Archive for the ‘General’Category

Skrawek sztandaru… cz. 2.

“Jesteśmy gotowi na komunizm!…” - deklamuje bojowo córka ZFY przygotowując się do lekcji. “Jeśli jesteś gotowa na komunizm, to musisz i być gotowa do pracy i nauki – to oznacza, że kiedy powiem Ci, że masz się uczyć, to, jako, że jesteś gotowa, to musisz natychmiast zacząć się wtedy uczyć!” – ZFY jak zwykle kuje żelazo, póki gorące. Dziecko przejrzało już matczyne sposoby: “Mamo, ja wiem, Ty znowu cytujesz Przewodniczącego Mao albo Konfucjusza….”

“Wybijemy do czysta naszych wrogów!…” - nuci dziarsko dziecko pod nosem. Tej piosenki o wybijaniu wrogów uczy ich Pani w szkole, odkąd cała klasa przystąpiła do pionierów, odkąd noszą czerwone chusteczki. “A kim są Twoi wrogowie?” – ciekawi się ZFY. Z buzi dziecka znika bojowy wyraz, pojawia się niepewność. “No nie wiem… thieves?” - dziewczynce wkrada się nowo wyuczone angielskie słówko i to w całkiem porządnej formie gramatycznej- “….jacyś przestępcy?”. ZFY jest wrażliwa na język, zwraca uwagę dziecku, żeby nie wtrącać angielskich słówek gdy mówi się po chińsku. Uśmiecha się: “Masz tylko jednego wroga i jest on w Tobie samej. Np. kiedy się uczysz i chce Ci się spać, to Twoja chęć spania jest Twoim wrogiem, gdy go zwalczysz, to właśnie jest wybicie wroga do czysta!”. Mała kiwa głową, ten wewnętrzny wróg ewidentnie jest jakiś konkretniejszy.

Ja: “To cała klasa przystąpiła do pionierów? A nie było żadnych rodziców, którzy się nie zgodzili?” ZFY uśmiecha się tym szczególnym uśmiechem, gdy wspomina dawniejsze czasy, jakby widziała oczami wyobraźni coś miłego, ale już pożółkłego, czego barwy już nie wrócą, jak jakiś kwiatek znaleziony w starym zielniku: “Za moich czasów być pionierem to był zaszczyt. Tylko najlepszy uczeń w klasie mógł zostać pionierem, dostać czerwonę chustę. Ale potem stwierdzono, że taka selekcja, ta elitarność, ma zły wpływ na dzieci, pozostałe czują się gorsze i teraz każdy już w drugim semestrze pierwszej klasy zostaje pionierem. Ale fakt, było w klasie troje rodziców, którzy złożyli oświadczenie, że nie godzą się, aby ich dzieci przystąpiły do pionierów. Ale teraz są już wszyscy”. Ja: “A jak to się stało?”. ZFY mruży oczy z rozbawienia, przygotowuje się do opowiedzenia perełki: “O to samo zapytałam moją córkę, gdy doniosła mi, że już wszyscy są w pionierach. A dziecko na to co? Dziecko podbiera się pod boki i tryumfalnie wykrzykuje: ‘jak to, od kiedy to nauczyciel nie znajdzie sposobu, żeby zwalczyć -斗争 douzheng – jakichś rodziców?’” . ZFY śmieje się, wciąż mruży oczy zza okrągłych okularów bez oprawek, rozkłada ręce (rękaw brązowej bluzki na kołeczki odsuwa się, na przegubie ręki nieodłączna buddyjska bransoletka): “sama nie wiem, ona normalnie wyraża się tak prosto, jak to dziecko, a tu nagle taki sposób mówienia, zupełnie do niej nie pasuje…ale fakt, ci ich nauczyciele są naprawdę 厉害”.  厉害 lihai – znaczy mniej więcej “twardy”, “ostry” dziś w odniesieniu do osoby oznacza, że jest mocna, “niezła” etc.  斗争 douzheng – to walka, zwalczanie. Jak 阶级斗争 jieji douzheng, walka klas. Jak “zwalczanie”,które miało miejsce podczas 批斗会 pidou hui – “wieców krytyki i walki” za Rewolucji Kulturalnej.

Elitarność czerwonej chusty nadal istnieje – przynajmniej w oczach dziecka.  ZFY bierze córkę na piknik do parku, dziecko przed wyjściem wiąże czerwoną chustę. W parku rozgląda się bacznie, by na koniec z dumą stwierdzić: “phi, nikt nie ma chusty, tylko ja jedna mam coś takiego!”

ZFY w domu uczy dziecka treści Analektów konfucjańskich, w szkolnym podręczniku do chińskiego jest i czytanka o “Przewodniczącym Mao, który wykopał studnię…” i o “wujku Dengu, który posadził drzewo w parku przy Światyni Nieba”. “Babciu, babcia była właśnie w parku Światyni Nieba ćwiczyć z koleżankami, czy widziała drzewo Xiaoping?” .”Drzewo co…?” - babcia niewiele z tego rozumie.

“Moje dziecko niewiele rozumie. Przecież wychowała się w Japonii i o wielu rzeczach nie ma pojęcia, nie wie nawet kim był Deng Xiaoping czy Zhou Enlai” - śmieje się ZFY. Mała prawie cztery lata ze swojego siedmioletniego życia spędziła w Japonii. Wciąż tęskni za japońskimi koleżankami, za paniami w przedszkolu. Tak bardzo się bała, że jej ukochanej pani z tokijskiego przedszkola coś się stało podczas trzesięsienia ziemi – zadzwoniły wtedy do pani, obdzwoniły japońskie koleżanki, upewniły się, że sa bezpieczne, że mają się dobrze. Ale ostatnio córka ZFY przyszła ze szkoły zamyślona. Na lekcji chińskiego był tekst o chłopczyku, który zginał z rąk japońskich imperialistów w wieku zaledwie 13 lat. Niby było, że to właśnie jacyś imperialiści (nie wiadomo w sumie kto to), a nie normalni Japończycy, ale na ilustracji wściekli żołnierze powiewali japońską flagą. Dzieci, które do tej pory zazdrościły jej tej Japonii, zaczęły rzucać w jej stronę krzywe spojrzenia. Ona pomyślała o Japonii jej przedszkolnych przyjaciół i miłych pań i powiedziała na głos w klasie: “ci, których znałam w Japonii tego nie zrobili, nie są winni, tamci winni już dawno nie żyją”. A potem sama do siebie: “dobrze, że jednak urodziłam się w Pekinie, mam świadectwo urodzenia, jak będą chcieli, to mama im pokaże”.

ZFY: “jak słyszę słowo ‘walka klas’ i miałabym coś na ten temat napisać, to odbywa się to bez udziału mojego myślenia, po prostu ręka sama dopisuje ‘…jako podstawa’”. I jeszcze: “za moich młodych czasów jak zrobiono ranking częstotliwości występowania słów w języku chińskim, to 的 de (w dużym przybliżeniu słówko wprowadzające stosunek zależności – bxy) było na pierwszym miejscu, a na dziesiątym słowo 敌人 diren – wróg. Rozumiesz? Wróg!” – ZFY znowu rozkłada ręce.

Jak podaje internetowa baza wyrazów języka chińskiego www.cncorpus.org (obejmuje lata 1919-2000, nie udało mi się znaleźć bazy z np. ostatnich 10 lat) 的 de, jeśli chodzi o częstotliwośc występowania, oczywiście jest na miejscu pierwszym. Trudno sobie bez niego wyobrazić współczesny chiński. Diren - 敌人, wróg, na miejscu 574-tym. Na miejscu dziesiątym jest 我  wo -  ja.

30

05 2011

Zielona trawa i skrawek sztandaru krwią farbowany

Ponieważ w tej chwili korzystanie ze stron internetowych z domenami niechińskimi przypomina partyzantkę w gęstym lesie, moje życie stanęło na głowie. Mail w 98% próbach zalogowania nie chodzi, a jako, że mam ostatnio trochę waznych spraw na głowie, to mój tata z Polski monitoruje moją skrzynkę i jak pojawi się tam jakaś ważna wiadomośc, to dzwoni i relacjonuje mi ustnie, co było w mailu. Ponieważ, jako, że Go0gle też nie działa, wyszukanie informacji, których wyszukanie powinno zająć nie więcej niż 3 minuty, zajmuje teraz godziny (Baidu, najpopularniejsza przeglądarka Chin radzi sobie z wszystkimi innymi, poza chińskim, językami jak ryba z haftem). Nawet nie mogę się dowiedzieć, czy w innych stronach Chin jest podobnie, no bo….nie moge się przecież dostać do informacji. Na razie wiem, że w niektórych dzielnicach Pekinu jest tak samo. Ponieważ zalogowanie się na bloga graniczy z cudem, a ja potrzebę pisania bloga mam taką, jak zawsze, robię sobie notatki w Wordzie. Jeśli Miły Czytelnik widzi ten wpis, znaczy, że udało mi się po kilku dniach prób wstrzelić w okienko, podczas którego da się wejśc na bloga. A oto i wpis:

Deszcze nie padał od 8 miesięcy. Gdy wreszcie spadł, dla ZFY były to dwa pracowite dni. ZFY była zajęta ratowaniem dżdżownic. Zdejmuje kapelusz, poprawia tradycyjną wyszywaną bluzkę na kołeczki i grube okulary (naczytała się chińskich klasyków). „Przepraszam, nie miałam czasu, byłam zajęta ratowaniem dżdżownic” – mówi tonem, jakby mówiła „przepraszam, byłam zajęta przygotowywaniem nowego konspektu”, a słuchającym wydaje się, że się przesłyszeli, że słowo „dżdżownica”wcale nie padło.

