Chiny na kolach – czyli podroz Znikad do Leshan

 

! Ponizszy wpis jest opisem podrozy w najtanszej klasie chinskiego pociagu w Chinski Nowy Rok. Kto delikatny na zoladku, niech po prostu nie czyta.

Po 10 godzinach podrozy zepsutym Zlotym Smokiem (najpowszechniejsza marka autobusow w Chinach), po kilku dokonanych przez kierowce i pasazerow-mechanikow naprawach, ktore pozwolily na jazde, ale  z maksymalna predkoscia 20 kilometrow na godzine (czesc z napraw dokonywala sie w spektakularnym kanionie gornego biegu Jangcy na wysokosciach raczej lotniczych, polecam powiekszenie zdjec celem zobaczenia tarasow na zboczu):

DSC06707

DSC06708

po przejechaniu ostatnich 50 kilometrow po drodze, ktorej nawierzchnia przypominala polamany w wyniku jakiegos naglego zdarzenia lod (przy drodze tablice: “panstwo robi drogi dla ludu, lud powinien dbac i chronic drogi”), a otoczenie jakas inna planete (gigantyczne fabryki z ogniami buchajacymi z kominow na tle martwych czerwonych gor), dojechalam do Nikad. Miejsce to sklada sie z dworca i okalajacych go hoteli, jest w odleglosci godziny od miasta, choc stacja nosi jego nazwe. Rzecz okalaja jedynie te rdzawe, martwe gory. Wlasnie na dworcu w Nigdzie dopada mnie z cala moca druga strona chinskiego Nowego Roku. Jedyny bilet, jaki udaje mi sie dostac, jest na pociag odjezdzajacy nastepnego dnia, za piec dwunasta w nocy. Oczywiscie o zadnej miejscowce nie ma co nawet marzyc. Jedyne, co jest dostepne to 无坐 – wuzuo, czyli miejsce stojace. W nocy, na trasie 600 km, ktora pociag ma pokonac w 10.5 godziny. Przed dworcem w Nigdzie koczuja oczekujace na swoj pociag tlumy.  Siedza na kartonach, spia, skubia pestki slonecznika i pluja dookola, jedza niedlaczne od dalekich podrozy zupki-zalewajki. Bagaze – w postaci jutowych workow po nawozach, tanich walizeczek etc. rozlokowane dookola kazdej z grupek niczym waly przeciwodziowe. Ja biore pokoj w jedym z hoteli rozlokowanych dookola dworca w Nigdzie i zmuszam sie do ladowania baterii (spania, kapania sie kilka razy na zapas) wiedzac, ze nie bedzie lekko. W miedzyczasie przechadzam sie jedyna ulica Nigdzie. Na ziemi na kawalku szmaty leza na (wysoce nielegalna – tylko co w takim razie robia w samym srodku Niczego?) sprzedaz tygrysie lapy i kosci – na talizmano-lekarstwa. Ech, rok Tygrysa.

Choc stawiam sie na dworcu 40 minut wczesniej i tak jest to za pozno. Tlum, tak jak ja posiadajacy jedynie bilety wuzuo, ktory teraz oprocz workow, wiader i tanich walizek trzyma takze skladane mini-krzeselka, juz czeka przy wejsciu na peron.  Gdy w koncu podjezdza pociag, gdy probuje sie do niego dostac, jest juz tak pelen, ze ledwie zyje juz po samej probie wcisniecia sie do srodka. Pierwsze, co rzuca sie o oczy, to calkowicie mokra, jakby ublocona, podloga. Na poczatku mysle, ze to awaria kranu w toalecie, ale pozniej przypominam sobie, ze to Chiny. Mokra podloga jest - eee, slowo srednio pasuje – esencja tego, co od Chin nieodlaczne – czyli plucia tam, gdzie sie stoi. Ograniczona powierzchnia pociagu relacji Kunming-Xian (to wlasnie on przejezdza bowiem przez Nigdzie) sprawia, ze rzecz – znowu zle slowo – koncentruje sie i przybiera forme blota. Na nim postawie – jak wreszcie dopcham sie do przedzialu (choc to wuzuo, to jednak na bilecie jest wyszczegolnione, w ktorym wagonie ma miec miejsce moje stanie) -  moja torbe podrozna i plecak. Tlum jak woda – wypelnia kazda mozliwa szczeline wagonu, rozlewa sie po nim. Jest wlasnie jak woda po wlaniu do szklanki, faluje, ale w koncu wyrownuje sie poziom. W efekcie moge sobie nawet usiasc na mojej torbie podroznej. W pewnej chwili nawet klade obok plecak i w pozycji godnej adepta jogi – pollezac na torbie i kladac glowe na plecaku, udaje mi sie przysnac (z twarza 30 cm nad plwocina).

Budzi mnie tumult i krzyki – pociag zatrzymuje sie gdzies w srodku ciemnosci i do przepelnionego juz wagonu wlewa sie nastepna fala ludzi. Choc wydawalo sie, ze juz wiecej nie da sie upchnac, to jednak do wagonu wpada conajmniej drugie tyle osob. I targa, taranujac obecna juz w srodku reszte, drugie tyle pakunkow. W efekcie jedyna pozycja, na ktora moge teraz sobie pozwolic, to stanie na jednej nodze w przechyle. Torba i plecak zostaja zadeptane (oczywiscie na mokro). Wsrod nowej ludzkiej fali rzucaja mi sie w oczy dwie grupki osob. Pierwsza z nich to rodzina (matka, ojciec i 5 dzieci, w tym niemowle na plecach matki) o kompletnie niechinskim wygladzie (pozniej sie dowiem, ze to przedstawiciele ludu Yi, tego samego, ktory spotkalam w tarasowej dolinie, ale jak rozni!). Gdy wchodza, moje pierwsze doznanie jest jednak zapachowe. Pachna wedzonym dymem, palonym chrustem, sa cali na wskros przesiaknieci tym dymem. Dopiero drugie doznanie jest wzrokowe. Dzieci sa skrajnie umorusane – na raczkach zastygly w formie skorupki czarny brud, na buziach czarne smugi, ubrania oblepione wieloletnim, przechodnim z dziecka na dziecko,  jak same te ubrania, brudem, na glowach wlasnie tworza sie im rasowe koltuny. Maja drucikiem poprzekluwane uszy – zamiast kolczykow, przewleczone kolorowe sznureczki. A to tego sa nieprawdopodobnie piekne – podobnie jak dzwigajaca na plecach rownie co reszta brudne niemowle – matka. Wszyscy maja wielkie, jasnobrazowe oczy, bardzo regularne rysy umorusanych, a w przypadku matki, choc mlodej, to juz pooranej glebokimi zmarszczkami, twarzy. O ile ubrania przedstawicielek ludu Yi z tarasowej doliny to byl pokaz kunsztu hafciarskiego i feria barw, ta kobieta ma na sobie brudny znoszony sweter, spodnie i adidasy. Na glowie hongwejbinska czapke (potem w przedziale dojrze jeszcze dwie inne kobiety Yi, i one tez beda mialy te kulturalno-rewolucyjne czapki na glowach, jedna kombinacje hongwejbinska czapka+ welniana chusta omotana dookola - taki nowy znak identyfikacyjny etnicznosci). Natomiast ojciec rodziny nie odbiega wygladem od przedstawicieli ludu Yi z tarasowej doliny. Ma fircykowate dzinsy (tyle, ze w przeciwienstwie do wioskowych elegantow z doliny, brudne), marynare w tandenty hafcik, kolczyk w uchu i zloty zab. Matka, przykucnawszy na nieprawdopodobnie malym, dostepnym skrawku zaplutej podlogi juz niedlugo zajmie sie karmieniem niemowlaka piersia, a ojciec rodziny graniem w gry na komorke.

