O wyborach i o nodze

 

Wiem, ze mialo byc o Shaanxi, o Yananie. I jeszcze bedzie, bo sie w miejscu zakochalam. Po powrocie do Szanghaju, majac w pamieci yannanskie  domy wydrazone w lessowych gorach, yannanskie hipnotyzujace tance na ulicach, yannanskie daktyle wielkosci piastki dziecka, siegnelam na polke po zakurzony Lonely Planet po Chinach i otworzylam na stronie 436 – by dowiedziec sie, ze “for most foreign travellers Yannan does little more than elicit long yawns and drooping eye-lids”. Ciekawe, mam identyczne symptomy czytajac Lonely Planet. No ale dzisiaj nie o tym. Bo dzisiaj – no tak – o wyborach i nodze (a co?).

To najpierw o tym drugim. No wiec po bieganiu po lessowych wzgorzach i swietych miejscach rewolucji w Yananie (w klapkach japonkach), po wspinaniu sie na kilka 60 metrowych pagod (w klapkach japonkach), po objechaniu xianskiego muru miejskiego rowerem na tempo (13.7 km w klapkach japonkach) boli mnie stopa. Stopa ta boli mnie troche, ale constans, uniemozliwiajac mi dluzsze chodzenie (nie mowiac o joggingu) i w ogole uprzykrza mi zycie. No wiec powloczac owa stopa powloklam sie wczoraj do najblizszego szpitala.

Opisze po prostu wizyte. Jest sobota, wchodze z upalu do klimatyzowanego, czysciutkiego hallu. Szpital jest gigantyczny, jest w nim mnostwo specjalizacji. Na srodku okragla recepcja, w niej pielegniarki. Podchodze i wyznaje, ze…niespodzianka! – boli mnie stopa.  Dostaje druczek z napisem “ortopedia” i ide do jednego z kilkunastu okienek dokonac oplaty z wizyte. Pani w okienku przejezdza moja karta szpitalna przez terminal (karte juz mam, ale o tym za chwile), na ekranie skierowanym w moja strone wyskakuja moje dane. Place, dostaje wydruk z numerkiem i numerem oddzialu na ktory mam sie zglosic. Szpital jest krystalicznie czysty, ma mnostwo zieleni. Na korytarzu kraniki z woda do picia. Kustykajac ide na ortopedie, siadam w jasnej, przestronnej poczekalni. Obserwuje ekran, na ktorym przesuwaja sie numerki i nazwiska pacjentow wraz ze wskazaniem, do ktorego gabinetu maja sie zglosic. Informacje te sa tez czytane na wypadek, gdyby pacjent mial nienajlepszy wzrok.

Pacjentow jest mnostwo, ale lekarzy ortopedow tez. Chyba co najmniej siedmiu. Na drugim z ekranow przewijaja sie ich zdjecia (wszyscy wojskowych mundurach, to oficerowie, szpital jest wojskowy, ale jak widac, korzystac moze kazdy), opis ich specjalizacji, dokonania naukowe (jezdza po swiecie, pisza ksiazki), godziny przyjec. Po 15 minutach jestem juz w gabinecie. Lekarz obmacuje i wygina nieszczesna stope, wypytuje co robilam, jakie buty nosilam. Na moje opowiesci o bieganiu po Shaanxi w 人字拖鞋  (“klapki w ksztalcie znaku czlowiek” , czyli 人, no jak tu nie lubic chinskiego?) ma chyba ochote popukac sie w czolo, ale sie opanowuje. Mowi, ze rzecz wyglada na nadwyrezenie laczenia pomiedzy koscmi srodstopia, przepisuje leki (recepta drukowana! Nie ma zadnego bazgrolenia, jest za to cena leku), kaze isc do domu i noge przez najblizsze dni oszczedzac. I wrocic, jakby jednak nie mijalo.

