109 Targi Kantońskie – luźne uwagi

 

Zawsze chciałam być na targach w Kantonie, w tej nazwie pobrzmiewa kawał historii. Tak się złożyło, że byłam, jako tłumacz, ale i widz, na Expo, gdzie też pobrzmiał kawał historii – chińskiej manifestacji potencjału, chińskiego softpower, chińskiego ważenia swojego miejsca na mapie świata wśród potęg i wśród braci mniejszych, nowego nacjonalizmu etc., pisałam o tym prawie rok temu (ech, rok temu…) z okazji wielkiego otwarcia. Byłam na różnych chińskich targach, takich, na których Chiny coś światu sprzedają i na takich, gdzie świat nadskakuje z różnymi dobrami, zawsze zorganizowanych na ostatni guzik. Ale na tych największych nigdy, jakoś się nie składało. Dlatego jechałam z wielką ciekawością. Poniżej kilka luźnych uwag na gorąco, bo za chwilę uciekam do mojej stałej wioski pod Pekinem (tej, do której jedzie się miejskim autobusem, a której opisanie wciąż Czytelnikowi wiszę, podobnie zresztą jak nieskończoną ilośc innych rzeczy).

Podczas tej sesji Targów, wystawiano różnego rodzaju maszyny i elektronikę. W nowym kompleksie, wybudowanym kilka lat temu nad Rzeką Perłową, silniki, agregaty, spawarki, tokarki, wózki widłowe a nawet dźwigi, zwyczajnie się nie mieszczą, trzeba było dostawić 3 wielkie namioty, a największe sprzęty wystawiać na wolnym powietrzu. Biegamy po tym wszystkim z przesympatycznym właścicielem pewnej polskiej firmy, dla którego od wielu wielu lat obecność na Targach jest sprawą oczywistą i naturalną, był świadkiem ich wielkich przemian, tak samo jak i świadkiem ostatnich dziesiątek lat przemian kontaktów handlowych z Chinami. Ale tym razem sam jest zaskoczony – to pierwsza edycja od wielu lat, gdy tak mało widać europejskich, amerykańskich twarzy. Podobne sposrzeżenie mają chińscy wystawcy i kupujący, z którymi rozmawiamy, albo których – z socjologicznego przyzwyczajenia – nieco podsłuchuję.

Socjologiczne przyzwyczajenie socjologicznym przyzwyczajeniem, ale jestem w robocie, więc uwagę skupiam bardziej na rozmowach, niż na obserwacji tego, co dookoła, ale faktycznie – bladych twarzy coś mało. Jeśli coś miga, to – dzięki imiennym tabliczkom, które wszyscy mamy pozawieszane na szyjach – można łatwo ustalić, że są to twarzy rosyjskie. A język rosyjski kokietuje z różnych banerów, trochę firm, które mam okazję poznać, albo już robi wielkie interesy z Rosją (rynek, w przeciwieństwie do polskiego nieograniczony nie tylko w rozmiarach, ale i nieograniczany wyśrubowanymi normami unijnymi, które komplikują proces produkcji, nakazując np. wyszukiwać nowych dostawców podzespołów, które mają potrzebne certyfikaty dla “krótkich” w chińskich oczach serii), albo wręcz jest właścicielami rosyjskich marek.

“Outsorcing” i żandarmi pilnujący porządku na targach

Euroamerykańskich twarzy mało, europejskich języków też mało. Gdy słyszę w tym tłumie hiszpański, to nie jest to nasz europejski hiszpański seplen, tylko czysta melodia hiszpańskiego Ameryki Południowej czy Meksyku. Autokar zabierający nas codziennie na Targi spod hotelu pełen jest hindi, pundżabskiego i urdu, na gestykulujących dłoniach święcą złote sygnety z kamieniami, na głowach zamotane czy natknięte najróżniejsze nakrycia głowy – od sikhijskich turbanów, po charakterystyczne muzułmańskie toczki. Potem, na targach, do języków Indii i Pakistanu dołączy inny wielki język tych targów – arabski. Będzie go słychać wszędzie – z ust handlowców z Afryki Północnej (producenci pomp nie mogą odżałować nieobecności ich głównych północnoafrykańskich klientów – Libijczyków), z ust odzianych w białe szaty kupujących z Pólwyspu Arabskiego, z zakrytych czarną chustą ust kobiet. Będzie też słychać gęsto turecki, a gospodarz Targów będzie robil wiele, by zaprezentować się jako rozumiejący i szanujący potrzeby muzułmańskiego kontrahenta. W restauracji VIP pokaźną część menu zajmą dania halal, a co kilkanaście metrów na głównym deptaku tablice będą informować o umiejscowieniu targowego meczetu. Przestrzeń targów jest ogromna, część odwiedzających, nie mogąc na czas dotrzeć do meczetu, klęka w kierunku Mekki tam, gdzie akurat jest – np. na wielkim, błyszczącym reklamami pasażu pomiędzy halami.

