Co ma filozofia Marksa do Renmin Ribao czyli mój kurs marksizmu

 

Mój kurs marksizmu to niewyczerpane źródło inspiracji.
Tydzień temu grupka, do której należałam i ja, zainaugurowała serię prezentacji robionych przez samych studentów. Temat jaki dostaliśmy to „Demokratyczny socjalizm i jego losy w Chinach”. Na pierwszy i drugi rzut oka stwierdziłam, że to dość egzotyczne połączenie, ale nie przejęłam się zbytnio, tłumacząc sobie, że tak jak wiele pojęć, „demokratyczny socjalizm” ma najpewniej tutaj odmienne niż w tradycji zachodniej znaczenie. No bo ten demokratyczny socjalizm, o którym myślę – radykalniejsza (w deklaracjach) niż socjaldemokracja, porewizjonistyczna koncepcja akcentująca samorządność robotników etc., mająca swoje stabilne acz obecnie dość marginalne miejsce we współczesnej Europie to jedno, a wszelakie socjalizmy systemowe to drugie.

Udałam się do biblioteki (po tygodniach walk nie uzyskałam jeszcze co prawda prawa do wypożyczania książek, ale przynajmniej jak przyłożę moją kartę do bramki na wejściu do biblioteki, to ta nie buczy tak jak bramka w sklepie przy próbie kradzieży), odnalazłam lektury, jakie profesor zalecił do przygotowania tego tematu. No i coś zaczęło mi się nie zgadzać. Socjalizm demokratyczny wyłaniający się z tych publikacji to zasadniczo ten sam o którym pomyślałam, jak zobaczyłam temat naszego zadania. Polecone lektury opisywały historię rewizjonizmu, ruchu robotniczego w Niemczech, samorządności robotniczej, osłon socjalnych. No może tylko nie rozpisano się zbytnio (czyli w sumie nie napisano) o krytyce zachodniej lewicy w stosunku do socjalizmów „systemowych”. I ani słowa o Chinach. Przypudrowany bo przypudrowany, ale mówimy cały czas o tym samym zjawisku. Więc przydzielone nam zadanie żąda on nas powiązania tego wszystkiego z najnowszą historią Chin? W notatkach które sporządzam dla mojej grupy (każdy z nas pisze, a później mamy zrobić burzę mózgów) wypisuję tylko kilka punktów, dlaczego moim zdaniem nie można jak dotąd mówić o losach socjalizmu demokratycznego w Chinach. I duży znak zapytania. Jestem ciekawa, czy oni są w stanie zaproponować jakieś połączenie tych pojęć i jakich ewolucji myślowych przy tym dokonają.
Zbieramy się i zaczynamy rozmawiać. Kończymy po 4 godzinach jak nas pani ze szmatą w ręku ze stołówki gdzie siedzimy przepędza. Przy okazji wychodzą tematy tzw. poboczne. Dziwią się, gdy mówię im, że u nas nie dzieli się świata na kapitalistyczny i socjalistyczny, i że nikt Chin socjalistycznymi na Zachodzie raczej nie nazywa. Nie bardzo też chyba łapią, gdy mówię, że nikt w Europie nie nazwie też, dajmy na to Szwecji „krajem socjalistycznym”. No to gdzie według nas jest ten socjalizm?

Chiny a socjalizm demokratyczny. Teraz widac wyraznie, że to zadanie to tak naprawdę sprawdzian. Nie tyle tego, czy grupa przeczytała zadane książki i czy sprzeda to reszcie, ale czy jest w stanie – jako przyszła elita Chin, jako przyszli dziennikarze poruszać się sprawnie w meandrach dyskursu publicznego, mowic tak, aby spelnialo to bardzo zlozone wymogi, a zarazem nie ocierać się o jawny absurd. O absurd to by się otarło, gdybyśmy zaczęli strzeliscie udowadniać, że Chiny to miejsce działania socjalizmu demokratycznego. Nie spełniałoby wymogów, gdybyśmy zaczęli wygłaszać pochwały zachodniego socjalizmu demokratycznego i kontrastować go z Chinami. Musimy znaleźć – ha – drogę środka. I na tym polega właśnie całe to ćwiczenie. W brodziku, z deska i plywakami, bez wypływania na pełne wody dyskursu publicznego. Próba odczytywania granic.