Z recepta ide znowu do okienka platniczego, place za lek (cena znowu wyswietla sie na ekraniku skierowanym w moja strone), dostaje numerek okienka do wydawania lekow (okienka te znajduja sie tuz obok okienek – kas). Staje przed swoim okieneczkiem, nazwiska pacjentow przewijaja sie na ekranie u gory (XYZ – po odbior lekow, BXY – prosze sie przygotowac do odbioru lekow, ok to sie przygotowuje). Biore leki w garsc, opuszczam szpital. Od momentu wejscia wprost z ulicy do szpitala wizyta u specjalisty wraz z kupieniem leku zajela mi lacznie moze 40 minut.

Tym razem obylo sie bez bardziej zlozonych badan. Ale kiedys juz bylam w tym szpitalu (stad mam karte) i lekarz zlecil badanie USG. Wszystko odbylo sie na indentycznej zasadzie. Po prostu lekarz zamiast recepty napisal skierowanie, poszlam oplacic badanie (niestety nie pamietam juz ile, ale chyba ok 40 kuajow, to, jesli chodzi o sile nabywcza, odpowiednik 40 zlotych), dostalam numerek, usiadlam w poczekalni i patrzylam w ekran, czy juz wyswietla sie moja kolejka. Dostalam do reki wynik, wrocilam do lekarza, ktory na miejscu go zinterpretowal (czyt. uspokoil mnie).

Widzialam szpitale w tzw. starej Europie,  w tym i w jednej z najzasobniejszych czesci Europy, czyli we wloskiej Gornej Adydze, ale czegos takiego jak ten szpital nigdy. No chyba, ze na filmie. Organizacja tego szpitala, ilosc dostepnych serwisow i badan w jednym miejscu, to poczucie bezpieczenstwa wynikajace z pewnosci dostania natychmiastowej pomocy, to wszystko jest dla przecietnego Polaka nie do wyobrazenia.

Wiem, wiem i nie mam zadnych zludzen, ten szpital jest wyjatkowy w skali Chin, w samym Szanghaju tez bynajmniej nie wszedzie jest tak cudnie (wojskowa dyscyplina no ale i wojskowe standardy i wzgledy).  W Chinach widzialam tez i inne szpitale, w dwoch sie nawet znalazlam. Jeden z nich byl w malenkiej wsi, do ktorej jeszcze wtedy (rok 2008) wlasciwie nie bylo normalnego dojazdu, tylko rozmyta blotnista droga z jakiegos zapyzialego miasta (teraz, dwa lata pozniej jest juz zapewne inaczej, wtedy robiono autostrade obok wioski – po miejscu zapewne kraza teraz tlumy turystow z aparatami wielkosci tlustego jamnika).

Pamietam jak wczoraj, gdy w tej malutkiej wioseczce kobiety z wezelkami na plecach (w srodku najczesciej niemowle), otaczajac grupa (w gabinecie z metalowym wiatrakiem na suficie i rozgniecionymi muchami na scianach) biureczko rumianej lekarki mowily jedna przez druga. Mezczyzni spluwali na podloge. Lekarka ze swieta cierpliwoscia (nazwalam ja w myslach Stasia Bozowska) odpowiadala w lokalnym narzeczu, zagladala w podtykane jej dzieciece uszy i nosy, ogladala wybite palce. Obok stal potworny, kilkudziesiecioletni zardzewialy fotel ginekologiczny z rownie pordzewialym kublem pod spodem. Niestety, lekarstwa, ktorego potrzebowalam nie bylo, probowali innych, ale srednio pomagaly. Codziennie przyk(l)uta do 3 kroplowek z rzedu (normalna w Chinach praktyka, nie trzeba byc wcale obloznie chorym, zeby zarobic kroplowke), odganiajac muchy, ogladalam barwny korowod pacjentow i niestrudzona Stasie.

Chiny obecnie tez zmagaja sie z reforma sluzby zdrowia – glownym problemem jest oczywiscie wies i problem ubezpieczen zdrowotnych dla jej mieszkancow. Chinski system opieki zdrowotnej jest – jak wszelkie systemy tutaj – bardzo zlozony i zroznicowany, majacy mnostwo podregul. O ile pracownicy sektora panstwowego moga cieszyc sie darmowa sluzba zdrowia a czlonkowie ich rodzin moga korzystac z opieki za minimalna oplata, o tyle inni moga korzystac np. z ubezpieczenia oferowanego przez pracodawce (jesli maja takie szczescie), spolecznosc, w ktorej mieszkaja, sami je wykupic czy wreszcie, tak jak ja – po prostu wejsc z ulicy i zaplacic (no dobra, mam jakies ubezpieczenie, ale dla 8 kuajow nie chcialo mi sie robic problemu).

