Dolina tarasow 2

 

Z bolem serca wyjezdzam z doliny. Dzis na odchodne polazilam sobie jeszcze troche po okolicy. Poszlam do wioski widocznej z mojego okna. Ech, przez doline wydawalo sie blisko. Tylko ze nie leci sie na przekroj doliny w powietrzu. Do wioski prowadzi jedynie droga piesza, a najwiekszy uczestnicy ruchu jacy sie na niej zmieszcza (i to tylko do pola za wioska) to bawoly wodne:DSC03896

Dalej tylko stroma sciezka wsrod bambusow:

 

DSC03830

Chatki z gliny nie wypalanej – podrapalam sciane i zostala mi glina w reku, dziury pomiedzy takimi cegielkami na przestrzal, wlasciwie to bardziej azur niz sciany. Az strach pomyslec, co by tu bylo, gdyby bylo trzesienie ziemi.

DSC03862

DSC03886

Gdy wracam na tej samej sciezce pod kepa bambusow (ech, dopiero tutaj zrozumialam w pelni, dlaczego mowi sie, ze bambus sie smieje: w tej idealnej ciszy gdy uslyszlam ten dzwiek az podkoczylam, zupelnie jakby ktos za mna byl - a tam tylko kempa bambusow, przy wietrze jeden o drugi uderza i trze i tak wydaje ten niesamowity smiejacy sie dzwiek) siedzi 5 kobiet ludu Yi i wyszywa te swoje cuda. Pytam, czy moge zrobic im zdjecie. Odpowiedz otrzymuje juz w jezyku lokalnym, bo okazuje sie, ze zadna z nich nie mowi po mandarynsku, jedna tylko, nieco mlodsza od reszty (ok 35 lat) wplata pojedyncze slowa i w ten sposob zaczynamy “rozmawiac” (swoja droga jak widze na wioskowych szkolach te napisy: “请说普通话” –  prosze mowic po mandarynsku, to wydaje mi sie ze rownie dobrze mogloby by tam byc “prosze mowic po marsjansku”).

Czasem tak to bywa, ze ludzie nie maja wspolnego jezyka a i tak jakos mozna sie porozumiec lepiej niz niektorymi, co sie z nimi na jedynych czytankach wyroslo. Najstarsza z kobiet klepie reka ziemie obok siebie, bierze mnie za reke (jej reka jest twarda jak nieobrobione drewno) i tak laduje pod bambusami z wyszywajacymi kobietami plemienia Yi.  Zagladaja w moj aparat, smieja sie, po czym jedna zdejmuje wyszywana bluze, druga pas – pawi ogon, trzecia chuste, ustrajaja mnie, smieja sie, klaszcza w dlonie z uciechy, biora w chropowate rece aparat i robia (krzywe) zdjecia. Poniewaz wygladam w tych strojach jak kompletne 傻子, przeto z szacunku do Czytelnika daruje sobie wklejanie.

W kazdym razie jak patrze na te mile kobiety, to przypominam sobie napis na murze, ktory widzialam w ich wiosce: “kobiety nie chca wychodzic za maz za analfabetow”. Ech ciekawe czy oprocz dzieci i osoby o ktorej za chwile, jest w wiosce ktos (mniejsza czy kobieta, czy mezczyzna) kto pofrafi przeczytac ten napis.

Dalej wracam do miasteczka z czworka mieszkancow wioski. Osoby te sa niejako modelowym wcieleniem tego, o czym pisalam wczoraj o tutejszych kobietach i mezczyznach. No wiec ida: mloda dziewczyna z dzieckiem na plecach (pawi ogon, piekne wyszywania, mowi po madarynsku lepiej niz tutejsi Hanowie, choc akurat ta ostatnia cecha jest absolutnie atypowa), jej mlody maz i rodzice dziewczyny. Gdy pytam sie mlodej mamy, jak dziecie (4 miesiace) ma na imie, dziewczyna sie usmiecha i mowi “a, to po prostu nasz maly skarb – 那就是我们小宝宝”. Zastanawiam sie, czy u nich tez jest tak, ze unika sie wymawiania imienia dziecka (jesli jakies juz ma), albo tez nadawania mu “doroslego” imienia, zeby zle duchy nie zwrocily na nie uwagi.  No wiec tak: starsza kobieta ubrana w tradycyjny stroj dzwiga wielki kosz blizej nieokreslonych dobr. Mlodsza - wspomniane dziecko. Ojciec rodziny nie niesie nic, ubrany jest w spodnie od zniszczonego garnituru i kurtke, pali papierosa (troche mowi po madarynsku np. “my tu jestesmy bardzo zacofani, nie?” gdy grzecznie protestuje, ze gory, ze trudnosci, on na to: ” a co tam gadac, jestesmy wyjatkowo zacofani i tyle”. Mlodszy – ojciec “malego skarbu” ma pofarbowane obciete asymetrycznie wlosy, fioletowa bazarowa bluze ze srebrna nitka i kolczyk w uchu. Oczywiscie nie niesie nic.

Szkoda mi opuszczac to miesjce. Tym bardziej, ze wiem, ze jesli tu kiedykolwiek jeszcze przyjade ( a chcialabym zobaczyc jesien, wtedy zamiast malych jeziorek beda zolte dywany ryzu) bedzie to w kazdym razie cos zupelnie innego. Czy uda sie znalezc model tzw. rozwoju dla tego miejsca bez zamiany go w skansen i czy - przede wszystkim – ktorejkolwiek ze stron bedzie na tym zalezalo – nie wiem. Przed jedna z wiosek stoi brama powitalna a na niej dwa napisy: “Lud Hani i partia reka w reke w walce o rozwoj i harmonie spoleczna na wsi” i drugi: “z calej sily walczymy o relatywny dobrobyt (小康)”. Nie wiem, jak te hasla-wytrychy oficjalnego dyskursu stosowane wszedzie jak leci w calych Chinach maja sie do rzeczywistych wyzwan stojacych przed dolina i jej mieszkancami. Boje sie, ze totalizujace “rozwoj”, “relatywny dobrobyt” i “harmonia” przybiora tu postac skansenizacji, modelu w Chinach zdecydowanie najpopularniejszego i stosowanego niemal automatycznie  w odniesieniu o wszelkie “tradycje”. I zalosne i przygnebiajace sceny, ktore widzialam np. w Egipicie, gdzie mieszkancy “beduinskiej wioski” widzac pyl wnoszony na pustyni przez quady turystow beda szybko przykrywac ludowymi kapami telewizory (nie zrozumcie zle, nie to, ze mysle, ze “nie powinni” ogladac czego im sie zywnie podoba) i rzucac sie do “tradycyjnych”, niepotrzebnych juz nikomu zajec, beda mialy miejsce i tutaj. Na wszelki wypadek na koniec posta, kilka zdjec tego, co jest teraz, jakkolwiek by to nazwac:

wybieranie welny na chusty

DSC03735

DSC03773

Zdjecie powyzej – nie znam sie na strojach ludowych, ale wydaje mi sie, ze ta osoba nalezy do grupy nazywanej w Wietnamie Czarnymi Hmongami (tutaj uznawanych za podgrupie ludu Miao). We wsi:

DSC03847

DSC03868Na polu (nadal z “pawimi ogonami” charakterystycznymi dla Yi):

DSC03819

 tarasy:

DSC03233

DSC03386

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

01

02 2010

1 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. Lalevi #
    1

    Z niecierpliwością czekam na kolejny wpis z Twoich podróży.
    Serdecznie pozdrawiam.
    Małomiasteczkowy miłośnik herbat i poezji.
    Lalevi :)



Your Comment