Grupa wykazuje się dużą dozą inwencji, ale i ekscentryzmu. Wytypowuje największe swe kurioza: Tajwankę i mnie do mówienia w swym imieniu. Obie się boimy, że się zapędzimy, że powiemy coś nie tak, co nawet nie tyle będzie podejrzane ideologicznie, bo profesor caly czas podkresla, ze to, co tutaj, to nie sfera publiczna, wiec to, co tu jest mowione rzadzi sie innymi prawami, ale ze wyrwie sie nam coś, co zdradzi naszą nieumiejętność poruszania się w tej rzeczywistości, potwierdzi przyjeta a priori naiwność i niewiedzę laowaja i Tajwanki. Albo  zostanie odczytane jako arogancja kogoś z kraju, który odrzucił socjalizm i kogoś z wyspy karmionej przez lata skrajną niechęcią do ChRL (SL boi sie podwojnie, bo nalezy do KMT i wszyscy o tym wiedza). Jako zabezpieczenie i poduszka bezpieczeństwa dołącza XD, chłopak oczytany, błyskotliwy i który na dobrą sprawie też jest osobliwością. Jako chiński Muzułmanin (ale nikt tego nie wie, ja wiem, bo jestem z innego świata, nie mam na plecach tego całego bagażu złożonych stosunków łączących/dzielących chińskie minzu i mi można – ale szeptem – powiedzieć) jest kimś spoza etnicznego mainstreamu. I tą jego peryferyjność czuję od razu, jeszcze zanim dowiaduję się, że jest z (tej właśnie) mniejszości, nasze doświadczenia bycia innym są w jakiś sposób podobne.
Nieszczęsny laowai, tajwańska tongbao i XD, erudyta z „problematycznej” mniejszości mamy pilnować, żeby to coś nie wylazło poza granice, których sami dobrze nie znamy.
Mam niezla treme. Nie tylko dlatego, że to pierwsze wystąpienie, gdzie wypróbowana będzie moja zdolność nie tyle do powiedzenia czegoś z sensem, ale do powiedzenia tak, aby nie powiedzieć niepoprawnie. Ale także dlatego, że to moja jedyna szansa udowodnienia 50 kilku osobom, że mam coś więcej do powiedzenia, niż tylko odpowiadanie monosylabami na te idiotyczne pytania typu „czy umiesz jeść pałeczkami”. Jak skopię, to drugiej szansy chyba już nie będzie. Zostanę tutaj 5 latkiem na zawsze. Grupa wrzuciła mnie na głęboką wodę, ale wiem, że robią to dla mnie, obmyślili to jako terapię po moich uniwersyteckich traumach (co je opisałam we wpisie „Upupianie”). No oczywiście też trochę pod publiczke, dla której gadający laowai to jak zajac dziergajacy se na drutach pokrowiec na uszy.
Jestem tej mojej grupie wdzięczna. Siedzieli w pierwszym rzędzie i robili miny pełne wsparcia. Chyba tylko dzięki temu poszło mi naprawdę super (podobnie jak czasem tylko dzięki temu, że słuchacz od razu przyjmuje minę jak do rozmowy z idiotą nieraz idzie potwornie), złapałam wiatr w żagle, przypomnialam sobie, ze moge po chinsku mowic plynnie, pelnymi zdaniami i na zlozone tematy, przypomniałam sobie, że w poprzednim, polskim życiu, zanim stałam się dziecinnym laowaiem, byłam nauczycielką, pracownikiem naukowym i czasami wykładowcą. Widok 50 kilku otwartych z wrażenia gęb (zając na ich oczach udziergal spory kawalek na drutach) był jedyny w swoim rodzaju. Kończymy tym, że problemem nie jest socjalizm, ale „demokracja” w jej zachodnim rozumieniu – idea ze względu na wielorakie uwarunkowania mało tutaj zrozumiała. Poszło. Profesor chwali część merytoryczną, ale odnosimy wrażenie, że jeśli chodzi o sprawdzian z ćwiczenia poruszania się w chińskim dyskursie publicznym powiedzieliśmy trochę za słabo, za bardzo niepewnie, mogliśmy trochę (trochę – tylko co to znaczy?) konkretniej (chociaż to jeszcze nie to słowo) i jeszcze by było ok.
Potem z SL, Tajwanką zastanawiamy się, jak można się nauczyć takiego wyczucia. Niby mnie powinno być łatwiej, bom z Polszczy. Choć wyczulenie na różne rejestry języka publicznego, w tym propagandowe, oraz poczucie jak delikatną i przedziwną są one materią mam pewnie i lepsze niż standardowy przedstawiciel jakiegoś kraju zachodniego, to jednak mam też wrażenie, że nie na wiele mi te polskie geny (i wychowanie) oraz pamięć schyłkowego PRL-u pomagają (choć jak ostatnio znajoma z pewnego kraju latynoskiego zadała chińskim znajomym pytanie o to, jak się ma filozofia “tego niemieckiego Zyda Marksa” do Renmin Ribao, to zrozumiałam, że mogło być ze mną zawsze jeszcze gorzej). To znaczy sa pomocne, ale tylko w okreslonym zakresie rzeczywistosci. Bo to, co jest tutaj, jest po pierwsze wielotorowe. Dangbao – gazeta partyjna – to gazeta partyjna. A media lokalne, media niecentralne i sciezki ktorymi sie poruszaja, jezyk ktorym pisza, bramki na ktore graja – to zupelnie inna sprawa. Studenci dziennikarstwa tego elitarnego uniwersytetu maja kilka lat, zeby to zrozumiec. Czesci na pewno sie uda.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

04

11 2009

Your Comment