Koszmary Lijiangu i z niego ucieczki

 

Ech, no i tak jak wczesniej dane mi bylo doswiadczyc fantastycznych stron chinskiego Nowego Roku, tak od kilku dni doswiadczam w koncu jego stron mniej milych.  

Po trzech tygodniach wloczenia sie docieram do Lijiangu, ktory jest skrzyzowaniem Krupowek i Cepelii podniesionym do siodmej potegi plus  chinskie lampiony i chinska “tradycyjna” architektura. Miasto jest faktycznie cudnie polozone (o rzut beretem lodowiec Yulong o wysokosci 5600 metrow):

DSC06630

DSC06668

Ma platanine uliczek, dopracowane w najdrobniejszych szczegolach “stara” architekture (wszystkie dachy starego miasta, ktore jest bardzo rozlegle, maja podswietlenie nocne etc., wszystkie domy niejako z urzedu maja takie same czerwone lampy noworoczne). Po tej plataninie biega w amoku zakupow wyciagajacy stukuajowki, jak by to byly jednokuajowki, tlum. Ja, chcac nie chcac musze sie dolaczyc, bo chce znajomym kupic z podrozy jakies upominki. I jest problem – okazuje sie, ze pamiatki, ktore mozna kupic w Lijiangu sa dokladnie takie/te same jak w shuixiangach (miasteczka nad kanalami) Zhejiangu i Jiangsu, czy hunanskim Fenghuang – ogolnochinski standard reprezentujacy wyobrazenia ogolu o tym, jak powinna wygladac pamiatka z podrozy. Styl niby etniczno-ludowy, co by to nie bylo, bedzie troche podrzezbione, dodac fredzelki, batiki, tanie wyszywanie etc. W Hunanie robilo toto za wytwory ludu Miao, w Lijiangu robi za wyroby ludu Naxi, w Zhejiangu za wyrob ogolnie ludowy. Po mekach chodzenia po cepeliowatym “starym miescie”, w koncu wybieram cos o najmniej niestrawnym poziomie kiczu. Po czym z entuzjazmem dostrzegam wynajem rowerow.

Rower chcialam wynajac w celu dojazdu do lamaistycznej stupy zlocacej sie na gorce za miastem. Wsiadam na rozklekotany, oczywiscie za maly rower gorski (to ja juz 1000 razy bardziej wole yongjiu pai!) i jade. W miedzyczasie znikad pojawia sie wielka chmura:

DSC06600

 i nieuprzejmie opaduje mnie gradem. A stupa jak gdyby nigdy nic po drugiej stronie krajobrazu pieknie sie zloci  i zacheca do odwiedzin:

DSC06595

 Gdy docieram na miejsce, poraza mnie ogrom, przestronnosc, ale i calkowita odludnosc calego kompleksu. Po kreceniu sie po wielkich, pustych placach, natykam sie w koncu na gospodarzy – kilku mnichow. Najmlodszy z nich – na oko 17, 18 letni, oprowadza mnie po kompleksie i robi to z radoscia i duma. To, co z daleka wygladalo na kilkusetletnia swiatynie okazuje sie miec zaledwie 3 lata. Poprzednia swiatynia, ktora byla na gorze, zostala (podobnie jak inne przybytki religijne w okolicach, szczegolnie te nalezace do buddyzmu tybetanskiego, ktorego poludniowe granice oddzialywania zaczynaja sie wlasnie w okolicach Lijiangu) kompletnie zniszczona podczas Rewolucji Kulturalnej. “Zabrali nawet kamienie ze sciezek i zrobili z nich tary do prania” – opowiada mlody mnich.  Ale to, co powstaje teraz, powstaje z wielkim rozmachem, a mlodego mnicha rozpiera prawdziwa duma, gdy pokazuje to, co wlasnie sie robi. Stupa ktora mnie tu przyciagnela, z bliska jest nie mniej imponujaca:

DSC06606

W srodku prezentuje sie tez wspaniale, z wszystkimi freskami przedstawiajacymi sceny z zycia Sakyamuniego, flagami modlitewnymi, barwnym sklepieniem. Powstaje tez ogrod z mniejszymi stupami wzdluz sciezek. Stupy juz stoja, w pustych jeszcze zaglebieniach pojawia sie niedlugo posazki Boddishatwow. Jest tez wielki – na razie kompletnie pusty – z wyjatkiem mojego klekota – parking. Puste na razie budynki mieszkalne dla mnichow. Spory budynek biblioteki na wykonczeniu.   ”Bedziemy centrum religijnym i badawczym na duza skale” - mowi mnich i widac, ze naprawde sie cieszy i ma nadzieje, ze tak sie stanie. W miedzyczasie odbiera telefon i rozmawia po chinsku (tzn. oczywiscie nie standardowa mandarynszczyzna, tylko czyms innym, ale wyraznie chinskim) ze swoim ojcem, ktory mieszka 200 km na polnoc od Lijiangu, komentuja ze smiechem wielkie opady sniegu, ktory spadl w ich rodzinnej miejscowosci.

