“Kreatywność to dusza postępu narodu”

 

Trzeba powiedzieć szczerze: studiowanie na mojej chińskiej uczelni to doświadczenie (momentami) niełatwe. I bynajmniej nie ze względu na język, bo to jest trudność do pokonania. Problem, jak dla mnie, leży nieco bardziej na zewnątrz ode mnie – tzn. na przecięciu moich przyzwyczajeń i przekonań dotyczących tego, czym jest studiowanie oraz tego, czym jest studiowanie tutaj.

Jako, że od momentu napisania przeze mnie postu “upupianie” nadal otrzymuję co najmniej sprzeczne komunikaty, co do tego, czy jestem godna napisania artykułu do tutejszego pisma naukowego, czy jednak nie (choć, że nie jestem, to w sumie sprawa oczywista, tyle, że napisanie tegoż jest warunkiem zaliczenia, więc nie wiedzą, co zrobić, żeby pismo nie zostało zepsute moim artykułem, ale i żeby nie było, że z góry nie pozwolili mi przedmiotu zaliczyć), przeto zabrałam się do przygotowań (na wypadek, gdyby na tydzień przed upływem terminu oddania nagle jednak stwierdzono, klepiąc w plecy i gruchając “nie martw się, na pewno zdążysz”, że musze go natychmiast oddać). Choć przyznam, że tak mi to wszystko zbrzydło, że najchętniej bym wsiadła w pociąg i pojechała jak najdalej tylko można. W ramach wyrażenia moich odczuć związanych z tą sprawą regularnie rzucam po mieszkaniu poprzednim numerem rzeczonego pisma i patrzę, kiedy tom rozpadnie się na poszczególne złote zgłoski.

No właśnie – artykuł. Podobnie jak w polskim systemie uczelnianym to fetysz i cel sam w sobie.  A ten, o którym tutaj mowa, ma polegać na zreferowaniu tego, co się na dany temat (w tym przypadku na temat nowych mediów) pisało w chińskiej prasie naukowej w minionym roku. No więc zabrałam się za przeglądanie. Artykułów Chiny produkują ilości stosowne do swych rozmiarów. W “moim” temacie nowych mediów (nowe media ogólnie, a nie o konkretnych ich wcieleniach, bo o tych są tysiące) – to, bagatelka, ponad 300 artykułów w samym 2009 roku. Skąd to wiem? Wszystko dostępne jest w doskonałej bazie wyszukiwawczej z możliwością załadowania pdf-ów. To robi wrażenie: zarówno ta liczba artykułów, jak i doskonała baza. Trochę tylko zastanawiają tytuły, co je ta piękna baza wyrzuca. Wszystkie jak z jednej sztancy: “Nowe media w kontekście rozwoju…”, “Nowe media w kontekście modernizacji…”. Jakbym widziała plakaty propagandowe za Denga z tymi wszystkimi fabrykami, dziećmi trzymającymi atomy a nad ich głowami rakiety mkną w niebo. Zagłębianie się w owe dzieła bynajmniej nie rozwiewa, ale dodaje innych podejrzeń. No bo np. tak:

“Technologie nowych mediów wyposażyły studentów w bogate źródła informacji. Informacje z każdego zakątka świata mogą być przez studenta łatwo pozyskane i wykorzystane w nauce. Z drugiej jednak strony polegając nadmiernie na nowych mediach, studenci coraz mniej mają styczności z rzeczywistym życiem”.

I tak dalej i tak dalej w duchu wypracowania wzorowej, acz niezbyt lotnej uczennicy szkoły średniej, która ubolewa, jak to siedzący przed komputerem tracą z oczu “drugiego człowieka” (jeszcze tylko brakuje dodania, że “ważne jest wnętrze”). Co to jest “rzeczywiste życie” ? I jak to się wszystko ma do tych setek milionów osób prowadzących  kontr-życia, życia uzupełniające, życia alternatywne w sieci? Jak to się wreszcie ma do prostego faktu, że standardowego studenta chińskiego “informacje z każdego zakątka świata” obchodzą tyle, co zeszłoroczne kapcie? Nie mówiąc już o tym, że informacje i serwisy z kilku ładnych “zakątków świata” są poblokowane (teraz są to już właściwie wszystkie główne serwisy społecznościowe z wyjątkiem MySpace’a) albo dostęp do nich jest tak utrudniony, że się w międzyczasie odechciewa. O tym autor już nie mówi.

Większość tych artykułów właśnie tak wygląda: prawienie oczywistości, brak dociekania tego, co się kryje za utartymi frazesami. “W dobie globalizacji”, “w perspektywie modernizacji”, ”rozwój” bez zastanowienia się tak naprawdę, co (czy coś?) się w ogóle kryje za tymi pojęciami.