Druga konstelacja osob to czteroosobowa rodzina. Gdy wchodza, przodem przedziera sie, niczym na wojnie w zastepy wroga, ojciec. Wrzeszcac dookola “bu hao yisi” (przepraszam) , gestem nieznoszacym sprzeciwu rozgarnia stojacych, a nastepnie siedzacych. Ustawia ich, przeklada jak marionetki, po czym, ani sie spostrzegaja, na ich z takim trudem zdobytych miejscach siedzacych zasiada corka, syn i zona faceta (ktorego w miedzyczasie nazywam Lysym Li, od bohatera powiesci Yu Hua “Bracia”, gdzie Lysy Li to uosobienie tupetu, ale i odwagi chinskich nowobogackich) oraz sam facet. Doslownie przeklada trzech jadacych razem kolegow – robotnikow, do tej pory spiacych spokojnie w dziwnych pozach na swoich z takim trudem zdobytych miejscach. Uklada ich w stertke objetosci dwoch miejsc, po czym sam zasiada na w ten sposob zdobytej miejscowce, po czym sam mowi do siebie “还不错吧”, calkiem niezle, ze niby podrozowanie z wuzuo nie jest takie tragiczne.  Po czym, w akcie podziekowan, wrecza kazdemu z wysiedlonych po papierosie. Czesc przyjmuje a czesc nie, ale nikt nie robi tego, co ja bym zrobila na ich miejscu – czyli dzikiej burdy. Zlozeni na kupke robotnicy (rece czarne i twarde tak, ze mozna bez mlotka wbijac gwozdzie, ta czern i twardosc sa permanentne bardziej niz tatuaz, nie zeszly nic a nic nawet podczas dwoch tygodni Nowego Roku) wkrotce na powrot zasypiaja – tyle ze ksztaltem przypominaja teraz zlozone na kupke ubrania.

Rodzina Yi zajmuje miejsce tuz obok mnie (nadal wisze na jednej nodze). Oblepione glina kurteczki laduja na mojej torbie, skoltunione glowki dzieci tona w ludzkim tlumie. Pasazerowie Hanowie ostentacyjnie pogardzaja rodzina Yi – wydymaja usta, wznosza oczy do nieba. Lysy Li ( z ktorym po tym, jak uciesnil robotnikow, postanawiam nie rozmawiac) mruga porozumiewawczo do mnie, po czym plujac na podloge i – napotkawszy moje potepiajace spojrzenie – wsmarowawszy rzecz butem w podlogowy laminat, rzecze o rodzinie Yi: “zadnej kultury nie maja, co?”

Ja z dwojga zlego jako towarzyszy podrozy o niebo wole juz dowolna liczbe umorusanych dzieciakow niz setke plujacych i rozsmaroujacych rzecz w podloge przedstawicieli “cywilizowania”. Nie wiem, jak wyglada wioska, z ktorej pochodzi ta rodzina, ale rozne wioski widzialam. Na poludniu Yunnanu brak biezacej wody, drogi dojazdowej, ubikacji etc. to absolutny standard. W takiej sytuacji utrzymanie czytstosci to niesamowity wysilek (inna sprawa, ze yunnanskie wioski jak i ich mieszkancy byli naprawde czysci) i w pewnym stopniu rozumiem te kobiete – ze czasem jedynym wyjsciem jest po prostu nie zwazanie na higiene.  Ale plucie na podloge, na ktorej siedzi, pol-wisi, kuca, koczuje czlowiek przy czlowieku to inna kwestia. Tu jest wybor i to latwy – jak juz sie musi, mozna kupic sobie za jednego juana rolke papieru toaletowego – i pluc sobie do woli.

Ludzka fala ponownie sie rozlewa rownomiernie po wagonie, zostaje osiagnieta relatywna rownowaga. Udaje mi sie zajac miejsce cwierc-siedzace; dwoch chopakow po mojej stronie wagonu sciesnia sie i moge przycupnac (co prawda musze nieustannie balansowac, zeby utrzymac rownowage). Co sekunde, chociaz wydaje sie, ze juz szpilki nie da sie wcisnac, ktos przechodzi (albo jak sprawniejszy, to opiera sie na siedzeniach i przelatuje gora nad tlumem – ladujac mokrymi podeszwami butow na przyklad na mojej torbie). Osoby te dzierzac papierowe miski zupek-zalewajek najpierw przeprawiaja sie na koniec wagonu po wode. Pozniej wracaja. Za 20 minut te same osoby przeprawiaja sie oczywiscie do toalety. Za kazdym razem trzeba sie podnosic walczac z oporem tlumu, ktory jak ruchome piaski, sciaga w dol. Ja w obawie przed utrata z trudem wypracowanego miejsca nie ide po wode do mojego kubeczka z herbata z kulkami z proszku. Jakbym poszla miejsce wypelnilaby ludzka fala. Jakbym nawet odzyskala jakims cudem, na pewno by przepadlo gdybym w ramach nieuniknionych kolei losu chciala nastepnie pojsc do toalety.

