Mur. Alternatywne scieżki klasy sredniej

 

Pekińska jesień, hebejska jesień (Pekin – nienależący administracyjne do Hebei – znajduje się w samym środku Hebei niczym dziurka w pączku z dziurką) to jesień słynna. Pekińska złota jesień, hebejska złota jesień. Od połowy października po pierwszy tydzień listopada, lud stolicy czyni przygotowania, bierze aparaty, plecaczki i wyrusza oglądać hongye – czerwone liście. Telewizja i internet na bieżąco śledzą sytuację czerwonych liści, gdzie są w danej chwili najbardziej czerwone. Lud stolicy przeważnie jeździ zatłoczonym ponad granice wytrzymałosci autobusem lini 331 w Pachnące Góry – Xiang Shan, leżące w obrębie metropolii, z kolejką linową i kilkoma światyniami (po części zostały tylko ruiny w wyniku działań wojsk angielsko-francuskich podczas wojen opiumowych). “Liście się czerwienią, tłumy przybywają podziwiać” – tak reklamują Pachące Góry swoje “Święto Złotych Liści”. Jako, że hasło to wywołuje we mnie głównie przerażenie a nie chęć przybycia, widocznie nie jestem targetem tej reklamy, więc i nie mam co porywać sie na produkt. Na podziwianie czerwonych liści wybieram więc miejsce gdzie tłum nie przyjedzie podziwiać, bo jak już tam wlezie, to tłumnie spadnie.

Na północ od Pekinu jest wiele miejsc, gdzie można wejść na Wielki Mur. Są to przeważnie malutkie odcinki Muru starannie odnowione/odbudowane, z urządzeniami w stylu magnetycznych bramek  i kolejek linowych. Koszulki, czapeczki, cuda na kiju. Turysta może przejść się 20 minut takim Murem i tylko ogarnąć wzrokiem/aparatem cześci Muru zamknięte dla publiki.

Wiekszość Muru jest  zamknięta dla ruchu turystycznego. Obsypujące się kamienie, strażnice w ruinie. Krzaki, kwiatki, woda, słońce w milczącej zgodzie odbierające metr po metrze temu dziełu kultury to, co należne naturze, czyli górską grań. Jiankou jest właśnie takim miejscem. Uznawany za jeden z najbardziej malowniczych odcinków, oficjalnie zamknięty dla ludzi, nieoficjalnie coraz częstszy kierunek wypraw chińskich i nie tylko luyou (luyou – dosl. “przyjaciel osiołek”, od noszonych plecaków, ale i homonim 旅游 – podróż). Do wioski u stóp Muru jeżdzi tylko jeden autobus dziennie i to nie bezpośrednio z Pekinu, najpierw trzeba wydostać się do oddalonego o jakieś 1.5 godziny jazdy od stolicy Huairou.

Jazda w sumie, z przesiadką i błądzeniem po Huairou celem znalezienia miejsca, skąd odjeżdża autobus do wioski u stóp Muru, zajmuje ok. 4.5 godzin, choć to w sumie chyba niewiele ponad 100 km. Gdy jeżdzące do wioski raz dziennie banche wspina się sapiąc po górach, widzę, że wybrałam dobrze. Rude liście, liście czerwone, bordowe, żółte. W autobusie kilku mieszkańców wioski i, oprócz mnie, 5 kolesi z plecaczkami i w polarach. Chińscy luyou. Banche przejeżdża przez przełęcz i wtedy widzę dolinę. W dole szare dachy wioski otoczonej górami jak koroną. A korona obrębiona szarym paseczkiem – to Mur. W wiosce sporo samochodów na pekińskich rejestracjach, mam problem ze znalezieniem miejsca na nocleg (autobus dopiero jutro rano!). 4 z 5 ludzi w polarach to koledzy, byli wspólnie razem na studiach, teraz razem jeżdżą. Pomagają mi znaleźć miejsce noclegowe, w wyniku ich prósb, dostaje mi się pokój, do którego wchodzi się prosto z patio, z 6 osobowym kangiem na mnie jedną.

