Archive for the ‘General’Category

Szescdziesiata pierwsza

Przepraszam, ze dopiero dzis, trzy dni po fakcie, ale dzis dopiero mam chwilke. I przepraszam, ze badziewnym aparatem.

Wielki ekran na placu Ti4nanmen, a na nim wytyczne:

blogDSC00509

“紧持科学发展观” – scisle trzymac sie koncepcji rozwoju naukowego:

blogDSC00517

…i wspomnienia z szescdziesiatej:

blogDSC00492

blogDSC00463

…i piekne widoki z poszczegolnych (nieodlacznych) czesci Chin:


blog1DSC00532

毛主席纪念堂 – Maozoleum. Dzis zamkniete. Polecam powiekszenie:

blogDSC00397

blogDSC00369

blogDSC00421

blogDSC00628

Portret Mao zmienia sie na nowy raz na trzy lata. W tym roku zmieniono tuz przed rocznica

blogDSC00636

blogDSC00553

2 logo:

blogDSC00625

Cesarze:

blogDSC00565

Cesarze:

blogDSC00549

blogDSC00620

Czapka!

blogDSC00571

blogDSC00563

Doktor Sun i dziewczyna (dr Sun jest dokladnie naprzeciwko portretu Mao)

blogDSC00470

blogDSC00579

W stylu feudalno-imperialno-kawaii-popularnym (z chinska charakterystyka):

blogDSC00603

blogDSC00608

blogDSC00656

blogDSC00676

“Wszystko” to za malo:

blogDSC00697

blogDSC00706

blogDSC00712

blogDSC00650

Dwoch cesarzy powitac – czyz to nie radosc?

blogDSC00756

Koronacje:

blogDSC00773

blogDSC00786

blogDSC00779

blogDSC00790

blogDSC00859

blogDSC00722

Byc widzem i uczestnikiem:

blogDSC00734

blogDSC00525

Byc widzem i uczestnikiem:

blogDSC00407

Sun Yat-sen, pomnik bohaterow ludowych, Maozoleum, pare samochodow wyprodukowanych pod Szanghajem i “nieustraszone wprowadzanie 中国特色社会主义” – socjalizmu z chinska charakterystyka

blogDSC00616

03

10 2010

Eksperyment. Roznice kulturowe 2

Jakies 4 miesiace temu napisalam o moim sprytnym planie przeprowadzenia eksperymentu z roznic kulturowych. Eksperyment usilowalam wykonac na pewnej probie jednoosobowej. Osoba ta to Chinczyk, profesor, lat ok 45, szycha  pewnego znakomitego wydzialu pewnego znakomitego szanghajskiego uniwersytetu. Eksperyment polegal na wreczeniu mu pracy semestralnej z przedmiotu “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”, w ktorej wytykam bledy metodologiczne (nieuzasadnione generalizacje, bledny dobor proby etc.), esecjonalistyczne podejscie do kultury i takie tam w ksiazkach, ktore polecil studentom przeczytac, aby sie ubogacili. A nie sie madrzyli. Wynik mialam oglosic tutaj, na blogu. Jak zwykle rzeczywistosc napeczniala tak, ze przecisnela sie juz dawno przez siatke mozliwych rozwiazan  (hipotez badawczych), ktore przychodzily mi do glowy. Prawde mowiac napeczniala tak, ze az odechcialo mi sie ja zbierac w slowa. Wyrzucilam te historie z siebie wlasciwie raz, w emocjach, po zakupieniu 2 butelek produktow marki “Wielki Mur” i paczki prodktu marki “Zhongnan hai” (dzieki Ci, drogi sluchaczu, wiem, ze gdzies tak od poczatku drugiej butelki zrozumienie mnie bylo czyms na ksztalt rozwiazywania rownania ze 100 niewiadomymi). No i, co tu duzo mowic, jakos to wszystko bolalo, uwieralo. No i blog to niby zapis wrazen i doswiadczen, ale z doswiadczaniami polegajacycm na strzykaniu przez doswiadczanego zolcia, trzeba jednak uwazac. Bo co wystrzyknie, moze zastygnac np. w generalizacje. Wracajac do tej konkretnej sprawy – pisze teraz bo a) juz nie boli, raczej smieszy b) rozstrzygnela sie ona dopiero teraz. No wiec – wynik, owszem, mam, ale wszystko potoczylo sie zupelnie nie tak, jak sobie sprytnie  pomyslalam.

Droga z zawijasami zaczela sie od tego, ze w trakcie zajec profesor ow wymyslil, ze praca, co ja oddalismy, to nie wszystko, ze odbedzie jeszcze egzamin pisemny i ze ocena koncowa bedzie wypadkowa tychze. Dobrze, niech bedzie i egzamin pisemny.

Wyznaczonego dnia stawiam sie przed wyznaczona sala. To moj ostatni dzien, gdy widze wspolstudiujacych, ostatni dzien w tych salach, gdzie zima z wyziebienia krecilo mi sie w glowie na zajeciach pomimo kurtki puchowej i rekawiczek, to ostatnie odwiedziny w tym budynku, gdzie siedzialam przez rok popijajac z plastikowego kubka z przykrywka oferowana przez uniwersytet wode o smaku zawiesiny z dna akwarium. Patrze na wspolstudiujacych czekajacych na egzamin. Kazdy z nich ma wielka torbe ksiazek z listy lektur, w reku trzyma wydruk prezentacji w powerpoincie, ktore profesor wyswietlal na zajeciach.

Przychodzi. Moj obiekt badania. Wpuszcza do sali. Siadam w pierwszym rzedzie, czekam na rozdanie arkuszy. Sa. Kilka pytan dotyczacych tego, co bylo na zajeciach (jakie typy kultur wyroznil badacz X, jakie modele wspolpracy miedzykulturowej wyroznil Y), dwa pytania otwarte, polegajace na analizie zamieszczonego w arkuszu tekstu. Wyciagam olowek, probuje sobie przypomniec te nazwiska, klasyfikacje, podzialki, te wszystkie ubrane w “naukowe” paltka stereotypy “Innego”. Sieciowy, wielotorowy, srodowiskowy, niskokontekstowy, wysokokontekstowy…Niech Wam juz bedzie… Ogladam sie za siebie, bo szum wertowanych kartek nie ustaje. Doslownie kazdy z egzaminowanych zajety jest rozkladaniem dookola siebie przyniesionych podrecznikow i wydrukow ppt. W wiezyczki, w stertki, w wachlarzyki, w zakladeczki. Az powietrze drzy od tego zbiorowego poruszenia kartek. Kto rozlozy, w swoich wiezyczkach, wachlarzykach, stertkach odszukuje dokladnie ten slajd ppt co trzeba, przytrzymuje paznokietkiem gdzie trzeba i z wysunietym jezykiem rozpoczyna kopiowanie slowo w slowo – jakie typy kultur wyroznil badacz X. Jakie modele pracy miedzykulturowej wyroznil Y. Znak po znaku. Ja mam a) arkusz b) olowek z gumka c) dlugopis d) wybaluszone ze zdumienia oczy e) opadniete rece. Zastanawiam sie, czy 4 faza akulturacji wyrozniona przez badacza Z, tzn. “przystosowanie”, kiedys milosiernie na mnie zstapi. Na razie tkwie tak z opadnietymi rekoma w fazie drugiej, okreslanej przez tegoz badacza jako “calkowite odrzucenie”.

Trudno opisac wrazenie, ktore sie ma, gdy na oczach profesora 50 osob przepisuje slowo w slowo z wniesionych na sale materialow, zwlaszcza, gdy cale zycie mialo sie wtlaczane do glowy, ze sciagac jest zle, a juz na pewno jest zle, gdy nauczyciel TO WIDZI. A teraz te 50 osob z elitarnego wydzialu elitarnego uniwersytetu po prostu przepisuje, siedzac bezpiecznie w okopach podrecznikow, notatek, wydrukow wykladow. 50 Chinczykow plci obojga paznokietkiem przytrzymuje, glowke przechyla, spisuje znak po znaku, a ja, jedyny laowaj na sali, ktory nieraz musi napisac jeden znak na marginesie kilka razy, zeby miec pewnosc, jak sie go zapisuje poprawnie (pozostalosc po nauce znakow tradycyjnych zamiast stosowanych w ChRL uproszczonych i latach pisania na komputerze zamiast recznie) siedze z arkuszem i olowkiem. Startujemy w tej samej konkurencji? Nie startujemy. Pamietam, mam usmiech zazenowania i krece glowa, gdy wstaje i zaczynam mowic (jak glupia) do profesora: “przepraszam, ale czemu oni nie chowaja ksiazek?” . On: “bo tak mozna, Ty tez mozesz wyjac”. I rosnaca wscieklosc: “To to w takim razie jest w ogole egzamin? Czemu mi nikt nie powiedzial, ze to tak bedzie sie odbywac?”. Szycha wydzialu widzi co sie swieci (“zhuyi anquan, laowaje potrafia nie zwazajac na hierarchie i zaleznosci okazywac wlasna zlosc i krytyke”!) i prosi mnie o wyjscie na rozmowe.

