Akomodacja oka

 

Nie chce ubogacać sieci stutysięcznym tekstem typu „jakie to są straszne różnice społeczne w Chinach”i jak to „bogacze żyją obok/na plecach biedaków”, ale te różnice są frapujące juz na poziomie kategorii poznawczych – mozg notuje za duże skrajności w zbyt krótkim odstępie czasu – problem jak akomodacja oka, które wariuje przy probie natychmiastowego przestawienia się z „makro” na obserwacje dalekiego krajobrazu i z powrotem.

To tak po wizycie u znajomych, którzy zajmują dwa ostatnie pietra apartamentowca na osiedlu nad brzegiem dopływu dopływu – czyli rzeczki Suzhou. Po ostatnich dwóch tygodniach prawie bez przerwy spędzonych pomiędzy uczelnia a moim zwyczajnym, pizamowo, targowo, rowerowym osiedlu pełnym parujących straganów z jedzeniem, umorusanych dzieciaków i starszych ludzi wysiadujących na rogu, zapomniałam, ze w ogóle mieszkam w mieście, i to takim.

Ale ten kontrast to jeszcze nic. Nasza wizyta skłoniła gospodarzy do zmuszenia nas do zostania na kolacje (oni grzecznie zmuszali, a my grzecznie odmawialysmy, choc od poczatku bylo wiadomo, ze pan domu gotuje tak, ze nie trzeba nikogo zmuszać, a raczej wypędzać i ze mamy ochote sie najesc tego wszystkiego). Żeby nam się nie dłużyło podczas gotowania, gospodyni zachęciła nas do zwiedzenia okolicy. Najpierw zrobiliśmy rozpoznanie z loggi apartamentu (20 piętro). Dookoła wszystko poznawczo pasuje do tego, co w mieszkaniu – apartamentowce, przynależny do nich klub fitness, parczki, wyreżyserowane kawałeczki zieleni, tylko z jednej strony jakby wcinający się w to wszystko nieregularny obszar ciemnych dachów, dymiących kominów, słabo migoczących światełek, wszystko z odległości 20 pietra i w zapadającym mroku jakieś takie organiczne i splatane. Stary Szanghaj. Apartamentowce od skrawka starocia oddziela pas gruzów – część starych domów została już wyburzona pod następne apartamentowce.

No ale zjeżdżamy na dol i udajemy się w stronę poplątanych uliczek. Z poziomu ulicy trudniej sobie w ogole zdac sprawe, ze za niepozornym wejsciem przy sklepie obuwniczym w ogole znajduje sie jakas inna galaktyka. Uliczki wąskie na najwyżej dwa metry, nieregularne, domki, choć pełne dobudówek (w gore, w bok, w przód, jak wyjdzie, dobudówki często tak małe, ze chyba mieści się w nich tylko łózko) nie przekraczają wysokości regularnego jednopiętrowego budynku. Pokładzione pod najróżniejszymi katami dachy stykają się tak, ze jak się spojrzy w gore, to światła apartamentowców-gigantów ledwo gdzieś tam majaczą. Pomiędzy dachami ze starej dachówki jeszcze płachty, folie, dykty, blachy faliste – żeby nie padało na stragany, klatki z kurami, perliczkami, na baterie, grzebienie i inne dobra. Krolestwo plastikowych misek, cerat i szczotek na kiju. I cala plątanina drutów. Domy nie odnawiane od co najmniej kilkudziesięciu lat. Okienka przebijane w ścianach gdzie akurat byla potrzeba. Gdzieniegdzie zwisa gola żarówka i tak oświetla uliczkę. Choć w sumie to trudno nieraz powiedzieć, gdzie jeszcze jest uliczka, a gdzie zaczyna się mikroskopijny sklepik, jadłodajnia, mini zakład fryzjerski czy mieszkanie. Przez niziutko umieszczone zaparowane okna widać wnętrza – łózka ze spiętrzonymi pierzynami, zwisające z sufitu gole żarówki, jarzące na zimno świetlówki, na brudnych ścianach stare wyblakłe portrety ślubne, przy stolach, na pierzyniastych łózkach ludzie w kurtkach (tu akurat nic nowego – w apartamentowcu znajomych tez trzeba siedzieć w kurtce, ciekawe czy szkodzi to np. sprzętowi grającemu za ciężkie dziesiątki tysięcy). Ciemne uliczki odgałęziają się jedna od drugiej, domki piętrzą się nieregularnie do góry – trochę nad głową malutkie okienka ze słabym światem w środku. Na zewnątrz kamienne zlewy i krany z woda. Wchodzimy do ciemnej, niemiłosiernie brudnej i mikroskopijnej jadłodajni – za 6 kuajow (niecałe 3 złote) w 4 osoby podjadamy (nie za bardzo, żeby się jeszcze zmieściło to, co się w tym czasie przygotowuje 20 pieter wyżej) trochę tang yuan (coś jak kluseczki z nadzieniem z masy z czarnego sezamu). Jeszcze tylko sprzedawca ryb robi nam mini wykład o tym, jak sie nazywają ryby, która sprzedaje (oczywiście inaczej niż na Tajwanie a nawet inaczej niz Północy, skąd oprócz mnie, wywodzi się nasza ekipa) i robimy krok na powierzchnie – z mikroświata do makroświata – czyli w stronę 20 piętrowego apartamentowca najeżonego elektronika, designerskimi meblami, dziełami sztuki i z rozpieszczanym labradorem na spacer ubieranym w kurteczkę z kapturem.