Tych czterech – przyjeżdżają regularnie, znają drogę. Zawsze zżymałam się na chińskie mapy, zwłaszcza terenów pozamiejskich. Że brak skali, że dróżka i strumyk wyglądają na nich tak samo, że obiekty nie są zaznaczone punktowo, tylko po prostu w białym miejscu gdzieś pomiędzy wsią A a wsią B wkleja się wielki napis “ruiny światyni X” a ja potem jeżdzę po jakichś polach jak głupia rozganiając stada owiec w poszukiwaniu zabytku. Teraz patrzę jak czterech dage – “braci” – sprawnie korzysta ze swojej wydrukowanej z internetu mapki, która wygląda jak kilka makaroników mixian rzuconych luźno na kartkę. Tu jest wejście, tu podejście, tu się okrąża i schodzi połnocnym stokiem do wioski – wskazują na makaroniki na mapce. Wiem, że Mur Jiankou może być niebezpieczny, że część jest nie do przejścia, że część się zawaliła, większosć osypuje. Jemy prosty obiad na patio. Idę z nimi.

bDSC01274

bDSC01076

bDSC01236

bDSC01175

Mur Jiankou jest w ruinie. Przyroda zabiera po cegiełce, po kamyku to, co wnieśli na górę w skrajnym trudzie budowniczy z czasów dynastii Ming. I na miejscu zasiewa rośliny, zagnieżdża ptaki. Korzenie drążą pomiędzy kamieniami, rozrywają zaprawę sprzed prawie 650 lat. Deszcz sączy się  przez kamienne sklepienia strażnic, spływa kamiennymi rynienkami. Gdy strażnica się wali, wprowadzają się do niej węże i jaszczurki. Rok w rok woda deszczowa zamarza jesiennymi nocami w szczelinach, rozsadza je. Ale zważywszy czas od jakiego mur stoi nienaprawiany, zanurzony w dziką górską przyrodę, to i tak cud, że w ogóle stoi. Jeden z braci wodzi palcem po zaprawie pomiędzy mingowskimi cegłami – “to zaprawa guren, starożytnych” – mówi z szacunkiem – “współczesna nigdy by tyle czasu w takich warunkach nie przetrwała”.

bDSC01171

bDSC01098

bDSC01058

bDSC01044

Na murze niespodzianka (dla mnie) – mnóstwo ludzi. Ale bardzo różniących się od typu opisanego przez mnie kiedys we wpisie Homo viator sinensis. Cześć z nich ma wielkie plecaki, karimaty, część z nich rozłożyła je w ruinach strażnic, wyciagnęła kuchenki turystyczne, garnki, warzywa i skupiona przy ogniu gotuje. “Spędzą tutaj noc” – mówi jeden z braci. “My też spaliśmy tutaj latem, w strażnicy pod gołym niebem – ale dziś w nocy będzie zbyt zimno, nie mamy sprzętu”. Sprzęt. Tu nie ma butów na obcasie, ani nawet trampek. Wszyscy w butach górskich. Nie ma torebek na ramię. Są plecaki. Część idących ma czekany a nawet liny. Wiem, że część Jiankou jest wspinaczkowa i uznawana za nadającą się dla doswiadczonych amatorów gór.

bDSC01074

 To, co dookoła, nie da się opisać. Już nawet sama przyroda byłaby warta, żeby tu przyjechać. A Mur – największe ruiny świata, melancholia opuszczonych strażnic, kamiennych rynien po których od stuleci spływa deszcz, strażnice leżące w dole w formie rumowska porośniętych przez rośliny kamieni. To jest coś, co onieśmiela. Nigdzie, w żadnym wypieszczonym zabytku klasy AAAAA , nawet najcenniejszym historycznie, nie widać tak monumentalnosci przemijania wielkich epok. Ona tutaj chwyta za gardło.

bDSC01202

 Gdy tak idziemy, zdaje sobie sprawę, że to pierwsze miesce pełne chińskich turystów, gdzie nikt nie prosi mnie o wspólne zdjęcie (w miejscach takich jak sławne góry, np. Huangshan czy Taishan mam problem z wchodzeniem, bo średnio co 2 minuty muszę wytrącić się z trudem zdobywanego rytmu, zatrzymać się i zapozować, odpowiedzieć z zadyszką po raz 42398479283 na pytanie skąd jestem i skąd tak dobrze znam chiński). Luyou są skupieni ma Murze. Owszem pozdrawiają się, pomagają sobie, rozmawiają, ale nienachalnie, widać, że każdy próbuje jakos Mur przeżywać.

A skupienie się przydaje. Gdy dochodzimy pod miejsce zwane Orzel Wzlatujący ku Górze zaczynam rozumieć, jak to się dzieje, że co roku kilka osób żegna się na Jiankou z aktualnym wcieleniem. Ścianka jest pionowa, jest fragmentem obsypanego Muru. W szczeliny, gdzie zaprawa się wykruszyła, wpasowuje się palce, stopy szukają jakiegokolwiek punktu zaczepienia, co nie łatwe, bo stare cegły potwornie wyslizgane. Na dole grupka luyou: “prawa stopa odrobinę do góry i w prawo, powoli! powoli!” – sekundują. Gdy wreszcie udaje mi się pokonać ściankę, na górze czeka już dwóch z czterech braci w podróży – teraz droga ku Wzlatującemu Orłowi jest już wolna, za chwilę bedziemy, cieszą się.

