Eksperyment. Roznice kulturowe 2

 

Jakies 4 miesiace temu napisalam o moim sprytnym planie przeprowadzenia eksperymentu z roznic kulturowych. Eksperyment usilowalam wykonac na pewnej probie jednoosobowej. Osoba ta to Chinczyk, profesor, lat ok 45, szycha  pewnego znakomitego wydzialu pewnego znakomitego szanghajskiego uniwersytetu. Eksperyment polegal na wreczeniu mu pracy semestralnej z przedmiotu “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”, w ktorej wytykam bledy metodologiczne (nieuzasadnione generalizacje, bledny dobor proby etc.), esecjonalistyczne podejscie do kultury i takie tam w ksiazkach, ktore polecil studentom przeczytac, aby sie ubogacili. A nie sie madrzyli. Wynik mialam oglosic tutaj, na blogu. Jak zwykle rzeczywistosc napeczniala tak, ze przecisnela sie juz dawno przez siatke mozliwych rozwiazan  (hipotez badawczych), ktore przychodzily mi do glowy. Prawde mowiac napeczniala tak, ze az odechcialo mi sie ja zbierac w slowa. Wyrzucilam te historie z siebie wlasciwie raz, w emocjach, po zakupieniu 2 butelek produktow marki “Wielki Mur” i paczki prodktu marki “Zhongnan hai” (dzieki Ci, drogi sluchaczu, wiem, ze gdzies tak od poczatku drugiej butelki zrozumienie mnie bylo czyms na ksztalt rozwiazywania rownania ze 100 niewiadomymi). No i, co tu duzo mowic, jakos to wszystko bolalo, uwieralo. No i blog to niby zapis wrazen i doswiadczen, ale z doswiadczaniami polegajacycm na strzykaniu przez doswiadczanego zolcia, trzeba jednak uwazac. Bo co wystrzyknie, moze zastygnac np. w generalizacje. Wracajac do tej konkretnej sprawy – pisze teraz bo a) juz nie boli, raczej smieszy b) rozstrzygnela sie ona dopiero teraz. No wiec – wynik, owszem, mam, ale wszystko potoczylo sie zupelnie nie tak, jak sobie sprytnie  pomyslalam.

Droga z zawijasami zaczela sie od tego, ze w trakcie zajec profesor ow wymyslil, ze praca, co ja oddalismy, to nie wszystko, ze odbedzie jeszcze egzamin pisemny i ze ocena koncowa bedzie wypadkowa tychze. Dobrze, niech bedzie i egzamin pisemny.

Wyznaczonego dnia stawiam sie przed wyznaczona sala. To moj ostatni dzien, gdy widze wspolstudiujacych, ostatni dzien w tych salach, gdzie zima z wyziebienia krecilo mi sie w glowie na zajeciach pomimo kurtki puchowej i rekawiczek, to ostatnie odwiedziny w tym budynku, gdzie siedzialam przez rok popijajac z plastikowego kubka z przykrywka oferowana przez uniwersytet wode o smaku zawiesiny z dna akwarium. Patrze na wspolstudiujacych czekajacych na egzamin. Kazdy z nich ma wielka torbe ksiazek z listy lektur, w reku trzyma wydruk prezentacji w powerpoincie, ktore profesor wyswietlal na zajeciach.

