Homo viator sinensis i atak bzdury

 

Po przejechaniu 320 kilometrow w sumie w 12 godzin, po zatrzymaniu sie na 2 dni w miasteczku przy pograniczu wietnamsko-laotansko-chinskim (trojjezyczne napisy na sklepach, jak sie dowiedzialam bynajmniej nie dlatego, ze te trzy narody razem tam zyja, tylko dlatego ze latem narody pozostale przyjedzaja na gigantyczny festiwal, przy okazji zaopatrzajac sie w chinskie dobra), po kilkakrotnym zatrzymywaniu autobusow, ktorymi jechalam przez kilka patroli policyjnych przycupnietych za kurniczkiem przy stoliczku (Birma, Birma! prochy!):

DSC03982

… po przejechaniu nastepnych 180 kilometrow w 8 godzin (calkowicie zerwana nawierzchnia gorskiej drogi, koparki ryja gory zeby poszerzyc droge, nieraz trzeba bylo czekac godzine, zeby zepchnely ziemie do wawozu, to ponizej to nie pustynia Gobi, tylko yunnanska droga):

DSC04113

… jednym slowem po ciezkej podrozy dotalam do regionu zwanego Xishuangbanna. Ta nazwa dlatego brzmi srednio chinsko, ze jest kalka fonetyczna z jezyka dajskiego (czyli jezyka 傣族 daizu, czyli ludu Dai) zamieszkujacego region. Pierwsze miejsce z regionu, do jakiego dotarlam to miasteczko, ktore choc ma tylko 3 ulice, to jednak ma tez najwiekszy w Chinach ogrod botaniczny roslin tropikalnych. Przechodzi sie mostem podwieszanym doplyw Mekongu (na zdjeciu ow doplyw)

DSC04252zeby znalezc sie w olbrzymim, wypielegnowanym ogrodzie, gdzie rosna cuda jak z innego swiata. Poszlam z samego rana, gdy jeszcze mgla sie nie podniosla. Wyjawszy to,  ze z zza krzaka (przeegzotycznego) leciala skrycie Sonata Ksiezycowa, to bylam zachwycona ogromem dziela, pajeczynami wielkosci, ksztaltu i gestosci siatki na zakupy, mnogoscia kwiatow, owocow no i calym natlokiem przyrody. No bo np. taki listek ponizej,  dla lepszego oddania skali, na listku polozony jest paszport Rzeczpospolitej Polskiej:

DSC04325

No wiec bylo milo, dopoki nie pojawil sie gatunek niezwykly, acz coraz szczerzej rozpowszechniony – chinski turysta (homo viator sinensis ):

DSC04360

DSC04339

 Chinski turysta wystepuje gromadnie, przemieszcza sie w stadach od kilku do kilkunastu osobnikow. Gatunek ten wybiera czesto srodek transportu jakim jest bialy meleks-autobusik. Dzwiek jaki towarzyszy pojawieniu sie stada tego gatunku to glos znieksztalcony tubo-megafonem. Chinski turysta ma tez przy sobie szczegolna bron, przy pomocy ktorej poluje na ladne obrazki – aparat fotograficzny wielkosci wiadra. Gdy osobnik alfa wyda ryk bojowy, np. “aaa, motylek na kwiatkuuu!!”, stado galopem udaje sie w kierunku  wskazanym przez przewodnika stada, z broni zas padaja szybkie strzaly migawki (motylek ucieka w panice, zostaje sam kwiatek).

Chinski turysta nie zamieszkuje zwyklych hotelikow – te sa dobre dla robotnikow. Chinski turysta w rzeczonym miasteczku juz niebawem zamieszka w ociekajacym zlotem, pseudotajskim hotelu nad brzegiem rzeki (na wykonczeniu). Tam bedzie mogl wybierac do woli w zachodach i wschodach slonca nad rzeka – robic zdjecia zachodu slonca swietlistego, ale z cieniami, wschodu troche z mgla, ale nie bardzo, miec kontrole nad chmurami, zeby mialy ksztalt ten, co ladnie wychodzi na zdjeciach etc. 