“Nie ma sie co denerwowac” - zaczyna na korytarzu – “napisz tylko odpowiedzi na pytania otwarte, polegajace na analizie tekstu, a ja Ci to uznam”. Po czym pada sakramentalne pytanie: “ale rozumiesz chinski pisany?”. Przyzwyczajona, ze tutaj nawet po oddaniu przeze mnie kilku parutysiecznoznakowych esejow, po wygloszeniu kilku referatow wylacznie po chinsku moze w kazdej chwili pasc to pytanie, “ktore jest wyrazem troski o mojej tutaj dobre samopoczucie”, po prostu je ignoruje. “Ale mi nie o to chodzi, zeby mi pan teraz dawal taryfe ulgowa pozwalajac czegos nie pisac – usiluje tlumaczyc – tylko o to, dlaczego mi nikt nie powiedzial, ze to bedzie sie tak odbywalo”. Odpowiada: “To bylo na stronie internetowej tych zajec”. Aha, tej do ktorej nie mam dostepu, bo nie jestem w systemie, dzieki czemu zawsze prosilam Pana o zaladowanie mi materialow na USB? “Jesli czegos nie wiesz, albo nie rozumiesz, to moglas sie zapytac” – przechodzi do ataku profesor.  I dodaje: “To jest specjalny rodzaj egzaminu, kaijuan —- 开卷儿, dzieki temu, ze maja materialy, moga sie skupic na poglebionej analizie”. Jakiej do cholery analizie, w ktora strone poglebiona, skoro widze, ze pisza znak w znak to, co bylo podczas wykladu? Czy to w ogole jest w takim razie egzamin? Profesor ze smiechem: “To nie tak, to nie tak. Moze kiedys zrozumiesz nasz system edukacji. No ale przeciez powiedzialem, zebys nie pisala tamtych odpowiedzi i tez Ci to uznam”. A ja czuje, ze wlasnie skumulowalo mi sie wszystko – zlosc za ten rok upupiania, za ten rok, gdzie nikt nawet nie zapytal, czym ja sie zajmuje, przyjmujac za oczywiste ze zajmuje sie nauka jedzenia paleczkami, za ten rok, gdzie profesor, inna slawa wydzialu, moje okupiony duzymi nerwami pierwszy referat (o Shumpeterze) skwitowal: “o , i nawet laowaj cos powiedzial”. Rok, gdzie obecnie patrzacy na mnie z usmieszkiem profesor nauczal: “laowaje maja w zwyczaju…”, “laowaje nie potrafia…” nie zapytawszy nigdy jedynego siedzacego w sali laowaja o odczucia (o opiniach nie mowiac). Rok kogos, kto nie byl tam nikomu potrzebny. Czuje jak zolc doslownie podchodzi mi pod oczy, mowie, a wlasciwie sycze to wszystko jedno po drugim. Takze i to, ze nigdy raczej nie poznam tej kultury edukacji, poniewaz nigdy nie zechcieliscie nawet ze mna porozmawiac. W pewnym momencie dociera do mnie, ze wlasciwie to teraz od syku przeszlam do darcia sie, do rugania naczelnej szychy wydzialu, ze stracilam kontrole nad gniecionymi tyle czasu negatywnymi emocjami i ze zwyczajnie wylewam na tego czlowieka zal i frustracje calego roku. Miedle nerwowo jakas kartke w dloni i trzaskam nia dla podkreslenia tego, co mowie w porecz krzesla, ktore stoi obok. Rzucam okiem na kartke . To arkusz egzaminacyjny. Rozkladam, chwila milczenia z obu stron. Zeby wrocic do rzeczywistosci skanuje niemal bezwiednie tekst przeznaczony do analizy. Teskt nosi tytul: “Bycie zona laowaja to nic latwego”. Przeslizuje sie po tekscie. Autorka opisuje “beztroskie”, “powierzchowne” zachowanie swego brytyjskiego wybranka. Cenil romantyczne gesty, a w domu nie chcial pomagac. Na koniec wykonczona dziewczyna wnosi sprawe o rozwod. Polecenie: “Zinterpretuj to, co wydarzylo sie autorce z perspektywy roznic kulturowych”. “Moze kiedys zrozumiesz nasz system edukacji” – powtarza profesor. To moze pan kiedys tez cos zrozumie. Ja pana tez na koniec czegos naucze. Prosze zapamietac,  ze jak w klasie bedzie siedzial choc jeden cudzoziemiec, to niech pan nie mowi przy nim <<laowai>> , a juz na pewno nie podczas kursu “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”. Unosi brwi, jakbym zamienila sie w zupelna wariatke, taka co ma urojenia i tanczy na stole. Jestem zmeczona, wszystko we mnie dygoce, przestalo mi juz zalezec na napisaniu tego egzaminu, chce juz tylko rzucic tym wszystkim, wyjsc i isc przed siebie. No ale tlumacze. A  wiec laowaj – 老外 — (dosl. stary zewnetrzny) podkresla tylko i wylacznie moja wzgledem Was obcosc, zewnetrznosc, wazne jest tylko to, ze w waszych oczach jestem inna niz Wy. I prosze sobie darowac tlumaczenia, jak to wyraz stary “w chinskiej kulturze” podkresla szacunek. Drugie ze stosowanych w Chinach wyrazen – ktorego niestety pan nigdy podczas zajec nie zastosowal to 外国人. 外 – zewnetrzny, 国 – kraj, 人 — czlowiek. Czlowiek z zewnetrznego kraju. Ma swoj kraj, tylko inny niz Kraj Srodka.  No i jest co, badz co badz, czlowiek., a nie stary zewnetrzny. Czlowiek, tylko po prostu z organizmu panstwowego ulokowanego gdzies indziej.

Wychodze. Ide troche jak otumaniona ta sama droga, ktora chodzilam przez ten rok codziennie dwa razy. Cukiernia, rodzinna knajpka mniejszosci Hui, zaklad fryzjerski. Fryzjer ma dzis fioletowa fale nad czolem. 2 butelki Wielkiego Muru. Poczta i bank. Paczka Zhongnanhai. Moje osiedle. Ludzie w pizamach. Pieski z farbowanymi uszami. Odrapana klatka.

P.S. Gdy wyjezdzalam, poinformowano mnie, ze oceny z tego przedmiotu, jak i innych egzaminow beda wystawione dopiero jesienia. Wlasciwie to juz tylko dla siebie chcialam zobaczyc, co na tej karcie bedzie, bo niespecjalnie licze, ze ktos mi kiedys w Polsce te cuda uzna w poczet zajec. Jako, ze mamy jesien, zaczelam do mojej, bylej juz, szanghajskiej uczelni pisac. Odpowiedz pierwsza – jedynym sposobem, zebym dostala karte ocen jest osobisty przyjazd do Szanghaju, znalezienie kazdego z nauczycieli z osobna (jeden odszedl na emeryture, jeden przestal uczyc z dosc ciekawych powodow, prawie nikt z nich nie czyta ani nie odpowiada na maile ani nie pojawia sie na dyzurach) i poproszenie o wpis. Odpowiadam grzecznie, ze mnie juz w Szanghaju nie ma i ze prosze o sprawdzenie, czy juz sa oceny. Brak odpowiedzi. Przypominam sie uprzejmie. Brak odpowiedzi. To samo potwarza sie x 3. Pisze mniej uprzejmie. Odpowiedz: ocen jeszcze nie ma w systemie, nie mozemy przyslac. Zbieram sie w sobie i pisze “po szanghajsku”: ze w zyciu nie spotkalam takiego braku kompetencji i zrozumienia, zeby lepiej, zeby na razie w ogole nie przyjmowali zagranicznych studentow, bo to tylko dla nas potem klopot etc. Odzwyczailam sie przez te kilka miesiecy od takiego rugania, besztania i nadymania, znowu czuje znajome “szanghajskie” gniecenie w zoladku, znowu czuje absurd tego mojego samotnego tluczenia glowa o sciane. Po doslownie 20 minutach przychodzi skan dokumentu. To lista ocen. Napisana recznie, ale ze stemplem, tak jak chcialam. Przejezdzam wzrokiem oceny. Szukam jednego przedmiotu. Jest. “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”. Ocena: B. Czyli czworka. To tak, jakbym skopiowala te wszystkie odpowiedzi z powerpointowej wersji wykladu, ale nie dosc dokladnie. Jakbym nie dosc dokladnie rozrysowala mape przeciwienstw pomiedzy kolektywistycznie, sieciowo nastawiona i zorientowana na wysokokontekstowy jezyk chinska dziewczyna a indywidualistycznym, egoistycznym, niskokontekstowym laowajem, z ktorym tak strasznie trudno byc.

I to jest juz koniec eksperymentu. I koniec zupelny mojej przygody z szanghajska uczelnia. Pozostali uczestnicy egzaminu, przyszli dziennikarze, dostali kolejne pozytywne wzmocnienie – przepisuj slowo w slowo, a czeka Cie nagroda. Ja dostalam po wspomnianym zestawie produktow porzadnego kaca. Chociaz nie, chwilka, to jeszcze nie koniec! Gdy dostaje przedwczoraj skan wykazu ocen (jest niekompletny, bo niektorych ocen wciaz nie ma) odpisuje dziekujac i prosze o wyslanie kompletnego wykazu na moj polski adres. Przychodzi odpowiedz – “konwencja szkoly jest aby zagraniczny student sam zalatwil sprawe wykazu ocen (学校惯例是留学生自己办 理) - ale szkola zgadza sie Ci pomoc i wysle Ci dokument”. Padam na twarz i szepcze slowa wdziecznosci, a rece ukladaja mi sie same w… chinski gest podziekowania!

To moze nastepnym razem opisze moja pekinska uczelnie? Nie, nastepnym razem zostawie na chwile sprawy mego edukowania sie w Chinach i napisze o mojej dzisiejszej wyprawie w hutongi, ktora niespodziewanie zakonczyla sie w malutkim domku z gliniana dachowka pelnym rozwrzeszczanych hongweibinow i …rumianych Tybetanek.

26

09 2010

“Szaleniec” unika smierci

Kto czytuje bloga w miare regularnie, ten wie, ze od czasu do czasu przedstawiam jakis – w jakis sposob wyrozniajacy sie czy wazny – artykul z prasy chinskiej. I kto czytuje, ten wie, ze przewaznie z Nanfang Zhoumo, tygodnika odwaznego, troche idealistycznego. Nanfang znaczy tyle, co Poludnie, Zhoumo to weekend.

W tym numerze Nanfang zajal sie sprawa ze swojego rodzinnego Kantonu. A scisle mowiac z wioski Shangshe, najodleglejszej od miasta powiatowego wioski powiatu Raoping, nalezacego do regionu Chaozhou (Chaozhou to miasto na wschodzie prowincji Kanton). Ale sprawa ta – jak zaznacza gazeta juz w czolowce – wykracza swoim znaczeniem daleko poza zyjaca z uprawy herbaty mala (500, 600 gospodarstw) gorska wioske Shangshe, poza powiat  Raoping, poza Chaozhou. “Ta decyzja sadu to zwyciestwo ducha prawa, pokazuje ona, ze chinski system prawny dokonal postepu na gruncie ochrony praw czlowieka” – obwieszcza Nanfang we wstepie.

Duzo sie ostatnio mowi w Chinach o karze smierci. Np. ze wzgledu na przygotowany ostatnio projekt nowelizacji Kodeksu Karnego, ktory przewiduje zniesienie kary smierci za 13 przestepstw takich, jak “przemyt zwierzat chronionych” , “przemyt metali szlachetnych” czy “kradziez reliktow kulturowych”. Nanfang Zhoumo bardzo aktywnie wlacza sie w ta dyskusje, stawiajac np. pytania, czy powinno sie takze zniesc kare smierci za korupcje.