Bo jest tak: po deszczu dżdżownice wychodzą z ziemi i poruszają się po powierzchni napawając się świeżą wilgocią. W normalnych warunkach dżdżownica połazi, połazi i wraca z powrotem do dziurki, którą wylazła. Zawsze do tej, którą wylazła. Tak jest w normalnych, naturalnych warunkach. W mieście dżdżownica wykopuje się na powierzchnię, idzie, idzie i trafia na chodnik i ginie pod nogami pieszych, kołami rowerów, trójkołówek, skuterów i innych. ZFY chodzi ostrożnie wzdłuż chodnika, kapelusz, długie czarne włosy, bluzka na kołeczki, schyla się, bierze w palce dżdżownice i przenosi na trawnik. „Nie brzydzi się pani?” – pyta starszy pan w parku, gdzie działa ZFY, „ja bym nawet butem nie dotknął”. „A co tu się brzydzić?” – odpowiada ZFY – „stworzenie jak każde inne”. Ale potem ZFY przypomina sobie, że przecież dżdżownica musi znaleźć dziurkę, z której wylazła, inaczej nie wejdzie, nie wróci do siebie. „No, ale jak ja mam tę dziurkę znaleźć? To zupełnie niemożliwe”. Wyszukuje w internecie hasło „pomagać dżdżownicom po deszczu” i znajduje rozwiązane, trochę wymuszone, nienaturalne, ale zawsze rozwiązanie. Następnego dnia wyrusza do parku uzbrojona w pałeczki. „Po co idziesz do parku z pałeczkami?” pyta się mąż, ale w sumie przywykł już do tego, że ZFY ma oryginalne pomysły. Teść nie mówi nic, bo wie, że ZFY i tak mu nie odpowie, tak jak i wtedy, gdy teść zaczepia, podchodzi i krąży, bo chciałby rozpętać kłótnię o to, czy „tylko Renmin Ribao mówi prawdę” i czy „najazd na Libię jest zbrodnią zachodnich mocarstw” a ZFY nie odpowiada nic, bo wystarczy już tych nieprowadzących do niczego kłótni. ZFY idzie do parku, zabiera dżdżownicę po dżdżownicy z chodnika, idzie na trawnik, robi pałeczką dziurkę w ziemi i wkłada tam dżdżownice. „A jeśli włożyła ją Pani odwrotnie, głową czy tam co ona tam ma do góry, a ogonem do dołu, to jak ma się wkęcić?” – pytam podstępnie acz ostrożnie. „Oglądałam zdjęcia, da się odróżnić, gdzie ma głowę, poza tym, jak na początku wkładałam przez pomyłkę głową do góry, to zaczynała się wyginać i usiłowała się wydostać” – odpowiada ZFY.

Dżdżownice ratować trzeba, inaczej, pozbawione naskórka, gdy tylko wyschnie woda, też zaczynają wysychać, nie mogą się poruszać, zjadają je wtedy żywcem mrówki i ślimaki. Cierpią, co za straszna śmierć. ZFY chce ocalić je od cierpienia, bo jako dobra buddystka chce zmniejszyć pulę cierpienia na świecie. Tego też ZFY uczy 8-letnią córkę. Trochę spóźniły się do szkoły, bo znowu spadł deszcz i ratowały te dżdżownice, ale gdy córka napisała o tym w wypracowaniu, pani ją pochwaliła.

ZFY jest żarliwą buddystką, mało co je, mało śpi, każdą chwilę wykorzystuje na wypowiadanie imienia Buddy. „To jak Lei Feng” – mówi – „on też każdą chwilę wykorzystywał na studiowanie książek Przewodniczącego Mao”. ZFY jest członkiem Partii. ZFY nie powie nigdy “Mao Zedong”, tylko właśnie Przewodniczący Mao i słychać w jej głosie szacunek. Czasem zdarza jej powiedzieć „Ech, Przewodniczący Mao to był romantykiem”, a mówi to z dobrotliwym uśmiechem, gdy rozmowa schodzi na tematy typu „Wielki Skok”, czy próby zastąpienia jej ukochanych chińskich znaków pinyinem. ZFY z zatroskaniem przygląda się degradacji kultury po reformach Denga. Zniknął duch znojów i prostoty – 艰苦朴素精神, przyszła rywalizacja i niezgoda.

Wczoraj, gdy 8-letnia córka przyszła do niej i spytała: „pani w szkole powiedziała, że pionierska, czerwona chusta, którą mamy nosić, jest kawałkiem czerwonego sztandaru i jest farbowana ludzką krwią, czy to znaczy, że ktoś cierpiał i musiał zginąć, że kogoś zabili?” ZFY roześmiała się, pogłaskała córkę po głowie i odpowiedziała: „to taka przenośnia, żebyśmy pamiętali, że abyśmy mogli mieć Nowe Chiny, musiało poświęcić się bardzo wielu ludzi”. „To czy to znaczy, że tak naprawdę nie ma takich farbowanych ludzką krwią sztandarów?”. ZFY odpowiedziała na to: „jest jeden taki sztandar”. „Gdzie jest?” – pyta córka. „Na Placu Tiananmen”. „I tylko tam?” „Tak, tylko tam”.

19

05 2011

Plaster “psia skóra”

Przydałaby mi się jakaś forma pośrednia pomiędzy blogiem a mikroblogiem. Bo np. to poniżej jest za krótkie i jakieś nie takie jak na wpis (przynajmniej w moim wyobrażeniu i zwłaszcza po takim temacie jak poprzedni) a za długie na mikroblog, ale za to, (równiez w moim wyobrażeniu) treściowo bardziej mikroblogowi odpowiadające. Tak czy inaczej, poniższy dialog miał miejsce w aptece obok mojego domu, tam gdzie zawsze kupuję leki.

Ja: dzień dobry, poproszę plaster z mrówkami (plaster na bolący kark i inne niedowłady, zawiera esencję z mrówek, rozgrzewa i łagodzi ból)

Farmaceutka (młoda, sympatyczna, uśmiecha się, podaje plaster z mrówek): bardzo polecam jeszcze wziąć ten tutaj, to plaster “psia skóra”.

Ja, tzn. mi: (miga przed oczami koszmarne wyobrażenie pluszowego, kilkunastocentymetrowego ucha mojego ukochanego beagle’a przylepionego do mojego karku, a dalej wyobrażenia wesołych, machających ogonami psiaków, które w nagrodę za wierną służbę, są odzierane z wierzchnich warstw swego jestestwa, a jeszcze dalej, tej miłej aptekarki jak ze świecącycmi oczami oprawia jakiegoś kundelka i trzyma w ręku jego jasnobrązową psią skórę)

Farmaceutka (nadal miła, nadal młoda, nadal się uśmiecha, widząc, że się zawiesiłam): to jak, dodać tę psią skórę?

Ja, tzn. mnie: (przebiegają przez głowę myśli typu – no tak trzeba być zawsze czujnym, nigdy nie wiadomo, gdzie się natrafi na to, czym się różnimy, ciekawe, czym ma w domu pieska, młoda, pewnie pudelka albo chihuahua i jeszcze – nigdy tutaj nie będę się czuć jak w domu, zawsze coś wylezie i jeszcze – czemu moje wychowanie sprawiło, że obłudnie nie wezmę nic z psa, a kuraka to owszem zjem…)

Farmaceutka: to jak?

Ja: (zbieram się w sobie, spinam, z pompą i zadęciem): obawiam się, że nie mogę go kupić, widzi Pani, ja bardzo kocham psy, nigdy bym czegoś takiego…przepraszam, ale nie mogę, nie wezmę, tak kocham psy, no…

Farmaceutka (patrzy nierozumiejącym wzrokiem): Hę?……

Ja: (nierozumiejąc, czego ona nie rozumie): Hę?…. mówię, że ja nic z psa nie wezmę, bo bardzo lubię psy i….

Farmaceutka (oczy na wierzchu): Jakie psy? Przeciez tu nie ma nic z żadnego psa, to tylko taka nazwa, prosze popatrzec na skład, same ziółka…(pokazuje)

Ja (odkrywam, że same ziółka): bo w plastrze “mrówki” była esencja z mrówek, nawet po mrówczemu pachniało, więc myślałam, że i ten plaster, z psa, psiej…

Farmaceutka: nie, nie, psa i psiej nie ma tam…

Ja: Przepraszam, poproszę dwa, przepraszam (za ten moment, gdy w myślach zapaliłam jej ogniki w oczach na widok kundelka)

Farmaceutka: (pewnie myśli, że ja myślę, że ona jest takim Chińczykiem, co to z psów łupi skórę, takim klasycznym Chińczykiem z wyobrażeń laowajów, czyli pewnie i moich)

Kurtyna, wyjście z apteki z plastrem z prawdziwych mrówek (biednych) i plastrem “psia skóra”

06

05 2011

Internautów reakcje na śmierć Osamy ibn Ladena

Tym razem bez moich komentarzy. Poniżej parę komentarzy z ponad stu tysięcy zamieszczonych przez internautów pod artykułami z portalu sina.com na temat śmierci ibn Ladena. Przeczytałam może ze sto, wybrałam kilka, które wydawały mi się najbardziej typowe z tej powodzi postów.

Kto jest prawdziwym terrorystą, trudno powiedzieć. Osama czy Obama?

Clinton zabijał w Jugosławii i wysadził ambasadę, Bush (bxy -  przyjęta transkrypcja to bushi 布什, autor postu zamienił shi – 什 na tak samo brzmiącą sylabę 屎 oznaczającą ekskrementy) zabijał Irakijczyków, Obama (bxy – przyjęta transkrypcja to 奥巴马, internauta zmienił ostatnią sylabę na 麻, takie jak w wyrazie “kłopoty”, 麻烦) - Libijczyków, kto jest zatem terrorystą?

To, co robi USA to narodowy terroryzm. Szkodzą całej ludzkości.

Nie mam jasności, kto jest terrorystą. Jak Laden wysadził w powietrze 3 tysiące Amerykanów, to jest to terroryzm. A jak USA zaatakowały Irak zabiły setki tysięcy ludzi, to było to dla demokracji. Spuszczenie bomby na Japonię, zabicie setek tysięcy ludzi, to było dla sprawiedliwości. Po masakrze w Nankinie, w której zginęło 300 tysięcy ludzi, nikt nie oskarżał Japonii o terroryzm, NATO codziennie w Libii zrzuca bomby, też nikt nie oskarża o terroryzm, czym jest więc terroryzm?

Odpowiedź: jak jakiegoś dnia wsiądziesz w autobus i wylecisz w powietrze, to nie będziesz tak mówić.

Amerykanie raz jeszcze udowodnili, że są z Ladenem ulepieni z tej samej gliny, jak i on mogą bez cienia wahania wycelować broń do nieuzbrojonych ludzi.

Śmierć Ladena była zasłużona! Saddama też, obaj wcześniej współpracowali z USA, każdy kto ma jakieś złudzenia co do USA spotka taki los, tak schodzą ze sceny współpracownicy Stanów.

Dla wszystkich ludzi świata, którzy nienawidzą amerykańskiego terroryzmu, śmierć Ladena jest bólem.

Laden jest bohaterem.

Czemu parę godzin po zabiciu Ladena wrzucono ciało do morza?

Odpowiedź: Nie mogli dopuścić, aby mówił.

Amerykańskie diabły mogą sobie k… gadać głupoty?