Przychodzi. Moj obiekt badania. Wpuszcza do sali. Siadam w pierwszym rzedzie, czekam na rozdanie arkuszy. Sa. Kilka pytan dotyczacych tego, co bylo na zajeciach (jakie typy kultur wyroznil badacz X, jakie modele wspolpracy miedzykulturowej wyroznil Y), dwa pytania otwarte, polegajace na analizie zamieszczonego w arkuszu tekstu. Wyciagam olowek, probuje sobie przypomniec te nazwiska, klasyfikacje, podzialki, te wszystkie ubrane w “naukowe” paltka stereotypy “Innego”. Sieciowy, wielotorowy, srodowiskowy, niskokontekstowy, wysokokontekstowy…Niech Wam juz bedzie… Ogladam sie za siebie, bo szum wertowanych kartek nie ustaje. Doslownie kazdy z egzaminowanych zajety jest rozkladaniem dookola siebie przyniesionych podrecznikow i wydrukow ppt. W wiezyczki, w stertki, w wachlarzyki, w zakladeczki. Az powietrze drzy od tego zbiorowego poruszenia kartek. Kto rozlozy, w swoich wiezyczkach, wachlarzykach, stertkach odszukuje dokladnie ten slajd ppt co trzeba, przytrzymuje paznokietkiem gdzie trzeba i z wysunietym jezykiem rozpoczyna kopiowanie slowo w slowo – jakie typy kultur wyroznil badacz X. Jakie modele pracy miedzykulturowej wyroznil Y. Znak po znaku. Ja mam a) arkusz b) olowek z gumka c) dlugopis d) wybaluszone ze zdumienia oczy e) opadniete rece. Zastanawiam sie, czy 4 faza akulturacji wyrozniona przez badacza Z, tzn. “przystosowanie”, kiedys milosiernie na mnie zstapi. Na razie tkwie tak z opadnietymi rekoma w fazie drugiej, okreslanej przez tegoz badacza jako “calkowite odrzucenie”.

Trudno opisac wrazenie, ktore sie ma, gdy na oczach profesora 50 osob przepisuje slowo w slowo z wniesionych na sale materialow, zwlaszcza, gdy cale zycie mialo sie wtlaczane do glowy, ze sciagac jest zle, a juz na pewno jest zle, gdy nauczyciel TO WIDZI. A teraz te 50 osob z elitarnego wydzialu elitarnego uniwersytetu po prostu przepisuje, siedzac bezpiecznie w okopach podrecznikow, notatek, wydrukow wykladow. 50 Chinczykow plci obojga paznokietkiem przytrzymuje, glowke przechyla, spisuje znak po znaku, a ja, jedyny laowaj na sali, ktory nieraz musi napisac jeden znak na marginesie kilka razy, zeby miec pewnosc, jak sie go zapisuje poprawnie (pozostalosc po nauce znakow tradycyjnych zamiast stosowanych w ChRL uproszczonych i latach pisania na komputerze zamiast recznie) siedze z arkuszem i olowkiem. Startujemy w tej samej konkurencji? Nie startujemy. Pamietam, mam usmiech zazenowania i krece glowa, gdy wstaje i zaczynam mowic (jak glupia) do profesora: “przepraszam, ale czemu oni nie chowaja ksiazek?” . On: “bo tak mozna, Ty tez mozesz wyjac”. I rosnaca wscieklosc: “To to w takim razie jest w ogole egzamin? Czemu mi nikt nie powiedzial, ze to tak bedzie sie odbywac?”. Szycha wydzialu widzi co sie swieci (“zhuyi anquan, laowaje potrafia nie zwazajac na hierarchie i zaleznosci okazywac wlasna zlosc i krytyke”!) i prosi mnie o wyjscie na rozmowe.