20 wagonowy pociag jedzie przez kompletne ciemnosci (moge sobie tylko wyobrazac te gory dookola). W srodku odwrotnie – oslepiajace jarzeniowki. Kilka osob wyjelo komorki i puszcza z nich na glos muzyke – niestety moj kawalek wagonu jest strefa oddzialywania kilku epicentrow muzycznych. Gdy leca hity – te najnowsze – spiewa mlodziez. Gdy leca te ogolnonarodowe – typu Qingzang Gaoyuan (o tym jak piekny jest Tybet i Qinghai, i jak wazne miejsce w chinskim sercu te cudne miejsca zajmuja)- spiewaja, albo przynajmniej poruszaja ustami wszyscy, ja tez, po prostu samo tak wychodzi. Czesc osob gra w karty, wiekszosc pali, wszedzie walaja sie puste papierowe miseczki po zupkach-zalewajkach i puste butelki po wodzie. Co pewien czas w to wszystko wjezdza….(kij mu w szprychy) wozek z napojami i przekaskami. Choc wydaje sie, ze jego przejazd jest calkowicie niemozliwy, to jednak ludzka fala – unoszac (doslownie i w przenosni) po drodze worki, pakunki i tanie walizeczki, przelewa sie tak, ze rzecz jednak sie przeciska przez srodek. W pewnym momencie nocy pojawia sie wielki jak wieza xi’anski konduktor. Przeklada siedzacych trzech kolesi i siada obok. “Lei si le” – (smiertelnie zmeczony) ciezko i basowo wzdycha z tym jakze milym dla mego ucha xianskim akcentem. Otacza ramieniem kolesia obok - “Gdzie jedziesz, bracie?” – pyta. Koles tez jedzie do Xi’anu. “No to masz ciezko”. Konduktor patrzy na kilku nieszczesnikow, ktorym nie udalo sie znalezc nawet niejsca na-w-pol-przycupnietego. “Jak tam? Dajecie jakos rade?“. Jeden ze stojacych – chlopak z Xi’anu z fancy fryzura (karbowana, farbowana), modnymi ciuchami i gitara elektryczna wzdycha: “hen fuza” (ciezko, dosl. skomplikowanie).

W miedzyczasie jednakowoz zaczynam rozmawiac z Lysym Li, ktorego sila oddzialywania jest tak przemozna, ze nie mam wyboru, po prostu zaczynam odpowiadac i tak rozmawiamy. Lysy Li & spolka mieszka 140 km obok Wenchuan, epicentrum wielkiego trzesienia z 2008 roku. Budynek w ktorym mieszkaja bujal sie strasznie, bujal, ale przetrwal. Taki sam budynek obok sie zawalil. Zostaje tez przymuszona do ogladania w aparacie zdjec Lysego Li i jego rodziny w strojach ludowych roznych grup etnicznych – Lysy Li i jego rodzina jako Tybetanczycy, jako Ujgurzy  (w miedzyczasie jego zone zdazylam ochrzcic mianem Sofii Loren, to piekna, bujnej urody kobieta, troszczy sie o Lysego Li, a w akcie troski czysci za pomoca dlugiego paznokcia jego uszy. A dzieci…dzieci niestety odziedziczyly urode po ojcu, ot, taki los).  Kiedy zbliza sie rano, robie sie w koncu glodna i wyciagam zakupione w Nigdzie pistacje (Lysy Li i spolka zdazyli w tym czasie zjesc cala torbe kurzych lapek – tzn. czesci pazurzastej i wypluc resztki na podloge pod siebie). Gdy biore porzadna garsc orzechow, gestem pokazuje umorusanym i wyraznie glodnym dzieciakom Yi (niezaradna matka nie wziela dla nich nawet butelki na wode, podniosla wiec pusta butelke po wodzie z podlogi i na migi – jako, ze nie mowi po chinsku – poprosila przechodzacego z miska zalewajki kolesia o przyniesienie troche wody), zeby nadstawily raczki i sypie im po porzadnej garsci, Lysy Li patrzy sie na mnie z podziwem, jakbym conajmniej w stroju Supermana nadleciala nad zagrozona kataklizmem wioske i uratowala jej mieszkancow. Czuje sie zazenowana. Bardzo.

Nad razem jestem tak zmeczona, ze udaje mi sie, mimo mojej akrobatycznej pozycji, zasnac. Obok na stojaco spi mlody chlopak, ten ktory jedzie do Xi’anu. Nad ranem kobiecie przucypnietej obok mnie udaje sie wreszcie polaczyc z koczujaca w innym wagonie rodzina – mezem i na oko 6 letnim jedynakiem. Jedynak od razu zabiera sie do wsadzania palca w nos i oko usmiechajacemu sie do niego w rozanieleniu pasazera z siedzenia obok i mowienia matce, ze smierdzi. Matka mowi jedynakowi “nie wsadzaj palca w nos wujkowi, bo wujek cie zbije”, ale tak naprawde jest rozanielona zachowaniem swego skarbu. Jedynak udaje, ze strzela do “wujka” i wszyscy lacznie z ostrzelanym, znowu sa zachwyceni, wymieniaja zachwycone spojrzenia. Tak slodko. Potem jedynak trzepie matke po twarzy a ona przybierajac wymuszenie sroga mine mowi, ze tak nie wolno, ale i tak wszyscy sa ponownie zachwyceni. Taki malutki a taki zly – milusio. Gdy pociag wreszcie wjezdza na moja stacje, wyjscie jest jeszcze trudniejsze niz wejscie. Gdy w koncu po przepychaniu sie wytaczam sie jak zbite jablko na peron, ociekam potem z wysilku.

Ten pociag to Chiny w pigulce. Wracajacy Znikad i innych tego typu miejsc po spedzeniu Nowego Roku do czesto nielegalnych prac w miastach  robotnicy (w moim wagonie rece bez odciskow, rece nieczarne, rece niezgrubiale, to byla wsrod rak absolutna mniejszosc), rozpychajacy sie na prawo i lewo Lysy Li i jego rodzina, “Reguly budowania socjalizmu” nade mna (w postaci naklejki na scianie wagonu: “zaszczytem jest dzialac na rzecz mas, wstydem szkodzic masom” ) i plwocina pode mna, dobytek w workach po nawozie, ale wypasione (czesto iluzorycznie) komorki, slodziutki jedynaczek, traktowana z wyniosloscia niezaradna rodzina Yi. ”Wysiedleni” robotnicy i Lysy Li spiewajacy unisono narodowe hity.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

24

02 2010

21 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. YLK #
    1

    Doskonaly tekst, piszesz coraz lepiej!