Śmierć Ladena jest tragedią dla al-Kaidy, kto wie, czy nie będzie tragedią dla USA. Tylko niebo wie, czego chcą USA, ale ja wiem, czego pragnie świat – pokoju! Wiem też, czego nie chcą USA – też pokoju!

Nie ma tam ani jednego prawdziwego słowa! Żeby poniżyć przeciwnika są w stanie powiedzieć wszystko i jeszcze co chwila mówić co innego! To jest właśnie Ameryka.

Odpowiedź 1: To jest wolność słowa, natychmiastowość informacji i przejrzystość, do takiego stopnia do jakiego rozegrały się rzeczy, do takiego stopnia o nich mówić. Nie byłeś w świecie, nie rozumiesz.

Odpowiedź 2: To wolność kłapania ozorem. Czyja gęba większa, to ten ma rację.

Odpowiedź 3: Co nie powie dziadek Ameryka, to zawsze ma rację.

Odpowiedź 4: Aha, rozumiem, Ameryka to twój dziadek, to ty jesteś jego &*$%&* wnuczkiem!

Amerykanie mogli bez problemów schwytać Ladena żywego, nie miał broni, w domu było tylko kilka osób! Czemu nie schwytali i nie zorganizowali procesu? Czemu trzeba było zabijać? Jechać do niepodległego kraju zabijać! A do tego jeszcze zebrać wszystkich najwyższych urzędników do oglądania relacji na żywo! Otwarcie i przed całym światem zabijać niewinnych! Nie myślicie, że to wstyd? To jest właśnie brudna polityka!

Wolność słowa to wolność mówienia głupot i zmyślania historii, jeśli tak jest, to w takiej wolności słowa można dobrego człowieka przerobić na złego a złego na dobrego, w zależności od potrzeb fabrykować dowody, albo pokrywać złotem. Jeśli coś takiego też zwane jest wolnością, po prostu nie chcijmy jej i tyle.

Tags:

04

05 2011

Z historii jednego pożaru

Wchodzę na krajowej Gazety stronę i rzuca mi się w oczy tytuł: “Tragiczny pożar w nielegalnej szwalni w Pekinie – 17 ofiar”. Treść artykułu wygląda tak:

Jak podaje [nazwa źródła], w pożarze ranne zostały także 24 osoby. Ogień zauważono nad ranem. Według relacji świadków, płomienie szybko objęły czterokondygnacyjny budynek, położony w południowej części Pekinu.

Na zapleczu nielegalnej szwalni znajdowało się miejsce do spania dla robotników sezonowych. Większość ofiar śmiertelnych to osoby, które zmarły w wyniku uduszenia się dymem.

W dzielnicy Daxing, gdzie doszło do tragedii, znajduje się wiele tego typu małych zakładów produkcyjnych. Część z nich działa bez odpowiednich zezwoleń.

Nocą pomieszczenia wykorzystywane są jako tanie miejsca do spania dla robotników sezonowych. W małych pokojach na kilkupiętrowych pryczach często śpi nawet kilkanaście osób. Jak podaje Xinhua, większość ofiar śmiertelnych pożaru to właśnie robotnicy sezonowi.

Wchodzę na pewien wielki chiński portal informacyjny. Jest artykuł, “Poważny pożar w pekińskim Daxing – 17 ofiar śmiertelnych i 24 rannych”:

O godzinie 1:13 nad ranem, na ogólny numer alarmowy 119 napłynęło zgłoszenie o pożarze w budynku mieszkalnym w dzielnicy Daxing. Po odebraniu informacji policja natychmiast zebrała 7 zastępów straży pożarnej, 27 wozów strażackich i blisko 200 policjantów i ratowników, którzy zostali wysłani na miejsce by ugasić ogień i ratować życie. O godzinie 2 nad ranem ogień został ugaszony. Wedle wstępnych szacunków ogień spowodował śmierć 17 osób i obrażenia u 24, 30 osób wypuszczono po badaniach. Obecnie ranni przebywają w szpitalu, gdzie otrzymują pomoc lekarską.

Wydarzenie zostało potraktowane z powagą przez Miejski Komitet Partii i Urząd Miejski. Członek Centralnego Biura Politycznego KPCh, Sekretarz Miejskiego Komitetu Partii Liu Qi i Wice-Sekretarz Miejskiego Komitetu Partii, Prezydent Miasta Guo Jinlong udali się na miejsce, żądając, aby z całych sił ratować poszkodowanych i wykonać odpowiednią prace, aby naświetlić przyczyny tragedii. Wiceskretarz Miejskiego Komitetu Partii, przewodniczący Miejskiej Rady Politycznej, sekretarz Rady Polityczno-Prawnej Miejskiego Komitetu Partii Wang Anshun, członek Miejskiego Komitetu Partii, sekretarz… [i jeszcze 4 określenia] udali się na miejsce aby organizować akcję ratunkową. Wang Anshun, otrzymawszy pełnomocnictwo Ding Xiangyanga i Guo Jinlonga udał się do szpitala, aby koordynować akcję pomocy poszkodowanym.

Zarząd Miasta zadecydował, że inspekcja bezpieczeństwa, policja i tym podobne służby uformują specjalną jednostkę do badania przyczyn tragedii, naświetlenia ich i surowego pociągnięcia do odpowiedzialności winnych zgodnie z prawem, zarząd dzielnicy utworzył zaś jednostkę likwidującą skutki tragedii. Obecnie trwają prace dochodzeniowe.

I ta sama historia z innego wielkiego chińskiego portalu informacyjnego: “Budynek w pekińskim Jiugongzhen, w którym powstał pożar zaliczał się do budowli nielegalnych”

25 w nocy w pekińskiej dzielnicy Daxing miał miejsce poważny pożar, wstępnie mówi się o 17 ofiarach śmiertelnych i 24 rannych. Jak poinformował reportera zastępca straży pożarnej dzielnicy Daxing, Chang Hongyan, wedle wstępnych szacunków, wszystkie ofiary i ranni pochodzili spoza Pekinu.

Jak powiedział Chang Hongyan, budynek w którym doszło do pożaru, należał do kobiety o nazwisku Zhang i zaliczał się do budowli nielegalnych. Parter budynku wynajmowany był przez parę z Chongqingu, która prowadziła tam szwalnię o nazwie „Szwalnia Yuyun”, pracowało w niej kilkanaście robotników, wedle wstępnych ustaleń zakład nie miał zezwolenia na pracę, zaliczał się do zakładów nielegalnych. Na kolejnych piętrach budynku znajdowały się dormitoria dla przyjezdnych spoza Pekinu.

[dalej następuje opis wyglądu budynku po pożarze]

Chang Hongyan ujawnił, że za szwalnią znajdowały się niewielkie drzwi prowadzące do dormitorium, gdzie mieszkało kilkanaście osób. Wedle wstępnych osądów, źródło ognia znajdowało się na parterze, ofiary również znajdowały się na parterze.

“dziś ustaliliśmy, że idziemy na tę samą zmianę, wczoraj wieczorem jeszcze byliśmy razem” – mówi pan Li z Anhui, który przyjechał do Pekinu pracować dorywczo. Dwie osoby z jego miasteczka mieszkały w budynku, który uległ pożarowi, obecnie nie można się z nimi skontaktować.

Według Chang Hongyan, większość ofiar śmiertelnych uległa uduszeniu. Szef szwalni został poparzony i obecnie znajduje się w szpitalu. Właściciel budynku nie mieszkał w nim.

Obecnie trwają prace na miejscu i nad ustaleniem przyczyn wypadku.

 

Pomijam w tym wpisie stronę GW (na której, jak wiadomo, Chiny pojawiają się przeważnie w kontekście jakichś tragedii, krzywd i prześladowań – np. wczoraj zatrzymanie w mojej dzielnicy kilkuset zwolenników pewnego nielegalnego tutaj niewielkiego odłamu chrześcijaństwa) – czym się różnią od siebie pozostałe dwa źródła i ich sposób pisania? Podpowiem – jedno medium to agencja Xinhua – państwowe, podlegające bezpośrednio Radzie Państwa i Departamentowi Propagandy KPCh (ostatnio zmieniono tej jednostce jej angielską nazwę na “Publicity Department”, bo raz, że na Zachodzie propaganda źle się kojarzy, a dwa, że chińskie 宣传 jednak ma trochę inne zabarwienie). Drugie z mediów to dziesiąta najpopularniejsza witryna świata – QQ – medium prywatne (jak to się ładnie tu mówi, żeby nie nadużywać słowa “prywatny” – 草根企业 grassroot company, czyli, że “inicjatywa oddolna”), notowane na giełdzie, dużą część udziałów ma Naspers. Xinhua najczęściej nie dopuszcza w ogóle opcji komentowania pod artykułami, QQ to przede wszystkim wielki portal społecznościowy i komunikator, mieści też w sobie rozległe fora. Która informacja pojawiła się na którym z portali?

Tak, oczywiście, że ten artykuł skrojony wedle nieśmiertelnego modelu, że “owszem wydarzyła się tragedia, ale wszystkie służby i oficjele własnymi rękoma przez ustne polecenia i osobistą troskę przywróciły już porządek” pojawił się w medium prywatnym, czyli na QQ. I tak, informacja o nielegalnym zakładzie, który nie miał zezwoleń, gdzie za dnia pracowano a w nocy spano w tłoku na zapleczu, pojawiła się na portalu agencji Xinhua, podlegającej bezpośrednio Partii.

Panuje – także i wśród niektórych kręgów tutaj – opinia, że media niecentralne czy niepaństwowe (najlepiej z “nanfang” – czyli “Południe” w tytule, żeby pokazać, że nie północne, czyli nie-pekińskie) lepiej informują. Oczywiście tego typu opinie nie imają się starszego pokolenia, które nadal jest absolutnie przekonane, że jedyna prawda daje się wyczytać z Renmin Ribao (opowiadano mi, że przy najmniejszej próbie podważania, pewien teść, laoganbu – stara gwardia – nieomal dostaje zawału, tudzież chce bić kapciem, więc od paru lat cała rodzina po prostu mówi “ale tak, tak, oczywiście”).