“Nie ma sie co denerwowac” - zaczyna na korytarzu – “napisz tylko odpowiedzi na pytania otwarte, polegajace na analizie tekstu, a ja Ci to uznam”. Po czym pada sakramentalne pytanie: “ale rozumiesz chinski pisany?”. Przyzwyczajona, ze tutaj nawet po oddaniu przeze mnie kilku parutysiecznoznakowych esejow, po wygloszeniu kilku referatow wylacznie po chinsku moze w kazdej chwili pasc to pytanie, “ktore jest wyrazem troski o mojej tutaj dobre samopoczucie”, po prostu je ignoruje. “Ale mi nie o to chodzi, zeby mi pan teraz dawal taryfe ulgowa pozwalajac czegos nie pisac – usiluje tlumaczyc – tylko o to, dlaczego mi nikt nie powiedzial, ze to bedzie sie tak odbywalo”. Odpowiada: “To bylo na stronie internetowej tych zajec”. Aha, tej do ktorej nie mam dostepu, bo nie jestem w systemie, dzieki czemu zawsze prosilam Pana o zaladowanie mi materialow na USB? “Jesli czegos nie wiesz, albo nie rozumiesz, to moglas sie zapytac” – przechodzi do ataku profesor.  I dodaje: “To jest specjalny rodzaj egzaminu, kaijuan —- 开卷儿, dzieki temu, ze maja materialy, moga sie skupic na poglebionej analizie”. Jakiej do cholery analizie, w ktora strone poglebiona, skoro widze, ze pisza znak w znak to, co bylo podczas wykladu? Czy to w ogole jest w takim razie egzamin? Profesor ze smiechem: “To nie tak, to nie tak. Moze kiedys zrozumiesz nasz system edukacji. No ale przeciez powiedzialem, zebys nie pisala tamtych odpowiedzi i tez Ci to uznam”. A ja czuje, ze wlasnie skumulowalo mi sie wszystko – zlosc za ten rok upupiania, za ten rok, gdzie nikt nawet nie zapytal, czym ja sie zajmuje, przyjmujac za oczywiste ze zajmuje sie nauka jedzenia paleczkami, za ten rok, gdzie profesor, inna slawa wydzialu, moje okupiony duzymi nerwami pierwszy referat (o Shumpeterze) skwitowal: “o , i nawet laowaj cos powiedzial”. Rok, gdzie obecnie patrzacy na mnie z usmieszkiem profesor nauczal: “laowaje maja w zwyczaju…”, “laowaje nie potrafia…” nie zapytawszy nigdy jedynego siedzacego w sali laowaja o odczucia (o opiniach nie mowiac). Rok kogos, kto nie byl tam nikomu potrzebny. Czuje jak zolc doslownie podchodzi mi pod oczy, mowie, a wlasciwie sycze to wszystko jedno po drugim. Takze i to, ze nigdy raczej nie poznam tej kultury edukacji, poniewaz nigdy nie zechcieliscie nawet ze mna porozmawiac. W pewnym momencie dociera do mnie, ze wlasciwie to teraz od syku przeszlam do darcia sie, do rugania naczelnej szychy wydzialu, ze stracilam kontrole nad gniecionymi tyle czasu negatywnymi emocjami i ze zwyczajnie wylewam na tego czlowieka zal i frustracje calego roku. Miedle nerwowo jakas kartke w dloni i trzaskam nia dla podkreslenia tego, co mowie w porecz krzesla, ktore stoi obok. Rzucam okiem na kartke . To arkusz egzaminacyjny. Rozkladam, chwila milczenia z obu stron. Zeby wrocic do rzeczywistosci skanuje niemal bezwiednie tekst przeznaczony do analizy. Teskt nosi tytul: “Bycie zona laowaja to nic latwego”. Przeslizuje sie po tekscie. Autorka opisuje “beztroskie”, “powierzchowne” zachowanie swego brytyjskiego wybranka. Cenil romantyczne gesty, a w domu nie chcial pomagac. Na koniec wykonczona dziewczyna wnosi sprawe o rozwod. Polecenie: “Zinterpretuj to, co wydarzylo sie autorce z perspektywy roznic kulturowych”. “Moze kiedys zrozumiesz nasz system edukacji” – powtarza profesor. To moze pan kiedys tez cos zrozumie. Ja pana tez na koniec czegos naucze. Prosze zapamietac,  ze jak w klasie bedzie siedzial choc jeden cudzoziemiec, to niech pan nie mowi przy nim <<laowai>> , a juz na pewno nie podczas kursu “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”. Unosi brwi, jakbym zamienila sie w zupelna wariatke, taka co ma urojenia i tanczy na stole. Jestem zmeczona, wszystko we mnie dygoce, przestalo mi juz zalezec na napisaniu tego egzaminu, chce juz tylko rzucic tym wszystkim, wyjsc i isc przed siebie. No ale tlumacze. A  wiec laowaj – 老外 — (dosl. stary zewnetrzny) podkresla tylko i wylacznie moja wzgledem Was obcosc, zewnetrznosc, wazne jest tylko to, ze w waszych oczach jestem inna niz Wy. I prosze sobie darowac tlumaczenia, jak to wyraz stary “w chinskiej kulturze” podkresla szacunek. Drugie ze stosowanych w Chinach wyrazen – ktorego niestety pan nigdy podczas zajec nie zastosowal to 外国人. 外 – zewnetrzny, 国 – kraj, 人 — czlowiek. Czlowiek z zewnetrznego kraju. Ma swoj kraj, tylko inny niz Kraj Srodka.  No i jest co, badz co badz, czlowiek., a nie stary zewnetrzny. Czlowiek, tylko po prostu z organizmu panstwowego ulokowanego gdzies indziej.