Nanfang czesto pokazuje tez swoje zaangazowanie w inne zagadnienie zwiazane z najwyzszym wymiarem kary – mianowicie  w problematyke relacji choroby psychicznej, zbrodni (Nanfang nazywa ja konsekwentnie, jesli jest popelniana przez osobe chora, “spowodowaniem wypadku”) i…kary wlasnie. 28 kwietnia tego roku, dokladnie w dzien, w ktorym zostal wykonany wyrok smierci na Zheng Minshengu, bylym lekarzu, ktory dokonal masakry dzieci wychodzacych po zajeciach z jednej ze szkol w miescie Nanping w prowincji Fujian, gazeta opublikowala artykul, w ktorym wypowiadaja sie ludzie, ktorzy znali Zhenga, np. jego kuzyn i byla narzeczona.  Kobieta wspomina, ze w czasie poprzedzajacym masakre, Zheng stal sie chorobliwie podejrzliwy. Jego podejrzenia obejmowaly takze i ja – zarzucal jej, ze chce mu zagrozic, ze go kontroluje. W swej fantazji powolal do zycia tajemnicza “Afrykanke”, to zwiazkiem z nia uzasadnil wreszcie swoje od narzeczonej odejscie. Po tym odejsciu zerwal wlasciwie wiezy z ludzmi – kuzyn wspomina tylko, ze raz wpadl poznym wieczorem do jego domu, lapczywie rzucil sie na miske klusek, po czym wybiegl nie dokonczywszy. Kilka dni pozniej zabil osmioro dzieci, piatke ciezko ranil. Narzeczona wypomina sobie: “gdybym moze wtedy, wczesniej, przyjela jego oswiadczyny, nie doszloby do tragedii”. Gazeta cytuje ta wypowiedzi dwa razy. Byc moze zeby podkreslic bezradnosc ludzi wobec choroby psychicznej ich bliskich. Moze troche wiecej “normalnego zycia”, a osobe uda sie wyrwac z rak choroby? Bo inaczej – gdzie wlasciwie pojsc? Do kogo sie wzrocic? Narzeczona: “on tez jest w jakis sposob ofiara”. Wyrok na Zheng Minshengu zostaje wykonany miesiac i 5 dni po tym, jak dokonal masakry, ktora wstrzasnela i przerazila Chiny (tych masakr niestety bedzie wiosna 2010 wiecej, co skieruje w koncu uwage Chinczykow na spoleczny, a nie tylko jednostkowy wymiar chorob psychicznych).

A co, jesli system sprawiedliwosci nie zadzialalby w przypadku Zhenga zgodnie ze starym zwyczajem “karac ciezko i szybko” i wedle powiedzenia “lepiej zabic, niz wywolac gniew ludu” ? Gdy w przypadku mieszkanca wspomianej juz na poczatku wpisu kantonskiej wioski, Liu Baohe, i wyroku w sprawie morderstwa, ktore popelnil, sad nie tylko nie zadzialal wedle tych dwoch zwyczajow, ale – co naprawde nieczeste – zlecil badania poczytalnosci i zdrowia psychicznego podejrzanego – Nanfang Zhoumo nie kryje swojej radosci. To jest wlasnie owo “zwyciestwo ducha prawa” i ten “postep w ochronie praw czlowieka”.

Poltora roku temu, 11 dni po wigilii Chinskiego Nowego Roku, pani Xu, zona nauczyciela, pana Xu Zhiminga, otworzyla wieczorem drzwi, zza ktorych rozlegalo sie pukanie. To, co stalo sie potem, brzmi jak najstraszniejszy koszmar. Stojacy w drzwiach Liu Baohe rzuca sie z miejsca na kobiete, atakujac ja wielkim kuchennym nozem, po czym wpada do mieszkania. Nastoletnia corka panstwa Xu, zrywa sie z krzykiem na widok zakrwawionej matki i na widok Liu. Liu dopada ja i zadaje dziewczynie z wielka sila ciosy. Syn panstwa Xu jest w tym czasie w toalecie. Gdy slyszy potworne krzyki, wybiega z lazienki. Widzi sasiada Liu z zakrwawionym nozem i barykaduje sie w toalecie. Liu atakuje z furia drzwi, az puszczaja. Rozpetuje sie walka, syn panstwa Xu takze zostaje ranny.

Gdy Liu zostaje pojmany, corka panstwa Xu juz nie zyje. Pani Xu jest ciezko ranna, syn lzej.

Proces prowadzi mloda pani sedzia, niedawno objela swoja funkcje. Slucha podejrzanego:  “poszedlem tam, aby sie zemscic, za to, co glowa tej rodziny, moj sasiad Xu Zhiming, mi zrobil”. W trakcie przesluchan Liu stopniowo odslania swoja logike. Nauczyciel Xu mial non stop go obgadywac za plecami, kreowac plotki (chociaz pracuje w oddalonym miescie i przebywa wlasciwie caly czas poza domem, podobnie jak wieczorem 11 dnia po Nowym Roku). Pan Xu ma tez nachodzic 5 letnia coreczke Liu i grozic jej pobiciem, kopaniem. Xu ma tez zakradac sie nocami i pukac do drzwi Liu, wypowiadajac swoje  grozby, a potem, gdy mokry z przerazenia Liu otwiera drzwi, widzi przed soba tylko mrok nocy. To powtarza sie co wieczor. To wlasnie to nachodzenie – a potem jakby rozplywanie sie Xu w powietrzu sprawa, ze Liu nie wytrzymuje i idzie sie zemscic.

Sedzina slucha i nie przerywa. Zleca badania zdrowia psychicznego. Powoduje to poruszenie, bo raz, ze nie czesto takie badania sa wykonywane, dwa, jesli sa, to zlecane sa na wczesniejszych etapach postepowania i nie przez sad, ale przez organa Bezpieczenstwa Publicznego. I trzy – zwyczajnie, chodzi o pieniadze. Prawo owszem, jak najbardziej, wskazuje, aby badania w razie podejrzenia choroby majacej wplyw na przestepstwo wykonywac, niestety nigdzie nie jest sprecyzowane, jaki organ ma poniesc ich koszt. A w borykajacym sie z niedoborem funduszy powiecie wydatek 1000 yuanow na badania jest problemem.

Sprawe ekspertyzy lekarskiej udaje sie jednak rozwiazac. I oto sad dysponuje wynikami badania. Liu, jak pisze Nanfang, “schodzi z drogi kary smierci”. Badanie wykazuja rozszczepienie osobowosci, urojenia, wykazuja, ze Liu nie byl poczytalny w chwili popelniania zbrodni. Jak stwierdza jasno chinski kodeks karny – Liu nie moze byc wiec poddany karze. A kara za ten rodzaj zbrodni wlasciwie jest przeciez tylko jedna.

Jak bardzo odwaznie dziala sad, widac dopiero dalej. Pan Xu, ojciec ofiary, niedowierza wynikom badania, sklada pisemna prosbe o zrobienie ponownych badan. Wladze patrza na niego z obawa – czescia kary mialo byc tez potezne zadoscuczynienie pieniezne dla jego rodziny. Wiekszosc osob mieszkajacych we wsi to krewni i rodzina Xu. Brakuje tylko zbiorowego niezadowolenia, poruszenia, petycji, skarg – czyli tego wszystkiego, co budzi najwieksza obawe wszelkich lokalnych wladz. “Lepiej zabic, niz wywolac gniew ludu” - sugeruje stary zwyczaj. Sedzina nie odmawia prosbie pana Xu – ponownie zleca kosztowne badanie. Wynik jest taki sam. Liu ma rozszczepienie osobowosci, urojenia, nie moze podlegac karze. “Liu po raz drugi schodzi ze sciezki kary smierci” - to Nanfang. Pan Xu oczekuje, ze otrzyma nalezna rekompensate od wladz. I znowu. Jakich konkretnie wladz? Na jakim szczeblu?

Tymczasem sad staje przed kolejnym problemem. Prawo mowi, ze osoba chora psychicznie, ktora popelnila przestepstwo, ma zostac albo pod opieka rodziny, albo trafic do szpitala psychiatrycznego na leczenie. Starzy i bardzo ubodzy rodzice Liu odmawiaja przyjecia i leczenia syna, ktory w tej chwili juz tylko ich przeraza i przez ktorego sa wykleci w wiosce. Zreszta jak maja sie nim opiekowac? Fakt, matka Liu, gdy stawalo sie jasne, ze jest cos z nim nie tak, gdy zaczal mowic do siebie, slyszec glosy, owszem, poszla do swiatyni i zapalila kadzidla, zeby “zle z niego wyszlo”, ale co wiecej mogla i moze zrobic? Zostaje wiec szpital. Prawo, owszem, mowi, ze osoba taka, jak Liu, powinna znalezc sie w szpitalu, ale – ponownie – nie precyzuje, jaki organ i na jakim szczeblu ma byc odpowiedzialny finansowo i organizacyjnie za takie przedsiewziecie. Pomaga dopiero osobiste zaangazowanie glownego sedziego sadu okregowego w Chaozhou. Podobnie jak sedzina, tez dopiero co objal stanowisko. Spotyka sie z miejscowymi wladzami, odswieza dawne znajomosci z czasow studenckich, az udaje mu sie “wychodzic” miejsce dla Liu i ustalic, kto bedzie opowiedzialny za umieszczenie i dozor Liu w szpitalu. I jakie wladze i na jakich szczeblach udziela rodzinie Xu odszkodowania za smierc corki, a jakie dofinansuja leczenie zony. Teraz wyrok moze zostac ogloszony. W regionie to pierwszy taki wyrok od dziesiatkow lat.

Sad zadzialal w tej sprawie pokonujac mnostwo przeszkod – finansowych, spolecznych, organizacyjnych, systemowych. I to wedlug Nanfanga jest duze zwyciestwo. Jednak prawdziwym zwyciestwem byloby – jak podkresla komentator gazety, profesor Uniwersytetu Syczuanskiego – jasne stwierdzenie i krzewienie przekonania, ze chorzy psychicznie to grupa slaba, narazona, wymagajaca szczegolnej opieki i ochrony – medycznej i prawnej. I stworzenie takiego systemu opieki, ktory pozwalalby na wlasciwa opieke nad ludzmi chorymi psychicznie. Takze i tymi, ktorzy popelnili przestepstwo.  I to, a nie np. karanie ich smiercia, bedzie – powiada komentator – krokiem w kierunku zapobiegania takim tragediom w przyszlosci, krokiem kierunku celu, jakim jest cywilizowane, praworzadne i prawdziwie harmonijne spoleczenstwo.