    Czytajac go, przypomniala mi sie podobna podroz z Jinjiangu w Sichuanie na granicy z Yunnanem (moze to wlasnie bylo to Twoje Nigdzie) do Pekinu przez Chengdu. 54 godziny w pociagu, siedzenie albo w ubikacji w wielosobowym towarzystwie, albo na podlodze miedzy wagonami (tam sa takie dwie grube blachy nalozone jedna na druga, ktore niestety z ruchem pociagu rozjezdzaja sie w rozne strony, wiec siedzi sie dosc ruchliwie) na gazecie przyklejonej plwocinami do podloza; podloga w wagonie mokra, plwociny to jedna przyczyna, glownie obsikana i obkichana przez male dzieci, a potem rozmazana mopem przez wagonowa. Z ryczacych glosnikow lecialy niesmiertelne Xiangshengi, okna oczywiscie zamkniete na full, powietrze polprzezroczyste od papierosowego dymu i wilgoci, na szczescie ludzki nos jest tak skonstruowany, ze po chwili nie czuje zapachu, czesc towarzystwa rznaca w karty, czesc czytajaca dworcowe szmatlawce o mordach, prostytutkach i wrozeniu z rysow twarzy, jakies butelki kulajace sie gdzies pod siedzeniami, smieci, skorupki jajek, lupiny orzeszkow, wszystko to w wilgotnej zupie. I najbardziej wkurzajace te ciagle pielgrzymki fanow fangbianmianow w te i wewte, tak, ze czlowiek wciaz musial przesuwac sie, odsuwac, a i tak byl nadepniety w tym i tamtym miejscu.

    A wiesz jak sie poczulem po wyjsciu z pociagu, na mroznym, szarym plac dworcowym w Pekinie w srodku nocy, z wiatrem syberyjskim wiejacym prosto w oczy, kurzem wciskajacym sie do oczu, brudny i przepocony? Jak najszczesliwszy czlowiek na ziemi! Chwile potem zlapalem dziadka z trojkolowcem jako taksowke (NB to potwornie dlugi kurs z dworca na polnocno-zachodnie przedmiescia), kazalem dziadkowi usiasc na miejscu pasazera, a sam popedalowem ku szkole…

    Tej euforii nidgy nie zapomne, ale chyba nie chcialbym powtorzyc eksperymentu raz jeszcze.

  2. szpak #
    2

    Świetny przewodnik po chińskim społeczeństwie i rzeczywistości! I doskonale się czyta. Wyprawa trudna ale chyba warto bo w komfortowych warunkach nie ma tego smaku i kolorytu, który potrafisz wydobyć celnymi obserwacjami. Dominujący w Chinach, jak sie wydaje z Twoich opisów, patriarchalizm chyba lekko Cię wkurza. No i sporym zaskoczeniem dla mnie, jest ta piątka dzieci. Czyżby polityka jednego dziecka się skończyła? Czy też nie obowiązuje wszystkich? A może to ja mam durne informacje z naszych durnowatych mediów?
    Te powstające z popiołów świątynie świadczą o powolnym procesie likwidacji lewicowej ideologii nie tylko w warstwie gospodarczej. Niedługo zostaną z niej tylko smętne rytualne resztki w groteskowej postaci kadzidełek pod portretami Mao w świątynnych zaciszach.
    Najpierw jednak trzeba zakończyć proces utwardzania odziedziczonego szkieletu władzy. Ciekawe co będzie czynnikiem wypełniającym coraz szybciej obumierające lewicowe spoiwo. W każdym razie takich “surowców” Chińczycy mają pod dostatkiem. Choćby w postaci historii, patriotyzmu i odradzających się religii. Czyli pewnie będzie wszystkiego po trochu. Może zresztą jestem “do tyłu” i już jest po herbacie? A ślady zostały tylko w symbolach?
    Twoje opisy ludzkich typów i zachowań zapewne celne i przezabawne. Nie tylko z dystansu. Już wiem, że chiński indywidualizm też się odradza. Są sprzyjające warunki.
    To będzie potężna siła.

  3. bxy #
    3

    哇, dzieki za tak mile pochwaly, a myslalam, ze tak dlugiego wpisu nikt nie przeczyta :-)

    YLK – a wiec Ty tez jechales z Nigdzie! Jestem bardzo ciekawa, kiedy ta Twoja podroz miala miejsce. Z tego co opisales, widze dwie glowne roznice – pociag, ktorym ja jechalam byl calkiem nowy, byl tez ladny (oczywiscie dopoki nie wniesli sie do niego pasazerowie). Druga roznica to taka, ze teraz nikt nic nie czytal, nawet najbardziej szmatlawego – wiele osob za to ogladalo filmy (tematyka w sumie podobna do tego, co piszesz o pismach, jakie wowczas czytali)na komorkach.

    Szpak – kiedy ja tego, co tutaj raczej nie odbieram jako partiarchalizm. A nawet mam wrazenie, ze w porownaniu z niektorymi zakatkami naszej milej Europy jest tu duzo mniejszy (coz, fakt, tzw. komunizm obala jedne partiarchalizmy, ale konstruuje tez nowe). Rozumiem, ze chodzi o tych wszystkich guzik robiacych ojcow rodzin i umordowane matki, tak? Ta tendencja jest bardzo widoczna ale w obrebie mniejscoszi etnicznych, ktore spotkalam tutaj, na poludniu i bym tego nie ogolniala na calosc. A jak na to patrze, to mnie to raczej fascynuje, jak w czyms takim mozna osiagnac rownowage badz co badz konieczna do utrzymania rodziny. A a polityka jednego dziecka nie dotyczy mniejszosci (maja prawo do wiekszej liczby dzieci, no ale fakt, ze nie do piatki). Inna sprawa, ze nie wiem, czy dzieci z tej rodziny, ktora opisalam, w ogole sa w jakimkolwiek spisie, czy system edukacji i zdrowotny o nich wie. Te nieco starsze byly w wieku szkolnym i nic nie wskazywalo na to, ze potrafia mowic po mandarynsku.

    Podstawowy czynnik wypelniajacy pustke ideologiczna w dziesiejszych Chinach, to faktycznie nacjonalizm (i kult Mao i nostalgia za jego czasami oczywiscie tez sie tu, choc oczywiscie nie w calosci, miesci), mity narodowe, przerabiana na komiksy, seriale i gry komputerowe historia. Wczoraj przechodzilam obok kina w Leshan (tam, gdzie wielki Budda) i rzucilam okiem na repertuar. Ani jednego filmy zagranicznego. Wylacznie filmy chinskie, wiekszosc przerabiajaca historyczne wydarzenia, ukazujaca historyczno-mitycznych bohaterow, legendy. Podobnie w telewizji (no, nie liczac tych wszystkich koreanskich seriali, ale to tez, troche paradoksalnie, ma scisly zwiazek z chinskim nacjonalizmem – ale o tym napisze pewnie osobnego posta, jak wroce do Szanghaju). Wazne jest tez to, co sie dzieje obecnie z konfucjanizmem w warstwie politycznej, naukowej, jednostkowej. Ale to wszystko sie nijak nie miesci w komentarzu.

