dualizm zostanie zniwelowany w skali kraju, nie wiadomo. Jedno jest pewne – Pekin niewątpliwie chce poznać lepiej korzyści i zagrożenia wynikające z ewentualnej reformy, zrobić (kontrolowaną a nie chaotyczną) burzę mózgów. Wyznaczył więc kilka “ważnych terytoriów i kluczowych obszarów”, które mają opracować szczegóły i zacząć wdrażać reformę, pośród nich właśnie Chengdu. Od tej chwili staranne przygotowywanie, aktywność, pomysły, kreatywność, staną się częścią legitymizacji władz Chengdu w oczach Pekinu. Na terytorium Chengdu wytypowane zostaje kilka wiosek, które mają zacząć wprowadzać nowy system opieki zdrowotnej, emerytalnej, dopłat do uprawianej ziemi etc. Postępy sledzą media, w tym i Nanfang.

Patrząc na to, nie sposób nie mieć skojarzeń z innym wielkim eksperymentem, sprzed trzech dekad. Reformy ekonomiczne Denga, które wprowadziły elementy gospodarki rynkowej (dzięki którym możemy dziś obserwować m in. właśnie zderzenie systemu hukou i olbrzymich ruchów migracyjnych w obrębie kraju), choć u nas kojarzą się głownie ze specjalnymi strefami ekonomicznymi i fabrykami, też zaczęły się tak naprawdę na wsi. Wybrano wówczas w tajemnicy jedną wieś, Xiaogang w prowincji Anhui, rolnikom, zobowiązanym do dotrzymania tajemnicy, pozwolono za zawieranie kontraktów na dostawy produktów rolnych, z których dochód miał iść bezpośrednio do domów (tzw. 家庭联产承包责任制). Wprowadzenie pewnego obszaru wolnosci ekonomicznej, gigantyczne zwiększenie plonów, wzbogacenie się rolników objętych sekretnym planem w końcu wyszły na jaw i stały się pierwszym przykładem nowej ery wielkich zmian. Dziś, przy uwadze mediów, na oczach wszystkich, odbywa się eksperyment w Chengdu. Jak mówi (używając 8 słów, tak jak chciał Sekretarz Li) w podsumowaniu artykułu jeden z ekspertów, spytany przez Nanfang o prawdziwe znaczenie reformy: “还权赋能, 农民自主” – zwrócenie praw, powierzenie możliwości, samodecydowanie rolników.

P.S. i koniec i bomba a kto czytał…temu bardzo dziękuję, bo to chyba jak dotąd najdłuższy artykuł na tym blogu.

04

12 2010