Pojawienie sie stad gatunku homo viator sinensis u innych gatunkow powoduje natychmiastowa chec ucieczki z zawladnietego przez chinskiego turyste ekosystemu. Nie inaczej tez bylo ze mna. Wymknelam sie z ogrodu i jelam zastanawiac sie, gdzie by tu konstruktywnie uciec. Ze (zdradziecka, jak sie pozniej okazalo) pomoca przyszly mi przewodniki – Lonely Planet i przewodnik chinski. Oba jednoznacznie wskazaly na miejsce o niewinnej nazwie “Dolina Lasu Deszczowego” – jako “niewielki ale doskonale zachowany fragment - cos takiego, niespodzianka- lasu deszczowego”. Niewielki, ale doskonale zachowany fragment lasu deszczowego okazal sie wyjatkowo dobrze zachowanym kawalkiem bzdury tak strasznej, kitu tak zenujacego,  ze problemem nie bylo juz nawet, jak to zwykle przy ataku ze strony bzdury bywa, smiac sie czy plakac, ale jak (i dokad??) uciec.

Ze cos  durnego sie swieci, dotarlo do mnie juz na wstepie (niestety juz po zaplaceniu za bilet jak Cygan za matke albo za kogo tam). Dajska przewodniczka (akcent arcyciekawy, tyle ze trudny do zrozumienia, slychac, ze jezyk dajski jest nie tylko jezykiem tonalnym, ale ma tych tonow mnostwo, a najpewniej jeszcze – podobnie jak tajski – i rejestry, co owocuje swoistym “plumkaniem” gdy taki native speaker gada po mandarynsku) wyjawia mi z tajemnicza mina, ze w Dolinie Lasu Deszczowego zyje plemie, ktore nie mowi po mandarynsku (no, takich plemion to ja moge wskazac na peczki nawet bez biletu za 120 kuajow) i trzeba je, znaczy to plemie, pozdrawiac wnoszac do gory  piesc i krzyczac “hu-ha”. Kazala mi przecwiczyc na trzy-cztery. Potem moja blada geba zostaje pomalowana jakims mazidlem, a potem to juz bzdura jela przyrastac w tempie geometrycznym. Nad naszymi glowami przelatuja na lianach ucharakteryzowani na dzikich mlodziency (wiadomo najlepiej wychodzi sie “na dziko” po rozczochraniu i usmarowaniu policzkow sadza). Za jedyne 10 kuajow zostaje zmuszona do zalozenia wianka i chodzenia za raczke z “plemieniem” zawodzacym smetna piesn (pewnie spiewaja “dalej razem, wszyscy spolem, chodzimy z turysta-matolem”, albo cos w tym stylu), wszedzie leza pomalowane czerwonym sprayem krowie czaszki, bo “krowa to ich totem” (i tak sie wala??). Kiedy zostaje usadzona w lesnym amfiteatrze w celu ogladania “tancow plemiennych”, obok mnie siada, w celu przysporzenia mi egzotycznych doznan, rozczochrany mlodzieniec w barwach wojennych (pewnie po pracy zaraz zmyje, no bo jak tak pojdzie do kafejki internetowej?) i klaszcze – dla wiekszej dzikosci i egzotyki – stopami (szkoda, ze nie uszami za to bym jeszcze doplacila chetnie z 50 kuajow) . Siedze chwile, po czym zwyczajnie nie wytrzymuje, wymawiam sie, ze droga daleka, a przed zmrokiem musze do miasteczka wrocic i zwiewam…Katem oka widze jeszcze tylko, ze za mna siedza, czekajac na wystepy, osoby o minach miejskich wyksztalciuchow, na miejskich glowach maja wianki, w rekach te swoje aparaty wielkosci miski i gladko lykaja te bzdury, ktore serwuja im “dzicy” swa dzikoscia i przewodniczki swa mowa. Coz, gdzie w gre wchodzi mozliwosc poplawienia sie w dumie z wlasnego “cywilizowania”, “postepu”, sposobnosc obejrzenia wlasnej cywilizowanej postaci w oczach i na tle “dzikiego”, tam chwilowo zostaje zawieszony chinski uniwersalizm roznych “rozwojow”, “cywilizowan”,  “harmonii spolecznych”, “naukowych podstaw”. Zapomina sie, ze tymi wszystkmi dobrodziejstwami powinien zostac objety takze i ten usmarowany sadza, klaszczacy stopami blizni. Ja nie wytrzymuje i pytam wracajac (uciekajac?) do wyjscia, co wsrod “dzikich” z obowiazkiem szkolnym. Przewodniczka na to gladko: “Rzad chcial ich edukowac, ale oni sie nie zgadzaja na edukacje”. No wiec przestaje zadawac glupie pytania i zwiewam ostatecznie.