 Orłów już nie ma. Są za to wielkie wrony. Siadamy na ruinach sklepienia strażnicy i patrzymy jak ptaszyska krążą poniżej nas na tle rudych gór i szarego kamiennego łańcuszka poprzerywanego bujnymi krzakami. Na łańcuszku gdzieniegdzie kolorowe punkciki – to gorteksowe kurtki, polary i plecaki luyou. Pachną liscie, pachną zioła, trawy. W dole szare dachy wioski i dym z pieców unoszący się z kominów. Cisza.

Na szczycie spotykamy piątego z pasażerów autobusu. “Nie schodźcie stąd Murem, to da się zrobić tylko z linami a do tego to skrajnie niebezpieczne, bo Mur się obsypał i teraz schodzi się po rumowisku” – mówi. To facet z Dalian, około 40 letni. Bracia – o dekadę od niego młodsi, biurowo-cherlawi, patrzą z podziwem na gladiatorskie wezły mięśni, które zarysowują się pod  T-shirtem Daliańczyka i z miejsca akceptują go jako nowego przywódcę grupy. Konsultują chwilę wydrukowaną z internetu mapkę przypominającą plataninę nitek makaronu i uzgadniają, że trzeba zejść z grani-Muru przejsc zboczem góry, pomiędzy drzewami, a potem ponownie wspiąć się na Mur. Buty górskie szurają w czerwonych liściach, na chwilę tracimy z oczu Mur, bo idziemy lasem. Ścieżka momentami niknie w stertach liści.

bDSC01035

bDSC01090

bDSC01231

bDSC01518

Wracamy do wioski po 5 godzinach od wymarszu. Z wioski w dolinie patrzymy na drogę granią/Murem i wydaje się śmiesznie krótka, to nawet nie 20% widocznego z wioski na koronie gór Muru. Pionowy odcinek również nie wydaje się z dołu trudny.

W gospodarstwie są już inni luyou. Łączymy stoły i wnosimy je do jednego z pokoi, żeby było cieplej. Cześć osób siedzi na kangu, część przyniosła krzesła. I tutaj Daliańczyk wiedzie prym. “Starszy bracie, jak wyćwiczyłeś takie mieśnie?”, pyta się jeden z luyou nie kryjąc fascynacji i podziwu. “O, wiesz, ja do 35 roku byłem typowym gryzipiórkiem, tylko biuro-dom, biuro-dom, miałem cienkie rączki zdatne do pisania na komputerze i tyle” – zaczyna opowieść. “Potem zaledwie jednego roku odeszli oboje moi rodzice. Wtedy pomyślałem – co oni mieli z życia? Całe życie tylko się poświęcali dla innych – najpierw dla swoich rodziców, potem dla dzieci. Czy byli szczęśliwi? Nigdy nie zadałem im tego pytania, nie miałem odwagi i nie zdążyłem” – mówi. Tu nikt go nie zna, przyjechał sam, jest życzliwie i anonimowo, może mówić otwarcie. “I pomyślałem, że ja chcę trochę pożyć dla siebie, znaleźć w sobie trochę egoizmu, poszukać tego, co mnie cieszy, a nie co cieszy rodzinę czy przełożonych. I wtedy zobaczyłem, że sport daję mi ogromną satysfakcję. I zacząłem mocno ćwiczyć”. Reszta kiwa głową. “Nie chcę na starość żałować, że nic z życia nie miałem”. Dlatego też starszy brat z Dalianu, gdy tylko ma chwilę, wyrywa się z białego kołnierzyka i jedzie. Na Mur, w góry. Poprzednio spał na strażnicy. “Chciałem doświadczyć tego, co guren doświadczali będąc tam, na górze” – mówi.  ”Spałem w strażnicy, bez namiotu, pod gołym niebem, patrzyłem na gwiazdy, na jakie i guren patrzyli podczas warty, słuchałem szelestów jaki i oni słyszeli, paliłem ognisko, tak jak i oni palili nocami, to wielkie szczęscie móc zrobić cos takiego”. Reszta kiwa głowami. Rozumie, skąd biorą się takie pomysł i pragnienia. Rozmowa schodzi – (no dobra, trochę za moim udziałem) na to, czy w Chinach łatwo mieć alternatywne marzenia i dążenia. Niełatwo – wszyscy są zgodni. Niełatwo powiedzieć, że nie zależy mi na nowym samochodzie, bo ten przecież jeździ, więc jest ok, nie łatwo przyznać, że marzy się nie o spaniu w 5 gwiazdkowym hotelu, ale o nocy w strażnicy Wielkiego Muru jak guren. Dage z Dalianu może sobie na taki ekscentryzm pozwolić – jest ważną figurą w firmie produkującej maszyny, firma wysłała go nawet na parę lat do Japonii. Ten wyjazd także przyczynił się to tego, że dostrzegł, jak ludzie, osiągnąwszy wysoki status materialny i społeczny, zaczynają poszukiwać tego, co ich cieszy. Patrzył ze zdumieniem, jak starsze kobiety po odchowaniu dzieci i po całym życiu służenia mężowi i rodzinie nagle żądają rozwodów, zapisują się na milion kursów, zaczynają poszukiwać hobby, realizować marzenia. “Ja nie chcę przerywać tego, co mam, chce to tylko uzupełnić, żeby potem nie żałować” – mówi dage. Reszta kiwa głowami i widać, że myśli podobnie, że to ich tutaj sprowadziło. Kang jest fałszywy (ech…), w środku nie ma pieca, na owczym filcu leży kocyk elektryczny. Betonowa podłoga, betonowe ściany, niskie okna. Dookoła stołu kilkanascie osób. Na stole 65 procentowe erguo tou i kilkanaście talerzy prostych wiejskich, połnocnych dań (pani domu smaży je w kuchni obok na węglowej kuchni i donosi na bieżąco).  Żarówka pod sufitem. Na północnej stronie patio główna częsć dwuskrzydłowego domostwa, tam mieszkają gospodarze. Przez niskie okienka widać wnętrze oswietlane mdłą lampą, portret Mao i kalendarz z pomyslnymi znakami na ścianie. Syn i mąż gospodyni siedzą na kangu i patrzą w telewizor. Za domami czarny cień gór i Muru.  Melancholia wioski dongbei, Północnego Wschodu.