Nanfang opatrza artykul tym zdjeciem:

liu baohei podpisuje je: “Chory w trakcie terapii w szpitalu chorob psychicznych w miescie Zhongshan (prowincja Kanton).  Osoba chora psychicznie, ktora spowoduje wypadek nie powinna byc poddawna karze, ale powinna zostac poddana terapi w szpitalu psychiatrycznym. Tylko to umozliwi zagwarantowanie praw chorego i pozwoli na zrozumienie problemu przemocy osob chorych psychicznie”

Link do rzeczonego artykulu tutaj. A link do kwietniowego artykulu o Zheng Minshengu tutaj.

Tags:

15

09 2010

Luigi sta cercando un’ appartamento

W agencji, poprzez którą wynajmowałam mieszkanie pracują sympatyczni ludzie. Przez te godziny oczekiwania na decyzje rozpieszczonych warunkami panującymi na mieszkaniowym hulajacym wolnym rynku Pekinu fangdongow (właścicieli mieszkań), podczas oglądania stosów mieszkań (w formie wieżowców wciśniętych pomiędzy trzy wielkie uczelnie, siedzibę Googla, Microsoftu i chińskiego portalu Sougou) zdążyliśmy się zbratać, zjeść razem obiad i milo pogadać. Każdy z nich to przyjezdny – np. Lm jest z Wenzhou, Lxw z dalekiego Gansu. Pracują bez przerwy, pracują w niedziele, każde z nich od świtu do nocy wisi na telefonie, kazde gada przez ten telefon z innym akcentem (Lm gdyby miała powiedzieć łopata, powiedziałaby wopata, Lxw powiedziałby raczej opata i z pewnością udałoby mu się przy tym jakimś cudem zaseplenić). I niestrudzenie podnoszą PKB stolicy. Parę dni temu Lxw zaofiarował się przytargać gigantyczne 5 paczek z moim szanghajskim dobytkiem, które przyszły poczta. Gdy wczoraj zadzwonil z prośbą o pomoc, odłożyłam artykuł o „krzewieniu cywilizowania w internecie”, zwlekłam się z mojego pasiastego hamaka zainstalowanego z powodzeniem na balkonie (z hamaka widać czerwony, krzywy neon i od dziesiątków lat nie używane schody pożarowe zapuszczonego hoteliku ale i górne pietra migocącej siedziby Microsoftu). Przeszłam się do biura uliczkę dalej.

Problem, który wymaga rozwiązania siedzi na środku biura. Nazywa się Luigi i jest z Rzymu. Oni nie rozumieją jego angielskiego, on nie rozumie ich. „Czy możesz się dowiedzieć, jakie ma wymagania w stosunku do mieszkania? Bo pokazaliśmy mu już tyle i nadal się nie podobają”. Va bene, ci stiamo, io posso tradurre, w końcu po włosku zem się w życiu nagadała swoje, zas tlumaczenia chinsko-wloskiego w zyciu nie robilam, chetnie na Was sprobuje. Luigi jest zdenerwowany, obgryzajac paznokcie, ze swoim ciężkim rzymskim akcentem mowi:“no wiec, to co oni mi pokazują, wygląda jak po wybuchu bomby podczas drugiej wojny światowej. Czy tu wszystko musi byc takie brzydkie? Powiedz im, ze ja chce ładne mieszkanie, ze ja mieszkam w Rzymie, w historycznym centrum, ze ja mam pieniądze, ze ja jestem przyzwyczajony do pewnej estetyki!”. Oho! Oczy ma, pomimo żeśmy w środku biura, nieprzeniknione, bo zasłonięte wielkimi raibanami. Wiec z braku kontaktu wzrokowego mój wzrok prześlizguje się na nazelowane włosy z grzywka. Tłumaczę, z pominięciem tego o bombie, o przywiązaniu do estetyki i ustępu o kasie. “Ale my mu pokazujemy najlepsze mieszkania w ramach tej ceny, ktora on chce zaplacic” – to Lm. “Powiedz im, ze mam mnóstwo pieniędzy, tzn mój ojciec ma mnóstwo pieniędzy, mogę zapłacić duzo, jezeli pokazecie mi cos, co mi sie spodoba”. A niech ma. Tłumaczę słowo w słowo. „Z czego się śmiejecie?” pyta Luigi.

Staje na tym, ze pokażą Luigiemu jeszcze jedno mieszkanie, na innym, nowiutkim i ładnym osiedlu. „Spodoba mu się” – mówi Lm. Proszę, pójdź ze mną, prosi Romano. Błagam, pójdź z nami, prosi Lxw, zaproszę Cie na taki gorący kociołek jaki tylko będziesz chciała.

Osiedle jest naprawdę śliczne – ma fontannę i strumyczek (!), ma zadbany ogród pomiędzy nowiusieńkimi wieżowcami. W oczach Lxw i Lm to zapewne najbardziej europejska i zachodnia rzecz jaka można znaleźć w naszej dzielnicy. I rozpieszczony fangdong zgadza się, żeby Luigi mieszkał tam tylko 5 miesięcy. Robie wielkie oczy, gdy widzę standard wykończenia na klatkach. Na osiedlu na którym mieszkam, tylko z zewnątrz budynki wyglądają jak apartamentowce, w środku – no dobra, może Luigi i ma trochę racji, rzecz wygląda jak bunkier. Nie po wybuchu, ale po intensywnym uzytkowaniu. Tutaj posadzka i kinkiety. “E bellissimo qui” – wyrywa mi się. “Dla mnie tutaj wszystko wygląda ohydnie, to nie jest ten standard, no ale skoro tak mówisz” – Luigi krzywi twarz, znowu nie widzę jaki ma wyraz oczu. “Ty pizzozerco” – mowie w myślach. “Co on mówi?” - dopytuje się Lxw. “Ze jest zmęczony” – tłumaczę na chiński.

Mieszkanie jak dla mnie świetne. Luigiemu się nie podoba. Choć nie, wydaje z siebie unikalny wloski dzwiek brzmiacy mniej wiecej: “boh” – oznaczajacy troche nielubienie, troche obojetnosc a troche zniecierpliwienie.“Właściwie to nie wiem, jakoś tak, no jakoś…boh. Mam pewne wymagania, z których nie zrezygnuje…chociaż gdyby było tańsze, to bym wziął…”. “Tak?” - to ja. “Tak”. Lxw dzwoni do właściciela, rozmawiają o obniżce. Staje na tym, ze fangdong mógłby ewentualnie opuścić 200 yuanow, jesli Luigi jeszcze dzis zaplaci. Ja przekazuje to Luigiemu. Uśmiecha się z politowaniem, ze niby my, ludzie Zachodu: „Wiesz, w sumie to nie jest sprawa pieniędzy, to w sumie i tak wszystko są grosze”. I dodaje: „Najwyżej będę mieszkał w hotelu. A tak w ogole, to chyba nie chce jednak mieszkać sam, wolałbym z innymi, ale żeby to nie byli Chińczycy, tylko ludzie z Zachodu. Najlepiej native-speakerzy angielskiego albo francuskiego”.“Ile płacisz za hotel?” – dopytuje się przez mnie Lxw. „500 yuanow na dzień” – to można zrozumieć bez tłumacza, zreszta Luigi doklada staran, zeby bylo to jasne. Lxw otwiera buzie. “A mówiłem Wam, ze mam mnóstwo pieniędzy” – powiada rzymska twarzy z mina, jakby udało mu się wszystkich przechytrzyć.

Wracamy na nasze osiedle – oni szukać dalej, ja po moje buty do joggingu – możne jak trochę pobiegam, przestane wreszcie mieć kłopoty z bezsennością. “A tak w ogóle czy możemy zrobić przerwę w tym oglądaniu, napiłbym się kawy, ja jestem Włochem, my bierzemy życie na luzie, po co tak latać w kolko” – mówi Luigi w miejscu gdzie można kupić kapustę z trójkołówki, żywą kurę, załatać oponę roweru, wszystko, tylko nie dostać małą, białą filiżankę espresso. Lxw znika na chwile w sklepiku, wynurza sie z 3 neskami w puszce. Jedna „te nong” – super mocna – Lxw jak pracował jako barman w knajpie dla laowajow na Chaoyangu, dowiedział się, ze Włosi lubią kawę malutka i skoncentrowana. Biorę jedna. “Nie pijam Nescafe” – dopada mnie glos z boku. Super – biorę druga. “Co on mówi?” – na twarzy Lxw znowu maluje się niepewność i podejrzenie. Mi kończą się pomysły na tłumaczenie. „To jest skandal i organizacja do niczego. Zeby tyle szukac mieszkania. Od rana z nim chodze. Jak ja bym sie za nich wzial… Chociaż w sumie mieszkać z kimś to tez jest problem – skąd mam wiedzieć czy będę się z tymi ludźmi dobrze dogadywać?”… Obawa w oczach Lxw: “Co on powiedzial?”. Luigi: “Co mu powiedzialas?”

„Boje się, ze będzie mi trudno znaleźć, coś, co mu się spodoba” – wzdycha Lxw - „rożnica kulturowa jest jednak ogromna”. Rożnica kulturowa? Czlowieku, z Wlochami jest zwiazany calkiem niemaly kawalek mojego zycia, ale takiego okazu jak żyję nie spotkalam. “Wiesz, chyba chciałbym się nauczyć trochę chińskiego – bo interesuje mnie ta kultura, to wszystko”– rzecze Luigi.

Dochodzimy do bramy, zegnamy się. Moje uczestnictwo w cudzie spotkania z żywym typem idealnym laowaja (dokładnie takim, jak opisywały go niby esencjonalistyczne, niby pełne uproszczeń zajęcia, na ktore tak strasznie sie zzymalam, a które przeszłam w tamtym roku na moim chińskim uniwersytecie) i w procesie kreowania obustronnych stereotypów dobiega końca. Chociaż nie. Ja przez te stereotypy nie raz jeszcze oberwę. Grazie mille.