Dodam tylko tyle, ze po tych upokorzajacych zdarzeniach i ogolnym przygnebieniu spowodowanym wpadnieciem ze swiata tarasowych pol do swiata piramidalnej bzdury, oraz po kolejnych paru godzinach jazdy, udalo mi sie wreszcie wyrwac w miejsce piekne i sympatyczne. Jestem pare kilometrow od birmanskiej granicy. Jezdze wyjatkowo antycznym rowerem po dajskich wsiach – dookola drzewa kauczukowe, we wsiach drewnane domy na palach, hinajanistyczne swiatynie, stupy z odpadajaca pozlotka, przy nich zlozone jak trzeba ofiary, nastoletni mnisi w pomaranczowych szatach i adidasach robia sobie proce… Gatunek chinski turysta jakos tu nie wystepuje. Za malo cywilizowanie zeby zaszpanowac byciem tutaj, za bardzo cywilizowanie, zeby kontynuowac rozkosze przegladania sie w oczach dzikiego. Dla mnie w sam raz – ale o tym nastepnym razem. Dzis po wczorajszej calodziennej jezdzie moim “dziadkowym” rowerem z trudem moge przybrac pozycje siedzaca.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

07

02 2010

13 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. Lalevi #
    1

    Mahajanistyczne swiatynie i mnisi? Z pokora i cicha nadzieja czekam na rozwiniecie. :)

  2. Witek #
    2

    > pewnie spiewaja “dalej razem, wszyscy spolem, chodzimy
    > z turysta-matolem”

    Ale sie usmialem. Pozdrawiam i czekam na kolejne wpisy.

  3. szpak #
    3

    Całkowicie Cię rozumiem. Też kiedyś miałem wątpliwą przyjemność rozkoszowania się takimi przedstawieniami dla turystów. Niestety nie mogłem zwyczajnie zwiać i skręcało mnie do samiuteńkiego końca. Czyli zjawisko ogólnoświatowe. Co pokazuje, że zawsze są chętni na takie “oszustwa”. Chyba chodzi o dość niski poziom percepcji, właściwy bardziej dzieciom. Vulgus vult decipi, ergo decipiatur.
    Filozoficznie można stwierdzić, że gdyby wszystkie oszustwa były tak błahe, świat byłby doskonały. Mnie skręca cały czas przy kontaktach z naszymi “wolnymi” mediami. I jedyny sposób ucieczki to brak telewizora, radia i rozmów z zachwyconymi pokazami.

  4. 4

    Uśmiałem się jak nie wiem co :-)
    A Chińczyk na wakacjach to rzeczywiście coś osobliwego. Pół biedy jeśli fotografuje motylki czy inne kamolki, gorzej kiedy wpadnie na pomysł zrobienia sobie z tobą zdjęcia. To przy braku porządnie wytrenowanej asertywności może się skoczyć sesją fotograficzną z całą wycieczką. Ja niestety z moimi prawie dwoma metrami wzrostu stanowiłem dla nich prawdziwą atrakcję, której nie sposób było nie sfotografować.
    Kolejna rzecz to ich szczególna podatność na działanie alkoholu, podobno uwarunkowana genetycznie (ale może to tylko plotka), która nie wiedzieć czemu ujawnia się właśnie podczas urlopu.
    No i te „atrakcje” dla turystów. Jeśli potraktuje się je z odpowiednim dystansem to zdarza się, że potrafią rozbawić do łez, co przez twórców wszystkich tych wystąpień, przedstawień czy innych happeningów może zostać odebrane jako coś niezrozumiałego, czy wręcz niestosownego. No, ale czasem mimo podjęcia wielkiej, heroicznej walki o powstrzymanie się od niestosownych reakcji musiałem uznać swoją słabość. Jedna Rosjanka dość trafnie określiła ten „gatunek” atrakcji turystycznej jako „pizdiec”. Wiem, że to dość wulgarne, ale jakoś mi pasuje do tego co w sensie artystycznym prezentowały sobą te wszystkie „dzieła”.