  4. YLK #
    4

    Nigdzie bylo najblizsza stacja kolejowa od Lijiangu, wiec wyglada na to, ze startowalismy z tego samego miejsca. Jechalem w lutym 1991 – szmat czasu, ale najwyrazniej wrazenia mamy podobne…

  5. YLK #
    5

    Zaczalem przypominac sobie tamta podroz, i juz wiem, co pozwolilo mi ja przetrwac. Jedna rzecz, to walkman, kupiony za grosze pare tygodni wczesniej w lombardzie przed slawnym wowczas plywajacym kasynem w Macau, a w nim przeszmuglowane, kupione w Kantonie, kasety z Roxy Music i Velvet Underground.
    Druga rzecz to angielskie tlumaczenie poezji Wang Wei’a, ktore kupilem w ksiegarni w Kunmingu.
    A co Ciebie trzymalo przy zdrowych zmyslach oprocz intelektualnych dialogow z Lysym Li i obserwacja mniejszosciowej rodziny?

  6. szpak #
    6

    Może zatem zmieści się skrót we wpisie? Że tak zapytam z nieśmiałą nadzieją.
    Trochę dziwna polityka “dzietna” w stosunku do mniejszości. Powodów może być i zapewne jest kilka.
    Promowanie własnej kultury, co jest eufemistycznym okresleniem faktu braku zagranicznych filmów, jest kolejnym dowodem na silny trend i potrzebę spajania społeczeństwa wobec licznych zagrożeń. Również a może przede wszystkim, zewnętrznych. Władze zdają sobie widać doskonale sprawę z siły pozornie swobodnego i oczywiście wybitnie postępowego, kulturowego (za duże słowo) szamba w jakim intencjonalnie zanurzane są społeczeństwa tzw. “krajów demokratycznych”. Myślę, że w Chinach nie ma np. hucznych dorocznych parad gejów w większych miastach.
    I nie wynika to z brutalnego tłumienia oddolnych inicjatyw tylko z braku lokajskiego promowania takowych. Jeśli się mylę to wszystko odszczekam.
    Zobaczymy zresztą w jakim kierunku to wszystko pójdzie.

  7. bxy #
    7

    YLK – trzymalo mnie chyba tylko eee…bogate zycie wewnetrzne :-p mnie tam gorzej na zdrowie dzialaja te hordy ktore mnie co 2 minuty wytykaja palcami na ulicy rozdziawiajac geby: “o, laowai!!” (ulicy tej samej, na ktorej sa napisy, ze gonimy swiat)
    I jeszcze – czy przypominasz sobie, jaki byl wtedy Lijiang? Czy/jak silne byly wowczas oznaki stawania sie (cepeliopodobnym) tworem turystyki na wielka skale? W ogole to ciekawi mnie bardzo, jak wtedy wygladala turystyka wewnetrzna.

    Szpak – nie chce wchodzic w takie czarno-bialo dyskusje, nie uwazam tez parad gejow na “kulturowe szambo”, no ale to nie o tym blog

  8. szpak #
    8

    Ok. Rozumiem. Ale nie odmówię sobie uwagi, że gdyby takie parady, jeśli już o to poszło, byłyby oddolnymi przejawami kulturowej aktywności ludzi, to można by spotkać liczne takie manifestacje seksualnej odmienności w ludzkiej historii. Jakoś nie słyszałem.
    I to mi w zupełności wystarcza za dowód na sztuczność, czyli realizację jakichś celów. Kulturowe szambo jest szarszym pojęciem. Ale to nie o tym blog zapewne.

  9. YLK #
    9

    Pamietam Lijiang calkiem niezle, mam gdzies jeszcze sporo fot z tamtej podrozy. Przede wszystkim zero chinskich turystow, biznes nastawiony na cudzoziemcow. Biznesy byly zasadniczo dwa – lokalna kuchnia, chyba kociolek, i koncerty muzyki Naxi. Na pierwsze trzeba bylo zebrac przynajmniej 10 osob, ale nie bylo z tym klopotow, bo wszyscy laowaje mieszkali wowczas w jedynym zhaodaisuo, wiec latwo sie bylo skrzyknac. Pamietam, ze jedzenie srednio mi smakowalo, ale ciekawie bylo pogadac z backpackerami, ktorzy snuli plany “wslizniecia” sie do Tybetu pod plandeka ciezarowki jadacej do Lhasy. Koncerty muzyki Naxi – dla mnie pradziwe odkrycie, mam gdzies jeszcze nagrany na kasecie (na wspomnianym wyzej walkmanie) ten koncert. Xuanke zbieral pozniej do kapelusza, kazdy wrzucal jakies pieniazki, tylko Japonczycy nie chcieli, sknyrusy. Pozniej Xuanke zaprosil nas do swojego domu, i pokazal m.in. kolekcje dziel Rocka – wowczas zorientowalem sie, ze kultura Naxi zostala juz niezle zbadana i nie ma co sie tym tematem naukowo zajmowac. Stare miasto bylo nietkniete, bardzo malo ludzi, zero turystow, zero hoteli/restauracji. Atrakcja najwazniejsza bylo wynajecie roweru we wspomnianym wyzej zhaodaisuo i przejazdzka po okolicach z obowiazkowa wizyta u “taoistycznego Doktora Ho” (klania sie magia Lonely Planet), oraz wycieczka do kanionu 虎跳峡 (trzeba sie bylo skrzyknac na busa).

    Nie bylem juz pozniej w Lijiangu, ale wiedzialem, ze zle sie dzieje, gdy Jiang Zemin wizytowal to miejsce i zaczelo byc glosno o jego rozwoju turystycznym. Troche jak z Yangshuo, ktore wowczas bylo bardzo spokojnym miasteczkiem, a obecnie jego 西街 jest jedna z wiekszych atrakcji dla chinskich turystow.

    Co do krzykow “Laowai! Laowai!”, to mnie tez napinaly nerwy jak struny, choc zabawnie bylo slyszec “Ha-Lou’er” z 儿化音 w wykonaniu mieszkancow Pekinu. Kilka lat temu bylem w Lushanie (Henan), i przez jakas godzine mojego obchodu miasta biegla sa mna w bezpiecznej odleglosci banda wyrostkow krzyczacych wlasnie “Laowai!” – slodkie…

    Mam pytanie – czy autobus, ktorym jechalas z Lijiagu do Nikad, tez wyjezdzal przed switem? NB dla mnie tamten przejazd byl jednym z highlightow podrozy, po po krotkim czasie bylem jedynym pasazerem wehikulu i moglem sycic oczy widokami gor o wschodzie slonca do woli.

