Mój klub sportowy…

 

…mieści się w podcieniach dzielnicowego stadionu (większego niż nowy stadion Legii, wystrój wielkochiński – trójnogie wazy ding wielkości samochodu, nazwa stadionu pismem pieczęciowym, ale oprócz inności ornamentyki, patos i rozmach jakby znajome – coś jak nasze MDM i Muzeum Narodowe w W-wie, nie mówiąc już o wzorach sztuki stadionowej przynależnych do innych wielkich -izmów). Klub jest piękny, luksusowy, designerski i w Polsce o karcie wstępu do takiego miejsca mogłabym tylko pomarzyć.

Na tutejsze warunki też jest chyba dość drogi. Jak bardzo, to nie wiem, bo oprócz lounge baru,  odważnego designu czy nowoczesnych żyrandoli klub charakteryzuje się też brakiem stałych cen.  Gdy przymierzałam się do niego po raz pierwszy, podano mi cenę inną niż za drugim razem. Potem gdy już zapłaciłam i dostałam kartę, rzuciłam okiem na zapisane na marginesie leżącego na kontuarze wykazu zajęć koślawe notatki: “one year price” i “half year price” wynosiły 60% więcej niż cena, którą zapłaciłam ja. Ktoś z obsługi pisałał ceny niechińskojęzycznemu gościowi. 价格  (jiage, cena) i price najczęściej nie mają ze sobą wiele wspólnego. Jak domknąć taką księgowość (płaci się kartą, dostaje rachunek) nie mam pojęcia.

Oprócz tego klub ma gigantyczną ilość pracowników, co do których trudno jednoznacznie stwierdzić, czym się zajmują. Przechadzają się korytarzami, pytają się, jak się dziś ćwiczyło, przesiadują godzinami przed wejściem, flirtują na QQ na firmowych komputerach. Są też trenerzy. Ostatnio mnie pomierzyli, poważyli (straciłam 5 kilo w 3 miesiące i to bez zbytnich wyrzeczeń, po prostu chińska dieta chyba lepiej służy współczesnemu trybowi życia, tu np. jest dużo mniej cukrzycy niż u nas), zmierzyli obwód bicepsa (haha), łydki lewej, łydki prawej, zrobili test wydolnościowy i zalecili więcej bieżni. Chętnie.

Jak na razie chodzę głównie na siłownię. Większość ćwiczących na niej osób to kobiety. Przeważnie w wieku 25-35 lat (choć zdarzają się i starsze o wyglądzie statecznych pań domu, jedna przychodzi z nastoletnim synem i ćwiczą razem). Zadbane fryzury, firmowe ciuchy, twarze wyrażające pewność siebie i siłę, profesjonalistki, białe kołnierzyki.  Z głośników (nie gorszych niż w klubie muzycznym) leci hipnotyzująca muzyka. Od indyjskiej bhangry, przez dance-przeróbki popularnych utworów w rodzaju 青藏高原  (to pieśń o Tybecie, jak śpiewa ją Li Na, to nawet kamień się wzruszy i utwierdzi w przekonaniu, że “Tybet jest nieodłączną częścią Chin”),  do koreańskich i japońskich hiciorów i Rihanny – specjalna selekcja, żeby nadać tempo, zahipnotyzować ćwiczących dudniącym basem. Tłum młodych kobiet biegnie na bieżniach wpatrzony w ekrany wiszace przed każdym ze stanowisk. Te biegi to nie żadne tam truchtanie po kilka minut – tylko poważny bieg po kilka ładnych kilometrów w dobrym tempie. Po drugiej stronie szklanej ściany spacerujący po parczku przed stadionem starsi ludzie w strojach wieczorowych – piżamach. Z wnukami na rękach, z pieskami na smyczach, rzucają okiem na spocony tłumek, który – jakby spojrzeć na to z innej perspektywy – choć daje z siebie wszystko, to jednak i tak nigdzie nie dobiegnie. Z pewnością nie myślą już o biegających tak, jak dwóch chińskich kompradorów ze starego Szanghaju z anegdotki (widząc angielskich dżentelmenów wyczerpanych grą w tenisa jeden z Chińczyków powiada: “Mają tyle pieniędzy, czy nie mogą zapłacić komuś, żeby robił to za nich?”). Ale ci po drugiej stronie szklanej ściany wyglądają raczej na zwolenników praktykowanych rano w parkach w ciszy i skupieniu łagodnych ruchów taijiquan (zwanego w Polsce taichi), a nie zaciskania z wysiłku szczęk przy basowym dudnieniu z głośników i jarzeniowym świetle. Albo na użytkowników rozsianych po dzielnicy (i nie tylko, to powszechny element miejskiego krajobrazu) skwerków z przyrządami do ćwiczeń (rowerki stacjonarne, drążki, stepery,  jakoś nikt nie niszczy, wszystkim służy latami).