    Pozdrawiam i szerokiej drogi.

  5. 5

    Ja się uśmiałam do łez, tylko sobie tak pomyślałam, że to zdecydowanie z bliska jest straszne, dopiero z daleka śmieszne.
    Przypomina mi się tajwańska wioska aborygenów z tradycyjnymi chatami (z klimatyzacją) i występem z tańcami, podczas którego siedziałam dość otumaniona, przypominając sobie Sienkieiwczowską nowelkę “Sachem”.

  6. YLK #
    6

    Twoj opis swietnie oddaje charakter chinsiego globtrotera. Nas zawsze powalali 雷倒 turysci na Hainanie – gdzie takich atrakcji, jak w Twoim wpisie jest mnostwo. Oprocz wszystkich innych atrybutow – grupowosci, wrzaskliwosci, melexow, zdjec kwiatkow/motylkow na komende, dodatkowo sa oni wszyscy wystrojeni w niebieskie, zielone lub zolte bahamki. Odlot calkowity, gdy pojawia sie wyciezka czanych glowek z ubraniami jak z Hawajow. Niemniej od czasu do czasu warto miec takie doswiadzenie zeby pozniej wsrod natury i w samotnosci moc bardziej sie nimi rozkoszowac.

    Tak nawiasem – swiatynie hinajanistyczne jednak – Hinayana (Maly Woz) to pierwotna odmiana Buddyzmu, ktora dotarla do poludniowych Chin z Birmy, i rozni sie od Mahayany (Wielkiego Wozu; miedzy nie ma w nim kultu boddhisatw), ktory dominuje w reszcie kraju – za wyjatkiem wlasnie Yunnanu.

  7. bxy #
    7

    A no wlasnie – to jest smieszne w teorii, jest smieszne na (bezpieczna) odleglosc, mniej smieszne, gdy do czlowieka dotrze, ze za cene biletu moglby 2 dni spac i jesc…

    YLK – oczywiscie ze hinajanistyczne – ja po prostu jestem tak zmeczona jazda rowerowa (na starym 永久)w upal po gorach, ze srednio kontroluje co mowie i pisze. Musze odespac, bo bedzie jeszcze gorzej – tymbardziej, ze zaczyna sie wlasnie noworoczny koszmar – wlasnie przed chwila urzadzilam na dworcu scene “szanghajska” – z darciem twarzy. Oplacilo sie – zamiast tlumaczyc mi jak uposledzonemu dziecku “bo mu tu mamy taki nowy rok, chinski i teraz bilecikow nie ma” zaczeto ze mna rozmawiac jak z czlowiekiem. Nagle sie okazalo, ze jest telefon na ktory mozna dzwonic i sie dowiadywac, czy i jakie sa zworty, no i wogole, ze sa zwroty, ktore mozna rezerwowac. Tak wiec ochryplam od wrzasku, ale pomiety, zwrocony bilet do Dali mam w lapie. W sumie to pewnie nie ma sie z czego cieszyc. No nic, bedzie jeszcze jeden wpis z obserwacji zwyczajow chinskiego homo viator – tym razem z walnego zgromadzenia

  8. YLK #
    8

    Nie zazdroszcze, ale mysle, ze bylas przygotowana na mozliwe klopoty w tym okresie. W kazdym razie pobyt w Szanghaju juz owocuje…:) Nie ma tego zlego, co by na “dobre” nie wyszlo. Najwazniejsze, ze dajesz sobie rade – jeszcze raz powodzenia!
    Dali, Lijiang moga byc za pare dni koszmarem, ale z pewnoscia znajdziesz jakies katy, w ktorych bedziesz sie mogla schronic. NB kup jakis chinski przewodnik dla 驴友, ja glownie z takich korzystam, to dobra podstawa do planowania alternatywnych tras, na ktorych nie spotka sie klasycznego Homo Viator.