  10. bxy #
    10

    YLK – teraz jest chyba 5 autobusow doNikad dziennie – ja czujnie wzielam ranny (po tym jak wszyscy, ktorym mowilam, ze bede jechac ta trasa krecili glowami, robili kwasne miny i mowili buhao zou buhao zou). Mi tez sie trasa podobala i nawet sie ucieszylam, ze grat sie zepsul, bo zepsul sie chyba szczesliwie w najladniejszym miejscu trasy – tam, gdzie sie jest na gorze i zaczyna sie zjazd w dol, zeby przejechac most przez Yangcy, ktora jest wtedy nieduza, ale zla gorska rzeka…
    Wlasnie wykopalam – uwaga – Lonely Planet China 4 edycja (nie ma daty, ale wydaje mi sie, ze to jest okolo 1990, teraz jest chyba podajze 11ta). Ech, tak pisze o starym miescie: “arrive by mid-morning to see the market square full of Naxi women in traditional dress. Parrots and plants adorn the front porches, old women sell griddle cakes in front of the tea shops, old men walk past with hunting falcons…” Dzis oczywiscie po tym wszystkim nie ma najlzejszego sladu. Lijiang jest sterylnym preparatem.

  11. szpak #
    11

    Ponieważ i tak mam na tym blogu już odpowiednio zaszraganą opinię pieniacza (w pełni i świadomie zasłużoną) odważę się zauważyć rzecz, której, przyznam, nie rozumiem. Dominującym, wydaje się, elementem ostatnich wpisów jest nieutulony żal za odchodzącym właśnie, w szybkim tempie, światem tradycji. Rzecz, w oczach zbieracza czy konesera lokalnego folkloru całkiem skądinąd zrozumiała.
    Był to jednak również świat biedy i zacofania, żeby nie wspominać już o, niepotrzebnych w tym kontekscie, innych systemowych wadach.
    Wynika z tego, że o ile potrafię zrozumieć żal za traconymi wartościami, to nie bardzo pojmuję frustrację ich cepeliaizacją i tymi tłumami odwiedzających. W końcu to jakiś tam sposób na zachowanie choćby części tego co było. Fakt, że dalece niedoskonały, śmierdzący na milę sztucznością i komercją. Ale żywy, i jak wynika z opisów, nierzadko doskonale funkcjonujący. Ja nie znam lepszych rozwiązań. Tak to jest chyba robione na całym świecie. Amisze itp. wspólnoty religijne to wyjątki nie do zastosowania w normalnych warunkach.
    Skanseny i muzea są zwykle martwe. I rzadko odwiedzane. Nie ma w nich życia, jest tylko bardzo niedoskonałe wspomnienie. Dlatego choć rozumiem ten żal badacza to nie potrafię zrozumieć braku, moim zdaniem, trochę szerszego spojrzenia na zachodzące zmiany. W końcu tłumy ogłupiałych turystów z wielkimi aparatami, oznaczają nie tylko kłopoty komunikacyjne, hotelowe i wszechobecną komerchę. I byłbym bardzo daleki od stawiania takim zjawiskom negatywnych ocen.
    W życiu już tak jest, że najważniejsza jest przyszłość.
    Pijak czy narkoman może mają się obecnie świetnie ale przyszłość mają fatalną co da się wprost wywnioskować z przeszłości innych. To głównie zdolność przewidywania przyszłości w dłuższej perspektywie odróżnia nas od zwierząt.
    Dlatego tak mi brakuje na tym, świetnym w innych aspektach, blogu odniesień do tego co się w Chinach rodzi i perspektyw. Perspektywy mojej części świata mniej więcej znam, poprzez wysiłek zrozumienia zachodzących zjawisk i odniesienia do przeszłości. I dlatego, jak pewnie wszyscy zauważyli, jestem dysydentem. Chiny mogą mieć swoich to dlaczego tzw. “wolny świat” nie miał by mieć swoich?
    I dlatego właśnie zainteresowały mnie Chiny. Jako obecnie jedyna realna siła zdolna forsować odmienne, własne modele. Niestety moja ciekawość nie może zostać zaspokojona na tym blogu. To już wiem. Dlatego przestanę was męczyć pytaniami i wtrętami, które najwyraźniej nikogo tutaj nie interesują a wielu drażnią. Postaram się być tak neutralny jak to tylko możliwe. A jeśli nie będzie możliwe to zostanę tylko czytaczem :)
    Może jednak jakaś dobra dusza ma linki do dobrych, czytaj nie opakowanych w chińską a przede wszystkim zachodnią polityczną poprawność, opracowań na temat Chin współczesnych?

  12. bxy #
    12

    Szpak, mi wlasnie chodzi o cos wrecz odwrotnego niz wyszukiwanie skansenow. Probowalam takie miejsca przedstawiac, pisalam, przy okazji ryzowych tarasow, ze ja po prostu nie wiem, czym mialby byc tzw. “rozwoj” w takich miejscach, w jakim kierunku mialby isc, jakie jest rozwiazanie.
    A frustracje cepelizacja latwo mozna pojac,jak sie czlowiek – bedac badz co badz na zasluzonych wakacjach – z takiego plastikowego swiata nie moze wydostac nawet, jakby chcial. Ja nie przecze, ze ta turystyka wewnetrzna ma wielostronne znaczenie, ja po prostu opisuje swoja podroz i towarzyszace jej odczucia. To notatki z podrozy, a nie eseje “o Chinach”. A ten blog to nie raport o stanie Chin. Czegos takiegos nigdy bym sie nie podjela. Jest tak, jak w opisie “O autorce”.

  13. szpak #
    13

    Już wiem, że nic więcej nie wyduszę. Ale, abstrahując od tematyki tego bloga i mojego niezaspokojenia, Twojej wrodzonej skromności, niewątpliwego wstrętu do polityki i innych dupereli. Dlaczego byś się nie podjęła?
    Masz świetny zmysł obserwacji, bezpośredni kontakt, wiedzę, przygotowanie. Znasz oba światy.
    Czyli masz wszystko oprócz odwagi.
    Do odwagi dodaj ogólne rozeznanie w historii rozwoju
    cywilizacji i przepływu idei oraz rzeczywistych źródeł
    sukcesów gospodarczych i kulturowych.
    Poczytaj troszkę na temat historii systemów finansowych i analogii z współczesnymi modelami.
    Odrzuć cały ten propagandowo-polityczny chłam jakim karmią społeczeństwa mainstreamowe media.
    Cały! Czyli informacji szukaj na wartościowych blogach i w niszowych miejscach.
    Wielkie nazwiska i instytucje nie gwarantują rzetelnych informacji. Wręcz przeciwnie.
    Szczególnie w świecie polityki, finansów i gospodarki.
    Historii nie wyłączając.
    I już masz przepis na dzieło życia.
    I frustracje jakie są moim udziałem. Żeby nie było, że nie ostrzegałem.