Wychodze. Ide troche jak otumaniona ta sama droga, ktora chodzilam przez ten rok codziennie dwa razy. Cukiernia, rodzinna knajpka mniejszosci Hui, zaklad fryzjerski. Fryzjer ma dzis fioletowa fale nad czolem. 2 butelki Wielkiego Muru. Poczta i bank. Paczka Zhongnanhai. Moje osiedle. Ludzie w pizamach. Pieski z farbowanymi uszami. Odrapana klatka.

P.S. Gdy wyjezdzalam, poinformowano mnie, ze oceny z tego przedmiotu, jak i innych egzaminow beda wystawione dopiero jesienia. Wlasciwie to juz tylko dla siebie chcialam zobaczyc, co na tej karcie bedzie, bo niespecjalnie licze, ze ktos mi kiedys w Polsce te cuda uzna w poczet zajec. Jako, ze mamy jesien, zaczelam do mojej, bylej juz, szanghajskiej uczelni pisac. Odpowiedz pierwsza – jedynym sposobem, zebym dostala karte ocen jest osobisty przyjazd do Szanghaju, znalezienie kazdego z nauczycieli z osobna (jeden odszedl na emeryture, jeden przestal uczyc z dosc ciekawych powodow, prawie nikt z nich nie czyta ani nie odpowiada na maile ani nie pojawia sie na dyzurach) i poproszenie o wpis. Odpowiadam grzecznie, ze mnie juz w Szanghaju nie ma i ze prosze o sprawdzenie, czy juz sa oceny. Brak odpowiedzi. Przypominam sie uprzejmie. Brak odpowiedzi. To samo potwarza sie x 3. Pisze mniej uprzejmie. Odpowiedz: ocen jeszcze nie ma w systemie, nie mozemy przyslac. Zbieram sie w sobie i pisze “po szanghajsku”: ze w zyciu nie spotkalam takiego braku kompetencji i zrozumienia, zeby lepiej, zeby na razie w ogole nie przyjmowali zagranicznych studentow, bo to tylko dla nas potem klopot etc. Odzwyczailam sie przez te kilka miesiecy od takiego rugania, besztania i nadymania, znowu czuje znajome “szanghajskie” gniecenie w zoladku, znowu czuje absurd tego mojego samotnego tluczenia glowa o sciane. Po doslownie 20 minutach przychodzi skan dokumentu. To lista ocen. Napisana recznie, ale ze stemplem, tak jak chcialam. Przejezdzam wzrokiem oceny. Szukam jednego przedmiotu. Jest. “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”. Ocena: B. Czyli czworka. To tak, jakbym skopiowala te wszystkie odpowiedzi z powerpointowej wersji wykladu, ale nie dosc dokladnie. Jakbym nie dosc dokladnie rozrysowala mape przeciwienstw pomiedzy kolektywistycznie, sieciowo nastawiona i zorientowana na wysokokontekstowy jezyk chinska dziewczyna a indywidualistycznym, egoistycznym, niskokontekstowym laowajem, z ktorym tak strasznie trudno byc.

I to jest juz koniec eksperymentu. I koniec zupelny mojej przygody z szanghajska uczelnia. Pozostali uczestnicy egzaminu, przyszli dziennikarze, dostali kolejne pozytywne wzmocnienie – przepisuj slowo w slowo, a czeka Cie nagroda. Ja dostalam po wspomnianym zestawie produktow porzadnego kaca. Chociaz nie, chwilka, to jeszcze nie koniec! Gdy dostaje przedwczoraj skan wykazu ocen (jest niekompletny, bo niektorych ocen wciaz nie ma) odpisuje dziekujac i prosze o wyslanie kompletnego wykazu na moj polski adres. Przychodzi odpowiedz – “konwencja szkoly jest aby zagraniczny student sam zalatwil sprawe wykazu ocen (学校惯例是留学生自己办 理) - ale szkola zgadza sie Ci pomoc i wysle Ci dokument”. Padam na twarz i szepcze slowa wdziecznosci, a rece ukladaja mi sie same w… chinski gest podziekowania!

