Miasteczko duchów

 

Miasteczko Wuzhen 乌镇 leży w prowincji Zhejiang, dwie godziny jazdy na południowy zachód od Szanghaju. Jest sławne z powodu “wschodniej zagrody” i “zachodniej zagrody” – jak informuje strona internetowa miasteczka – dwóch wspaniale zachowanych tradycyjnych osad.

Ja ląduję najpierw w części zachodniej. Mając w pamięci zdjęcia przestawiające pochylone ze starości domki i mosteczki nad kanałem jestem nieco (ale tylko nieco) zdziwiona, gdy widzę supernowoczesny budynek z napisem “Witamy w Wuzhen”. Ustawiam się w kolejce jak na dworcu i nabywam magnetyczny bilet za 150 RMB (to zachowując proporcje mniej więcej tyle co w Polsce 150 złotych) i jestem kierowana do bramki. Takiej jak w metrze. Przejście bramki oznacza przejście do innego Wuzhen, tego obiecanego. Oczom odsłania się staw, płaczące wierzby, przy brzegu już czeka barka, która powiedzie nas, turystów na drugi brzeg, na którym widać stare, drewniane domy. I tam rzeczywiście jest jak na obrazku – pochylone domki,  przytulone do kamiennych mostków przez kanał, drewniane rzeźbienia, świątynki, stare dachówki, lampiony, płaczące wierzby i jesień. I sami turyści. Chodzą z gigantycznymi aparatami (ja sama przemierzyłam nerwowo “zachodnią zagrodę” kilka razy w poszukiwaniu filmu do mojej dwunastoletniej lustrzanki aż w końcu znalazłam i wykupiłam cały skład, tzn. oba filmy, w tym jeden trefny, nie wyszło ani jedno zdjęcie). Wykupiwszy, tym samym pewnie zakończyłam definitywnie erę  fotografii analogowej w wiosce. Udane zdjęcia gwarantowane (no poza moimi) – w “zachodniej zagrodzie” nie ma niemalowniczych miejsc. Gdzie się nie cyknie, będzie ładnie:

DSC01637DSC016611191001311910011

Dziwna sprawa, bo nikt nie zachęca do kupna niczego. I w ogóle większość domków zamknięta jest na głucho, nie wisi pranie. W kilku miejscach tylko sprzedaje sie “tradycyjne wyroby”. W światynnych w kadzielnicach nie ma popiołu, nikt nie pali kadzideł, przed bóstwami lezą pojedyczne i podwiędłe porcje ofiar. Tu po prostu prawie nikt nie mieszka. Wzdłuż rzeki rozlokowane są 民宿 - minsu – coś niby kwatery prywatne. Szybko jednak okazuje się, że kwatery wcale nie są takie prywatne – można w nich zanocować tylko, gdy wykupić nocleg w “centralnej recepcji”, a pracownicy nie mają nawet kluczy do pokojów. No właśnie pracownicy – tylko czego? “Centralna recepcja” mieści się w jednym z pochylonych ze starości domeczków. W środku domku nowoczesne centrum turystyczne – na dotykowym ekranie można obejrzeć wszystkie pokoje, porównując atrakcyjność widoku z ich okien (oczywiście na rzekę i mostki), zapłacić kartą jedyne 230 RMB, dostać magnetyczną kartę do pokoju i udać się wraz z przybyłym pracownikiem danego minsu na miejsce.

Pokój urządzony jest tradycyjnie, solidnie i ze smakiem. Podziwiam drewniany telefon z widełkami, którego elektroniczna tarcza ukryta jest w specjalnej szufladce, żeby nie psuć widoku swoją nowoczesnością. Zadbano o każdy szczegół – nawet na ołóweczku jest dyskretna naklejka “Wuzhen”. Odpoczywam chwilę i wychodzę. Drugi spacer po “zachodniej zagrodzie”, już bez nerwowego poszukiwania filmu do aparatu, pokazuje, że cała zagroda jest dokładnie taka, jak ten telefon. W  “zmurszałych ze starości” drewnianych rzeźbionych klatkach ukryte są klimatyzatory. To, co wygląda na naturalne załamanie w kamiennych schodkach okazuje się ukrytą lampką, która rozbłyśnie po zmroku, żeby budować nastrój. Pod każdym z drzewek podświetlenie. Na gałęziach lampy do wybijania komarów. W “porzuconej” omszałej kamiennej stągwi kran z wodą pitną z informacją po chińsku i angielsku. Moją uwagę przykuwa niezwykła, wysoka sosna majacząca na końcu wioski:

DSC01623

Gdy dochodzę na skraj i wytężam wzrok,  odkrywam, że w rzeczywistości jest pomalowanym na brązowo kominem i zarazem nadajnikiem, do którego dorobione są gałęzie. Gdy próbuję do niej dojść, czuję się coraz bardziej jak w filmie Truman Show. Uliczki zwężają się i ślepo kończą, napotykam na murki albo kanałki bez mostów. Na końcu natykam się na pas zaoranej ziemi niczyjej a za nią porządny mur. W końcu znajduję jakąś dróżkę z napisem “wstęp wzbroniony”, idę opustoszałym placem, aż dochodzę do wyjścia. Za nim widać zakurzoną ulicę, poklecone pojazdy, brudne bloki, światło jarzeniówek w gołych oknach, uliczne psy. W przejściu facet, mówi, że…. przejścia nie ma. Ale ja tylko na chwilę – upieram się. “Jak wyjdziesz bilet będzie nieważny” – mówi facet i to przeważa, że zostaję po bajkowej stronie.

W książeczce “Sprawy Wuzhen”, którą znajdę później w pokoju przeczytam, że sposób w jaki odrestaurowano “zachodnią zagrodę” jest absolutnie wiodący i został ustanowiony wzorem dla całego kraju przy rewitalizacji starych miejscowości. Prace zakończono w 2001 roku. Próżno jednak szukać informacji o tym, jak rzecz wyglądała wcześniej, przed odnową np. 30, 40 lat temu, czy takie miejsce jak to obecnie, w ogóle kiedykolwiek tu istniało. Chociaż wychodząc wieczorem napotykam na ślad, że wioska ma jednak jakąś, zatartą, bo zatartą, przeszłość. Przytarty (ostatniego znaku już nie widać, przedostatni ledwo, ledwo kawałek) napis głosi: “Niech Przewodniczący Mao żyje dziesięć tysięcy lat” (podobnie jak nasze “sto lat”, “dziesięć tysięcy” to metafora – znaczy się po prostu bardzo długo). Zważywszy na emanujący z rzeczy duch epoki i patynę czasu, jest to po prostu napis z czasów Rewolucji Kulturalnej:

mao1000sui

W nocy panuje głęboka ciemność i cisza. Nic dziwnego. Oprócz kilku pracowników i garstki turystów w wiosce nie ma nikogo. No ale cisza jest tylko do czasu. Budzi mnie uparty chrobot. Gdy zapalam światło, patrzą na mnie małe oczka szczurka, który obrabia moje ciasteczka sezamowe. Wszedł przez otwarte okno. A jednak nie przewidziano wszystkiego! Nie jest to najstraszniejsze ze zwierząt, jakie można spotkać, gaszę światło i próbuję spać. Jednak zwierz robi się coraz bardziej zuchwały i dosłownie plądruje mi pokój. Gdy zeskakuje z firanki na łóżko, mam dosyć. Konieczne stają się przenosiny. Pracowniczka mojej gospody powiadamia o fakcie “centralną recepcję” bez której zgody nawet mysz się nie prześlizgnie, a recepcja, pomimo środka nocy, ma super oficjalny i biurowy głos.  Dostajemy nowa kartę magnetyczną, sprawdzam kilka razy torbę, czy nie zabieram szczurka ze sobą i rozpoczynamy spacer z latarką, w piżamach, ulicami idealnie ciemnego, opustoszałego miasteczka. Podświetlenia już wyłączone. Tak samo urządzenie do wytwarzania mgły (!) pod jednym z mostków. Mój nowy pokój, w innej gospodzie, jest wierną kopią poprzedniego. Taki sam telefon z ukrytą tarczą (wkrótce dzwoni, a oficjalny i grzeczny głos “centralnej recepcji” przeprasza za niedogodności i życzy miłej nocy), te same meble, te same lampy z wiklinowych koszyków. Tak, jakby ktoś rozparcelował wielki sieciowy hotel na kilka mniejszych.

Rano przenoszę się do “wschodniej zagrody”, której rewitalizacji dokonano 10 lat wcześniej niż rewitalizacji części zachodniej, zaś  książeczka “sprawy Wuzhen” nie chwali się jakoś specjalnie operacją.