  14. Yao #
    14

    @Szpak:
    Muszę Cię rozczarować. Fakt, że w Chinach nie ma dorocznych parad gejów nie wynika “z braku lokajskiego promowania takich inicjatyw”, ale właśnie z tłumienia ich (choć – całe szczęście – nie dokonuje się ono brutalnie). Po prostu przychodzi paru policjantów, biorą organizatorów do zamkniętego pomieszczenia, gdzie ich trzymają przez kilka godzin tłumacząc, że nie mają kwitka ze straży pożarnej czy innego równie wydumanego “odpowiedniego zezwolenia” i impreza – zorganizowana oddolnie, przez grupkę entuzjastów, zostaje zablokowana.

  15. szpak #
    15

    Yao, wierzę. Rownież w to, że podobnie było na przestrzeni dziejów, na różnych kontynentach i w różnych społeczeństwach. Wszędzie zawsze byli zawsze jacyś policjanci. Albo ludzie nie wiedzieli, że mogą manifestować choć oddolne potrzeby takich manifestacji mieli oczywiście od zawsze. Teraz w końcu wiedzą, więc chcą i trzeba tłumić. Dzięki za info, że jednak nie ma.
    To oznacza, że chińskie władze potrafią i przede wszystkim mogą wybrać to, co chcą przejąć z dominującej, na razie, cywilizacji. I nie muszą dzielić społeczeństwa ale chcą spajać. Divide et impera jest uniwersalna w czasie i przestrzeni, podobnie jak powszechne ignorowanie tej zasady przez tzw. większość.
    W sumie zazdroszczę Chińczykom, że nie muszą znosić tej naszej odmiany politycznej poprawności.
    No to był chyab mój ostatni post. Jednak nie mogę się opanować :)

  16. bxy #
    16

    Szpak, dziekuje za pouczenia. Nigdy bym na to wszystko nie wpadla. O ideach i historii tez musze odrobine poczytac – bo ja biedna przeciez nic nie wiem. Tylko mi tego chlamu zachodniego propagandowego szkoda – to przeciez moje ulubione sniadanie, no ale skoro tak nauczasz…

  17. Yao #
    17

    Szpaku, rozumiem, że wizja Chin jako homofobicznego raju bardzo Cię ucieszyła – spieszę Cię jednak rozczarować: postawa władz wynika w tym wypadku z niechęci (czy wręcz strachu) przed inicjatywami obywatelskimi, które nie są zorganizowane przez władze lub afiliowane przy nich “organizacje społeczne”.
    W opisywanym na tym blogu miasteczku Dali otawrto niedawno pierwszy gejowski bar – sponsorowany przez… lokalne władze, o czym donosiła m.in. “China Daily” – gazeta, o której można powiedzieć wiele, ale na pewno nie to, że jest dysydencka.

  18. szpak #
    18

    Dwukrotnie pytano mnie (a były to pytania formułowane przez posłów!) “Panie Babbage, jeśli poda się maszynie złe dane, to czy wyjdzie prawidłowa odpowiedź?” Doprawdy nie mieści mi się w głowie, ile ignorancji może prowokować podobne pytania.
    – Charles Babbage

    Język nie tylko nadaje kształt sposobowi myslenia, ale też determinuje, o czym w ogóle możemy mysleć.
    – Benjamin Lee Whorf

    Yao, nie czuję się jakoś szczególnie rozczarowany. Wręcz przeciwnie. Tym bardziej, że Twoje wyjaśnienia nie bardzo pasują
    do np. Rosji i Izraela gdzie z sukcesami zachodzi również zjawisko tłumienia “oddolnych inicjatyw” w tym aspekcie.
    Ze względów kulturowych, np. kraje arabskie można pominąć w naszych rozważaniach, gdyż można założyć, że tam nie ma takich “oddolnych inicjatyw”.
    W Izraelu, z tego co wiem, co prawda formalne pozwolenie było, ale policja nie zapewniła ochrony. Co praktycznie wyszło na jedno,
    i cała manifestacja skończyła się na stadionie czyli tam gdzie się rozpoczęła.
    Jedyne co łączy te kraje, w tym aspekcie, to możliwość ignorowania nacisków zewnętrznych.
    I to, oraz historia, w zupełności mi wystarcza do wyjaśnienia motywów jakimi mogą się kierować władze tych krajów.
    Nie muszę tworzyć, ahistorycznych i nieprzystających nawet do współczesności, teorii, o strachu przed inicjatywami obywateli.
    Zamiast tego za wyjaśnienie wystarczy zwykła dbałość o zdrowy rozwój własnych społeczeństw.
    A ten bar tylko to potwierdza i jest sposobem na pokazanie rzeczywistych intencji i uspokojenie tej odmiennej seksualnie części społeczeństwa.
    To świetnie pokazuje zresztą rzeczywistą strukturę władzy w tzw. “wolnym świecie”. Gdzie demokratycznie wybrane władze są niezwykle skutecznie pacyfikowane, za pomocą, zwykle nielicznych, grupek manifestantów nagłaśnianych odpowiednio przez “wolne i niezależne” media. Często zresztą te manifestacje są w innych krajach, pod ambasadami. Tak żeby było jeszcze śmieszniej. Manifestacje zaś przeciwko takim paradom, bo i takie się,
    o dziwo, zdarzają, jakoś nie robią na nikim żadnego wrażenia.
    I to by było tyle na temat rzekomych rządów tzw. większości. Każdy wierzy w to co chce. Jeśli zapewni sobie jakiś wybór. Nie miejsce tu na tłumaczenie rzeczywistych mechanizmów władzy. Te fasadowe są powszechnie znane.
    Można oczywiście zaciekle dyskutować o szkodliwości dla tkanki społecznej, instytucjonalnego równania różnych orientacji seksualnych.
    Czy zagłębiać się w potrzebach mniejszości. Pytanie tylko po co.
    Historia rozwoju ludzkości dość jasno pokazuje, że w rzeczywistości takie potrzeby nie istnieją. Niezależnie od tego co będzie gadał taki czy inny “aktywista”. Do praktykowania seksualnej odmienności nigdy nie były potrzebne zinstytucjalizowane jej formy. Jest to zresztą całkowicie zgodne z logiką.
    Chiny mają własną kulturę i moralność wykształconą przez tysiące lat i całkiem słusznie mają gdzieś, pisane na kolanie w Waszyngtonie czy gdziekolwiek indziej “nowe zasady moralne politycznej poprawności”.
    Swoją drogą ja też mam je gdzieś. Mam już wykształconą moralność w oparciu o własną kulturę, potrafię sobie poradzić z oceną co jest dobre a co złe.
    Nie tylko w warstwie jednego, rzekomo ciężko pokrzywdzonego osobnika. I żaden dupek z Nowego Jorku nie musi mi jej pisać od nowa. Tym bardziej, że po bliższym przyjrzeniu jest to stek, nietrzymających się kupy, bzdur. Ale to też kwestia wyboru. Jeśli ktoś jest go w ogóle świadomy.
    Zresztą ilość “małżeństw” homoseksualnych w krajach, które już na to zezwoliły mówi sama za siebie. I lepszych dowodów na polityczny rodowód takich “potrzeb”, nie trzeba. A na nachalną medialną indoktrynację jestem, przynajmniej w tym względzie odporny.