To moze nastepnym razem opisze moja pekinska uczelnie? Nie, nastepnym razem zostawie na chwile sprawy mego edukowania sie w Chinach i napisze o mojej dzisiejszej wyprawie w hutongi, ktora niespodziewanie zakonczyla sie w malutkim domku z gliniana dachowka pelnym rozwrzeszczanych hongweibinow i …rumianych Tybetanek.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

26

09 2010

20 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. 1

    Staję po stronie profesora. Jeśli informacja o formie egzaminu była na stronie, a ty go nie poinformowałaś zawczasu, że nie masz dostępu do strony, to nie była jego wina przecież.

  2. Cer #
    2

    Cudownie opisane. Czytam ten blog już pół roku i, choć do tej pory się nie odzywałem, chciałbym coś wyznać:
    Bxy, jestem Twoim fanem ;-) .

  3. Andrzej #
    3

    @bxy

    • „…jakos to wszystko bolalo, uwieralo…” – I myśmy byli wyraźnie zartrwożeni Twoim milczeniem (4 miesiące, jak ten czas leci…) /dowód: nikt z nas nie odważył się poganiać Cię pytaniem „No i jak poszło?”/
    • „…wszystko potoczylo sie zupelnie nie tak, jak sobie sprytnie pomyslalam.” – pochwalam ukrytą w tym zdaniu (podświadomą?) wolę samokrytyki :)
    • „…na stronie internetowej zajec”. Aha, tej do ktorej nie mam dostepu, bo nie jestem w systemie…” – Jak to „nie jesteś w systemie”? Błąd systematyczny? Ruletka? Anuszka ma rację?

  4. ril #
    4

    bxy może nie być w systemie bo np. wymagają jakiegoś numerka, który mają tylko Chińczycy. Albo ktoś czegoś nie załatwił. Źle być wyjątkiem dla systemów informatycznych. Profesor widać nie zastanowił się, czemu bxy nie ma dostępu do materiałów i co z tego wynika.

    Poza tym bardzo dobry wpis. Ten opór przed poznaniem obcego, przed porozmawianiem z nim, żeby zweryfikować swoje przekonania. Ten brak szacunku dla niego i przekonanie, że tego co nasze on nie zrozumie. To się układa w całość z tym absurdalnym oporem chińskich elit końca dynastii Qing przed przyjęciem zachodnich idei zarządzania krajem.

  5. szpak #
    5

    Wiem, że jestem nudny. Ale czy przypadkiem w Szanghaju nie uczą dziennikarzy zawodu w sposób bardziej zbliżony do czekających ich realiów? Mam wrażenie, że gdzie indziej muszą się uczyć pewnych rzeczy, czasami boleśnie, sami.
    To był oczywiście żart. Z serii tych ponurych.
    Z opisów bxy wynika, że niestety indywidualizm został zaadoptowany chyba tylko w sferze gospodarczej. Uczelnie są daleko w tyle. Jeśli w ogóle się coś tam ruszyło. W sumie nic dziwnego. Indywidualizmem w nauczaniu nikt specjalnie pewnie nie jest zainteresowany. A przynajmniej na tych kierunkach.
    Skostnienie wielkich, mądrych, uniwersyteckich głów mogłaby śmiało stać się przysłowiowe. Nie tylko w Chinach. Ciekawe jak to wygląda na technicznych i ścisłych kierunkach.