Potem rozmawiamy jeszcze o wielu rzeczach, bo luyou są bardzo ciekawi świata. Skąd się biorą ekstremizmy, po co ludziom sekty jak ta jedna, wielka, budząca tutaj takie przerażenie, a nawet czemu w Polsce jest tak silny kult maryjny (rozmowa bierze się stąd, że jeden z luyou zadaje pytanie: “to wy tam macie tę religię, co czci Maryję i Jezusa?”  Trzeba przyznać, że wyjątkowo mu się udaje to sformułowanie). Jak to jest, gdy są wybory, co się w Polsce stało z postkomunistami etc.

Nocą na podrabianym kangu jest – zgodnie z przewidywaniami – potwornie zimno. Rano gdy udaje mi się wypełznąć i dojsć do kuchni, biorę przygotowaną na na palenisku bułkę mantou, zagryzam kiszonymi warzywami, popijam kleikiem. Idę przez wioskę, ogrzewam ręce plastikowym kubkiem z gorącą wodą. Szybko stygnie, jest zimno. Dynie, kukurydza, papryczka – suszą się pod dachami, na parapetach. Nie mogę się powstrzymać i biegnę przez wioskę i przez pola w kierunku Muru. Zdaże jeszcze na chwilę. Wspinam się, siadam na częsciowo zawalonym kawałku. Dziś jest mgła, wlewa się w ruiny, wcedza się pomiędzy kamienie.

Gdy wracam, przy dróżce widzę trzech z moich towarzyszy podróży stojących pod drzewem i patrzących ze skupieniem w górę. Drzewo szeleści i się porusza. Też zadzieram głowę. Na drzewie najstarszy z dage – zrywa shanzha, małe owoce kształtem przypominające jabłko (smakiem trochę też, tylko bardziej aromatyczne i cierpkie, zrobiłam z shanzha wczoraj marmoladę i jest ona mistrzowska!). Wracamy. Przyjeżdża sapiące zielone banche. Kilka goreteksów i polarów już czeka na kawałku ubitej ziemi pośrodku wioski. Więcej wróci po kolacji samochodami. Jutro dzień pracy, po wizycie na Murze jedni i drudzy będą mieli wiecej sił i entuzjazmu żeby zasiąść za biurkami. Pomyślą, że dzis własnie zarabiają na wysokiej jakosci namiot do nocowania w ruinach mingowskiej strażnicy albo na sprzęt potrzebny do zejścia północną stroną Orła Wzbijającego się ku Górze.

bDSC01129

bDSC01209

 bDSC01478bDSC01263bDSC01115

bDSC01398

Pod pokrywką robią się bułko-placki mantou:bDSC01286bDSC01590

W przypadku zdjęcia powyższego polecam powiększenie. Zdjęcie poniższe – w tym domu już nikt nie mieszka, służy za spichlerz i komórkę:bDSC01598bDSC01425

I w przypadku zdjęcia powyżej warto powiększyć – nie żeby z bliska popatrzeć na kukurydziane szczyty, ale żeby zobaczyć obrębienie grani szczytów na dalszym planie – Mur.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

04

11 2010

19 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. YLK #
    1

    Ciekawa opowiesc, malownicze tereny, przepieknie. Cos, dlaczego warto przyjechac do Chin, momenty, ktorych sie nigdy nie zapomni, prawda?