Oprócz wyżej wymienionych języków usłyszymy jeszcze języki afrykańskie, języki Azji Południowo-Wschodniej, koreańszczyznę (jaka szkoda, że nie było czasu zajść na chwilę na stoisko z produktami z Korei Północnej), zawsze miłe memu uchu tajwańskie seplenienie. To wszystko zmiesza się z dźwiękami bębnów, do taktu których będzie tańczył chiński lew tam, gdzie czeka się na meleks do innych hal  (lew i jego tańce sponsorowane są przez jednego z producentów pomp z Zhejiangu) i z dźwiękami prezentowanych maszyn i urządzeń.

Nie do McDonald’sa, ale do restauracji z daniami halal:

W tle, za osobą w białym, tablice informujce o…

…położeniu meczetu na terenie Targów oraz o sposobach dojazdu do kantońskich meczetów:

“Może boją się zagrożenia nuklearnego z Japonii?” – zastanawiamy się, myśląc o nieobecnych eurotwarzach. “A może szukają dostawców gdzieindziej?” Tylko niby gdzie? “A może w Europie i USA zmienia się sposób kontaktowania się z producentami?” Pan S., wytrawny handlowiec, tego akurat jest pewien, że osobistego kontaktu na Targach nie zastąpi nic. Znowu, jak podczas Expo, mam wrażenie, że tzw. “świat” zdążył się się znowu nieco przesunąć, a my, tam u nas, jak zwykle tego nie zauważyliśmy.

Europejskich twarzy mało, twarze inne owszem chodzą i oglądają, ale znajomi wystawcy pana S. od elektrotechniki produkowanej na Wybrzeżu narzekają na małą, w porównaniu z poprzednimi edycjami Targów, ilość nowych zamówień. Jakby było więcej, to też niełatwo – jak jeden mąż skarżą się bowiem na problemy z siłą roboczą. Ci wytwócy, rozlokowani w typowym dla ostatnich dziesięcioleci regionie produkcji fabrycznej, starają się jeszcze zachować konkurencyjność w stosunku do wytwórców z miejsc, gdzie ponosi się mniejsze koszta. Ale chińskie Wybrzeże – do tej pory wielka fabryka świata – zmienia się. W miarę, jak rosną wymagania technologiczne dotyczące sprzętu, w miarę jak rozrasta się chiński sektor usługowy, w miarę jak rosną koszta społeczne wielkich migracji wewnętrznych, rosną i kłopoty ze znalezieniem odpowiednich ludzi do pracy. Stosunek pracy jest efemeryczny – fabryka szukając jak najniższych kosztów nie oferuje za wiele, robotnik nie jest z nią mocno związany. Ci, w których fabryka zainwestuje przeszkalając, płyną w czasie przez fabrykę jak rzeka, nie wracają po Nowym Roku, przychodzą i odchodzą, myślą, jakby tu przedostać się do pracy w usługach, rosną koszty. Na domiar wszystkiego rosną też – co oznajmia się na Targach na każdym kroku – koszty materiałów, np. miedzi.

Nie trzeba chyba dodawać, że na tym tle sytuacja Polski poszukującej tutaj towarów wygląda nieciekawie. Z jednej strony związana wyśrubowanymi wymogami unijnymi, które bardzo znacząco wpływają na wzrost kosztów produkcji, wymagając np. używania tych materiałów, których ceny są najwyższe, czy podzespołów z europejskimi certyfikatami, a z drugiej strony związana własną niezamożnością i ograniczoną chłonnością rynku. Krótko mówiąc, chce ona produktu na miarę i – w porównaniu z resztą świata – ekskluzywnego, ale po niskiej cenie. Później oczywiście gniewa się “na Chiny”, bo po produkcie szytym na miarę, “spełniającym normy unijne”, oczekiwała też świetnej jakości.