  6. bxy #
    6

    @ Anuszka, Andrzej, Ril – widze, ze konieczne jest dopowiedzenie (macie racje, trzeba bylo opisac lepiej kontekst) – facet jest wicedyrektorem wydzialu a mnie nie bylo w systemie dlatego, ze bylam studentem zagranicznym. On to nie tylko wie, ale i jest za to wspolodpowiedzialny. Poza tym za kazdym razem, gdy prosilam go o przegranie materialow na USB zawsze podkreslalam, ze brak dostepu do informacji jest dla mnie ogromnym utrudnieniem (moj pierwszy dzien na uniwersytecie wygladal np tak, ze kazano mi recznie spisac wiszacy na scianie program zajec, bo program jest tylko “w systemie”, a sekretariat nie zgodzil sie wydrukowac). Mowilam mu to. Bez odzewu.
    @ Cer – Dziekuje Ci bardzo, napisz cos czasem :-)
    @ Szpak – alez oczywiscie, myslalam, ze napisalam w sumie jasno…W sytuacji, gdy np.portale internetowe zobowiazane sa do przedrukowywania informacji z agencji Xinhua i dangbao i nie moga prowadzic wlasnych sledztw dziennikarskich, w interesie wszystkich lezy, aby student nauczyl sie, kiedy i jak trzeba kopiowac.To jest oczywiste i racjonalne. Kiedys, zeszla jesienia napisalam post, ale ostatecznie zrobilam potem z niego post prywatny. Ale teraz mysle, ze nie mowi niczego, czego nie powinnam byla powiedziec, wiec moge go w sumie spokojnie “odprywatyzowac”. Przedstawia on zajecia, na ktorych cwiczy sie wlasne wewnetrzne wyczucie, kiedy i na ile mozna zagrac wlasnym przemysleniem, krytycznoscia, a kiedy wlaczyc, w interesie wszystkich (wlasnym rowniez), tryb kopiowania. Niezla gimnastyka. Post jest tutaj.
    Swoja droga ciekawe – na tym uniwersytecie spotkalam kilku idealistycznych profesorow, ale ani jednego idealistycznego studenta. Nie te czasy, nie te cele.

  7. szpak #
    7

    Jasno, a jakże. Celne obserwacje. Adepci się uczą, gdzie są granice. W sumie nic dziwnego.
    Dziwne jest to, że ludzie myślą, że jeśli granice nie są wyznaczone to ich nie ma.
    Nas dziwić może taka ostentacja. Brak obłudy. Czyli ukłonu w stronę cnoty. To chyba te różnice kulturowe.
    Takie zajęcia mają jednak jeden feler. Nie uczą umiejętności wyczucia skąd wieje aktualnie wiatr.
    Dopiero gość, który w sekundzie potrafi zmienić swoje poglądy o 180 stopni nadaje się całkowicie do zawodu.
    Tresura robi swoje. A czy na tym, czy na innym etapie edukacji, to już szczegóły.
    Co prawda lepiej dostać złą ocenę niż wyrok iluś tam tysięcy odszkodowania. Na cele charytatywne oczywiście.
    Ciekawe ilu idealistycznych studentów dziennikarstwa jest w Polsce. Zawsze wychodzę z założenia, że ludzie wszędzie są mniej więcej tacy sami. Pomijając różnice kulturowe oczywiście. I z reguły sprawdza się to doskonale.
    Umiejętność wyczucia skąd wieje wiatr i gdzie są aktualnie granice, zawsze była w cenie. I ciągle jest. U nas dalej za autorytety moralne robią goście, którzy równie doskonale sprawdzali się za PRL-u.

  8. Andrzej #
    8

    No tak, w obłudzie to jesteśmy niezniszczalni.
    I u nas, gdyby „nam” Ktoś, w swoim czasie, nie powyganiał handlarzy ze świątyni, starorzymskie powiedzenie „petunia non olet” byłoby nadal brane za dobrą… monetę i gotowi bylibyśmy stroić obrzędowe drzewka świąteczne banknotami, jak to czynią (…in buona fede) do dziś Chińczycy.
    Różnice kulturowe…
    (Im On jakoś nikogo z pagody nie wygonił, to pieniędzy się wstydzić nie muszą, wprost przeciwnie… Nawet jak je swoim bliskim na tamten świat z dymem ofiarnym przesyłają, to sztuczne pieniążki spalają, a nie te prawdziwe, no bo pieniądz to rzecz święta… )

  9. 9

    @bxy
    Aaaa, teraz wszystko jasne.
    Facet nie chciał sobie d. zawracać obcą studentką ani jako dyrektor, ani jako wykładowca. Wpisał ci na odczepnego czwórkę, bo też świnią nie chciał być. Po prostu nie chciał sobie zawracać d.

    Mnie się takie podejście wydaje dość… polskie. Może w odrobinę innych kontekstach, ale zdarzało mi się z nim spotykać na polskich uczelniach. Jeśli mam rację, to nie chodziłoby nawet o złe traktowanie cudzoziemca jako cudzoziemca, ale o sposób traktowania każdego niepożądanego bodźca wytrącającego zastałe środowisko z samozadowolonej homeostazy.

    Oznaczałoby to, że zwyczaje panujące w państwowych molochach są u nas podobne do tych panujących w molochach chińskich. Oczywiście nie znam się i tak tylko gdybam. Ale widzę tu dziedzictwo wspólnej socjalistycznej przeszłości.