No więc co się dzieje? Media prywatne przy publikowaniu wiadomości muszą czerpać wzór z mediów centralnych i agencji Xinhua, albo po prostu pisać za nią, portale internetowe nie mają prawa przeprowadzać niezależnych śledztw dziennikarskich. Pożar wydarzył się w nocy, żeby przyciągnąć czymś z samego rana czytelnika i zwiększyć ilość kliknięć, która przecież decyduje o dochodach, trzeba by informację o pożarze w stolicy, i to ze sporą ilością ofiar, podać. Tylko jak tu podać, kiedy Xinhua jeszcze nic nie napisała (bo ogólnie Xinhua, jak nietrudno się domyśleć, reaguje dość wolno)? Wówczas włącza się, jak w Windowsie po złym zamknięciu, 安全模式, tryb bezpieczeństwa. Taki, jaki rządził przez lata i – owszem – nadal rządzi (co jest widoczne szczególnie podczas raportowania o każdym trzęsieniu ziemi, powodzi etc.) w mediach centralnych – tragedia wykorzystywana do pokazania ładotwórczej, normalizującej, ramotwórczej funkcji władzy i jej mocy. Artykuł z portalu QQ pochodzi z godziny 07:07 rano. Artykuł z Xinhua z 12:23 w południe. Po tej godzinie w mediach “oddolnych”, w tym i na QQ, pojawiają się dopiero informacje, że ofiarami byli przyjezdni nielegalni robotnicy. Ale w tonie łagodniejszym i mniej dobitnym niż w przypadku Xinhua, cóż, wiadomo, autokontrola to najlepszy rodzaj kontroli. I cele nie te.

Wiadomo, warto czytać Renmin Ribao i to, co pisze Xinhua, aby widzieć, jak kształtują się oficjalne poglądy, na jakie zmiany się zanosi. Tylko, że np. Renmin Ribao nie sposób dostać w kiosku, na uwolnionym i bogatym rynku prasy. Co najwyżej w bibliotece, w jakiejś instytucji publicznej czy przez prenumeratę. Ale już sama agencja Renmin Ribao trzyma się bardzo dobrze, ma co najmniej kilkanaście tytułów najróżniejszych tygodników. W jednym z nim – “Tygodniku Pekińskim” parę tygodni temu przeczytałam artykuł o – prawdopodobnie liczonych w dziesiątkach jeśli nie setkach tysięcy -  nielegalnych przyjezdnych, którzy z racji zawrotnych cen mieszkań w Pekinie, nie mogą sobie już nawet pozwolić na tłumne zamieszkiwanie malutkich mieszkań gdzieś na obrzeżach i schodzą do podziemia, gnieżdżąc się w piwnicach, kotłowniach, bez wody, toalety, za jedyną własną przestrzeń mając pryczę. Artykuł uznaje istnienie problemu, zapowiada zmiany i zaprowadzenie porządku (problem na razie doczekuje się rozwiązań typu plombowanie i przymurowywanie wejść). W innym z tygodników Renmin Ribao – “Materiałach kulturowo-historycznych” przeczytałam np. bardzo ciekawe artykuły o zepsuciu elit byłego obozu socjalistycznego (mam nadzieję, że uda mi się w najbliższym czasie napisać coś o tych tekstach). No więc media centralne, “propagadowe” mają pewne mocne karty w ręku i sporo robią, aby zatrzymać czytelnika na trochę w tej medialnej kakofonii, różne ciekawostki można w nich odnaleźć. Artykuły czasem zapowiadają zmiany, poprzedzają wprowadzanie jakichś programów i decyzji. Tylko czy ta wiedza wystarczy, żeby dobrze zabalansować i przewidzieć, co napisze Xinhua o pożarze w nielegalnej szwalni Yuyun?

P.S. Artykuły w oryginale:

http://news.qq.com/a/20110425/000190.htm

http://news.xinhuanet.com/society/2011-04/25/c_121344827.htm

25

04 2011

109 Targi Kantońskie – luźne uwagi

Zawsze chciałam być na targach w Kantonie, w tej nazwie pobrzmiewa kawał historii. Tak się złożyło, że byłam, jako tłumacz, ale i widz, na Expo, gdzie też pobrzmiał kawał historii – chińskiej manifestacji potencjału, chińskiego softpower, chińskiego ważenia swojego miejsca na mapie świata wśród potęg i wśród braci mniejszych, nowego nacjonalizmu etc., pisałam o tym prawie rok temu (ech, rok temu…) z okazji wielkiego otwarcia. Byłam na różnych chińskich targach, takich, na których Chiny coś światu sprzedają i na takich, gdzie świat nadskakuje z różnymi dobrami, zawsze zorganizowanych na ostatni guzik. Ale na tych największych nigdy, jakoś się nie składało. Dlatego jechałam z wielką ciekawością. Poniżej kilka luźnych uwag na gorąco, bo za chwilę uciekam do mojej stałej wioski pod Pekinem (tej, do której jedzie się miejskim autobusem, a której opisanie wciąż Czytelnikowi wiszę, podobnie zresztą jak nieskończoną ilośc innych rzeczy).

Podczas tej sesji Targów, wystawiano różnego rodzaju maszyny i elektronikę. W nowym kompleksie, wybudowanym kilka lat temu nad Rzeką Perłową, silniki, agregaty, spawarki, tokarki, wózki widłowe a nawet dźwigi, zwyczajnie się nie mieszczą, trzeba było dostawić 3 wielkie namioty, a największe sprzęty wystawiać na wolnym powietrzu. Biegamy po tym wszystkim z przesympatycznym właścicielem pewnej polskiej firmy, dla którego od wielu wielu lat obecność na Targach jest sprawą oczywistą i naturalną, był świadkiem ich wielkich przemian, tak samo jak i świadkiem ostatnich dziesiątek lat przemian kontaktów handlowych z Chinami. Ale tym razem sam jest zaskoczony – to pierwsza edycja od wielu lat, gdy tak mało widać europejskich, amerykańskich twarzy. Podobne sposrzeżenie mają chińscy wystawcy i kupujący, z którymi rozmawiamy, albo których – z socjologicznego przyzwyczajenia – nieco podsłuchuję.

Socjologiczne przyzwyczajenie socjologicznym przyzwyczajeniem, ale jestem w robocie, więc uwagę skupiam bardziej na rozmowach, niż na obserwacji tego, co dookoła, ale faktycznie – bladych twarzy coś mało. Jeśli coś miga, to – dzięki imiennym tabliczkom, które wszyscy mamy pozawieszane na szyjach – można łatwo ustalić, że są to twarzy rosyjskie. A język rosyjski kokietuje z różnych banerów, trochę firm, które mam okazję poznać, albo już robi wielkie interesy z Rosją (rynek, w przeciwieństwie do polskiego nieograniczony nie tylko w rozmiarach, ale i nieograniczany wyśrubowanymi normami unijnymi, które komplikują proces produkcji, nakazując np. wyszukiwać nowych dostawców podzespołów, które mają potrzebne certyfikaty dla “krótkich” w chińskich oczach serii), albo wręcz jest właścicielami rosyjskich marek.

“Outsorcing” i żandarmi pilnujący porządku na targach

Euroamerykańskich twarzy mało, europejskich języków też mało. Gdy słyszę w tym tłumie hiszpański, to nie jest to nasz europejski hiszpański seplen, tylko czysta melodia hiszpańskiego Ameryki Południowej czy Meksyku. Autokar zabierający nas codziennie na Targi spod hotelu pełen jest hindi, pundżabskiego i urdu, na gestykulujących dłoniach święcą złote sygnety z kamieniami, na głowach zamotane czy natknięte najróżniejsze nakrycia głowy – od sikhijskich turbanów, po charakterystyczne muzułmańskie toczki. Potem, na targach, do języków Indii i Pakistanu dołączy inny wielki język tych targów – arabski. Będzie go słychać wszędzie – z ust handlowców z Afryki Północnej (producenci pomp nie mogą odżałować nieobecności ich głównych północnoafrykańskich klientów – Libijczyków), z ust odzianych w białe szaty kupujących z Pólwyspu Arabskiego, z zakrytych czarną chustą ust kobiet. Będzie też słychać gęsto turecki, a gospodarz Targów będzie robil wiele, by zaprezentować się jako rozumiejący i szanujący potrzeby muzułmańskiego kontrahenta. W restauracji VIP pokaźną część menu zajmą dania halal, a co kilkanaście metrów na głównym deptaku tablice będą informować o umiejscowieniu targowego meczetu. Przestrzeń targów jest ogromna, część odwiedzających, nie mogąc na czas dotrzeć do meczetu, klęka w kierunku Mekki tam, gdzie akurat jest – np. na wielkim, błyszczącym reklamami pasażu pomiędzy halami.

Oprócz wyżej wymienionych języków usłyszymy jeszcze języki afrykańskie, języki Azji Południowo-Wschodniej, koreańszczyznę (jaka szkoda, że nie było czasu zajść na chwilę na stoisko z produktami z Korei Północnej), zawsze miłe memu uchu tajwańskie seplenienie. To wszystko zmiesza się z dźwiękami bębnów, do taktu których będzie tańczył chiński lew tam, gdzie czeka się na meleks do innych hal  (lew i jego tańce sponsorowane są przez jednego z producentów pomp z Zhejiangu) i z dźwiękami prezentowanych maszyn i urządzeń.

Nie do McDonald’sa, ale do restauracji z daniami halal:

W tle, za osobą w białym, tablice informujce o…

…położeniu meczetu na terenie Targów oraz o sposobach dojazdu do kantońskich meczetów:

“Może boją się zagrożenia nuklearnego z Japonii?” – zastanawiamy się, myśląc o nieobecnych eurotwarzach. “A może szukają dostawców gdzieindziej?” Tylko niby gdzie? “A może w Europie i USA zmienia się sposób kontaktowania się z producentami?” Pan S., wytrawny handlowiec, tego akurat jest pewien, że osobistego kontaktu na Targach nie zastąpi nic. Znowu, jak podczas Expo, mam wrażenie, że tzw. “świat” zdążył się się znowu nieco przesunąć, a my, tam u nas, jak zwykle tego nie zauważyliśmy.

Europejskich twarzy mało, twarze inne owszem chodzą i oglądają, ale znajomi wystawcy pana S. od elektrotechniki produkowanej na Wybrzeżu narzekają na małą, w porównaniu z poprzednimi edycjami Targów, ilość nowych zamówień. Jakby było więcej, to też niełatwo – jak jeden mąż skarżą się bowiem na problemy z siłą roboczą. Ci wytwócy, rozlokowani w typowym dla ostatnich dziesięcioleci regionie produkcji fabrycznej, starają się jeszcze zachować konkurencyjność w stosunku do wytwórców z miejsc, gdzie ponosi się mniejsze koszta. Ale chińskie Wybrzeże – do tej pory wielka fabryka świata – zmienia się. W miarę, jak rosną wymagania technologiczne dotyczące sprzętu, w miarę jak rozrasta się chiński sektor usługowy, w miarę jak rosną koszta społeczne wielkich migracji wewnętrznych, rosną i kłopoty ze znalezieniem odpowiednich ludzi do pracy. Stosunek pracy jest efemeryczny – fabryka szukając jak najniższych kosztów nie oferuje za wiele, robotnik nie jest z nią mocno związany. Ci, w których fabryka zainwestuje przeszkalając, płyną w czasie przez fabrykę jak rzeka, nie wracają po Nowym Roku, przychodzą i odchodzą, myślą, jakby tu przedostać się do pracy w usługach, rosną koszty. Na domiar wszystkiego rosną też – co oznajmia się na Targach na każdym kroku – koszty materiałów, np. miedzi.