    Zadziwiająca jest łatwość, z jaką ludzie łykają “argumentacje” oparte na wydumanych czy jednostkowych przykładach, nagłośnionych medialnie i trafiających w serce. Trudno z takim czymś dyskutować bo argumentacja strony przeciwnej skupia się na konkretnej krzywdzie, konkretnej biednej staruszki, bitego dziecka czy pragnącego urzędowych potwierdzeń homoseksualisty i ma gdzieś cały szerszy kontekst i szkodliwość wprowadzanych właśnie , w oparciu o tą “argumentację” rozwiązań. A przeciwnik tego to homofob, moher, osobnik bez serca, skrajny prawicowiec, zapluty karzeł reakcji czy też zwykły niegodny dyskusji ciemnogród. Epitety się zmieniają. Zasada braku dyskusji jest stała.

    Najświeższy przykład smażonej właśnie w polskim Sejmie ustawy dot. przemocy w rodzinie (cyt. z Ziemkiewicza):
    (W największym skrócie, ustawa zakłada, że dziecko może być odebrane rodzicom, jeśli pracownik socjalny − jeden pracownik socjalny, bez jakiejkolwiek konsultacji, wyroku sądowego etc. − nabierze podejrzenia (napiszę wyraźniej: NABIERZE PODEJRZENIA) że w rodzinie dochodzi bądź może dojść w przyszłości (MOŻE DOJŚĆ W PRZYSZŁOŚCI) do jakiejś formy przemocy wobec dziecka.
    Najważniejsza jest jednak definicja, co jest, w świetle ustawy, przemocą wobec dziecka. Owoż − wedle instrukcji dla pracowników socjalnych, którą już wisi na stronie internetowej wspomnianego ministerstwa − chodzi nie tylko o bicie, nawet o symbolicznego klapsa, ale także o „przemoc psychiczną”. A przemoc psychiczna to według ministerstwa między innymi, cytuję dokładnie: „zawstydzenie, narzucanie własnych poglądów, ciągłe krytykowanie, kontrolowanie, ograniczanie kontaktów”)

    Się rozpisałem, ale i tak temat został zaledwie liźnięty w niektórych warstwach. I to wcale nie najistotniejszych.
    Drugi z początkowych cytatów jest specjalnie dla Ciebie. W kontekście “homofobicznego raju”.

    Bxy, ja nie wiem jaką dysponujesz wiedzą i jak potrafisz ją wykorzystać. Jeśli poczułaś sie urażona to nie taka była intencja.
    Ja jestem umysłem ścisłym i takież mam wykształcenie. Więc nie bardzo się orientuję czego uczą w Twojej dziedzinie.
    Intencją była zachęta do wykorzystania tego co już masz. A ten bardziej żartobliwy niż poważny przepis, zachętą do sięgnięcia po alternatywne źródła wiedzy, które dzięki internetowi stały się dzisiaj dużo łatwiej dostępne. I, które, w zadziwiająco czasem prosty sposób, potrafią pomóc w zrozumieniu, niezrozumiałych wcześniej zjawisk czy wydarzeń.
    Pierwszy z początkowych cytatów jest dla Ciebie bo oddaje świetnie zarówno “magiczne myślenie” niby to oświeconych części społeczeństwa, jak i kolejne warstwy fałszywych danych podawanych na wejściu. Ostatnie afery ze świńską grypą czy globalnym ociepleniem są tylko świeżym dowodem na to, że ten schemat działa w skali globalnej przy niezbędnym współudziale mediów. I trudno to zbyć rytualnie “spiskowymi teoriami” bo trudno już o takowe posądzić np. Komisję Europejską, która właśnie wdrożyła śledztwo nt. finansowych aspektów “świńskiej grypy”. Podobnie ma się sprawa ze specami od “Carbon credit” i wyciekiem danych z głównego ośrodka badań. Oba śledztwa zakończą się oczywiście z jakimiś tam mało istotnymi ustaleniami drobnych nieprawidłowości. Bo nie po to zostały wdrożone by coś wykryć tylko wręcz przeciwnie. Istotne jest to, że to nie są domysły. To są fakty.
    Obserwowalne fakty. I jest tylko kwestią wyboru czy wierzy się w oficjalne interpretacje czy w te bardziej przystające do obserwowalnych faktów.
    Jeśli oczywiście ma się i chce się mieć ten wybór. A jeśli się chce mieć, potrzebny jest odpowiedni warsztat i wiedza. Ale tego się nie dostanie na tacy. I o tym właśnie był ten przepis.

    To już mój ostatni post, zgodnie z obietnicą. Nie mam zacięcia dydaktycznego, nie chcę nauczać, ani nie chcę burzyć waszej miłej wizji świata, pracowicie budowanej w oparciu o wolność słowa i niezależne media, których istnienie, w/g słów Obamy, jest ostatnio tak mocno zagrożone przez blogosferę.
    Na koniec dziękuję wszystkim za cierpliwość, wyrozumiałośc i przepraszam za wszystkie niezręczności i złośliwości. Również tą ostatnią :)

  19. Jarek #
    19

    Świetnie piszesz Kasiu!!!

  20. 20

    Szpak.
    Kłamiesz! I tak tu wrócisz. I będziesz wracał. Tak jak my wszyscy. :) Tylko błagam! Na Chiny Ludowe! Już dosyć o polityce. Ja na ten przykład tutaj zaglądam aby właśnie zobaczyć coś nowego, innego. Takie moje małe okienko na Chiny. Za co Droga BXY serdecznie dziękuję :-)

  21. szpak #
    21

    No dobra, przedostatni post to był :) A to celem bardziej jasnego wyjaśnienia tego co mogło umknąć w mojej pisaninie. Tak jak deklarowałem, ja tu cały czas jestem, więc nie muszę wracać. Ale już tylko w charakterze czytacza. Pisać nie będę, bo niestety nie mogę tutaj nie robić wtrętów zgodnych z moją, dużo bardziej brzydką od waszej, wizją tzw. wolnego świata. Rola posłańca przynoszącego złe wieści nigdy nie była szczególnie atrakcyjna :)



Your Comment