Nowy Rok wioskowo-swiatynny

 

Shaxi to miasteczko okolo 20 km od opisanego w poprzednim poscie Jianchuanu. “Doskonale zachowane miasteczko starego szlaku herbacianego” (moj chinski przewodnik) - mialo byc wyjatkowe. W przeciewienstwie do Lijiangu (brrr, wrr, ale to w nastepnym odcinku) mialo byc szczesliwie ominiete przez nowy szlak – turystyczny. Z dala od autostrady, lezace przy lokalnej drodze odchodzacej w bok od starej drogi Dali-Lijiang rzeczywiscie budzilo nadzieje.

Dotarlam za pozno – pewnie o jakies 3 lata. Miasteczko zostalo wyrwane z tkanki w ktorej sie znajdowalo i przygotowane niczym preparat z sali biologicznej. Juz pierwsze kroki przekonaly mnie, ze nie jest dobrze – na wejsciu ustawiono bramke z biletami. Dalej to, co znam z innych guzhenow (starych miasteczek) Chin – brak mieszkancow, domy pozamieniane na kawiarenki etc. W porownaniu z okopconym noworocznymi kadzidlami, malujacym chunliany, ostrzeliwujacym sie z fajerwerkow Jianchuanem, preparatowatosc Shaxi szczegolnie kluje w oczy. Choc do spreparowania kompletnego jeszcze daleko. Miasteczko - nawet w Nowy Rok – bylo jak nowo otwarte muzeum w ktorym jeszcze brakuje zwiedzajacych. Po Shaxi kreci sie maksymalnie kilkadziesiat osob, niehalasliwych, w malych grupkach, kawiarenki puste, siedza w nich co najwyzej male grupki z gitara i cicho spiewaja. Spotykam dwie Chinki podrozujace kazda oddzielnie (no, te jesli jeszcze laowajowi ujdzie bo ogolnie jest dziwny w swej laowajskosci, to w ich przypadku jest juz aktem skrajnego nonkonformizmu). Rozmawiamy o miejscach spreparowanych i nie. Jedna z nich – dziennikarka z Kantonu zachwyca sie Guizhou: “wyobraz sobie, ze tam sa ludzie ktorzy nie maja imion i nie wiedza ile maja lat! Jest tam tylko handel wymienny!” po czym wyglasza zaangazowana tyrade przeciwko “globalizacji, ktora sprawia, ze wszystko robi sie takie same”. Slucham i nic nie mowie, bo fakt, nie gustuje w preparowanych atrakcjach, ale i nie potrafie sie zachwycac tym, ze w srodku odtrabionego wszedzie chinskiego uniwersalizmu “postepow” i “cywilizowan” (nawiasem mowiac to to dopiero sprawia, ze wszystko robi sie takie samo…), sa grupy, o ktorych jakos przypadkiem zapomniano.

 No, ale w przypadku Shaxi wyrwanie z kontekstu nie jest jeszcze tak glebokie jak w przypadku niektorych guzhenow. Krotko mowiac po zrobieniu zaledwie kilku krokow latwo wraca sie  z powrotem do normalnego swiata. A jest to swiat, do ktorego warto wrocic. Swiat wiosek narodowosci Bai. Moglam tam dalej uprawiac moj ulubiony rodzaj turystyki. Czyli isc do pobliskiej wsi, z do nastepnej, potem do nastepnej etc. W dolinie, gdzie lezy Shaxi mozna tak chodzic i chodzic.  Jak juz sie gdzies dojdzie, to wylania sie w niedalekiej odleglosci cos ciekawego – a to swiatynia na skraju (choc nie ma tam juz zadnych posagow, w Nowy Rok o siwatyni na wszelki wypadek nie zapomniano, na ziemi lezy pelno ofiar – cukierkow, mandarynek, sa wypalone kadzidla)

DSC06173

 a to budynek o nieznanym przeznaczeniu (proby dowiedzenia sie po mandarynsku nic nie daja)