  2. 2

    Jak oceniasz, czy “niestandardowe” sposoby wypoczynku są w Chinach rzadsze niż w Polsce?

    Co jest, a co nie jest niestandardowe?

    Jeśli dobrze zrozumiałam, to Chińczycy uważają opisaną przez ciebie turystykę za coś bardziej specjalnego, niż Polacy. U nas tradycje łażenia z plecakami i mieszkania pod namiotem są chyba wciąż jeszcze silne. Z moich rozmów z ludźmi z zachodniej Europy sądzę, że silniejsze niż na Zachodzie. Możliwe, że z powodu naszej niskiej zamożności.

  3. Andrzej #
    3

    Przyszła mi chęć użyć jakiegoś pieszczotliwego zdrobnienia „bxy” w podziękowaniu za ten opis, ale nie wyszło.
    Jedyne, co mi się udało, to ukraść z opisu to miejsce, w którym znajduje się „Cisza.”
    Na pamiątkę.

  4. ril #
    4

    Czyżby ten obraz zawierał coś kontrowersyjnego? Ciężko rozczytać, jest jakieś 民的

  5. szpak #
    5

    Opis i zdjęcia wspaniałe. Dusza czuje rozmach, patynę wieków i wielkość. Ale chochlik rozumu nie daje spokoju. I pyta złośliwie. Po co to było? Znaczy ten mur? Nie żeby jakiś unikalny wynalazek to był. Z historii i współczesności znamy wiele podobnych konstrukcji. Żadna co prawda nie dorównuje rozmachem. Ale też żadna nie spełniła swoich oczywistych, wydawało by się, funkcji i celów. Może zatem były cele mniej oczywiste? W końcu racjonalność Muru w porównaniu z piramidami jest jakby większa. Jakoś chyba nie mam serca do monumentalnych budowli. Wolę bardziej kameralne. Chyba to wina jednego zdania Lema.
    “Kupa g…a wysoka na 10 km rzuca na kolana”

  6. YLK #
    6

    @Szpak: 以大称威, to jedna z cech chinskiej kultury.

  7. Jacek #
    7

    @bxy: brak mi słów, więc powiem krótko dzięki :)

  8. Andrzej #
    8

    @szpak

    Piramidy i Mur to jedyne budowle, które przerosły same siebie, stając się unikalnymi symbolami naszej cywilizacji. Fakt, iż z kosmosu na Ziemi nie widać nic poza nimi to mały pikuś w porównaniu z zachwytem, jaki ogarnia człowieka obcującego z nimi bezpośrednio.
    Mao powiedział,że mężczyzna nie może siebie mianować mężczyzną, jeżeli nie był na Murze.
    Bxy jest prawdziwym mężczyzną :)

  9. bxy #
    9

    @ YLK – oj tak, wiesz ja zawsze przeżywam bardzo, jak mam okazję się tutaj spotkac z czyms, co widać wyraźnie jak przemija, odchodzi. Łapie mnie wtedy melancholia, ale jednoczesnie czuję się wdzięczna, że na skutek różnych uwarunkowań mogłam w takie miejsce/do takich osób/sytuacji dotrzeć. Zastanawiam się, jakie będą losy tego odcinka Muru, jego dzikosc i “ostrosć” to raj luyou, ale każdy rok sprawia, że jest bardziej zagrożony obróceniem się w perzynę.

    @Anuszka, jesli chodzi o Chiny, w ogóle jakiekolwiek alternatywne sciezki dotyczące stylu życia są o niebo rzadsze niż w Pl czy na Zachodzie. Zachód (my przecie na swój sposób też) miał swoje kontrkultury, rewolty, które później ostygły w usankcjonowane społecznie, wplecione w system alternatywne style życia, tudzież alternatywne jego elementy. Te zawory były konieczne, żeby system, mógł się utrzymać. Komu się nie podoba, może, nie będąc podejrzewanym o chorobę psychiczną, rzucić dobrą posadę i jechać w góry owce hodować (oczywiscie Chiny też mają swoje tradycje “udawnia się w góry” albo gwałtownego zainteresowania się wędkarstwem przez urzedników niezgadzających się z linią wladzy, ale to jednak inne historie). Tutaj, jak wiadomo, wszystko odbyło się zupełnie inaczej. Zagrożenie w postaci młodych, którym system nie mógł zaoferować zajęcia zostało w porę “przejęte” i pokierowane przez pewnego Sternika.
    Ale widać obecnie coraz wyraźniej, że podstawy legitymizacji systemu będą się dywersyfikować, że już nie tylko konsumpcja i nacjonalizm. Pojawia się w przestrzeni publicznej miejsce na poszukiwania duchowe (byle w ramach tych kultów akceptowanych przez władzę i traktowanych przez nią jako pomoc w “wychowywaniu” obywateli), na poszukiwania tożsamosci trochę inaczej skomponowanej niż ta najbardziej oficjalna. Te elementy są chyba dosć już widoczne w wypowiedziach moich “osiołków”.