Nie trzeba chyba dodawać, że na tym tle sytuacja Polski poszukującej tutaj towarów wygląda nieciekawie. Z jednej strony związana wyśrubowanymi wymogami unijnymi, które bardzo znacząco wpływają na wzrost kosztów produkcji, wymagając np. używania tych materiałów, których ceny są najwyższe, czy podzespołów z europejskimi certyfikatami, a z drugiej strony związana własną niezamożnością i ograniczoną chłonnością rynku. Krótko mówiąc, chce ona produktu na miarę i – w porównaniu z resztą świata – ekskluzywnego, ale po niskiej cenie. Później oczywiście gniewa się “na Chiny”, bo po produkcie szytym na miarę, “spełniającym normy unijne”, oczekiwała też świetnej jakości.

Kryzysu, który widać u przysypiających na swoich stanowiskach producentów elektrotechniki, nie widać na halach z elektroniką. Kolorowy tłum tłoczy się do telefonów, zagląda w ekrany, wyświetlacze i kamery, wsłuchuje się w głośniki, ogląda gadżety. W Chinach kryzys był poważnym ostrzeżeniem, że pewien model produkcji, handlu kończy się. Pisało się często z nadzieją, że kryzys wręcz może przyśpieszyć wejście w nowy etap eksportu.

Na Targach rozdawane są żółto-czerwone torby z napisem “Made-in-China gwarancją jakości”. Ja nie wzięlam, bo za mała, zabrałam sobie z Targów wielką czarną torbę z rysunkiem piły tarczowej buchającej iskrami, żeby mi wygodniej było nosić z targu warzywa do mojej sokowirówki za 60 kuajów (jakieś 26 złotych). Sokowirówka ta po podłączeniu krąży wściekle po całej kuchni, wyrzucając w górę jabłka i dynie. Żeby nie oglądać fruwającej dyni, trzeba było po prostu kupić sokowirówkę reklamowaną obok, oferowaną za pięciokrotność tej ceny.

Z torbą “Made-in-China”

23

04 2011

Prawdziwe, fałszywe. Czyli Postój Piejącego Koguta.

Najmilszy Pamiętniczku,

Nie wiesz, jak wielkie męki przeżywa ktoś, kto pisać Cię chce, jednocześnie pisać Cię nie mogąc. Kto biega z miejsca na miejsce całymi dniami, a żeby szybciej latać, w końcu rower kupuje, bo się łudzi, że czas zaoszczędzi. A żeby zaoszczędzić jeszcze więcej, na rowerze tym szybciej jeździ, aż go ból taki szyi chwyta, że następnie czas na uporczywe leczenie traci, a lekarz medycyny chińskiej się na nim znęca. No, ale dobra. Mam Pamiętniczku kartkę, na której wypisałam, co muszę koniecznie tu napisać. O pani profesor z Uniwersytetu Pekińskiego, która na chińskim podwórku odkryła lekarstwo na cierpienia, których źródłem jest ponowoczesnosć, o pewnym pisarzu, o jego niedostępnej już tutaj powiesci i o jego z laowajami rozmowach, o siedzeniu po wódce i nocą na górze w świątyni, o tym, jak kończą zepsuci dyktatorzy, o tym, czy Japonii się należało i o łóżku, na którym po Cesarzowej Cixi już potem nikt nigdy nie spał, choć jeszcze ciepłe. To może zacznę od końca. Czyli od tego łoża nieszczęsnego, bo tak chyba najprosciej.

Pekin tkwi w srodku prowincji Hebei jak dziura w moscie, Hebei wczesną wiosną jest złoto-brązowe, melancholijne. Pociąg wypełniony robotnikami wracającymi na weekend do domów wlecze się przez góry, od czasu do czasu mija ceglane, niskie wioski, przesadza połupane zimnoniebieskie kry na strumieniach, toczy się przez pola z kukurydzianymi kikutami. To nie jest pociąg z gatunku tych, co to muszą dawać twarz (twarz dają ekspresy “Harmonia” i twarz ta, a raczej dziób, jest snieżnobiała, opływowa, imponująca), to pociąg jadący za kulisy – o wygodę wracających nonmingongów nie ma po co dbać i tak będą robić, siedzą więc stłoczeni jak sardynki i przygarbieni na dolnej kuszetce, głową tłukąc o kuszetkę srodkową. My też przycupnęliśmy na kuszetce i wypatrujemy przez okno góry, co ma wyglądać jak odwrócona miska ryżu – to góra Jiming – czyli Góra Piejącego Koguta.

Góra wyłania się po prawej, to znak, że mamy szykować się do wyjscia. Wysiadamy. Pierwszy raz mam wrażenie – wiecej – dowody – że ludzie nie gapią się na mnie. Gapią się na J., którego głowa płynie jakieś pół metra powyżej głów mieszkańców miasteczka. “Ma ze dwa metry!”,wielkie nieba!”, “co to za rozmiar buta?” – rozważa miasteczko, gęby rozdziawia, a my wychodzimy rozklekotaną drogą wzdłuż torów w stronę góry. Jedna ciężarówka zwalnia, trąbi i radośnie macha, po chwili z drugiej wystają obie ręce kierowcy i machają równie radośnie. Naprzeciw nas pojawia się mężczyzna w średnim wieku z rodziną. “Tam - pokazuje w kierunku mniej więcej za torami (po których mija nas własnie trąbiac radośnie pociąg z machającym maszynistą)  - jest CIEKAWE” – mówi z miną tajemniczą acz nieco zrezygnowaną, wiadomo, gadał dziad do laowaju. Okazji do zobaczenia CIEKAWEGO to ja jeszcze nigdy nie przeoczyłam, więc dopytuję, co, jak, gdzie i jak bardzo ciekawe jest. “Matko święta, bxy, tam za nami facet na rowerze jak usłyszał, że po chińsku mówisz, wpadł do rowu!” – szturcha mnie w łokieć J. i pokazuje mi, gdzie widowisko. Ponieważ mam kulturę, to głupio mi się tak odwracać od rozmówcy, żeby zobaczyć, jak ręka sprawiedliwości pokarała tego ciekawskiego człowieka. “Bxy – rany, on leży i jeszcze się na nas patrzy!” – relacjonuje scenicznym szeptem J.  Dopiero gdy kończę rozmowę o CIEKAWYM (jaskinie) zerkam w kierunku rowu. Faktycznie, jakiś otrzepujacy się z rudej ziemi facet gapi się na nas wyciągając rower z rowu a następnie odjeżdża z głową odwróconą w naszym kierunku, czyli tyłem do kierunku jazdy.

Po godzinie marszu widzimy cel wędrówki. Za zwykłymi ceglanymi domami, obok zakurzonej drogi numer 105 wyrasta nagle potężny mur, flanki, bramy. Jesteśmy. To wioska Jimingyi. Za dwóch ostatnich dynastii ważna stacja postojowa. Pełna domów, swiątyń, budynków urzędowych pamiętających jeszcze Mingów, otoczona murem z czterema bramami, też złoto-brązowa.

Nocleg znajdujemy w obrębie murów, w gospodarstwie. Ponieważ w innych izbach jeszcze nie napalone, gospodarze goscinnie odstępują nam izbę własną – z wielkim rodzinnym kangiem z ręcznie robionymi poduszkami z gorczycy, grubymi bawełnianymi kołdrami i małym rudym, nieco przybrudzonym kotem w kącie. Z malowaną drewnianą skrzynią zamiast szafy. Z plakatem z dobroduszną twarzą Przewodniczącego Hu dokonującego legendarnej już inspekcji migów i białych gołabków z okazji 60-lecia ChRL. Zabierają tylko leki (“jestem już stary, muszę te leki brać”) i wódkę (bez wytłumaczenia, wynoszą za plecami). Wyjmujemy zza pleców nasza wódkę i stawiamy na miejscu tamtej.

Za zapyziałym okienkiem izby wielka sterta kukurydzy a na niej butelki po wódce (jakby ktoś pił siedząc na kangu i wyrzucał za siebie przez okienko). Trochę się boję, jak J. przyjmie wychodek. Owszem był już w Chinach, nawet trochę tu mieszkał, jednak po wsiach jakos nie miał okazji jeździć. Jak zniesie brak bieżącej wody, jakim okiem spojrzy na wychodek, który jest po prostu płytką dziurą w ziemi ledwo osłoniętą glinianymi ścianami, bez drzwi i dachu (później się jeszce okaże, że wnętrze wychodka widać doskonale z wioskowego muru)? Jak zniesie fakt, że przed wychodkiem jest mały, acz zły Burek, który wszystkich, który się znajdą w tej czesci podwórka do tegoż wychodka ze wściekłą miną zagania? J. jednakże wraca z wychodka z tak samo niewzruszoną ekspresją, z jaką doń szedł. Czyli, że tylko ja uciekam przed Burkiem z wrzaskiem do wychodka i boję się wyjść? (cgyba jednak tak, a w rezultacie zostanę uznana przez gospodarzy za wydelikaconego mieszczucha i dostanę na noc mieszczuchowy atrybut – nocnik).