  9. bxy #
    9

    YLK, bylam, bylam i nie mam sztywnych terminow ani oczekiwan, kiedy dojade, to dojade (no, co innego, jak mnie kto w balona robi jak na tym dworcu). Co do Dali, to mam plan, tylko nie wiem, czy wypali. Zaklada on szybka ewakuacje z Dali do miasteczka 沙溪 posrodku drogi z Dali do Lijiangu (ale nie przy autostradzie, tylko przy starej drodze), o ktorym moj chinski przewodnik mowi tylko tyle, ze “to miejsce zacofane i zapomniane przez cywilizacje” i z tonu wnosze, ze jest zapoznione, ale “niefajnie” (masa starej architektury ale niespecjalnie “przygotowana” do odbioru masowych pielgrzymek). I tam zdaje sie takich miasteczek jest jeszcze kilka. No wiec, jak przez cywilizacje zapomniane, to moze i przez turyste chinskiego, ktory przecie musi zobaczyc przede wszystkim Dali i Lijiang, inaczej nie byl w Yunnanie… No a jesli nie to, to obstawiam jeszcze jedno miasteczko o podobnej charakterystyce pomiedzy Dali a Baoshan (tez nie przy autostradzie). Zobaczymy – zbieram sily, laduje akumulatory.

  10. YLK #
    10

    Shaxi wydaje sie byc rewelacyjne – choc niestety mam wrazenie, ze nie jest takie zupelnie nieznane, jak by sie chcialo. Z drugiej strony przeciez wystarczy, zeby nie bylo znane typowemu turyscie.

    Jedyne zachowane do dzis miejsce targow na starozytnym szlaku herbacianym:
    http://www.photofans.cn/forum/showthread.php?threadyear=2009&threadid=62627.

    Naprawde piekne.

  11. YLK #
    11

    Tak nawiasem Homo Aviator tymi swoimi wielkimi aparatami robi naprawde dobre zdjecia – oto dowod:
    http://forums.dpreview.com/forums/readflat.asp?forum=1036&thread=30866336&page=1

  12. bxy #
    12

    Bajeczne! Ale osoba, ktora fotografowala raczej z hordami nie lazila, bo by te wszystkie zuczki rozdeptali zanim by dobiegla z aparatem. Notabene na tarasowych polach spotkalam miejscowego mistrza fotografii ktory od 20 lat fotografuje wylacznie te tarasy. Robi zdjecia fantastyczne (pozostal przy aparacie niecyfrowym!)ale jak sam mowi,zdjecia do jednego albumu robil 2 lata. W jeden dzien biegnac z horda sie nie da. I cale szczescie.

    Wlasne jestem po kolejnej dzikiej awanturze na dworcu (przez ich skrajna niekompetencje o malo bym nie stracila z takim bolem zdobytego biletu). Zastanawiam sie czy isc do ich szefa czy darowac im z racji Nowego Roku.

  13. YLK #
    13

    Rzeczywiscie, profesjonalisci poswiecaja sie dla fotografii. Ja tez kiedys spotkalem takiego pasjonata, ktory na Sanqingshanie w Jiangxi mieszkal jak pustelnik, by moc sie zalapac na dobre swiatlo.

    Co do biletu – odpusc. Ja tez kiedys chcialem ich wszystkich uczyc i szkolic, i tylko mi siwych wlosow przybylo. Nie nauczysz ich, na pewno nie wszystkich, a tylko stracisz zdrowie. Posluchaj starego wyzeracza i nie drecz sie, naprawde szkoda zdrowia, zycie jest za krotkie, zeby je tracic na grzebanie w smieciach.



Your Comment