O ile mlody mnich jest Hanem, to Mistrz, do ktorego po zwiedzeniu kompleksu prowadzi mnie mniszek, jest rodowitym Tybetanczykiem. “Jestem tu juz szosty rok i wciaz nie nauczylem sie dobrze mowic po mandarynsku” - mowi z przepraszajacym usmiechem. Mistrz jest bardzo sympatyczny i tez jest dumny z tego miejsca, ktore powstaje: “jestesmy najbardziej wysunietym przyczolkiem buddyzmu tybetanskiego na poludnie”, usmiecha sie tak, jak usmiecha sie ktos, kto walczyl ciezko i na koniec wygral w wyscigu. Brzmi tez to troche tak, jak niegdysiejsze polskie “przedmurze chrzescijanstwa”. Mistrz i kilku innych mnichow siedzi w swiezo wykonczonej stolowce ubrany w podszyta misiem bordowa szate, ogrzewa sie przy piecyku, na ktorym stoi czajnik z herbata z mlekiem jaka. Na rozgrzanie po opadaniu gradem przed podla chmure, dostaje kubek tego nieprawdopodobnie strasznego, jakby zjelczalego, slonego swinstwa. Usmiecham sie, ze niby pyszne i pije. Dostaje dolewke. I nastepna. I nastepna. “To dobre na rozgrzanie, choc jak sie pije pierwszy raz mozna dostac mdlosci” – powiada z troska Mistrz, a ja, walczac z fala mdlosci, zaprzeczam, ze a skad, ze wrecz odwrotnie.  

Mnichow na razie jest tylko siedmiu - oprocz Mistrza wszyscy bardzo mlodzi.  W stupie i stolowce zdjecia akceptowanych w Chinach rinpocze. Mistrz sciaga z reki bransolete mala, ktora daje mi w prezencie. Dostaje tez kalendarz z cytatami z rozmaitych rinpocze i z jakze chinskimi zaleceniami na kazdy dzien (dzis np. dobrze jest isc do fryzjera, a zle kopac w ziemi, o jakiekolwiek kopanie by nie chodzilo). Dostaje tez broszurke pt.: “Kochac kraj i Budde” (nie moge odzalowac, ze gdzies ja zostawilam przed przeczytaniem). Jak te wszystkie napisy na meczetach - “爱国爱教 ” – kochac kraj i religie. Szczerze gratuluje Mistrzowi i mnichom dokonanych prac i ruszam w droge powrotna. Ja tez sie ciesze – razem z mnichami – z tego odrodzenia. Jakie by nie bylo.

Tym razem opaduje mnie deszcz, potem jeszcze klucze przez godzine po starym miescie w celu odnalezienia wypozyczalni rowerow. Po godzinie jestem tak wsciekla, ze na serio rozwazam (jezeli we wscieklosci w ogole mozna rozwazac), ze jak juz nie dam rady zwrocic klekota jego macierzy i odzyskac 100 luajow yajinu - zakladu, to przynajmniej pofolguje desperacji i wscieklosci i gada rytualnie zniszcze. Po czym, jak juz przymierzam sie do pierwszego ciosu gorskim buciorem w zdezelowane koleczko, uswiadamiam sobie ze wstydem, ze to zachowanie wysoce niegodne osoby, ktora wlasnie byla wrocila z buddyjskiego przybytku. Po czym wchodze do pierwszego lepszego sklepiku z turystycznym badziewiem, opisuje wypozyczalnie rowerow jak najdokladniej potrafie (co jest trudne, bo tu wszedzie sa wylacznie “stare” uliczki, “centra turystyczne”, czyli firemki organizujace wycieczki po okolicach i sklepiki z badziewnymi pamiatkami) i prosze o pomoc. Podejmuje sie jej mlody chlopak, ktory prowadzi mnie po tych cholernych uliczkach prosto do mojej wypozyczalni. Bo w Lijiangu pomimo cepelizacji gatunek szeroko w Yunnanie rozpowszechniony, czyli porzadny czlowiek, nie zaniknal.