Wśród ćwiczących są też oczywiście mężczyźni. I oni także przeważnie mają wygląd pracowników umysłowych, profesjonalistów, biznesmenów. Grupy, której obecność na polskich siłowniach skutecznie mnie dotych miejsc zniechęcała – różnych karków lub mięśniaków, w ogóle nie ma. Owszem, od czasu do czasu można spotkać kogoś, kto ma bary jak średniej wielkości łódka i z namaszczeniem i wyrazem troski i miłości własnej na twarzy rzeźbi je przez lustrzaną ścianą, ale z tych wielkich barów wyrasta  głowa z twarzą bladą bladością biurową, w grzecznych okularach, “garniturowa”  i delikatna.

Jest też trochę młodych chłopaków o twarzach i umięśnieniu typowo studenckim. Przychodzą najczęściej we dwóch i wzajemnie się dopingują, zachęcają, jeden asystuje drugiemu, bokiem pomaga podnosić za duży na wątłe studenckie rączęta ciężar.

Jest też cała masa laowajów, a szczególnie laowajów – dziewczyn. I jak na nie – i na siebie – patrzę, to dobrze rozumiem, co mają na myśli Chińczycy, gdy z rozbrajającą szczerością mówią, że my laowaje wszyscy wyglądamy tak samo. Jasne włosy w kucyk, spocone gęby, długie nosy, dresy, rzeczywiście podobieństwo jest uderzające (o samym przerzucaniu się Chińczyków i laowajów epokowym odkryciem “wy wszyscy wyglądacie tak samo” jeszcze na blogu tym napiszę).

Gdy wczoraj wychodzę z klubu, przy szklanej ścianie przy innej sali widzę tłumek młodych mężczyzn z twarzami dosłownie przyklejonymi do szkła, wpatrzonych w to, co się dzieje w środku. Tam już nie ma spoconych kobiet o wyglądzie groźnych menedżerek, ale oszczędnie ubrana grupka pań w różnym wieku z arabskimi dzwoniącymi chustami na biodrach, ćwiczą taniec brzucha. Wśród nich pofarbowany na blond dryblas wyższy od reszty ćwiczących o dobre 30 centymetrów – ze skupieniem na twarzy kręci kościstymi biodrami i macha rękoma. “To japoński student waszego uniwersytetu” – mówi jeden z chłopaków o nieokreślonym bliżej stanowsku z obsługi klubu, który też wyszedł i z zewnątrz obserwuje barwną grupkę. “Zawsze przychodzi tylko na zajęcia dla dziewczyn. I wogóle ma chyba raczej kobiecą osobowość. Taki już jest” a jego kolega kiwa z powagą głową. Nikt z otaczających nas osób się nie śmieje, nikt nie drwi z “dziwadła”. Jest wenming - i po jednej i po drugiej stronie szklanej ściany.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