12

09 2010

Karaluch a sprawa pekinska

Budzi mnie dzwonek domofonu. A scislej mowiac, jego sielankowa melodyjka, ktora, jakby sprobowac przelozyc ja na slowa, brzmialaby: “och, juz teraz wszystko dobrze, przyszla ta osoba, dotarla szczesliwie po burzach i naporach swiata zewnetrznego, do przystani zawinela, witamy w domu, bedziecie sobie siedziec, pic herbatke z rozowych kubeczkow etc….” Wypelzam z loza, biore sluchawke. “Pani LL przyslala mnie tu do sprzatania” - mowi damski glos. Dobrze, zgadza sie mniej wiecej, LL, wlascicielka mieszkania, mieszkanie ma potrzebe bycia wysprzatanym, wejdzze, dobra kobieto.

Na korytarzu jest ciemno, na korytarzu jest ponuro jak w wiezieniu, na korytarzu na srodku psychodelicznie dynda opajeczona zarowka na kabelku. Pani od sprzatania weszla juz przez drwi wejsciowe, na ktorych wisi kartka z tekstem (tlum. bxy):

“Szanowny mieszkancze, gdy mieszkaniec szanowny bedzie wyprowadzal swego psa na spacer, niechaj baczy, aby pies ow nie siusial na opony, karoserie zaparkowanych na osiedlu samochodow, gdyz to je uszkadza”.

Ja szamocze sie z drzwiami wejsciowymi do mieszkania. Pani od sprzatania nacisnela juz guzik windy (przy guziku: “Szanowny mieszkancze, niechaj mieszkaniec usilnie stara sie nie wyrzucac niedopalkow przez okno, gdyz, spadajac na dachy zaparkowanych pod blokiem samochodow, niszcza one tychze samochodow karoserie, mieszkaniec wyrzucajacy bedzie pociagniety do opowiedzialnosci”. przyp. bxy: “tratatata”). Ja wciaz szamocze sie z drzwiami. Ona wysiadla juz z obskornej windy z…windziarka (polityka pelnego zatrudnienia, pani windziarka ma tam krzeselko, wentylatorek-wiatraczek i naciska takie normalne guziki jak to w windach i ladnie sie usmiecha), stoi pod drzwiami, z ktorymi ja sie mocuje. Wyobrazam sobie ja, jak stoi tam w egipskich ciemnosciach z kublem, szczotkami, szmatami i plynami do szorowania. Moze ma chustke na glowie? A ja glupi laowai, klasa prozniacza, do poludnia spiaca,  kilka dni wczesniej prozniaczo z Europy samolotem lecaca (jetlag), nie umiem nawet drzwi otworzyc. A czlowiek pracy stoi. Drzwi puszczaja. A mnie zatyka. Przede mna stoi pani w srednim wieku w bluzce z cekinami, spodniach w kancik, w sandalkach na obcasie. Ma pelny makijaz, koczek ze spineczkami i …lakier na paznokciach. Czego nie ma? Kubla, szmaty i w ogole niczego czym by mozna bylo sprzatnac cokolwiek.

Wchodzi do kuchni. Znajduje pod zlewem jakis martwy recznik, moczy w wodzie i wyciera leniwie stol, stannie omijajac zdechle pol ziemniaka lezace na blacie. Przecieram oczy. Na ustach pociagnietych czerwona szminka, w wytuszowanych oczach wyraz jakby to bylo…no jakby to bylo wszystko normalne.

Mieszkanie to znalazlam trzy dni temu. Zanim na nie trafilam, spedzilam poltora dnia chodzac po osiedlu wysokosciowcow, ktore z zewnatrz wygladaja jak apartamentowce, a w srodku maja rzeczone dydnajace lyse zarowki rzucajace cienie na obdrapane sciany i betonowe podlogi korytarzy. Naogladalam sie pokoikow wielkosci szafy, pokoikow ciemnych, pokoikow drogich, pokoikow tak brzydkich, tak przygnebiajacych, ze bezwiednie zaczynalam szukac zapadni w podlodze.  By obejrzec dwa z pokoi, wykurzylam z lozek lacznie trzy osoby. Jesli chodzi o te dwie ostatnie, chyba beda niestety mialy traume. Pod koniec dnia, gdy porzucilam juz wszelkie nadzieje, zaczelo sie przejasniac. Najpierw jasne, ladne mieszkanie nr 1. Zamieszkane jednakowoz przez 4 chlopa. Z Anglii, Niemiec, Szwajcarii i Austrii. “Uciesza sie, jak Cie zobacza” – powiada wlasciciel. Nie wiem czemu, ale zaczyna mi sie rysowac przed oczami obraz 4 blondynow w zielonych filcowych kapelusikach z piorkiem. Tak, juz, na pewno, poczekajcie tylko chwilke, chlopaki.

W mieszkaniu nr 2 wlasnie siedze.  Wielki, jasny pokoj, balkon (na hakach od stelaza na pranie zamontuje wkrotce TO:  no sami powiedzcie, ile osob w Pekinie moze miec TO na balkonie? He? Dzis zamawiam). W mieszkaniu nr 2 mieszka tajska Huaqiao (czyli Chinka urodzona tamze) i Koreanka. W mieszkaniu nr 2 mieszkaja tez karaluchy. “Ja nie moge zabijac, jestem buddystka” - powiada Tajka. “Ja tez nie moge, buddystka jestem” – mowi niewinnym glosikiem Koreanka. I wreczaja mi zabijacz, zebym ja sobie na odplate zarobila. O juz, na pewno. Drogie dziewczeta, co jest osia buddyzmu? Zrozumiec, ze kazdy skutek ma swoja przyczyne. Skutek to karaluchy w mieszkaniu. Przyczyna? Bo macie syf w kuchni. Idziemy we trzy do pobliskiego supermarketu, kupujemy plyny do mycia, chlory, rekawice i inne. Dziewczeta dziwia sie, ale nic nie mowia. To bylo wczoraj. W nocy, gdy bezsennie szwendam sie po mieszkaniu, widze jedna z buddystek w pizamce w misie z kubeczkiem z mydlinami w reku, chlapiaca na lezacego lapkami do gory i ruszajacego juz tylko jednym wasem karalucha. “Starsza siostra CLY (druga buddystka z pokoju obok) mnie nauczyla” - mowi niewinnym glosikiem. Gdy o 11:30 zwlekam sie z potwornym bolem glowy (jetlag!) i ide do kuchni, moj wzrok pada na druga z buddystek. “Dzis kupimy 硼酸 (kwas borowy) – oznajmia jeszcze bardziej niewinnym glosikiem, jakby masazystka prosila o rozluznienie, bo bedzie kark masowac – to taki proszek, posypiemy o tutaj przy rurze, za zlewem, przy kuchence i wszystkie beda – o tak” – buddystka robi gest lezenia na plecach z lapkami do gory. Dzis sprzatam living room. W przeciwienstwie do umalowanej sprzatajacej ayi z wczoraj, zamiast jezdzic szmata dookola stojacych tam figurynek Mile fo (Budda Maitreya) , podniose je i zetre kurz takze i spod nich. Pozdrowienia z Pekinu (tego zlego rekinu – jak dodawal Baranczak).

P.S. Moi drodzy stali Czytelnicy, wybaczcie, prosze. Po prostu. I dziekuje.

02

09 2010

Daktyle i trud wiecznego powrotu

Nie będzie chronologicznie, w kolejnych postach będe po prostu próbować odtworzyć moje spotkania z Chinami z ostatniego miesiąca. Zresztą chronologia nie ma już żadnego znaczenia. Jestem tutaj, w Polsce, dostają mi się jakieś kawałki mojego polskiego życia, z różnych jego etapów. Jestem w domu rodziców – mój w wynajmie. Patrze na obrazy i obrazki, które malowalam jako nastolatka, kiedy wszyscy wierzyli, że bedę artystką. Wiszą, stoją, leżą zrolowane zakurzone w moim starym pokoju. I tam już zostaną.

Podróż jest jak seria błysków. Błysk: przychodzi pan śmieciarz, zabiera resztę moich rzeczy i z wrażenia zaczyna nazywać mnie “cioteczką”. Błysk (dziwny, w moich oczach). Przechodzi mu na szczęście i znowu nazywa mnie xiao guniang. Błysk. Znosi moją walizkę. Błysk (jak by to piórko było). Sąsiadka z dołu, typowa szanghajska aiyi, czuje potrzebę pokazania mi, jak odnowiła mieszkanie. Kasetony jak u Ludwika XIV. Do nich tęczowe światło. Błysk. Sąsiad toczy moją walizkę. Kilka “do widzenia”, kilka uśmiechów, kilka “kiedy wrócisz”. Ostatni naleśnik szantuński, ostatnie mleko sojowe są za darmo. Sasiedzi i sprzedawcy machają na pożegnanie. Błysk. Dociera do mnie, że jednak, choć było to czasem tak trudne, to żołtowłosa laowajka wychodząca co czwartek po gazetę w piżamie i gadająca do wszystkich psów w okolicy w jakimś dziwnym narzeczu, była w jakiś sposob cześcią tego małego światka składającego się mniej więcej z:

a) kilkunastu obdrapanych blokow z milionem ohydnych dobudówek + mieszkańcy

b) targu, gdzie można, oprócz warzyw, przypraw, tofu, kupić żywą kurę, żywego gołębia, można też poprosić o zabicie ich na miejscu

c) pana sprzedającego żywe żaby w worku z żyłki (rano skaczące dynamicznie, później mniej dynamicznie)

d) pana sprzedającego nie-wiadomo-co, bądź świadczącego nie-wiadomo-jakie usługi (zawsze jak przechodziłam, w pojemniku obok niego nic już nie było, ulica przed nim spływała krwią, a on trzymał w ręku krwawe ostrze)

e)  Rady Ulicy i Hutongu (tak ich nazwałam, wymiennie z Radą Gerontów – siedzą na głównym skrzyżowaniu alejek i czuwają – siwe włosy, piżamy, karty do gry, “a tamten to od niej rano wyszedł, choć ślubu nie mają”)

f) pasiastej kotki (która podobno jak sasiad, pod którego drzwiami miauczała 2 dni, w końcu wpuścił do środka, natychmiast urodziła tam 6 kociąt). Błysk.