Tutaj, w przeciwieństwie do części zachodniej, nie jest tak czysto i pięknie. Położenie tej części jest takie, że nie udało się ustawić szczelnych zapór jak w poprzedniej z zagród. Miasto szarych bloków, terkoczących pojazdów i światła jarzeniowego wciska się w starą cześć tak, że zrezygnowano ze ścisłej kontroli i bramek, jedna i druga część miasta mogą się wzajemnie przenikać. Tu też są kamienno-drewniane domy, tylko że w nich żyją (obfotografowywani przez turystów, czyli i przeze mnie) ludzie.

11910021

Robią pranie, kołdrę z jedwabiu (zdjęcie poniżej – pan odwija larwy jedwabników z kokonów, larwy wyrzuca do rzeki, a jedwab z kokonów niesie tam, gdzie kobiety rozciągają kokony tak, że te formują warstwy kołdry – kolejne zdjęcie):

DSC01805koldra

…na Nowy Rok przyklejają na drzwiach 春联 chunlian (coś pomiędzy wierszami a życzeniami pomyślności) i grają w madżonga. Ściany wyklejone plakatami z Mao i boginią Guanyin. Na drewnianych drzwiach tabliczki “dom członka partii” “dom bohatera” i “cywilizowany dom” (zgodnie z szanghajską definicją mieszkańcy zapewne nie pchają się w środkach komunikacji, nie plują na ulicę, a jak chcą coś kupić, ustawiają się w kolejce, a może tu chodzi o coś innego?). W światyni na centralnym placu (naprzeciw drewniano-kamiennego teatrzyku) tłum modlących się, część kłania się z zapalonym kadzidłem tylko tyle, żeby do zdjęcia, za co musztruje ich dozorca świątyni, każąc bić pokłony jak trzeba.

Książeczka “sprawy Wuzhen” mówi, że restauracji obu zagród podjęli się profesorowie i inżynierowie z szanghajskiego Jiaotong Daxue (Uniwersytetu Komunikacyjnego). Mam wrażenie, że stworzyli te dwie części wioski nie na obraz i podobieństwo przeszłości, ale tego, czego potrzebuje ktoś umęczony życiem w Szanghaju.

Tags:

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

24

10 2009

7 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. YLK #
    1

    Swietny wpis, doskonale oddajacy sztucznosc popularnych 水乡 wokol Szanghaju – i nie tylko. Swego czasu bralem udzial w dyskusji na podobny temat na forum Goldenline, dyskredytujac walory takich miejsc (chodzilo o 周庄); niestety nie tylko ludzie umeczeni zyciem w Szanghaju “kupuja” to; na klimat nabieraja sie rowniez tlumy turystow z kraju i zagranicy. Odnosze wrazenie, ze renowacje tych miasteczek odbywaja sie na zasadzie budowania czegos na ksztalt Disneylandu, a ich popularnosc wynika wlasnie z tego, ze spelniaja w duzej mierze ludzkie wyobrazenia i oczekiwania.
    Niestety nie autentycznosc jest ich prawdziwym atrybutem, a szkoda.

  2. bxy #
    2

    Bardzo dziękuję. Dodałam do wpisu jeszcze jedno zdjęcie – świadectwo, że wioska ma jednak jakąś przeszłość (wytarte 毛主席万岁). Moje wrażenie było jak we wpisie – może nie Disneyland, ale Truman Show – dyskretna opieka. Ja się chyba ostatno coś za bardzo z “szanghajszczyzną” namordowałam, bo tam poczułam – fakt, sporo absurdu i trochę żalu też – ale i ulgę, że wszystko za mnie Wielki Brat załatwia, podsuwa pod nos kapcie w ludowe wzory, wodę pitną, złote karpie w stawiku, a z nimi od razu karmę za 5 yuanów. Bo w Szanghaju, cóż sam wiesz najlepiej. Mi na uczelni pierwszego dnia nawet nie wydrukowali planu dostępnych zajęć, tylko kazali stać i spisywać na kolanie z kartki wiszącej na ścianie sekretariatu, bo “nie jestem w systemie”.
    Ja najwspanialsze wspomnienia jeśli chodzi o wioski mam z niejakiego 黄姚 w Guangxi. Nawet wkleiłam kiedyś zdjęcia do galeri w Sinoforum. Boję się jednak, że to był ostatni moment na odwiedziny tej wspaniałej wioski(wspaniałej także jeśli chodzi o ludzi, miałam wtedy duże problemy zdrowotne, a oni bardzo starali mi się pomóc, np. ofiarowując lekarstwo, po które trzeba jechać kilka godzin). Jak odjeżdżałam powiedzieli, że następnym razem dojadę już do nich autostradą (dojazd był katastrofalny, a jeszcze wtedy resztki drogi dodatkowo podtopiło). I faktycznie trochę dalej już wrzała robota – robili 4 pasmówkę do Guilin.
    Mam natomiast niejednoznaczny stosunek do wiosek w Południowym Anhui – 西递,宏村 – tam żyją i pracują ludzie, ale też nie można powiedzieć, że ich życie jest normalne. Bo jak można żyć normalnie, gdy od świtu do nocy po wiosce grasują hordy fotografujące wszystko, co się nawinie pod rękę?