    A mówiąc krótko – standardowa jest jazda autobusem 331 na Pachnącą Górę, jazda do Lijiangu w Yunnanie – wydmuszki udającej stare miasteczko, na wyższym poziomie standardowosci- zorganizowana wycieczka objazdowa po Europie. Niestandardowe jest: wdrapywanie się z czekanem na mur Jiankou, jazda rowerem z plecakiem po Yunnanie i jazda do Europy z przewodnikiem Lonely Planet (po chinsku). Ostatnio, jak wracalam do Polski, siedziała obok mnie własnie taka para – Ipad w reku, na Ipadzie Big Bang Theory (a nie telenowele koreańskie, pełniące tutaj m in. funkcję nakręcacza konsumpcji), ciuchy Comme des Garcons (w Chinach potwierdzeniem statusu byłyby raczej Gucci czy Dior) i przewodnik Lying Planet :-) po Hiszpanii na kolanach. Dążenie do indywidualizacji przeżyć. Oczywiscie bez rewoltowania się. Kto byłby zainteresowany gryzieniem gałęzi na której się siedzi? :-)

    @ Andrzej – Mur, Mur…że widać go z kosmosu to element chińskiej propagandy, jeden z niewątpliwie największych sukcesów propagandowych ChRL zagranicą :-) . Tego Muru, jak widać na moich zdjęciach, nie da się często dojrzeć z jego własnej strażnicy, nie mówiąc o jakims tam kosmosie. A większosć Muru jest w jeszcze gorszym stanie niż ten tutaj. A, dziekuję, że nie zdrobniłes na bxyuń….

    @ Szpak – ano własnie,以大称威. Co cesarskie nie może być mikre, ono musi być gigantyczne, inaczej zaczyna sypać się porządek, hierarchia. Inna sprawa, że, jak wiadomo, dobrym sposobem na utrzymanie porządku wewnętrznego jest zjednoczenie społeczeństwa w budowaniu zapór przez wrogiem czyhającym poza tym co nasze, cywilizowane, oswojone, zakreslanie granic “naszosci”. No i oczywiscie, szeroko zakrojone roboty publiczne :-) Wiesz na niektórych cegłach muru miejskiego w Nankinie (Mingowie, oni już wtedy mieli w murach upodobanie) i na cegłach Wielkiego Muru są odcisnięte stemple typu: “cegłę dostarczyła wies X z okręgu Y” – trochę dowód na przeliczenie się Mingów co do własnej płynnosci finansowej w tych tak lubych im inwestycjach, a z drugiej strony cos, co można odczytać, jako srodek spajający państwo – “cały naród buduje swoją straznicę”, daj, wiosko ze srodkowych Chin, na cegłę, bo jak ONI przyjdą, jak naszej wladzy zagrożą, to ciebie, wiosko, też to dotknie. A cytat z Lema – przepiękny.

    @Ril – chodziło o Mur widoczny ponad dachem…….. :-)

    @ Jacek – jestes autorem tysięcznego komentarza do bloga!!! Gratruluję Tobie i sobie, że tysiąc razy ktos stwierdził, że nie będzie niezasadne cos tu wpisać swojego. Dziękuję Wam, o, Komentujący.

    P.S Dużo piszę, bom chora i to obłożnie. Jako, że nie mam w pokoju ogrzewania, bo kaloryfery włączają w tym mieście dopiero 15-tego listopada (nieważne, że wcześniej np. spadł śnieg), a każda próba włączenia piecyka kończy się wysadzeniem korków, przeto leżę pod stertą kocy w: dwóch parach spodni od dresów, koszulce, swetrze, futrzanej kamizelce, kurtce i dwóch szalach. Jedynym (niezawodnym!) elementem grzewczym są…wielkie pluszowe kapcie podłączane do komputera i ogrzewane przez USB.

  10. Andrzej #
    10

    @bxy

    Każdy ma taki kosmos, na jaki zasłużył… :)
    Z mojego widać.