Kryzysu, który widać u przysypiających na swoich stanowiskach producentów elektrotechniki, nie widać na halach z elektroniką. Kolorowy tłum tłoczy się do telefonów, zagląda w ekrany, wyświetlacze i kamery, wsłuchuje się w głośniki, ogląda gadżety. W Chinach kryzys był poważnym ostrzeżeniem, że pewien model produkcji, handlu kończy się. Pisało się często z nadzieją, że kryzys wręcz może przyśpieszyć wejście w nowy etap eksportu.

Na Targach rozdawane są żółto-czerwone torby z napisem “Made-in-China gwarancją jakości”. Ja nie wzięlam, bo za mała, zabrałam sobie z Targów wielką czarną torbę z rysunkiem piły tarczowej buchającej iskrami, żeby mi wygodniej było nosić z targu warzywa do mojej sokowirówki za 60 kuajów (jakieś 26 złotych). Sokowirówka ta po podłączeniu krąży wściekle po całej kuchni, wyrzucając w górę jabłka i dynie. Żeby nie oglądać fruwającej dyni, trzeba było po prostu kupić sokowirówkę reklamowaną obok, oferowaną za pięciokrotność tej ceny.

Z torbą “Made-in-China”

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

23

04 2011

3 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. YLK #
    1

    Na targach bylem pierwszy raz w 1992 roku, potem wielokrotnie, ostatnio 2 lata temu. Widac, jak ich popularnosc spada i zmienia sie profil. Wiele chinskich firm zrezygnowalo z udzialu, bo korzysci plynace z nich nie uzasadniaja kosztow oplacania stoiska. Klienci, kiedys z calego swiata, teraz reprezentuja – jak zauwazylas – tzw. “Trzeci Swiat”. Targi z pewnoscia pozostana, bo to symbol wspolpracy handlowej Chin, pierwsze i najwazniejsze targi eksportowe. Co wiecej, rownoczesnie odbywa sie wiele imprez targowych w Shenzhenie i innych miejscowosciach Delty Rzeki Perlowej, co rowniez przyciaga biznesmenow ze swiata. Targi to mydlo i powidlo, jakosc produktow lepsza, niz to, co oferuje Yiwu, ale dla wyspecjalizowanych firm raczej nie dosc atrakcyjna oferta.

    Mam wrazenie, ze targi kantonskie i udzial w nich to pewna nobilitacja dla mlodych ale dojrzewajacych przedsiebiorstw.
    Kiedys byly to wielkie centrale imp/eksp, teraz przedsiebiorstwa prywatne nastawione na rynki zagraniczne.

    Warto na targach byc, zobaczyc je, poczuc ich atmosfere, obraz Chin bez nie bylby pelen.

  2. Andrzej #
    2

    Europejska zarozumiałość, skłonność do nieuzasadnionej i często wręcz śmiesznej perfekcji zadusi prędzej czy później samą Europę.
    Chińczycy, aby nie tracić nerwów z partnerami w biznesie, których wymagania są zbyt pretensjonalne, jako że nie oparte na zdrowym rozumie, w Europie rozmawiają na poważnie tylko z Niemcami, którym rozumu nie brakuje.
    Resztę, nie bez powodu, traktują z przymrużeniem oka, żeby nie powiedzieć per noga.
    Imperialno-kolonialna do wczoraj Europa (nie licząc mniejszych państewek wasalnych), próbując świat wrzucić do swej sokowirówki, przeceniła sokowirówkę i teraz płaci za stare grzechy.
    Dynia wyleciała.

  3. bxy #
    3

    YLK – tak, profil przedsiębiorstw się zmienia – ale – z tego, co słyszałam z targowych opowieści ludzie często od 20 lat ci sami.
    Andrzej – Chiny mogą dowolny nieoparty na zdrowym rozumie produkt zrobić i dowolne nerwy zniosą, byle tylko było tego dużo, z perspektywą i w dobrej dla nich cenie. My jako Polska z tytułu wymagań, co do jakości i ograniczeń, co do ceny, stoimy na nieciekawej pozycji, z której rzecz jasna pomstujemy na jakośc chińskich produktów, które do nas, w wyniku naszych oksymoronowych zamówień docierają.



Your Comment