A tak w ogóle ta dzisiejsza wyprawa zaczęła się w szpanerskich loftach, gdzie powstało zagłębie sztuki nowoczesnej, do którego się udałyśmy w celu dopingowania koleżanki, która szla tam na rozmowę kwalifikacyjna. W galerii z dziełami za ciężkie dziesiątki tysięcy RMB (duża część to odmienianie mega ikony, Mao Zedonga, przez wszystkie przypadki i rodzaje – Mao w porcelanie pomalowany we wzory jak za Qingow, Mao przerobiony na Buddę Maitreje, Mona Liza z opaska Hongwejbinow na reku i dzierżąca Czerwona Książeczkę, Mao jak bóstwo drzwi etc. – widać nostalgie klasy wyższej za czasami Rewolucji Kulturalnej) wpadł mi w ręce album ze zdjęciami z Chin niejakiego Edwarda Burtynsky’ego (Kanadyjczyk pochodzenia ukraińskiego), któremu raczej bez nachalności, ale za to z widoczna fascynacja estetyczna, udało się tak ustawić obiektyw, ze zmieściły się na nim i jeden i drugi świat (i dużo pomiędzy) i uchwycić schyłek, kurczenie sie i obumieranie tego starego świata. Zdjęcia z albumu (zakladka ‘China’) trzeba koniecznie oglądać w maksymalnym powiększeniu.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

05

12 2009

4 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. YLK #
    1

    Swego czasu oprowadzalem wycieczki z kraju po Chinach, na trasie byl rowniez Szanghaj, i zamiast mowic o kontrastach w ciagu jednego dnia mogli na wlasne oczy przekonac sie, ze w socjalizmie nie kazdy ma rowno. Najpierw byla 陆家嘴, potem 城隍庙 (to urocze), a potem te waskie alejki zaraz obok – z wiszacymi kalesonami i dziurawymi gaciami, kabinami z prysznicem przy waziutkiej uliczce, malej jadlodajni obok gory smieci, na rozowo oswietlonych salonow “fryzjerskich”, etc. Po zachlysnieciu nowowczesnoscia i egzotyka, ludzie byli zaszokowani tym, jak zyja niektorzy w tym wielkim miescie… Z drugiej strony pamietaj, ze 15 lat temu tak mieszkali wszyscy, teraz zostalo troche enklaw, w wiekszosci zamieszkalych albo przez starszych ludzi, albo 外地的. Swego czasu – jakies 8 lat temu, gdy demolka szla na calego, odezwaly sie glosy, ze kazde duze miasto ma slumsy, i Szanghaj wcale nie musi byc wyjatkiem – i chyba wladze wziely sobie to do serca, choc raczej przypuszczam, ze to kosmiczne rekompensaty za te “zlote” (一寸土一寸金) tereny dla mieszkancow stopuja rozwoj tyhc rejonow centrum. Wszystko przez metro…
    NB teraz jest juz (prawie) zima, wiec nie doswiadczylas pewnie calej ferii zapachow, w ktorej plawia sie takie uliczki – to jest dopiero uczta dla zmyslow…;)

  2. bxy #
    2

    Co do uliczek przy Yu Yuanie, to mam wrazenie, ze stanie sie z nimi w najblizszych latach mniej wiecej to, co z Wuzhen. Takie braki w “wenming” w samym srodku miasta (i to juz niedlugo tuz nad stacja nowego metra) po prostu nie przejda.

    A co do znikania – wlasnie o tym staralam sie napisac, jak taka grudka starej tkanki – ze swoim wlasnym porzadkiem – tkwi gdzies posrodku tego “nowego, wspanialego swiata”.

    A zapachy – doswiadczylam, doswiadczylam, po prostu bloga jeszcze wtedy nie pisalam :-) No i mieszkam na osiedlu, gdzie patroszenie ryb i wyrzucanie wnetrznosci na ulice, wywalanie na chodnik pod koniec dnia zdechlych niesprzedanych krabow, popluczyn etc. jest codziennoscia. A spod lokalnego “Lanzhou lamian” podczas niedawnego Swieta Ofiar chodnik przez pol dnia splywal krwia. Ale pomimo pewnych niedogodnosci coraz bardziej doceniam to moje osiedle – ma – w przeciwienstwie do wielu nowych osiedli – wszystko, co potrzebne do zycia doslownie w promieniu kilkudziesieciu metrow, no i po prostu jest jakos posrodku tych tutejszych skrajnosci.

  3. dembus #
    3

    pieknie piszesz.. zdjecia miazga.. pozdr !

  4. bxy #
    4

    Dembus, dziękuję za miłe słowa i pozdrowienia, ja również pozdrawiam. A co do zdjęć (moje w tym wpisie faktycznie są niespecjalne) – czyli, że się nie podobają, tak? A może chodzi o Burtynskiego i się podobają? Tzn. nie jestem na bieząco i nie rozumiem słowa miazga ot co



Your Comment