Jak to już mi kilka razy się zdarzyło i co opisywałam na blogu, jadąc do jakiejś wioski, spóźniałam się o rok, o dwa lata – wioska ze skrzypiącej, zakurzonej, głęboko osadzonej w ziemi, z której wyrasta, zmieniała się w wypreparowaną dla turystów wydmuszkę pozbawioną tresci. Jimingyi jest właśnie na początku tej drogi. Ziemny, rozpadający się mur jest własnie obudowywany szarymi cegłami, takimi jak na “cywilizowanych” kawałkach Wielkiego Muru, wieżyczki-pawilony na bramach jeszce 1.5 roku temu miały postać sterczących na wietrze przekrzywionych szkieletów. Teraz pogięte przez wiatr kikuty zostały zastąpione przez konsktrukcje całkowicie nowe. W wiosce wybrukowano główną uliczkę, reszta nadal jest z ubitej ziemi. Jedną czy dwie świątynie odnowiono, a przed jedną z bram (nie przed tą, którą weszlismy, nikt się najwyraźniej nie spodziewał, że turysta nadejdzie na piechotę z miasteczka) ustawiono budkę z biletami. Ale reszta budynków z gliny i ziemnych murów zabudowań nadal rozmaka w deszczu (fakt, że ostatni był 8 miesięcy temu…)

 

Rano dorywa nas osoba umownie i roboczo ochrzczona przez nas Sołtysem. Sołtys nas oprowadzi, sołtys weźmie kluczyk od świątyni boga bogactwa od fryzjera, kluczyk od świątyni Konfucjusza od człowieka z twarzą jak filtr od papierosa i przed nim demontracyjnie będzie na nas pokrzykiwał: “tylko nie róbcie zdjęć tym freskom z dynastii Ming!”, a za jego plecami: “no, teraz szybko róbcie, mnie tam nie zależy, ale staruch sie piekli, jak kto robi”. Sołtys roztoczy przed nami tajemną wiedzę historyczną: “te rzeźbienia sa z dynastii Ming. Zostały wyrzeźbione na czesć odwiedzin cesarzowej Cixi, bowiem pszczółki wymawia się feng, czyli tak samo jak Feniks, a małpki hou jak taihou, czyli Cesarzowa”. Zamiast zadać podchwytliwe pytanie o to, jakim cudem za Mingów wiedzieli, że pareset lat później będzie tu nocować jakas baba z barbarzyńskiej dynastii i, co gorsza, czemu uznali za sensowne uczczenie tego faktu rzeźbą, przypominam sobie, co się stało, jak zaprotestowałam, gdy swego czasu marokański przewodnik gdzies pod Marakeszem opowiadał, że dana willa rzymska, której to ruiny właśnie oglądaliśmy, nazywa się dom Orfeusza, bo swego czasu mieszkał tam (zresztą zakochany w sztuce berberyjskiej) Monsieur D’Orfee. Za pszczółkami i małpkami wąskie przejście, Sołtys wpakowuje się z nami do czyjegoś obejscia. W starych murach znowu sterta kukurydzy, znowu butelki wódczane, gospodyni paruje mantou, na przykangowym piecyku grzeje się czajnik. “Na tym kangu spała cesarzowa Cixi” – obwieszcza Sołtys, a gospodyni dalej paruje te mantou. “Od tej pory na tym kangu nikt już nie spał”. Kiwamy głowami dotykając jeszcze ciepłej wygniecionej poduszki leżacej na tymże kangu i wdychamy zapach swieżych mantou. 15 dnia 4 miesiąca księzycowego w wiosce będzie miaohui - festiwal swiątynny. Nie z takich jak w Pekinie, które odbywają się nie przy świątyniach, ale w parkach i mają tytuły w stylu “festiwal swiątynny w stylu europejskim” ale prawdziwy. Na Górze Piejącego Koguta otworzą wszystkie trzy świątynie, będzie muzyka, tańce, jedzenie. Jedziemy. Ta resztka muru dookoła wioski, która pozostała za tego pobytu jeszcze ziemna, pewnie do tego czasu zostanie już pokryta nową-starą szarą cegłą.

P.S. Szata graficzna under construction.

Tags:

09

04 2011

Najpóźniejszy pierwszy snieg

Wstałam (jako, że wreszcie nikt mi nie nakazuje, o której mam wstawać, wstaję o 12-ej w południe a chodzę spać o 5-ej nad ranem, czyli wlasciwie zblizam się do czasu polskiego), zrobiłam sobie kawę i zapusciłam poranne (?) wiadomosci. A tam: “najpóźniejszy pierwszy snieg w Pekinie od 60-ciu lat”. Wyglądam przez okno – a tam, rzeczywiscie! – najpóźniejszy pierwszy snieg w Pekinie od 60-ciu lat a po ulicy biega w klapkach i podkoszulkach kilku koreańskich studentów, naciera się sniegiem oraz udowadnia, że Koreańczycy są jednak z innej planety. To dobrze, że pada snieg, Shandong wyschnięty na wiór (wojsko strzela pociskami wyzwalającymi opady), Hebei ma ziemię popękaną jak w Afryce (Hu w Nowy Rok z wprawą zawodowca lepi tradycyjne pierogi i znad miski z farszykiem nakazuje lokalnym władzom “z całych sił walczyć z problemem suszy i pomagać laobaixing), w Pekinie smog grasuje że hej, więc niech pada. Pierwszy snieg wymaga uczczenia. Tym razem bez zbędnego gadania i mądrzenia się. Pierwszy snieg w tym, co pozostalo z Ogrodu Doskonałego Blasku (圆明园 —— yuanmingyuan). Miałam przerobić zdjęcia (niestety z glupiej pstrykawki, ale lepszy aparat juz niedlugo nadleci z odsiecza) na czarno-białe, ale poniechalam, bo one w zasadzie i bez przerabiania są w sumie czarno-białe.

Ponizej, słynna fontanna (a raczej to, co z niej zostalo) przed już nieistniejącym jednym z pałaców założenia 西洋楼,”budynków zachodnich”. Przed spaleniem i złupieniem Ogrodu przez wojska francusko-brytyjskie w 1860 roku dookoła zbiornika z wodą było ustawionych 12 główek zwięrząt – symboli chińskiego zodiaku – o każdej z godzin (dzień tradycyjnie dzieli się na 12 dwugodzinnych “godzin”, którym patronują poszczególne zwierzęta) z paszczy/dzioba/ryjka odpowiedniego zwierza tryskała woda. O dwóch z główek, w tym o główce patrona obecnego roku było głosno, gdy jakies dwa lata temu anonimowy chiński nabywca wykupił te, pozostajace do tej pory we Francji, a dokładniej w kolekcji Yves St. Laurenta, rzeźby:

Woda cos rozmarza w stawach, chyba to znak od niebios, aby więcej już nie łazić po jeziorze Kunming w Pałacu Letnim a także porzucić plany puszczania na nim latawca:

Labirynt – jedyne odbudowane zalozenie kompleksu “zachodnich budynkow”:

Próbowałam dojsć do stojącego w srodku labiryntu pawilonu, obserwując, jak porusza się ayi z miotła, ale nic mi to nie dało poza ciągnącym się za mną kilkuosobowym, mającym pełne wyczekiwania miny, ogonem

Shishizi – czyli kamienny lew – ma tylko połowę twarzy/gęby/paszczy czy co tam ma lew, a jego drugi lwi towarzysz, wystepuje obecnie w jeszcze zalosniejszej postaci (zadek z ogonem odzielnie, reszta oddzielnie – twarzą/gębą/paszczą do ziemi)

Lew siedzacy patrzy na to:

A pilnuje tego:

Przy jeziorze Fuhai:

Zanim spadł snieg, na jeziorze Fuhai można było wykonywać różne fascynujące czynnosci, takie, jak oglądanie martwych ryb na dnie i puszczanie kaczek na lodzie. Kaczki te powodowały niesamowity, kosmiczny dźwięk (jezioro zamieniało się w gigantyczne pudło rezonansowe). Aby puszczać kaczki, trzeba było brać kamienie z pobliskich ruin (bez komentarza). Tych dwoje jednak, jak dla mnie, po tylu dniach odmarzania ryzykuje szybkie pożegnanie się z aktualnym wcieleniem:

W następnym wpisie zaległa relacja z ciekawej wycieczki pekińskim autobusem miejskim na… głęboką wies.

10

02 2011

Opowiesć wigilijna

17 marca 2010 roku rano 17-letnia Tian Yu weszła na czwarte piętro dormitorium i skoczyła z okna. To był drugi z dwunastu przypadków skoku z budynku, które wydarzyły się tamtą wiosną w należącej do tajwańskiego Foxconnu (Fushikang) największej fabryce swiata (w chwili gdy Tian Yu skakała, fabryka w Kantonie miała blisko pól miliona pracowników). Srednia wieku skaczących 21 lat. Tian Yu jako jedna z dwóch osób, które skoczyły, przeżyła. W najnowszym, noworocznym, poswięconym w całosci opowiesciom dziennikarzy, pisarzy ale i “zwykłych ludzi” o ich ojcach, numerze Nanfang Zhoumo, Tian Yu opowiada o swoim ojcu. Kika dni wczesniej opowiedziała o swojej pracy w Fushikang i o swoim obecnym życiu dziennikarzowi 第一财经日报 – diyi caijing ribao – “Pierwszego dziennika finansowego”. Spróbuję odtworzyć z tych dwóch tekstów tę historię. Żeby nie było tylko o ojcu, ale i o córce.
Choć w szkole nie była dobrą uczennicą, ojciec nigdy jej nie karał. Ukarał tylko raz, gdy użyła jako dziecko brzydkiego wyrazu. Dostała po buzi tak, że aż poleciała krew. Młodszy brat Tian Yu jest głuchoniemy, jest jeszcze młodsza siostra. Rodzina mieszka na henańskiej wsi, ma trochę zwierząt (po tym, jak Tian Yu skoczyła z okna, czesć zwięrząt wyprzedali, żeby mieć na opłatę za szpital), zimą ojciec najmuje się do pomocy jako pracownik sezonowy. Tian Yu skończyła gimnazjum i nie ma co ze sobą robić. Marzy, że będzie miała sklep z butami w miasteczku. Ale póki co nie może siedziec w nieskończonosć w domu, postanawia jechać do Kantonu pracować. W artykule dla Nanfang (Tian Yu mówi, dziennikarz spisuje) opowiada o tym, jak ojciec bał się, że jako młoda, niedoswiadczona, będzie doswiadczać krzywdy i upokorzeń. Dla Caijing Ribao relacjonuje, jak przed wyjazdem rodzice uczyli ją, jak radzić sobie z ewentualnymi zniewagami – “wytrzymuj, znos w ciszy”. Pomimo nakazu tradycji, który mówi o tym, że dziecko powinno spędzać chiński Nowy Rok z rodziną, rodzicami, dwa dni przed Nowym Rokiem Tian Yu wsiada w pociąg i jedzie ze srodka kraju na wybrzeże – w kierunku przeciwnym niż wszyscy inni, wracający do domów na swięta robotnicy.