Oprocz ogolnej meczliwosci Lijiang ma tez i dobre strony. Naleza do nich, oprocz wspomianego juz lodowca Yulong i mozliwosci odwiedzin lamaistycznego klasztoru bez jazdy do Tybetu (zagraniczni turysci wylacznie w grupach zorganizowanych, scisle nadzorowanych, wlasciwie bez czasu wolnego i mozliwosci kontaktu z mieszancami, za koszmarne pieniadze) ani przedzierania sie przez malo dostepne o tej porze roku polnocne drogi Yunanu i zachodnie Sichuanu:

1. Szeroka dostepnosc kulinarnego dorobku ogolnochinskiego. Po raz pierwszy od 3 tygodni (nie liczac blyskawicznego przelotu przez Dali) znajduje sie w miejscu, gdzie w knajpach jest normalne menu. W miejscach, ktore do tej pory odwiedzilam w Yunnanie, wybor wygladal tak, ze za pania kucharka lezala sterta roznych rzeczy do jedzenia (np. cos co z ksztaltu przypomina cebule a w smaku ziemniaka, jakies blizej nieokreslone liscie, jakies klacza) i trzeba sobie bylo wybrac, co owa pani kucharka z czym ma zmieszac. A ja chyba zawsze wybieralam nie te liscie, co trzeba. Poniewaz po takich trzech tygodniach za 鱼香茄子, 京浆肉丝 i  油条 tesknie bardziej niz za pierogami ruskimi, przeto rzucilam sie na ten ogolnonarodowy dorobek kulinarny z szalenstwem w oczach, jedzac dwa sniadania (油条 i mleko sojowe!!) i dwa obiady dziennie.

2. Prawdopodobnie jeden z lepszych widokow z kafejki internetowej, jaki mozna sobie wyobrazic:

DSC06652

Przydaje sie, gdy na dzien musze osiasc w kafejce i skonczyc – a jakze – prace semetralna.

3. Dosc smieszny Engrish:

DSC06592

DSC06696

DSC06697

Po tym wszystkim z ulga kupuje bilet autobusowy w celu przeprawienia sie do Syczuanu. Co okazuje sie nie takie proste. Po wjechaniu na wyzlobiona przez biegnacy w czasie deszczow przez droge strumien – jeden z malutkich doplywow Jangcy w jej gornym biegu – w przedniej osi autobusu-klekota cos sie urywa. No ale o dantejskiej, a zarazem dosc symbolicznej podrozy, ktora zakonczyla sie ostatecznie w Leshan, siedzibie najwyzszego na swiecie posagu Buddy, nastepnym razem.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

24

02 2010

8 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. Lalevi #
    1

    Bardzo ciekawe. Zaraz po opuszczeniu świątyni spadł deszcz. Następnie spotkałaś chłopaka- porządnego człowieka który wskazał Ci drogę.
    Prawda, że jest w tym pewna głębsza treść? :)
    Nie wiem czemu ale deszcz ma to do siebie, że zawsze pada kiedy chcę (ja albo moje inne ego) oczyścić się z pewnych myśli, rzeczy. Tak jakoś zwróciłem na to uwagę.
    Ja tez się cieszę – razem z Tobą – z tego odrodzenia. Jakie by nie było. :)

  2. bxy #
    2

    Lalevi – ja nie spotkalam, ja wymusilam. Inaczej nigdy bym nie trafila, Lijiang to labirynt.

  3. Lalevi #
    3

    Wymusiłaś, być może. A może tak miało być?
    Chciałem tylko zauważyć ten duchowy aspekt Twojego wpisu.
    Być może mam skłonności do przypisywania rzeczom zwyczajnym jakichś głębszych znaczeń. Tak więc jeżeli się mylę, serdecznie przepraszam.
    Mimo wszystko w tej historii dostrzegam to Coś.. :)

  4. bxy #
    4

    Lomatkoboska….:-)
    Moze jednak byloby lepiej, jakbym ten rower jednak zniszczyla?…

  5. 5

    “zagraniczni turysci wylacznie w grupach zorganizowanych, scisle nadzorowanych, wlasciwie bez czasu wolnego i mozliwosci kontaktu z mieszancami, za koszmarne pieniadze”

    Podczas mojego pobytu w Chinach, mój znajomy Niemiec pojechał sobie do Tybetu tak po prostu – wsiadł w pociąg nie zważając na nic (najpierw chciał jechać autobusem z Chengdu, ale jak pani na dworcu popukała się w głowę, to zrezygnował). Nikt go nie kontrolował ani o wizę nie pytał, nawet w hostelu. Tylko mieszkańcy nie chcieli z nim za bardzo rozmawiać o sytuacji tybetu, a jeden rikszarz nawet uciekł zaraz po zadaniu przez znajomego pytania…

  6. bxy #
    6

    Romek, a kiedy to bylo? Przed marcem 2008 czy po?

  7. 7

    To było mniej więcej w okresie zeszłego nowego roku, czyli tak luty 2009.

  8. bxy #
    8

    Nie wiem, z osob ktore podczas tej podrozy spotkalam, kto byl, to musial te wycieczki nieszczesne wykupywac (osoby ktore spotkalam, ktore wlasnie byly, mowily, ze uczestnikow wycieczek naprawde prowadzano w grupach – w przeciwienstwie do istniejacych na papierze grup niegdysiejszych) i nie bylo mowy o swobodnej jezdzie.



Your Comment