Lotnisko Pudong. Błysk – tym razem zwłowrogi – ważą i podręczny. Włożone na wagę wszystko razem waży o 10 kilo za dużo. Życzy sobie pani 1200 yuanów dopłaty? Czy wyrzucanie rzeczy? Wyciagam pudło darowanych daktyli (wielkości futerału na karabin), które wlokłam pociagiem z Hebei, czyli przez kilka prowincji. I tajwańskie czekoladki z galaretką. Mama by lubiła. Minus 3 kilo. Gdy wyciagam pierwszą książkę – traf chce, że o języku szanghajskim i kulturze z nim zwiazaną – i pytam, czy będą czytać, czy mam dać do kosza, obsługa się poddaje. Przechodzę z 7 kilo nadbagażu. Pesymista powie: no i na darmo żeś wlokła to straszne pudło daktyli i tak kto inny zje. Optymista: dobrze, żeś je miała, inaczej musialabyś zacząć od razu od ksiażek.

Błysk. Tym razem geniuszu różnorakiego: “proszę państwa tu kapitan Walerij X…… Wyruszymy z około godzinnym opóźnieniem. Niestety podczas naszego oczekiwania samoliot nie budet mial klimatyzacji, bo…, no bo…yy, on tak ma”. Chiny. Mongolia, Rosja, rudy dym nad Moskwą. Błysk. Błysk.

Dokładnie siedem lat temu wyjechałam po raz pierwszy do Azji. Też Aeroflotem, dużą, wesołą grupą (cześć z tych osób podobnie jak mnie wtedy, połknęła Azja, jedna z nich prawie dwa lata temu w Azji zginęła). Gdy tym razem Airbus (już nie Ił-86) Aeroflotu spóżnił się o tę nieszczęsną godzinę, przez co nie zdążyłam na mój samolot do Polski, usiadłam w tym samym miejscu na lotnisku, co wówczas, podczas naszego 11-to godzinnego oczekiwania na Iła do Hanoi. I co? Przez te 7 lat na Szeremietiewie nic się nie zmieniło. Tak jak wtedy – łatwiej było kupić wódkę i perfumy niż wodę. Tak jak wtedy, nie było wózków do bagażu podręcznego, które przy takim nadbagażu jak mój są koniecznością. I tak jak wtedy, były tylko 4 krzesła przy gate transferowym. Nowością była awaria klimatyzacji. Ot, witamy w Jewropie. Przed zemdleniem z wrażenia ratuje mnie butelka wody bez ceny (kto pyta po angielsku, ile w końcu kosztuje woda i czy mozna zapłacić w euro, płaci w nich słono) i wachlarz, z wypisanym ręcznie klasycznym wierszem pasującym do sytuacji (tzn. nie do siedzenia bez klimy, ale do pożegnania), który dostałam od koleżanek – Chinek wieczorem dnia poprzedniego (wtedy pomyślałam – rany, gdzie ja to wetknę?). Siedzę na moskiewskiej podłodze, rysuję z nudów innych siedzących przy ścianie ludzi. Chińczyków, Rosjan, Polaków. Czyli, że na coś sztuki plastyczne się nieoczekiwanie w życiu przydają. Mniej więcej jak daktyle.

04

08 2010

ogloszenie drobne 3

Kochany pamietniczku,

Na wstepie przepraszam, ze tyle nie pisalam. Nie to, ze nie chcialam. Chcialam i to wiele razy. W kafejce w Pekinie, gdzie za kazdym razem trzeba wstukac numer paszportu i dac sobie zrobic mugshota, w kafejce gdzies w Shangdongu, gdzie zeby dac mi pouzywac sieci, uczynny chlopak z obslugi zalogowal mnie na swoj dowod osobisty (bo pamietniczku,sa takie miescja na ziemi, gdzie trzeba miec chinski dowod osobisty, zeby Cie dalej pisac, tudziez robic inne fajne rzeczy, typu grac w 7 godzin w Jinwutuana). A teraz – prosze – siedze w pustym mieszkaniu. Zostala juz tylko walizka i podreczny – przekladam z jednego do drugiego, moze cos od takich przekladanek zelzeje albo sie rozplyplynie w przestrzeni i bagaz zacznie sie miescic w limicie. Jutro rano przyjdzie jeszcze pan smieciarz i zabierze te kilka workow z rzeczami, ktore mu przygotowalam. Przyjdzie punktualnie, tak jak sie umowilismy, zabierze rzeczy bogatego laowaja na swoj recznie ciagniety wozek.

Mam nadzieje, pamietniczku, ze Aeroflot poprawil sie nieco od mojej pierwszej podrozy do Azji. Wtedy nie mieli jeszcze Airbusow. Mieli za to pasazerow, ktorych poalkoholowe problemy zoladkowe skupily sie w obrebie jedynego okienka dostepnego dla mnie, przez ktore mialam zamiar ogladac wschod slonca w Himalajach.

O tym wszystkim, co bylo, gdy mnie nie bylo, rzecz jasna napisze - tylko, ze juz lezac w hamaku w ogrodzie rodzicow, glaszczac od czasu do czasu posiwiala gebe psa, ktorego sama kupilam, sama przynioslam (byl wtedy kuleczka z oczami), a ktorego od 7 lat regularnie porzucam uciekajac do Azji.

Krotko mowiac, w nastepnych, pisanych pod lipa, odcinkach o:

a) lazeniu po zamknietym dla turystow odcinku chinskiego muru i napotkaniu ducha Mingow

b) lazeniu po starym cmentarzu w Qufu w trawie po kolana, wlazeniu na swieta gore Tai w pocie po kostki i o wstrzasajacym odkryciu poczynionym na szczycie tejze gory

c) naglym i niespodziewanym pojsciu w kalesonopodobnych gaciach i w koszulce od joggingu na spotkanie z wicedziekanem pewnej uczelni w Hebei i o rozowej jedwabnej koszulce nocnej z karczkiem, z falbankami, guziczkami (tak, to jest jedna ta sama opowiesc…)

d) o prawdziwym duchu Expo, o pawilonie polnocnokoreanskim, iranskim… (reportazo-esej)

e) o pekinskich hutongach karmiacych swoich oprawcow najlepszym makaronem swiata

O hutongach, pekinskosciach i innych polnocnosciach bedzie zreszta wiecej. Gdy wstane z hamaka, odloze talerzyk z pierogami ruskimi, blog zmieni troche profil. To bedzie moje pekinskie zycie. I inne niezrecznosci.

30

07 2010

Polska sie usmiecha c.d.- list od przedstawiciela PARP

Drodzy Czytelnicy,

Dostalam mail od przedstawiciela Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiebiorczosci (PARP) z prosba o umieszczenie go na blogu jako polemiki z moim wpisem pt.: Polska sie… usmiecha, w ktorym opisalam moje wrazenia po wizycie w Pawilonie Polskim na Expo. Do prosby sie przychylam. Oto on:

“Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości jest głównym organizatorem udziału Polski w Światowej Wystawie EXPO 2010 w Szanghaju – zrealizowała projekt wybudowania cieszącego się spektakularnym zainteresowaniem zwiedzających Pawilonu Polski oraz wyposażenie jego przestrzeni wewnętrznej. Przygotowała także obszerny program promocji Polski na  w tej Wystawie – program gospodarczy, kulturalny, program promocji regionów i miast polskich.”

E-mail zawiera opinie tworcow Pawilonu:

“Sklejka to duży walor pawilonu

Projekt od pierwszego, inicjalnego szkicu zakładał wykończenie elewacji Pawilonu odpowiednio zaimpregnowaną sklejką, jako materiałem naturalnym, odnawialnym, i spełniającym nasze estetyczne kryteria. Wykorzystanie w zamian blachy, co byłoby oczywiście wielokrotnie tańsze i prostsze, nie wyszło nigdy nawet poza proces myślowej weryfikacji.
Co ciekawe, zastosowanie brzozowej sklejki na pawilonie zostało odebrane przez krytykę, zarówno branżową, jak i spoza kręgu profesjonalistów, jako największy walor obiektu. Jako projektanci mamy uczucie, że dzięki temu wyraźniejsze są konotacje z polską tradycją, m.in. rękodziełem, a co chyba najistotniejsze, budynek wyróżnia się swoim ciepłym, naturalnym walorem wśród przeważającej ilości stalowych lub zbudowanych z tworzyw sztucznych elewacji. Na koniec wreszcie, prezentuje się świetnie w kontraście do szaro-burego  nieba nad Szanghajem, w towarzystwie innym drewnianych fasad, np. Hiszpanii i Norwegii, krajów które mają odwagę postawić na low-tech, klimat i swoja tradycję.
Istotna zmiana, którą niestety musieliśmy wprowadzić na etapie realizacji, to rezygnacja z penetracji wnętrza przez światło słoneczne. W obliczu ostrej redukcji budżetu przeznaczonego na budowę i lokalnego prawa ppoż. było to nieuniknione. Warto chyba porównać ile kosztował pawilon Polski – 20 mln PLN, a ile pawilon Arabii Saudyjskiej – 146 mln US lub Japonii – 140 mln US. Patrząc z tej perspektywy cieszymy się, że wystawa którą mieliśmy szansę zaprojektować we współpracy z wybitnym scenografem, Borisem Kudlicką, z oświetleniem autorstwa Holendra Marca Heinza i eksperymentalnymi animacjami warszawskiego studia Lunapark, cieszy się na tyle dużym zainteresowaniem  zwiedzających, że ustawiają się w długiej kolejce wokół budynku.

Marcin Mostafa, Natalia Paszkowska – twórcy Pawilonu Polski”

W e-mailu zawarta jest tez wypowiedz pana Tomasza Baginskiego, tworcy filmu o historii Polski prezentowanego na Expo:

“Historia Polski, jak zresztą historia każdego kraju, to ogrom wydarzeń, ludzi i dat. Mnogość danych. Nie tylko aktów, także rzeczy mniej uchwytnych.

To historia w dużej mierze stoi za tożsamością każdego narodu, do niej odnosimy się, mówiąc o rzeczach dla nas ważnych. Nawet skrótowe i z założenia banalne opracowania historyczne roją się od informacji.

Jak to wszystko zawrzeć w kilkuminutowym filmie, nazywanym „Historia Polski?”. Tego zrobić się nie da. Nijak w parę minut nie da się zawrzeć wszystkich ważnych faktów, w taki sposób, aby widzowie cokolwiek zarejestrowali.