  11. YLK #
    11

    bxy, tak, jak zycze Tobie, zebys sie szybko wykurowala , tak samo mam nadzieje, ze bedac w dobrym zdrowiu bedziesz rownie czesto aktualizowac blog. Poki co zacieram rece w zlosliwej uciesze, ze najwyrazniej w najblizszych dniach pojawia sie nowe wpisy…
    NB, poniewaz zrobilo sie ostatnio zimnawo, moze powinnas porzucic na pare miesiecy relaksowanie sie w hamaku na balkonie…

  12. szpak #
    12

    @Andrzej, niezgadzam się na takie symbole cywilizacji. Ale rozumiem, żem w żałosnej mniejszości :)
    Tak już widać musi być. Magia wielkości. Z naciskiem na magię.
    @bxy, moim zdaniem bardzo racjonalny odczyt faktycznych celów. Mur służył głównie do podporządkowania tubylców. Nic tak nie spaja jak jakiś wróg. Najlepiej potężny. Czego dowodzą świetnie, potężne umocnienia, za którymi on się wrogo i potężnie czai. Kto by coś takiego budował bez palącej potrzeby? Ogrom wyklucza wszelkie wątpliwości. To tłumaczy konieczność wyrzeczeń, wysokich podatków i niekwestionowania władzy. Każdy kto ma jakieś wątpliwości jest na usługach wroga.
    I to są prawdziwe cele.
    Szkoda tylko, że współcześnie, mało ludzi dostrzega te same mechanizmy, wykorzytywane przez aktualne ośrodki władzy. I podobne Mury budowane kosztem wolności osobistej, gospodarczej i majątku obywateli. Tego się w szkołach nie uczy. A w mediach chętnie się pokazuje, ale tylko wrogie Mury. Własne zawsze dowodzą wielkiej troski o dobro obywateli :)
    Ciekawe tylko, czy wtedy też już wynaleźli sztukę tworzenia wroga z niczego. W każdym razie byli bardzo blisko :)
    Nie pamiętam z kogo konkretnie ale celny cytat “żaden porządny kryzys nie może się zmarnować”. Stąd już malutki kroczek do intencjonalnych kryzysów. Ale to już spiskowe teorie, które jak powszechnie wiadomo są dowodem oszołomstwa. No właśnie, “powszechnie”.
    I pieknie się wszystko zazębia :)
    Mam nadzieję, że teraz jest jasne dlaczego nie podobają mi się takie symbole cywilizacji.

  13. Andrzej #
    13

    Tu się z wami zgadzam: Mur, czy Piramidy to Wieczna Propaganda Wielkości.
    Oczywiście mur murowi nierówny, propaganda propagandzie też.
    Co do propagandy ChRL, to wypadnę zacnym rodakom na chińskiego propagandystę (pal sześć! :) ), jeśli ośmielę się przypomnieć, iż na naszych oczach, od lat dwudziestu, środek ciężkości gospodarki światowej przemieszcza się nieubłaganie z Londynu do Szanghaju.
    Dziwny jakiś, nie dał się uwięzić na starych śmieciach, na Strandzie.
    Wybrał… wolność i poszedł sobie na Wschód, mówiąc po naszemu „gdzie pieprz rośnie”.
    Widać zwęszył pismo nosem.
    Muru nawet nie zauważył: nie poddał się propagandzie ChRL :) .

  14. bxy #
    14

    @ YLK – przywalili mi takie leki (najpierw zrobiwszy przeswietlenie, EKG i analizę krwi :-) ), że wprost musiałam ożyć. O leżeniu w hamaku nie ma już mowy, czasami tylko leżenie w łóżku w pokoju oferuje podobne wrażenia termiczne (dopiero 15-go właczą grzanie). Z pisania na blogu narazie nici, bo mam egzamin połówkowy.
    @ Andrzej – ależ tu nie ma co przypominać, to nie ten temat po prostu, czy tu ktokolwiek neguje oczywiste fakty?…
    A głoszenie, że Mur widać z kosmosu przynależało jeszcze do chińskiej propagandy w jednym z jej poprzednich wcielen, tych co to mówiły, ile ton stali, ile ton węgla etc. i ta wielkosc, monumentalnosc miala poniekad sama z siebie budzic estymę. Ale to bylo epoki dyplomatyczne temu. Wiesz ostatnio miałam przyjemnosc spotkać szefa jednej z ogromnych firm chinskich o zakresie globalnym. W tym, co mówił, nie epatował wielkoscią swej firmy, podkreslal raczej jej lokalne cele, zaangażowanie społeczne, ważnosc i wkład na poszczegolnych malych odcineczkach, znaczenie dla “lokalnych społecznosci”. Czyli – używając tej naszej metafory – chcial przekonać nas, że nie ważne już, czy firmę widać z kosmosu, ważne, że widać ją z podwórka zwykłego człowieka. Brawa za taktykę i mistrzowskie kreowanie wizerunku marki i Chin (tu, jak wiadomo, firmy i rząd działają razem dzięki temu chiński soft power ma taki… power) , które, jak widać gołym okiem, sprzedają się swietnie (Afryka, Azja Srodkowa i Pd-Wschodnia, Ameryka Lacińska). No i za takie realizowanie swoich celów, że w oczach “lokalnych społecznosci” przedsięwziecia i deklaracje nie jawią się jako antynomie.