Przyznam się, że nigdy nie myślałam, że przyjdzie mi prawić peany na cześć…polskiego systemu państwowej edukacji wyższej. Dopiero musiałam wyjechać, żeby z odległości zobaczyć, ile mi dał. W obdrapanych salach mojej macierzystej UW, przy rozwalających się ławkach, sadzając nas na krzesłach nie do kompletu, uczono nas (oczywiście nie zawsze) krytycznie czytać, słuchać, argumentować i prowadzić dyskusje i to jest coś, co z wzorowych licealistów zrobiło (wiecznie piłujących włąsną gałąź) wykszatałciuchów. Patrząc na te wszystkie “postępy” i “rozwoje” aż chciałabym podziękować tym, którzy nie nakładli nam takiej sieczki do głowy.

Autorzy tych setek artykułów umieszczonych we wspaniale robionej bazie przez kurs sporów, czepiania się, podważania, odkręcania kotów ogonami nie przeszli. I zostali dobrymi licealistami na zawsze. Tu nie ma ćwiczeń, tylko same wykłady, nie ma dyskusji, tylko ewentualnie “pytania po wykładzie” - miłe i grzeczne, z wstawaniem podczas mówienia. Nie wiem, kto tak stojąc, podczas gdy 40 osób siedzi, miałby jeszcze ochotę wdawać w polemikę. Bynajmniej to nie znaczy, że brak tu studentów z dużą wiedzą, krytycznych, potrafiącyh polemizować (tak się składa, że ćwiczą głównie na przyjeżdżających tu na gościnne wykłady laowajach). Tylko, że mam wrażenie, że to nie uniwersytet im w tym krytycyzmie pomaga i uczy. I to się wszystko przekłada na jakość publikacji – w większości tych artykułów nie ma rozkładania problemu na czynniki pierwsze, polemiczności, obracania teoriami, tego wszystkiego, co daje trening dyskusyjny. Tego, co sprawia, że chce się czytać. Bez tego to popisy akademijne, przemówienia na apelach.

Chiny inwestują w uczelnie mnóstwo. Tyle, że mam wrażenie, że jest to w dużej mierze inwestowanie w pompę, w coś, co będzie gołym okiem widocznym znakiem “rozwoju” i “postępu” (np. w 30 piętrowy biurowiec uniwersytecki z kolumnami i przezroczystą kopułą), ale już np. nie w ogrzewanie w salach, podjazdy dla niepełnosprawnych ani nawet w książki (zbiory biblioteki uniwersyteckiej sa wielkosci zbiorów dwóch bibliotek wydzialowych UW, z czego około 1/5 to dzieła o marksizmie-leninizmie).

Moje biedne stare UW rzecz jasna nie umywa się jeśli chodzi o zainwestowaną kasę. Ale i tak mam wrażenie, że porównania po prostu nie ma. I że przyczyn tego stanu po stronie chińskiej jest mnóstwo. Rzecz jasna rolę odgrywa chociażby klasyczny, pokutujący nie tylko tutaj (kolega Koreańczyk mówi, że tutaj to on się dopiero się rozwija, u nich było gorzej) konfucjański system nauczania: referowanie, opanowywanie pamięciowe, autorytet nauczyciela rozumiany jako konieczność niekonfrontowania. Jest też wyczuwalny i wciąż widoczny dramat strzaskania, przerwania ciągłości  ledwie raczkującego systemu edukacji przez rewolucję kulturalną. To też ciągnący się od lat ostry niedobór miejsc i kadry (tutaj właściwie nie ma uczelni prywatnych i cały pęd na edukację ma niewiele ujść),  który czyni z uczelni supermarkety, z których trzeba wypuścić na rynek jak największą liczbę absolwentów. I nade wszystko wiara, że pieniędzmi (i tym tutejszym fetyszyzowanym “rozwojem”) da się zrekompesować to, co dla nauki  bezcenne – ścieranie się poglądów, krytyczność, wątpienie, spory, podważanie autorytetów, rozmowy jak równy z równym. To się mieści w “nauce”, ale już nie bardzo w “światopoglądzie naukowym”. Ot, taka ironia. I jeszcze na koniec : DSC02171

“Kreatywność to dusza postępu narodu” – zaobserwowane dziś na Nanjing Lu. Tylko czy ktoś naprawdę kreatywny w ogóle jest się w stanie przejąć takim hasłem? A ktoś niekreatywny po przeczytaniu weźmie sobie do serca, wykuje na blachę i stanie się kreatywny?

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

20

12 2009

1 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. ril #
    1

    Taki mi się link skojarzył http://wyborcza.pl/1,75515,7441171,Ilu_laureatow_Nagrody_Nobla_zatrudniles_.html
    O światowym systemie szkolnictwa wyższego. Artykuł ciekawy, choć umieszczanie w jednym szeregu uczelni z Korei, Tajwanu, Chin i Singapuru trochę razi, bo mają one bardzo różny poziom, przy czym National University of Singapore stoi wysoko (przynajmniej tak twierdzi moja żona :) ) . Co do wielkości biblioteki – pamiętam księgarnię w Kuala Lumpur, gdzie samych książek po angielsku było ze 2 razy więcej niż wszystkich książek w Empik Megastore w Warszawie. Cała półka podręczników do nauki polskiego. I najnowsze dzieła feministyczne, w muzułmańskim (choć mieszanym rasowo) kraju.



Your Comment