Cofnąłem się więc w założeniach. Czy widzowie, którzy przyjdą obejrzeć ten film, rzeczywiście chcą lekcji historii? Ściągawki z faktów, wypracowania przekrojowego? Czy możemy narodowi, którego historia sięga parę tysięcy lat wcześniej niż nasza, zaimponować, pokazując parę dat? Nie, widzowie chcą wrażeń. Zaskoczeń. Odpłynięcia w inną rzeczywistość, zachwytu obrazem i muzyką, uczuć.

Jeśli nawet pragną wiedzy, to raczej chcą dowiedzieć się czegoś o wnętrzu Polaków, o tym, czym nasz kraj się wyróżnia. Chcą wiedzieć, dlaczego warto nas znać i co to za europejskie plemię Polacy.

Odszedłem więc od dosłownego traktowania tematu „Historia Polski”. W ośmiu minutach da się przekazać tylko wrażenia ogólne, nastroje i klimat, więc taki też powinien być nasz film. Wizualny poemat, wiersz opowiadany obrazem, zainspirowany przez polską historię. Ponieważ takich projektów praktycznie nie ma, doprecyzuję, o co chodzi.

Wyobraźmy sobie obraz przedstawiający wszystkie wydarzenia, bohaterów, ważne miejsca i ważne momenty naszej historii. Obraz, w którym owe momenty są wymieszane ze skojarzeniami, które przynoszą, z symbolami, prezentacjami miast, ludzi, charakterystycznych budowli. Gigantyczny kolaż najróżniejszych elementów, połączonych ze sobą bardzo płynnie.

Tomasz Bagiński , reżyser animowanej <<Historii Polski>>”

Autor listu (i ja tez) jest ciekawy Panstwa wpisow, zapraszam wiec do komentowania!

Tags: ,

09

07 2010

tu przejscia nie ma

Blog to jest jednak fajna forma pisarska. Kazdy wpis to kolejny wycinek ukladanki, ktora oczywiscie z wielu powodow nigdy nie bedzie tworzyc calosci. Ale moze tworzyc np. ciagi – chociazby taki: od nostalgii przez melancholie po przygnebienie.

Wracamy wczoraj z beztroskiego dnia w parku (lazenie jak malpa po dziwnej konstrukcji z lian, puszczanie latawca, rozplatywanie prawie 40 minut z pomoca miejscowych fanatykow tegoz sportu sznurka od mojego latawca, fajne rozmowy, picie kawy nad brzegiem Jangcy), jestesmy juz prawie w domu, niose zwinieta karimate, w srodku zrolowany latawiec, co chwila z karimaty wypada mi kolowrotek. Swiezo przybyla do Szanghaju A. niesie ksiazki, kremy do opalania i przenosny wiatraczek na baterie w ksztalcie swinki.

Przed znajomym skrzyzowaniem, tuz przed moja ulica, niedaleko szpitala pulmonologicznego, na chodniku stoi starsza kobieta z jakimis papierami w dloni. Dopiero jak juz przechodzimy, dociera do mnie jej pytanie: “gdzie tu mozna cos odbic na ksero?” Odwracamy sie. Kobieta stoi, trzyma te papiery. Na to ja: “na xx 路 przejsc przez skrzyzowanie i po lewej”. Odpowiedzia jest dezorientacja. Patrze na oczy starszej kobiety – jedno prawie calkowicie biale od zacmy, drugie jakby za mgla. Pewnie nawet nie zauwazyla, ze pyta cudzoziemki. Bierzemy ja pod reke, mowie, ze zaprowadze. Jest z Xinjiangu. Przyjechala do syna, ktory tydzien temu znalazl sie w szpitalu. Idziemy powoli, widac, ze jest zagubiona w tej przestrzeni. Rzucam okiem na kartki, ktore starsza pani sciska w dloni i nagle porazaja mnie. Badanie na HIV. Wynik – pozytywny. Pacjent ma 28 lat.

“Moj syn ma tylko 28 lat” – mowi kobieta. “Lekarze mowia, ze ma jakas straszna chorobe i ze trzeba zaplacic dziesiec tysiecy juanow za leczenie , inaczej wypisza ze szpitala”. Przyjechal tutaj dorabiac, ale nigdy nie powiedzial, co to za praca. Zadzwonil przed tygodniem. Ze bardzo zle sie czuje, ze potrzebuje pomocy, ze jest w szpitalu. “Wsiadlam w pociag i przyjechalam tutaj z Xinjiangu, zeby go dogladac”. Patrze na jej biale oczy i nie wiem, jak tego dokonala. Jak znalazla ten szpital, jaka musi miec sile, ze zdobyla sie na taki wyczyn. Teraz on mieszka na szpitalnym korytarzu a ona od kilku dni w marniutkim pokoiku wynajmowanym za ciezkie pieniadze rodzinom chorych. Pieniadze (w sumie to te, ktore on wysylal) sie koncza. Wiekszosc poszla na bilet i noclegi.

“Czy wiesz, gdzie jest siedziba telewizji szanghajskiej?” – pyta starsza pani. “Chce tam pojechac i opowiedziec o naszym nieszczesciu“. W wyobrazni widze, jak starsza pani wspina sie po schodach prowadzacych do stacji, szuka zamglonymi oczami wejscia, jak straznik pyta czy jest z kims umowiona na spotkanie.

Kserujemy ten straszny wyrok. Jej trzesa sie rece, kartki sie rozsypuja. Prosze o zszycie. W reku trzymam karimate, latawiec i niesforny kolowrotek. Wychodzimy. Pytam sie, czy cos jadla. Ona: “ja nic nie zjem”. Biore znowu pod reke i wracamy w kierunku szpitala. “Jak myslisz, czy mozliwe, ze ta choroba sama sie cofnie?” - pada pytanie. A mnie wiele kosztuje, zeby powiedziec, ze trudno mi powiedziec, ze nie jestem lekarzem, ale ze chlopak przeciez jest mlody, wiec organizm bedzie z pewnoscia walczyl z choroba. Kiwa glowa, bedzie walczyl z choroba. Po drodze ujgurska knajpa. Tlumacze starszej pani, ze musi jesc, bo musi miec teraz sily, sadzamy ja, kartki z wyrokiem kladziemy obok. Patrzy sie na menu, ale bez wyrazu. “To jedzenie z Xinjiangu” – mowie. Jest ok, nie ma wieprzowiny.  Gdy podchodzi kelnerka starsza pani prosi o “zwykle biale kluski”. I kleik z wolowina dla syna na wynos. “Bo ja tak jak wy, tez jestem z Xinjiangu” - mowi kobieta.  Zero odpowiedzi, nawet kiwniecia glowa ze strony kelnerki. “Chodzcie ze mna, odwiedzcie mojego syna” – roluje kartki. Wyobrazam sobie chlopaka na korytarzu. Patrze na jego drobna matke. Za pol godziny mamy sie stawic na moim pozegnalnym przyjeciu. Konczy sie moj rok w Szanghaju i na tym moim nieszczesnym uniwersytecie.

Gdybysmy poszly do szpitala, ta nierozwiazywalna, absolutnie beznadziejna sprawa stalaby sie nasza sprawa. Sprawa, w ktorej nie mozemy zrobic wlasciwie nic. Bo nie jest jednostkowa, bo jest, choc tak tragiczna z bliska, tylko elementem pewnej ukladanki. Jej elementem jest chlopak na szpitalnym korytarzu, ktory zglosil sie tam dopiero wtedy, gdy choroba byla juz w pelni rozwinieta. Jej elementem jest drobna kobieta z zamglonymi oczami, ktora przejechala pare tysiecy kilometrow pociagiem. Zegnajac sie sciskamy sie serdecznie, mowimy sobie wiele cieplych slow, usiluje jej dodac otuchy, wciskam jej w reke tyle, zeby przez najblizsze dni mogli oboje jesc cieple posilki. Kelnerki patrza na scene pozegnania jak na cyrk, a na dwie blondynki z karimata jak na wariatki.

Przyjecie pozegnalne urzadzaja znajomi Tajwanczycy. Na stol wjezdzaja golebie, wielkie kraby i potrawka z zolwia. Wesole szczebiotanie moich wspolstudiujacych. Wszystkie macaja wlosy A. i nie moga sie nadziwic, jakie miekkie. I skora taka biala – jakie kremy stosuje?

P.S. Poniewaz zycie A. , podobnie jak moje wlasne, to takze porzadna porcja niezrecznosci, przeto A. jedzac kosztujaca mniej niz jedna dwusetna tego, co ta nieszczesna kolacja, ale – w naszej zgodnej opini – o niebo lepsza, rybe z syczuanskiej osiedlowej knajpy, dlawi sie oscia. Tzn. scislej biorac, osc ta osadza sie jej gdzies w przelyku i tylko uparcie wlazi coraz glebiej, nijak nie chcac wyjsc. Jedziemy do znajomego mi juz szpitala. I znowu to samo – wchodzimy do krystalicznie czytego hallu, pobieramy numerek, placimy kilkanascie yuanow, siadamy w estetycznej poczekalni czekajac az chinskie imie A. (ktore jej kiedys w przyplywie weny poetyckiej nadalam), pojawi sie na ekranie. I znowu -   dostajemy szybka i mila pomoc. Lekarz zartuje, czy wyjeta osc chcemy zapakowac i wziac na pamiatke, czy moze juz wyrzucic do kosza. Slyszac, ze jestesmy z Polski, zza kotary wychodzi inny z lekarzy (rozpoznaje go, jego zdjecie wraz z opisem dokonan w leczeniu raka przelyku mignelo na jednym  z ekranow w poczekalni) i pyta sie, czy jestesmy zadowolone z nowego prezydenta. Odpowiadamy. Wszyscy sie smieja i ogolnie jest bardzo sympatycznie. A ja od wczoraj mysle o nich.

07

07 2010

Bracia

Czasem zdarza mi sie dac tutaj na blogu omowienie jakiegos ciekawego artykulu z chinskiej prasy (no dobra, dzis dodam od siebie zdjecia wlasnej roboty). Nie to, ze mam poczucie misji, tylko zdaje sobie sprawe, ze w naszym kraju raczej nie mozna za czesto liczyc na cos takiego (no bo przeciez, jak wiadomo “co moze niby byc ciekawego w takiej rezimowej prasie?”), a patrzac na Czytelnikow i komentujacych mojego bloga, mam dosc jasne wrazenie, ze odczuwaja brak takich informacji. Dzis – no tak, oczywiscie, wczorajszy Nanfang Zhoumo, czyli “Weekend Poludnia”. Artykul pod tytulem “释比兄弟”, czyli “Bracia shibi“.