DSC06225

Oprocz tego napisu nawolujacego do stworzenia cywilizowanej wsi, na drugiej ze scian konstrukcja owa ma wyjatkowo konkretny napis: “Walczmy ze slimakami przenoszacymi choroby, dbajmy o nawozenie (粪便), walczmy z przywrami” (pasozyty rezydujace w wodzie, np. takiej ktora stoi na polu ryzowym, niebezpieczne) ”. Gdy sie dotrze do takiej wsi, w niedalekiej odleglosci zawsze wylania sie cos ciekawego – np. niesamowity, opuszczony  budynek za wsia, w ktorym wiatr gwizdze w taki sposob, ze ciarki przechodza po plecach:

DSC06091

albo pagoda na gorce:

DSC06047

a to ladna wies:

DSC05896

DSC05886

DSC06163

Mozna by tak chodzic bez konca. Ale sygnal do zakonczenia i szybkiej ewakuacji nastepuje ze strony szefa drewnianego, “starego” (czyt. spreparowanego, ale bardzo sympatycznego) hoteliku w Shaxi. Szef ten drugiego dnia mojego pobytu oznajmia, ze niestety dalej zostac nie moge, bo przyjezdza wielka wycieczka , ktora zarezerwowala wszystkie miejsca noclegowe w wiosce. Nie ma co zwlekac, trzeba uciekac. No wiec uciekam do wspomnianych w poprzednim poscie swiatyn w gorach. Ledwie 14 kilometrow od Shaxi.

Miejsce to znane jest glownie z rzezb skalnych przypominajacych o wielkiej przeszlosci regionu – z czasow w ktorych ten byl krolestwem Nanzhao a pozniej Dali. Jest tez co najmniej 5 swiatyn i jeden klasztor. Ide droga w kierunku doliny gdzie mozna spotkac najwiecej grot z rzezbami, po drodze mijam tabliczke, ktora jako jedna z atrakcji przynaleznych do miejsca wymienia wystepowanie na terenie 野生猴群  – stad (tabunow? watah? hord??) dzikich malp.

O, stada/tabuny/watahy/hordy dzikich malp – juz ja was znam z Tajwanu. Te inteligentne, zle oczka – po takiej formie zycia mozna spodziewac sie wszystkiego. Moze toto rownie dobrze po zwierzecemu ugryzc, jak i po ludzku – wsadzic palec w oko, czy tam przywalic z liscia. Naturalny odruch to zwiac na drzewo.  Tylko zimny pot czleka oblewa jak sobie uswiadomi, ze potwor moze przy pomocy malego palca u lewej stopy wspiac sie na drzewo szybciej niz czlek przy pomocy wszystkiego co ma.

No wiec biore kij i ide zwiedzac relikty kultury. Makakow faktycznie jest cala armia, ale sa zupelnie niezainteresowane ludzmi, koncentruja sie na pladrowaniu oltarzy:

DSC06522

i przemysleniach ogolnych:

DSC06457

Popoludniem laduje wreszcie w miejscu, gdzie mam spedzic noc. Swiatynia buzuje uroczystoscia – pala sie kadzidla, swiece, odprawiane sa obrzedy, czytane sutry, dookola ciagna sie pielgrzymki z tacami z ofiarami. Miejsce jest we wladaniu tajemniczego konsorcjum (pewnie by nie bylo tak tajemnicze, gdybym mogla sie z nimi dogadac) narodowosci wylacznie bajskiej. Konsorcjum sklada sie z kilku mezczyzn o blizej nieokreslonej funkcji dozorco-straznikow oraz duzej grupy bajskich kobiet, przewaznie straszych:

DSC06438

DSC06576

 Caly czas z doliny dochodza nowe osoby – na plecach maja koszyki z ofiarami, zapas kadzidel, najpotrzebiejsze rzeczy:

DSC06574

DSC06580

 Skladaja ofiary, gotuja w przyswiatynnej kuchni, zamiataja, poleruja Budde, Guanyin, uczniow Buddy i kogo tam jeszcze szmata, okazjonalnie wroza sobie z rak. Z tego, co udaje mi sie dogadac (jedna z osob mowi jedno zrozumiale slowo, druga uzupelnia o drugie, ja klece zdanie w stylu “czyli mowicie, ze…” i patrze czy kiwaja glowami, czy zaprzeczaja), w swiatyniach nie ma juz nigdzie mnichow ani mniszek (jest jeden czlowiek, ktory odprawia obrzedy), zarzadzane sa wspolnotowo, opiekuja sie nimi ochotnicy – a zwlaszcza ochotniczki z pobliskich wsi. Teraz -w Nowy Rok tych osob jest naprawde mnostwo. Korzystajac z koncowki dnia, po umieszczeniu rzeczy na slomianej pryczy i zamknieciu na klodke (stada/hordy/tabuny malp!), ide na szczyt gory. Towarzysza mi makaki. Po drodze mijam byly klaszotr zenski (nikogo w nim nie ma, obecnie zarzadza nim stado/tabun makakow dziko latajacy po dachach, oltarzach i czym sie da), Budde wyrzezbionego w skale (na glowie siedzi Buddzie, niespodzianka, makak) i docieram na sam szczyt gory. Swiatynia ta rzadzi jeszcze bardziej tajemnicze konsorcjum. Wodka na stole, ukopcone posagi w podupadlej swiatyni,  zastygle gory wielokolorowej steraryny, powykrzywiane twarze bostw, powykrzywiane i wysmagane gorskim wiatrem sciany:

DSC06537

DSC06544

DSC06535 

Wszystko to przypomina bardziej sabat czarownic i skojarzenia z Lysa Gora nasuwaja sie poniekad same. Sabat jest jednakowoz bardzo mily i goscinny – mowi, ze oni tak tu mieszkaja, opiekuja sie tym miejscem, prawie nikt tu do nich nie zachodzi, wiec tym milej, ze mi sie chcialo. Czlonkowie sabatu tytuluja sie wobec mnie per towarzysz, wmuszaja we mnie obiad, po czym odprowadzaja (nie wiem, jak mozna w takim tempie latac po gorach) mnie sciezka na skroty do miejsca noclegu. Kadzidla kopca, posagi oswietla niemrawe swieczkowe swiatlo, w weglowym pieco-garnku (pewnie jest na to jakas nazwa, ale sie nie znam) grzeje sie woda do umycia twarzy, wychodek kilkadziesiat metrow w las (troche bzdurna, ale mimo wszystko niepokojaca wizja malpy skaczacej mi znienacka po ciemku na glowe sprawia, ze sie jednak nie udam). Konsorcjum kaze mi solidnie zamknac drzwi (malpy!).

Niestety zamkniecie na poly przeswitujacych drzwi na nic sie nie zda. Nigdy nie myslalam ze w swiatyni w gorach przydalyby sie…korki do uszu. Po zmroku siwete miejsce huczy jak ul. Bynajmniej nie mantrami. Rozmowy, smiechy, telewizja. Krece sie na mojej slomianej macie do pozna. Gdy udaje mi sie wreszcie zasnac, budza mnie malpie skoki na dachu i koniecznosc powrotu do Jianchuan celem zlapania autobusu do Lijiangu (brr). Konsorcjum wpycha we mnie wielkie sniadanie, na reke wtyka buddyjska brasolete modlitewna mala (pelniaca w przyblizeniu funkcje podobna do naszego roznanca, druga dostane w klasztorze tybetanskim pod Lijiangiem) , a do reki pajde grilowanego niangao (forma placko-ciasto-makaronu,  no, niech mnie jaka malpa sprobuje to zabrac). 

Bilet kupuje z marszu, dzieki czemu po 3 godzinach laduje w koszmarnym lunaparku, mateczniku homo viator sinensis. Gdy probuje sie z niego wyrwac na rowerze do widocznego z tarasu hostelowego klaszotru lamaistycznego (tego gdzie dostane nastepna mala), opaduje mnie…grad (jak w Truman Show!) . Ale o osobliwych urokach Lijiangu w nastepnym odcinku.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

21

02 2010

2 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. Lalevi #
    1

    Moim zdaniem najlepszy wpis jaki pojawił się na Twoim blogu. Boska Ironia. Keep on the good work! Pozdrawiam :)

  2. bxy #
    2

    Lalevi, to tzw. zycie samo w sobie tak ma. To nie ja umieszaczam te malpy w swiatyni i bojownikow antyglobalizacji na mojej drodze, sami mi wlaza! :-)



Your Comment