  15. 15

    Taka taktyka żeby być lokalnym i jednocześnie globalnym to popularny zabieg z dziedziny zarządzania strategicznego – wystandaryzowany produkt nie bedzie sie tak samo sprzedawał w krajach Triady (USA, Europa i Japonia) i gospodarkach rozwijających się. Spójrzmy chociażby na slogan HSBC – The world’s local bank.

    Anyways, bxy, ile byś nie napisała internetowe masy czytające i tak będą skandowały (i ja się do nich dołączam) – Więcej, więcej, więcej! :)

  16. bxy #
    16

    @ Romek, tak, oczywiscie, dochakuka (he, termin zza morza :-) ) i product tayloring to nic nowego, ja mówiłam o nich w kontekscie tego, ze tego typu zabiegi w tej chwili w dużej mierze zastąpiły stary typ “propagandy” skierowanej na zewnątrz i stały się integralną i bardzo ważną czescią strategii dyplomatycznej (budowanej także poprzez działania firm) kraju. Że to tego typu strategie kształtują dzis wizerunek Chin w swiecie (oczywiscie swiat w tym przypadku nie równa sie tzw “Zachodowi”). Co ważne, dzisiejszy product tayloring może dotyczyć wytworów chińskich firm, ale można też przykroić same Chiny (Chiny i chińska droga jako sprawdzone i uniwersalne lekarstwo dla krajów rozwijających się, a jednoczesnie lekarstwo działąjące punktowo, chcące i zdolne wpasowywać się w otoczenie i jego warunki).
    Ech, czy Ty wiesz, że ja przez niewiele ponad rok napisałam 69 wpisów, jeden dłuższy od drugiego? Nie wiem sama, co można by tym wytapetować…

  17. Andrzej #
    17

    @bxy

    Małe jest faktycznie piękne, ale ono nie neguje wielkości Wielkości.
    Często bywa jej potwierdzeniem.
    W drodze na jedno z moich spotkań z local authorities w sercu Chin, również lokalny towarzysz mej podróży chwalił mi się z dumą, że jego córka „właśnie w tej chwili” zdawała egzamin w Szanghaju, w klasie fortepianu, z Szopena.
    Choć rumiany na pysku i cały rozedrgany tym zwierzeniem, był dla mnie, z tego swojego szczęścia, jak żywcem wyjęty spod wierzby płaczącej…
    Bo ja, z mego kosmosu, nie takie rzeczy widzę, jak Mur…
    To jest tak, jak z Kimś.
    Co z tego, że Go nie ma, jeżeli ja czuję, że jest?

  18. PC #
    18

    Posta tego zostawiłem sobie – jako że dłuższy, a ja nieco zalatany ostatnio – “na podwieczorek”

    Bxy – powiem jedno – ale odjechany materiał! =] =] =]
    I super porcja fotek!!!
    A szczególnie te z murem i górami i dolinami… i drzewa i w ogóle… ach! :]

    Taki dziki Mur robi ogromne wrażenie…

    Ech… Normalnie po przeczytaniu i obejrzeniu czuję się jakbym sprzątając pokój nagle znalazł gdzieś całą nietkniętą wielką bombonierę z pysznymi czekoladkami…. mmmmm….
    Uczucie bezcenne ;)

    AVE BXIK! :D

    PS. Podobnie jak i chyba Anuszce skojarzyło mi się to wszystko z jakimiś wyprawami w Tatry…… a to miłe skojarzenia bardzo :)

  19. bxy #
    19

    @ PC – ja zawsze jak pisze cos tak dlugiego, to jestem pewna, ze przeczyta tylko mama i tata … a potem okazuje się, że jednak nie i zawsze się tak naiwnie i szczerze cieszę :-)
    Wiesz, mi Mur z paru z tych ujęć (nawet jesli robionych baranim aparatem) kojarzy się z jakimis rycinami z okresu Romantyzmu, które zawsze uważałam za 90% kreacji i tylko 10% yy…hardware’u ;-) . A tymczasem proszę – takie klimaty istnieją naprawdę (tutaj akurat wzbogacone o klimat polarowo-goretexowy, ale też ciekawy :-) )



Your Comment