  10. 10

    Świetny opis :) Przed oczami jak żywe stanęły mi nasze batalie z chińską administracją uniwersytecką. Podobnie czułem się jak przed wielu laty przez ponad 2 miesiące walczyłem o przeniesienie między uczelniami. Próśb w ogóle nie zauważano, groźby i besztanie działały na zbyt krótką metę. Dopiero poważna afera i szantaż ideologiczny załatwił sprawę pozytywnie.
    A co do dziennikarzy chińskich – czasem bywają bardzo twórczy. Zwłaszcza wtedy kiedy piszą artykuł pod zleceniodawcę, który jest gotów poświęcenie i twórczą pracę pismaka sowicie wynagrodzić, zwłaszcza gdy autor jest skłonny dokonać drobnych lub nieco większych retuszy w nie zawsze wszak doskonałej rzeczywistości. Dlatego też część agencji i instytucji zajmujących się promocją w Chinach musi się trochę napocić jak tu zachęcić chińskich dziennikarzy do podjęcia tematu bez szeleszczącej gratyfikacji.

  11. bxy #
    11

    @ Szpak. Piszesz: “Dopiero gość, który w sekundzie potrafi zmienić swoje poglądy o 180 stopni nadaje się całkowicie do zawodu.” Ha, sek w tym, ze ja tam przez rok znalazlam moze 2 osoby, ktore mialy jakiekolwiek poglady :-)
    @ Anuszka – ja mam podobne wrazenie – ze wszystko, co zaburza status quo, co nie miesci sie w celach (a tym momencie jest to wypuszczenie jak najwiekszej ilosci absolwentow, a nie jakies tam nie wiadomo jakie relacje i badania), jest uciazliwe i trzeba to gdzies ustawic w kacie, zeby nie wadzilo. I owszem – na uczelniach polskich jak najbardziej mozna spotkac podobne nastawienie. Inna sprawa, ze jak sobie wyobraze na polskiej uczelni (uznawanej za jedna z najlepszych) “czytanke” pt.: “Bycie zona Azjaty to nic latwego” a dalej polecenie – wymien roznice kulturowe pomiedzy Azjatami (ech, no powiedzmy pomiedzy “starymi azjatyckimi”) a Polakami…
    @ Lukasz Sarek – no wlasnie. W poprzednim komentarzu podalam link do opisu uczenia sie tego rodzaju kreatywnosci. Na szczescie specyfika chinska :-) (np. krytykuj, ale nie bezposredniego przelozonego, ostra konkurencja w mediach) rozwija tez innego rodzaju kreatywnosc, taka, ktora daje cos i czytajacemu. P.S. Teraz wciaz w Chinach?

  12. szpak #
    12

    @bxy
    Widać lata szkolenia zrobiły swoje. Nie warto mieć poglądów. Zbyt niebezpieczne i zbyt kłócące się z obserwowaną rzeczywistością. Taki brak poglądów jest paradoksalnie o wiele lepszy niż “poglądy” żywcem wycięte z aktualnych prasówek. Przynajmniej znamionuje resztki poczucia rzeczywistości. Chyba wolał bym takiego dyskutanta od zaciętego klakiera obecnej władzuchny. Niestety u nas to raczej rzadkość :)

  13. 13

    @bxy
    socjalizm demokratyczny w Chinach :) uczta intelektualna, niezła zabawa dla chińskiego dziennikarza, powinni najpierw dla rozgrzewki dać co strawniejszego centralizm demokratyczny w partii na przykład.
    To o czym wspomniałem dotyczyło trochę innej kwestii, – artykułów na zamówienie dla dużych firm czy władz lokalnych
    wciąż jeszcze w Chinach :)
    Pozdrawiam

  14. szpak #
    14

    @Lukasz Sarek
    Tu akurat różnica kulturowa nie jest aż tak wielka. U nas panowała przecież, jeszcze nie tak dawno, demokracja ludowa. Nawet blok się tak nazywał. Kraje demokracji ludowej.
    Prawdę pisząc. Po zapoznaniu się z bliska z obiema wersjami. Tą ludową i tą jednie właściwą, jakoś nie widzę specjalnie istotnych różnic. Faktycznego wyboru jak nie było, tak nie ma. Igrzyska dla mas jak były, tak i są. Czy te wszystkie męczące a permanentne kampanie PR są faktycznie mniej idiotyczne niż dostojne skretynienie dawnych towarzyszy? Kwestia gustu.