16

10 2009

10 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. YLK #
    1

    Wlasnie ogladalem na CCTV10 program o 郭伟, “mistrzu” (大师, tak o nim mowily jego uczennice) tanca brzucha, ktory ma w Pekinie wlasne bardzo popularne studio, w ktorym naucza 肚皮舞. Osobowosc rowniez bardzo dziewczeca, az sie mdlo robilo ogladajac go. Podobno sa rowniez faceci cwiczacy tutaj taniec na rurze…

  2. bxy #
    2

    Ćwiczący to ćwiczący, ale gdzie ja to mogę zobaczyć? (głupie pytanie, jeśli gdzieś w ogóle, to oczywiście, że w Szanghaju). Te tańce na rurze mogę sobie łatwo wyobrazić. No a dziewczęcość faktycznie jest w modzie, patrz wygląd większości gwiazd koreańskich np. Bae Yongjun (który tutaj reklamuje kremy ujędrniające i na tych reklamach jest przedstawiony tak, że jak kto nie wie, kto zacz, może śmiało myśleć, że to kobita) czy 东方神起

  3. YLK #
    3

    Zgadza sie, to raczej zniewiescialy chlopaczek jest tutaj obiektem westchnien kobiet, niz mezczyzna w typie Janosika.
    NB mam do Ciebie kilka pytan technicznych, bo moj blog umiera przez blokade, a chce dalej blogowac. Oznacza to koniecznosc znalezienia providera, wlasnej domeny, etc. Twoj blog “chodzi” tutaj bardzo szybko, wiec bylbym wdzieczny za jakies namiary. Z gory dziekuje!

  4. Filip #
    4

    Witam,

    Wybieram sie do Szanghaju na rok w polowie listopada na staz.. mialbym pare pytan, m.in. tez jak wyglada sytuacja z fitness clubami. Moze przez maila bylo by wygodniej sie porozumiec?

  5. Yao #
    5

    U mnie było jeszcze ciekawiej, bo moja 价格 stanowiła mniej niż jedną trzecią 价格 z oficjalnego cennika… Oczywiście płatność kartą, rachunek itd.

  6. bxy #
    6

    o, to przynajmniej mieli cennik, a nie ocena na oko, ile kto wydoli. Może trzeba było pójść w starych łachach…

    YLK – jak w mailu.

    Filip, jeśli będę wiedzieć, to chętnie odpowiem.

  7. Yao #
    7

    Zastosowałem inną metodę: bardzo długo rozważałem ich ofertę, a cena przy każdej rozmowie, w której refleksyjnie powtarzałem “我还得好好考虑” spadała o jakieś 500 kuaiów i dopiero, gdy sięgnęła (w mojej ocenie) dna, uznałem, że “可以” ;-)

  8. Yao #
    8

    Drobne uzupełnienie: z palakatów wiszących wszędzie w klubie (wiszą między kościotrupami i plastikowymi dyniami, które też są wszędzie) dowiedziałem się, że mogłem załapać się na promocję halloweenową (sic!). Jak się dłużej zastanowić, to oczywiście niesamowity absurd obniżać ceny w klubie sportowym, w dodatku w Chinach, z okazji zbliżania się Halloween… Ale jak śpiewała Edyta Geppert, “[tu już] nie dziwi nic, nawet to co jest” ;-)

  9. bxy #
    9

    No kościotrup toż to jest chodząca (?) reklama idei fitness!

    Co do ceny – zastosowałeś metodę bazarową (jeszcze tylko brakuje powolnego odchodzenia, tak, żeby łatwo mogli Cię zatrzymać :-) . Mi jakoś nie pasowała do tych czarnych kryształów i kanap pluszowych. I źle się stało.

  10. Yao #
    10

    To była klasyczna metoda bazarowa, tylko w nieco innej skali (zwłaszcza czasowej), bo targowałem się jakieś 3 tygodnie, a substytutem odchodzenia na tyle wolno, żeby dali radę dogonić, było zostawienie numeru telefonu, na który przychodziły zachęcające SMS-y ;-)



Your Comment