Shibi? Czyli kto? Shibi to w jezyku narodu Qiang ktos, kto “rozumie sprawy duchow, swietosci, rozumie sprawy ludzi, odprawia czary, leczy choroby, czci gory, sprawuje kult”. Yang Guisheng (lat 65) jest shibi. Jego starszy brat Yang Shuisheng tez jest shibi. Jako nastolatkowie dostali przekaz od duchow we snie, odziedziczyli od starszych w klanie swiete przedmioty potrzebne do odprawiania obrzedow, leczenia – poczerniala ze starosci czaszke malpy i beben ze skory kozy. Tylko, ze swiete akcesoria mlodszego z braci, Yang Guishenga, plesnieja dzis na strychu nowego domu ze zbrojonego betonu. Akcesoria starszego z braci tez nie sa juz nikomu potrzebne. Ma 71 lat. Zostal w wiosce (a raczej w tym, co z niej zostalo) sam i czeka, zeby “polaczyc sie z przodkami”.

Wioske zmiotlo z powierzchni ziemi wielkie trzesienie z 12.05.2008, znane u nas pod nazwa trzesienia w Syczuanie albo trzesienia w Wenchuan. Prawie rowno 4 miesiace temu pojechalam do Wenchuan. Dotarlam tam nowiutka droga zbudowana posrod krajobrazu ksiezycowego – gory zostaly wynicowane przez trzesienie na druga strone. Do wioski braci Yang (a raczej miejsca gdzie byla) nie dojechalabym, nawet jakbym bardzo chciala. Nawet przed trzesieniem byla to jedyna wioska w prefekturze, do ktorej nie bylo normalnej utwardzonej drogi. Z “cywilizowania” (najblizszego miasteczka) dalo sie dojechac tylko koniem (oczywiscie wierzchem, nie wozem, lud Qiang jest drobny, czesto bylo tak, ze jechalo ich kilku na jednym). Nic dziwnego, ze wioska byla najbiedniejsza w regionie.

Najwiekszym szacunkiem cieszyli sie oczywiscie bracia Yang. To oni leczyli, sprawowali kult przodkow, kult przyrody, przekazywali wiedze o historii ludu. Tradycyjna religia Qiangow oparta jest na animizmie – jak zauwaza autor artykulu “nawet taboret ma swoja taboretowa dusze”. W czterech katach domow zbudowanych z lupka kamiennego ludzie Qiang rozmieszczaja cztery kamienie. Zeby okazac naturze wdziecznosc za podpowiedzienie ich praprzodkowi, ze ma pokonac wrogow za pomoca draga z kamieniem przytroczonym do jednego z koncow. Czyli – tlumaczac na jezyk antropologii – za pokazanie im jak wytwarzac narzedzia, czyli tworzyc kulture.

No wiec natura sprzatnela wioske z powierzchni ziemi. Dotarli ratownicy i zarzadzili ewakuacje tych, ktorzy przezyli. Niedlugo po tym, sto pare kilomentrow dalej (daleko od ducha kuchennego taboretu, daleko od czczonej gory, daleko od duchow przodkow) zbudowano dla nich osiedle w miasteczku w duzej czesci zamieszkalej przez Chinczykow Han – domy z pieterkiem, ze zbrojonego betonu, nie rozpadna sie w sekunde grzebiac ludzi w srodku, tak jak to stalo sie w przypadku domow z lupka.  Qiangowie z wioski musieli zaczac uczyc sie poslugiwac pieniedzmi. Jak mozna sie domyslec, nie zawsze dobrze to wychodzilo. To co bylo cenne, nagle stracilo wartosc. To, co powinno byc za darmo (np. przejazd w jakies miejsce) nagle zaczelo miec bardzo konkretna wartosc.

W zyciu Yang Guishenga, mlodszego brata, byl jeden szzcegolnie wazny moment. Na dwa lata przed trzesieniem dostal certyfikat, ze faktycznie dziedziczy przekaz shibi, ze jest shibi. Jego certyfikat dumnie wisi na betonowo-zbrojonej scianie domu. Czasem zagladaja sasiedzi Hanowie i pytaja: “dziadku Yang, a co to jest shibi? A co to jest dziedziczenie przekazu?” Mowi im, ze shibi to taki czarownik, choc slowo “czarownik” nie oddaje nawet ulamka znaczenia i roli jaka gra shibi.

W niepismiennej kulturze Qiang to shibi recytujac, potwarzajac opowiesc o mitycznych poczatkach, spiewajac historie ludu i jego zwiazkach z przodkami, dba o utrzymanie w nim nalezytej orientacji. Czesc Hanow smieje sie z niepismiennego, ledwie dukajacego po chinsku specjalisty od “przesadow” (czyli przeciwienstwa tak tutaj kochanego “swiatopogladu naukowego”). A wladze prefektury, widzac usychanie przesiedlonych Qiangow, siedzacych w betonowych domach i gapiacych sie w telewizory (ktore kazda rodzina dostala w prezencie na dobry poczatek) i – jednoczesnie – upatrujac w nich srodek do mozliwego podniesienia prefekturalnego GDP, znalazly sposob. Yang Guisheng, mlodszy brat, ma dla publicznosci odprawiac “obrzedy” – tanczyc, bic w beben, recytowac swiete poczatki ludu Qiang. Za stowke od kazdego turysty. Takie “centrum kultury ludu Qiang” to magnes dla turystow.

W tym momencie Nanfang Zhoumo wsadza swoja nanfangowa szpile, za ktora tak go lubie. Plynnie przechodzi od dzisiejszych wystepow do wystepow z przeszlosci, czyli do doswiadczen braci z czasow Rewolucji Kulturalnej. Naturalnie, zostali oni wtedy uznani za 牛鬼蛇神  – “krowie upiory i wezowe duchy” (co ciekawe, samo okreslenie pochodzi z buddyzmu), sily niosace szkode. Mlodziutkiemu wowczas Yang Guishengowi zawieszono na glowie 7 kilogramowa glowe boddishatwy i oprowadzano po ulicach. Wiele swietych przedmiotow nalezacych do klanu zostalo zniszczonych. Przetrwala czaszka malpy, ktora obecnie plesnieje na strychu dawnego “wezowego ducha”.

Po trzesieniu drugi z braci tez zostal przesiedlony. A po roku wrocil na miejsce apokalipsy. Tlumaczyl, ze chce umrzec razem z przodkami. Jego dorosle dzieci zostaly w nowym osiedlu. Wnuczki mowia plynnie po chinsku. Powrot to bylo jak zamieszkac na golej gorze, jakby nigdy nie bylo cywilizacji. Do miejsca gdzie kiedys byla wioska, oczywiscie nie dochodzi juz linia elektryczna, jest problem z woda. Nie ma juz zwierzat (Qiang to lud pasterski). Zostala kamienna wiezyczka ku czci przodkow, starszy brat Yang osiedlil sie na przeciwko niej. Gdy zapada gorski zmrok idzie spac. Rano wyrusza na poszukiwanie leczniczyh ziol i korzeni w gorach.

Trzesienie spowodowalo w Chinach fale zainteresowania mniejszoscia Qiang. Jeden z pionierow badan tej mniejszosci znal starszego brata Yang wczesniej, czesto u niego bywal, zawsze na zasadzie czystej goscinnosci. Teraz starszy brat odwiedzajacym go naukowcom sugeruje zaplate za nocleg.

A mlodszy rzuca dziennikarzowi Nanfanga na odchodne: “mozecie od siebie zorganizowac jakas wycieczke? Stowa od glowy za pokaz i bedzie ok!”

Dwoch braci, dwie decyzje, jedna prefektura i – z niczyjej winy – brak dobrego rozwiazania. Folkloryzacja to rzecz jasna nie tylko domena Chin kontynentalnych. Nigdy nie zapomne wizyty w “wiosce aborygenskiej” na Tajwanie, gdzie facet przedstawiony nam jako “krol plemienia” byl w “wiosce” czyli parku tematycznym kierowca meleksa wozacego turystow. Naprawde nie wiadomo, co w takiej sytuacji powiedziec. Tak czy inaczej nie zdziwie sie, jesli w niedalekiej przyszlosci bedzie tak, ze zarowno ludowe ubrania tajwanskich Atayal jak i blekitno-granatowe stroje Qiangow szyte beda w tej samej fabryce gdzies w Jiangsu. Choc moze juz nie w Jiangsu, bo tutaj, na wybrzezu coraz mniej ludzi godzi sie na prace w fabrykach, rosna koszty. Fabryki trzeba przeniesc gdzies wglab Chin.

Zdjecia. Jakos dlugo nie moglam sie zdobyc, zeby pokazac zdjecia tych przenicowanych gor. To gory w dolinie rzeki Min, w drodze do Wenchuan (z autobusu, wiec kiepskiej jakosci). Szczyty maja ok 3 do 4 tysiecy metrow.

Po tej stronie doliny byla droga, w momencie, gdy nastapilo trzesienie, budowano tez autostrade:

DSC07373Nie wiem, jaka wysokosc moze miec to rumowsko:

DSC07386DSC07414Powyzej – teraz resztki mostu wystaja prosto z gory. Obok ruiny szkoly. Zdjecie ponizej – trzeba powiekszyc, zeby zobaczyc resztki trakcji elektrycznej powyzej rumowiska:

DSC07420DSC07427Powyzej: resztki mostu przez rzeke Min pozostawione jako pamiatka. Ponizej: tam byla droga i wioski:

DSC07443DSC07512Powyzej – Tybetanczycy i Qiang tworza razem prawie polowe mieszkancow prefektury. Jezyk Qiang jest jezykiem mowionym. Skrypt tybetanski mozna spotkac czesto, tak, jak na tej tablicy powyzej.

Ponizej: sklep ze strojami Qiang w Wenchuan:

DSC07526Ulica w Wenchuan. Kobiety Qiang przygladaja sie pracy ulicznego 拔牙 – wyrywacza zebow. Naturalnie na stoliku, jako reklama, leza juz wyrwane zeby:

DSC07470Kobieta z ludu Qiang:

DSC07549

02

07 2010