  15. Delifiction #
    15

    Laowai bardziej znaczy “zawsze zewnetrzny”, czyli nigdy nie zasymilowany. I tu jest dowod na to. Ja bedac w Chinach, na kazde zawolanie “hej, laowai” odpowiadalam “czesc laonei” i bardzo im sie to podobalo ze oni to wieczni “insiderzy” a my to wieczni “outsiderzy”.

  16. bxy #
    16

    Delifiction, “niekanoniczna” ale ciekawa interpretacja, w każdym razie trafia w sedno tego, co za “laowajem” stoi. Bycie “w” i “poza” jest trwalsze niż granice i dystanse geograficzne, zdarza się, że chińscy emigranci na Zachodzie też czasem mawiają na tubylców laowai :-)
    Ciekawe, czy ktos kiedykolwiek zechce na serio, zamiast tlumaczyc “dobrotliwie”, ze to nic złego, “zaznajomisz się z chińska kulturą, to ci przejdzie” etc., rugować “laowaja” z dyskursu publicznego, tak jak stało się to z “gaijinem” w Japonii.

  17. Delifiction #
    17

    Nie sadze. 鬼佬 przez tyle lat zyje w HK i ma sie bardzo dobrze. Troszke sie przebarwil z “czarnego” na “szarawy” a czasem nawet na wrecz “kremowy” ale to raczej za sprawa westmanow ktorzy zaczeli go uzywac w odniesieniu do samych siebie. I mysle ze to jest dobra strategia, ktora moze “laowai” powinien skopiowac.

  18. bxy #
    18

    He, obok mojego osiedla jest knajpa “Laowai’s” i reklamuje się jako “your home away from home”. Ciekawe, czy pomysł ten, aby z obcosci uczynić swojskosć i to sprzedawać był autochtoński czy obcy

  19. asd #
    19

    Hej,
    Jestem teraz na stypendium nieopodal, bo w Japonii. Fakt ze zajecia mamy teraz tylko w grupie 外国人 – bez kontaktu z autochtonami – ale system wyglada na podobny – sciaganie na egzaminie dozwolone/rycie na pamiec wypracowania z tematem podanym jakis tydzien albo lepiej przed wlasciwym egzaminem … w przeciwienstwie do nas, tj. szeroko rozumianych ludzi Zachodu, ludzie Wschodu – troche zaprzepascilem sprawe i w ogole nie pytalem Mongolow, ale Koreanczycy, Wietnamczycy i Chinczycy.. wszyscy uwazali to za cos w pelni normalnego… chyba jestem nieprzystosowany do tutejszego zycia.

  20. skoruch #
    20

    Kiedys zaoferowalem swoja pomoc internetowej znajomej z Wuhanu- konczyla wlasnie pisac swoja prace licencjacka, temat – roznica w podejsciu do zagadnienia prywatnosci w Chinach i “u waiguoren”. Praca napisana po angielsku, dziewczyna generalnie z niej zadowolona, prosila tylko o poprawienie owej angielszczyzny.
    Przystapilem do zadania z dobrymi checiami, efekt byl jhednak mizerny. Po kilku godzinach odeslalem jej ten dokument w wordzie, z rozgrzebanymi poprawkami na kilku pierwszych stronach i z dwiema zasadniczymi uwagami:

    1. JAK TY MOZESZ PISAC O LUDZIACH ZACHODU zupelnie tak, jakby niczym sie od siebie nie roznili?! W protestanckiej Holandii nie wiesza sie zaslonek w oknach, w katolickiej Polsce jest zupelnie na odwrot, a ty chcesz opisywac nasze wspolne podejscie do prywatnosci?!

    2. Tej angielszczyzny NIE DA sie poprawic. Po prawdzie jest to belkot zlepiony z madrze brzmiacych slow, nic wiecej. Te zdania czesto nie maja w ogole znaczenia. Obrzydliwosc.

    Odpowiedziala podobnie- po prostu nie rozumiem chinskiego systemu studiow.



Your Comment