Pierwszego dnia (“miałam szczęscie, przyjęli mnie już po dniu stania w kolejce, bo to było tuż przed Nowym Rokiem i potrzebowali ludzi”) wytrzymuje, choć płyna jej do oczu łzy. Gdy podczas przeszkolenia pyta się, czy dobrze wykonała zadanie, nadzorczyni potwierdza, a potem, podczas kontroli, ta sama nadzorczyni publicznie ja wysmiewa i krytykuje za…źle wykonane zadanie. Najpierw nie musi zostawać dłużej przy tasmie, bo jest niepełnoletnia, ale wkrótce zostaje jak wszyscy. Kilkanascie godzin codziennie na stojąco przy tasmie, wykonując tę samą czynnosć. Wtedy po raz pierwszy wydaje jej się, że straciła czucie w rękach i nogach. Zanim nieopatrznie utopi kupioną przez ojca komórkę w wodzie, powie mu jeszcze i to.
W dormitorium mieszka ich 8 w pokoju, ale, ponieważ każda z dziewczyn pracuje w innym dziale (Tian Yu sprawdza zmontowane ekrany do Apple’ów) i na różne zmiany, zna imię tylko jednej z nich. Atmosfera jest zimna, nie ma z kim porozmawiać – nie to, co w domu, na wsi. Tian Yu ma tylko jedną koleżankę, z którą zapoznała się podczas stania w kolejce. Żeby 500 kuajów, które dał ojciec na dworcu, na dłużej wystarczyło, w ramach rozrywki przechadzają się po ulicach handlowych i do supermarketu. W tym ostatnim wkładają towary do koszyka, objeżdżają sklep, a później odkładaja rzeczy z powrotem na półkę.
16 marca zostaje już tylko 10 kuajów (czy 5, jak wspomina druga z gazet, nieważne, mało). Minął już miesiąc, a wypłaty jeszcze nie ma. Tian Yu pyta koleżanki z dormitorium, gdzie odebrać kartę z pensją. Nie wiedzą, kierują do kierownika działu. Ten odsyła do filii fabryki na drugim końcu miasta. Za większosc pozostałych pieniędzy Tian Yu kupuje bilet i jedzie godzinę autobusem. Zaczyna się kolejna porcja odsyłania. Z jednego budynku do drugiego, z drugiego do trzeciego i tak dalej w nieskonczonosć. “Nie wiem ile godzin tak chodziłam, szukałam i szukałam i szukałam, a miejsca, gdzie mam odebrać kartę nie było i nie było” – płacze Tian Yu reporterowi Jingji Ribao.

Do dormitorium wraca na piechotę, bo nie ma już pieniędzy na bilet. Idzie przez całe gigantyczne miasto. Kładzie się na łóżko, ale nie może spać, bo jest tak wsciekła. Płacze. Nikt się nie pyta, co się stało. Rano gdy sobie przypomina zdarzenia dnia poprzedniego, zalewa ją wsciekłosć. W tej wsciekłosci biegnie ledwie piętro wyżej i w 35-tym dniu pracy skacze.
Budzi się po 12 dniach i nie poznaje własnego ojca, który siedzi przy łóżku – 40-latek ma całkiem białe włosy. W swojej opowiesci o ojcu mówi, że ten ukradkiem gotuje w elektrycznym garnku kleik, bo Tian Yu, z wieloktornie złamanym kręgosłupem, sparaliżowana od pasa w dół, z połamanymi kończynami, uszkodzonymi narządami wewnętrznymi, ma problemy z trawieniem. Caijing Ribao przedstawia inny jeszcze powód – jedzenie w szpitalu jest zbyt drogie dla rodziny, pichcąc ukradkiem kleik, zaoszczędzają trochę pieniędzy. Ojciec podpisuje porozumienie z Fushikangiem. Rodzina dostanie 180 tysiecy yuanów, wypłacone w oparciu o “humanitarną postawę” (tak ujmuje to porozumienie) fabryki. Ojciec ani Tian Yu nie rozumieją, co znaczy to wyrażenie.

Za dalsze opercje Tian Yu trzeba płacić. W opowiesci dla Nanfang Tian Yu mówi, że to ona sama poprosiła ojca, aby nie jeździła już więcej na drogą rehabilitację, w drugiej z opowiesci to rodzice sami, widząc topniejące fundusze 5 osobowej rodziny, w której dwoje dzieci jest niepełnosprawne, a trzecie, młodsza siostra Tian Yu, rzuca szkołę, by pomagać w domu, decydują o zaprzestaniu kosztownych zabiegów. W opowiesci o ojcu ten kupuje córce komputer, żeby jej się nie nudziło i piecyk na zimę, “bo sparaliżowanemu zimno”, nigdy nie pyta o powodu skoku, nic nie wypomina, znosi to, co się stało cierpliwie. W opowiesci dla Caijing Ribao pan Tian Jiandang (można przetumaczyc jako “Budujący-Partię Tian”) stwierdza krótko: “dzieciak, to i nie rozumie”. Nie rozumie, że upokorzenia trzeba znosić, pochylać głowę i nic nie mówić. Że brak pensji to nie koniec swiata.

Nanfang Zhoumo pierwszy numer tego roku – Roku Królika – poswięca opowiesciom o ojcach. Pisze we wstępniaku, że znak “ojciec” zapisany tak, jak na najstarszych kosciach wrózebnych, wyobraża tego, który trzymając rodzaj drąga wychowuje dzieci. “Ojciec jest Niebem dla dziecka” – w tym sensie, ze to on nadaje prawa, karze, ustanawia porządek. Jest początkiem – tak jak początkiem jest chiński Nowy Rok (inaczej Swięto Wiosny). Czyli nie tylko w sensie chronologicznym, biologicznym, ale i moralnym. Co ciekawe, dla autora wstępniaka to typu stwierdzenie jest nie tyle okazją do przypomnienia synowskich powinnosci i cnót (孝 xiao), o których to tradycyjnych cnotach coraz większa grupa młodych przypomina sobie dopiero własnie na Nowy Rok (choć refleksja na temat, chociażby po przeczytaniu wypowiedzi Tian Yu, która przecież zrobiła cos, co najradykalniej zaprzecza 孝, jest nieunikniona), ale punktem wyjscia do podkreslenia… fundamentalnej równosci ojców. Każdy z nich dla dziecka znaczy – powinien znaczyć – to samo. “Ten, co ma w dłoniach motykę, ten z młotkiem, z nożem chirurgicznym i za kierownicą od dobrego samochodu” – pisze Nanfang – “urzędnik i nonmingong”. Ten, którego latorosl w zabawie “a mój tata…” zawsze wygrywa i ten, którego dziecko zawsze przegrywa. Li Gang (hasło “Li Gang” nie pojawia się w żadnym z tekstów wprost, ale i tak wiadomo, o co chodzi) i Budujący-Partię Tian. Ech, idealistyczny Nanfang Zhoumo.

No, już koniec wigilijnego smucenia –

żeby ten rok – Rok Królika – był faktycznie początkiem, ale tylko dobrych rzeczy!

P.S. Po serii samobójstw wsród młodych robotników (ale oczywiscie nie tylko to było powodem), Foxconn przeniósł czesć produkcji do srodka kraju. Rosnące koszty produkcji, kryzys, duże koszty społeczne (do dostrzeżenia czego te 12 skoków bardzo się przyczyniło) takiego systemu produkcji oraz plany rządu, aby rozwijać zachód kraju sprawiają, że robi tak nie tylko on.

P.P.S. Artykuły:

http://news.hexun.com/2011-01-24/126968840.html

http://www.infzm.com/content/55157

03

02 2011

O seksie i naukowosci

Przez ostatnie tygodnie jedynie kupowałam co ciekawiej wyglądające gazety i składałam je na stosik. Od wczoraj powoli przeglądam. Na wierzchu stertki tygodnik Kan tianxia – “patrzeć na to, co pod niebem” – czyli na swiat. O wprowadzaniu reform na Kubie (tygodnik wypisuje szczególowo, ku pokrzepieniu zmordowanych inflacją chińskich serc, z czego składa się kubańska racja żywnosciowa na osobomiesiąc), o “moim ojcem jest Li Gang” (jak zaznacza tygodnik, z “pewnych przyczyn” nie ogłaszano tego swiatu wczesniej, ale Li Gang i rodzice zabitej dziewczyny zawarli ugodę). I o edukacji seksualnej w szkołach.

Artykuł w sumie nic szczególnego (a tytuł posta dałam, rzecz jasna, w celu zwiększenia czytelnictwa bloga :-D ). Nasuwa natomiast jedno ważne pytanie. Ale po kolei. Chiny, jak i Polska borykają się z problemem edukacji seksualnej w szkołach, niby trzeba, ale nie wiadomo, jak się zabrać. Tygodnik przedstawia pewną pekińską podstawówkę i szkołę srednią, w których – w ramach eksperymentu, zdecydowano się wdrożyć lekcje wychowania seksualnego. Patronem i inicjatorem programu jest seksuolog Fang Gang, postać wielce tu kontrowersyjna. Parę lat temu swoje badania do pracy doktorskiej prowadził w klubie nocnym, co oburzyło wówczas media i czytającą artykuły w rodzaju “doktor z Uniwersytetu Ludowego szpiegując w shenzheńskim nocnym klubie pisze rozprawę” publikę. Gdy parę lat później pisał o związkach homoseksualnych, społeczeństwo “oskarżyło go” o bycie homoseksualistą. Teraz gorszy dzieci w szkole. Artykuł opisuje, jak grupa nauczycieli kierowana przez dr Fanga uczy, jak otwarcie mówi rodzicom i nauczycielom, że negacja, potępianie, ucinanie rozmów, nauczanie o “strzeżeniu ciała niczym jadeitu” i nakłanianie młodzieży do złożenia przysięgi dochowania czystosci do nocy poslubnej (a i takie pomysly na edukację seksualną pojawiały się w innych szkołach) nie mają już racji bytu. Nie mają np. wobec faktu, że 8% dziewcząt w wieku 15-19 lat przyznało się do przejscia inicjacji seksualnej, a 21.3% (!!) z tych 8% ma za sobą doswiadczenie zajscia w ciążę (zas 4.9 % zachodziło w ciążę już kilkakrotnie), a pekińskie prywatne szpitale (tylko w prywatnych placówkach ciążę może usunąć osoba niezamężna) po wakacjach zanotowały 50% wzrost liczby nieletnich chcących dokonać aborcji. Bo, chociaż młodzież oburza się, gdy zaproponować im edukację seksualną (“czy chcecie zasugerować, że jestesmy niemoralni?” – trudno w sumie, by inaczej reagowali w szkole, która szpieguje uczniów, by o tym, że np. tworzą związki, donosić do rodziców) i choć wydawnictwa pornograficzne czy strony o takich tresciach są nielegalne (strony są blokowane, rozpowszechnianie pornografii karalne), to jednak młodzież i tak zdobywa w drugim obiegu tego typu wydawnictwa czy płyty i z nich czerpie wiedzę. Albo poszukuje tzw. wiedzy podwórkowej.