  3. YLK #
    3

    Mysle, ze zgodzimy sie, iz Wuzhen w formie oferowanej turystom jest reprezentatywne jedynie dla “turystycznie przerobionych na potrzeby turystow i pod wymagania turystow 水乡”. Rodzaj skansenu, w ktorym mozna sie nawet wygodnie przespac i nawet poczuc troche “atmosfery” (szkoda, ze nieprawdziwej). Z braku laku nie jest to wcale najgorsze miejsce do ucieczki od chamstwa, egoizmu i wyscigu szczurow szerzacych sie jak plaga w Szanghaju.
    Najbardziej ciesza miejsca samodzielnie odkryte, gdzie dotad nie dotarl nikt obcy, gdzie ludzie zyja normalnym zyciem niezaklocanym przez przybyszow z zewnatrz. Gdzie lokalni mieszkancy nie zeruja na tychze przybyszach, ale traktuja ich jak normalne istoty ludzkie, a nie skarbonki, z ktorych nalezy wytrzasnac jak najwiecej grosza…

  4. bxy #
    4

    A są tu jeszcze shui xiangi nie przerobione? Chętnie bym pojechała(a propos: http://sh.sina.com.cn/citylink/en/t/2009-08-07/152132651.html – sama nie wiem, czego się spodziewać np. po 2 i 3) Boję się, że miejsc o jakich piszesz – “normalnych” – w naszych dwóch przyległych prowincjach trzeba by szukać ze świecą (choć wiem, że opisywałeś takie miejsca na blogu – a propos, coś się klaruje?). A to zadanie przekraczające możliwości (jeśli chodzi o wydatek energetyczny i czasowy) przeciętnego umordowanego Szanghajem człowieka. Ja przyznam się,że tęsknię do tych Chin, gdzie nie sięgają macki księstwa udzielnego Szanghaj (bo te turystyczne shui xiangi traktuję właśnie jako takie macki) tylko nie wiem, czy je znajdę w naszym najbliższym (200 km) sąsiedztwie.

  5. Filip #
    5

    Witam,

    Mialbym pytania. Jak sie tam dostalas? Zamierzam sie wybrac w ta niedziele. Wyczytalem ze mozna sprobowac zlapac autobus spod HongKou Football Stadium, ale wyjezdza on o 7:50 bodaj. Jako ze mieszkam na Hongkou to wydaje sie to byc sensowana opcja.

    Jaka droge Ty obralas?

    Pozdrawiam

  6. bxy #
    6

    Filip, jechalam spod dworca poludniowego – byly co godzine autobusy. O tych spod Hongkou nie slyszalam, ale mozna sprobowac, jak nie bedzie, zawsze mozesz wsiasc w metro i pojechac na 南站. Miłej wycieczki! P.S. autobus dojeżdża do miasteczka oddalonego od Wuzhen o jakies 20 minut. Jak wysiądziesz, nie daj się zwieść żadnym naganiaczom, idź prosto do punktu turystycznego zaraz przy wyjściu z dworca, pobierz mapkę Wuzhen, oni też wskażą Ci autobusik (zresza stoi zaraz za wyjazdem z dworca), który chyba za 1 czy 2 kuaje podwiezie Cie po samą bramę Wuzhen.

  7. Filip #
    7

    Dzieki za odpowiedz! Mialem sie wybrac 2tyg temu ale ze pogoda nie rozpieszcza to akcja zostala przelozona.

    Tym niemniej z rad na pewno skorzystam! Pozdrawiam



Your Comment