Rodzice uczniów poddanych “eksperymentowi”, to w większosci osoby urodzone w latach 60-tych i 70-tych. Ich dzieciństwo i młodosc upłynęły w atmosferze negacji, całkowitego usunięcia sfery płciowosci z oficjalnego dyskursu (zstąpiła oczywiscie do podziemia, a może raczej “podławcza”, pod pulpitami ławek z wypiekami na twarzach przeglądano odpisywaną nieskończoną ilosć razy w szarych zeszycikach anonimową “powiesc erotyczną” pt.: “Serce dziewczyny”, za jej posiadanie były surowe kary, organa wychowawcze uważały, że kto przeczyta, ten własciwie niejako od razu skazany jest na popełnianie przestępstw na tle seksualnym). Milosć, uczucie, seks, były klasowo podejrzane, piesni miłosne spiewane do Mao zhuxi a nie do pięknych dziewcząt, czy przystojnych chłopaków, a związki niesformalizowane najscislej ukrywane. Odkryte, karane i piętnowane. Przez wszystkich. Od najmłodszych, rzucających w osoby z takiej relacji czymkolwiek, co pod ręką i wrzeszczących w kierunku takich “dzikich gołębi” “klasowe” hasła, poprzez rodziców robiących wszystko, żeby taki, mogący zagrozić całej rodzinie związek, przerwać, aż po organizacje i aktywy, które zmuszały do samokrytyki i urządzały takim osobom “wiece krytyki i walki”. Z obrzucaniem starymi butami (po xie – stary, znoszony but to okreslenie kobiety utrzymującej pozamałżeńskie relacje erotyczne) włacznie.

Dzis, patrząc na te czasy, starsi czują nostalgię, młodsi tęsknotę za romantyczną miłoscią, która pokonuje wszystkie przeszkody, a artysci natchnienie. Skończony cynik, nieodżałowany Wang Xiaobo, nieco nostalgiczną historią (ale jak opisaną! Dosc powiedzieć, że musiał ją wydać na Tajwanie, tu nie szło) takiego “nielegalnego” związku otwiera swoją zjadliwą “Złotą erę”. A ostatni film Zhang Yimou, “Shanzha shu zhi lian” (cos mniej więcej jak “Milosc drzewa głogu”) opowiadający historię ukrywanego młodzieńczego związku z tamtych lat zarobił z powodzeniem pieniądze 20-latków jak i ich rodziców. Główna bohaterka w wieku lat 17-tu w pamiętniczku, broniąc się przed uczuciem, zapisuje: “niegdy nie ulegać drobnomieszczańskim, kapitalistycznym pokusom!” Czyli miłosci i pociągowi fizycznemu własnie. I zamartwia się, czy mogła zajsc w ciążę poprzez przytulenie jej przez chłopaka. Dziedzictwem na dzis jest nie tylko nostalgia, ale i ten cały pokoleniowy brak wiedzy, wstyd, poczucie, że erotycznosc to cos złego, co może zniszczyć przyszlosć. Zjawiska te przełożyły się oczywiscie na relację tej generacji z własnymi dziećmi – sfera seksualnosci traktowana jest do dzis jako zupełne tabu a rodzice mają tylko cichą nadzieję, że pomijana w rozmowach, przynajmniej do czasu studiów, erotyka nie będzie dla dzieci istnieć. Powszechny jest strach, że raz przez młodą osobę odkryta, przesłoni jej cel, jakim jest dostanie się na studia i nauka. I co? Jesli wierzyć “Kan tianxia”, to własnie rodzice przeżywający swoje młode lata w takich czasach w przytłaczającej większosci (90%) zgodzili się, aby, ich uczeszczające do objętej eksperymentem szkoły dzieci chodziły na lekcje “edukacji seksualnej i genderowej” opracowane przez dr Fanga. Czemu?

Bohaterowie “Miłosci drzewa głogu” – nawet koszula założona na głowę w celu utrudnienia identyfikacji nie pomogła – w chwilę po jeździe para została złapana przez matkę dziewczyny, po czym wymuszono zerwanie

Jesli dalej wierzyć tygodnikowi, dr Fang i jego wspólpracownicy zdołali przekonać rodziców do tych nauk, chociaż metody i poglądy stosowane w raczkującej chińskiej edukacji seksualnej mogą uchodzić za kontrowersyjne w konserwatywnym obyczajowo społeczeństwie. Dr Fang postulował m in., aby w szkolnym gabinecie lekarskim znalazły się i prezerwatywy. Film, który dano do obejrzenia nastolatkom pokazywał nagie ciała, zas sam Fang przekonywał dzieci, że orientacja homoseksualna jest czyms całkowicie zwyczajnym i naturalnym. Niektóre z podejsc chińskiej seksuologii mogą wydać się kontrowersyjne w mniej konserwatywnych kręgach. Jedna z nielicznych na chińskim rynku książeczek dla młodszych uczniów dotycząca płciowosci definiuje dziewczynki jako nie mające xiao jiji i ukazuje chłopca, w którego oczach czyni je to w jakis sposób wybrakowanymi (o, Freudzie!). Wydawnictwo to ponadto chłopców prezentuje jako lubiących rywalizację i grę w piłkę brudaski, a dziewczynki jako preferujące zabawy w dom, lubiące warkoczyki i płacze przy byle okazji czyscioszki. Jesli dalej wierzyć tygodnikowi (można jednak przypuszczać, że ten celowo do pewnego stopnia pominął aspekt protestów rodziców, żeby nie dodawać kontrowersji, nie podkreslać tak tu nielubianego konfliktu), jedyne obawy rodziców dotyczyły wieku, w którym ich pociechy otrzymają edukację seksualną (dr Fang twierdzi, że im wczesniej, tym lepiej). Tak czy inaczej, edukacja seksualna w tej szkole jest. Jak więc to zrobili?
Cóż, dr Fang naprzmiennie szafował hasłami o naukowosci takich lekcji i cytatami z …. Zhou Enlaia.

“czemu ja lubię szmaciane lalki, a on strzelanie z karabinu?” “czemu ja mam krótkie włosy a ona dwa warkoczyki?” Czy to dziecko, czy dorosły, nie jestesmy tacy sami. Zobaczmy więc w czym się różnimy…

“mają krótkie włosy, mają dużo siły i czasami są troche brudni…”

“chłopcy siusiają na stojąco, a dziewczynki na siedząco? Czemu tak się dzieje?…”

Cytaty z Zhou Enlaia (oczywiscie to nie te powyższe, powyższe ze wspomnianych ksiązeczek są) i ich rolę w przekonywaniu kogokolwiek do czegokolwiek zostawmy może na inna okazje. A naukowosc? W oczach kogos, dla którego wiara w “naukowosć” już dawno została zdemaskowana jako jeszcze jeden mit nowoczesnosci, jako iluzja stałosci i oparcia, tam, gdzie ich w rzeczywistosci nie ma, ta chińska wiara w naukę, naukowosć wlasnie, wiara, że sama nauka może stać się swiatopoglądem (naukowym!), że możliwa jest wiedza obiektywna, takze ta humanistyczna, dotycząca ludzkiego życia i ludzkich wyborów i że przyczyniac się moze ona do szczęscia (jak mówi dr Fang, celem jego edukacji jest zdrowie i szczęscie dzieci), musi zadziwiac.

Pamiętam, jak w zeszłym roku na jednych z zajęć na moim szanghajskim uniwersytecie wywiązała się dyskusja o tym, czym jest naukowosc. Nauczyciel i studiujący przescigali się w mówieniu czym ona jest – rugowaniem mixin - przesądu (tutaj “przesąd” jest drugim biegunem naukowosci), postępem, rozwojem, wprowadzaniem nowoczesnosci etc. W końcu nauczyciel wpadł na pomysł, żeby zapytać jedynego laowaja na sali. Gdy zaczęłam mówić, że o naukowosci czegos przesądza zastosowana metoda, a nie wynik, że kluczem jest falsyfikowalnosc i możliwosc kontrolowania warunków eksperymentu, na sali zapanowało zdumienie, zas nauczający podsumował: “patrzcie, jak inaczej, jak osobliwie myslą ludzie Zachodu”.

W naszych oczach ta chińska wiara, ze nauka i “naukowosc” naprawi społeczeństwo, przyczyni się do jego szczęscia, że to, co uznane za “naukowe” nalezy po prostu przyjąć, bo takie są “prawa postępu”, to wysokie zaufanie do szkoły jako pasa transmisyjnego “postępu” i “naukowosci” moze jawić sie jako niezły mixin. Pewnie tak samo jak tutaj jawiłyby się nasze różne widniejące na sztandarach “wartosci”, kłótnie o podręczniki, o “wychowania do życia w rodzinie” vs “wychowania seksualne”, walki o szkolne krzyże etc. No więc pewnie to wszystko jawiłoby się jako straszny mixin. Pod warunkiem, że w ogóle udałoby się wytłumaczyć Chińczykom, o co w tym wszystkim mniej więcej chodzi.

Na zakończenie kilka fantastycznych odpowiedzi chińskich rodziców na pytanie: “mamo, tato, skąd się wziąłem”, jakie usłyszeli w przeszłosci obecni czytelnicy Kan tiaxia, a którymi podzielili się w sondzie (dzięki nim ma się wrażenie, że lekcje wspólpracowników dr Fanga w sumie to przydałyby się nie tylko dzieciakom). No więc: “mamo, tato, skąd się wziąłem?”

“Wyciągnęlismy cie ze smietnika…”

“Znaleźli mnie za górą. Gdy uciekali ze mną, gonił ich wilk, tata z tyłu go bił, a mam uciekała przodem ze mną na rekach…”

“Pani w warzywniaku nie dawała rady dłużej mnie utrzymywać, więc mam wróciła z zakupów i z warzywami i ze mną…”

“Ukradli mnie innym ludziom. A jak to mówili, to jeszcze pokazywali mi zdjęcie, jak mama trzymając mnie gdzies biegnie, mówiac, że to robione w momencie, gdy mnie kradła…”

“Kupili mnie w sklepie…”

“Zabrali od złomiarza, bo zawsze jak szli do wujka, mijali tego złomiarza, mama mówi, że ten złomiarz i jego żona to moi prawdziwi rodzice”

“Mówi, że wymieniła mnie za porcje kiszonych warzyw…”

“Z ZOO, zabrali mnie z pobliża klatki z niedzwiedziami”

“Mikołaj wrzucił mnie przez komin…”

19

01 2011