Nie chce tutaj prawic o reformach systemu opieki zdrowotnej (na ktore spojrzenie tak wdziecznie i merytorycznie poroznilo ostatnio naszych glownych kandydatow), bo sie na tym zwyczajnie nie znam. Pewnie, ze inaczej rzecz wyglada, gdy wchodzi w gre operacja, powazna, dlugotrwala choroba, lezenie w szpitalu przy braku obowiazkowego ubezpieczenia (zwlaszcza, jesli sie jest ubogim rolnikiem z konca swiata), a inaczej, gdy sie idzie z jakas blahostka. Ale w tych moich dwoch przypadkach wizyt w szanghajskim szpitalu ten pokaz sprawnosci, kompetencji, szybkosci i synergii sprawiaja, ze z wdziecznoscia zostawilam swoje pieniadze w okienku kasy.

No, to bylo o nodze, to bedzie o  wyborach. Dzis powloczac stopa (yy, no dosc o nodze) powloklam sie do punktu wyborczego – polskiego Konsulatu w Szanghaju. Po raz pierwszy (no dobra, po raz drugi, ale pierwszy sie nie liczy, bo wtedy bylam tam jako gosc a nie petent) stojacy w bramie chinscy zolnierze na moje niezmiennie radosne “nimen hao!” nie zahaltowali mnie pokazujac gestem nie znoszacym sprzeciwu lini na chodniku, ktora wlasnie przekroczylam , tylko odwzajemnili powitanie i usmiech i gestem zaprosili do srodka. Ciekawa jestem czy to dlatego, ze wreszcie zaczeli mnie po roku mniej lub bardziej regularnych odwiedzin kojarzyc, czy to jakis inny powod (no dobra, tak naprawde to jestem ciekawa, co i czy w ogole mysla widzac grupki blondynow idacych w niedzielne popoludnie na wybory prezydenta). W kazdym razie o naszej chinskiej 14:30 z ok. 240 osob, ktore zglosily chec glosowania w konsulacie, zaglosowalo ok 25-30%  (musialam zapytac z zawodowej ciekawosci).

Wracajac, w metrze przegladam nowy numer mojego ulubionego Nanfang Zhoumo. Oprocz tekstu o tym, jak badac nierownosci spoleczne w Chinach i dlaczego wyliczenia wspolczynnika Ginniego w Chinach sa zanizone, wpada mi tez w oko krociutki komentarz jednego z publicystow dziennika, zatytulowany “Demokracja to rodzaj regul gry”. Publicysta pisze o swojej niedawnej wizycie w Delhi i odwiedzinach w indyjskim Muzeum Narodowym. Po wejsciu dziennikarza czekalo bezgraniczne dziwienie – ekpozycja jest stara, zarowno sposob prezentacji jak i jej stan zdradzaja, ze nie byla zmieniana od czasow kolonialnych. Pozolkle tabliczki, stary sposob opowiadania. Gdy pyta sie znajomych indyjskich dziennikarzy, jak to mozliwe, zeby ten relikt kolonializmu przechowywac pod nazwa Muzeum Narodowego w niepodleglym kraju, otrzymuje taka oto odpowiedz: prob zmodernizowania muzeum bylo mnostwo, ale to rzecz nielatwa. Za kazdym razem, gdy powstaje jakas propozycja, jednoczesnie podnosi sie wiele roznorodnych glosow i protestow. Co wiecej, dyskusje tocza sie i tocza, az projekt w koncu upada albo sie dezaktualizuje.

Gdy chinski publicysta pyta ponownie, czy tego rodzaju spetujaca nogi i rece demokracja nie budzi aby ich sprzeciwu, dostaje kolejna dziwna odpowiedz (swoja droga ciekawe czy szczera, czy na potrzeby zaprezentowania sie przed “chinskim Innym”?). Owszem, niesie ona pewne niebezpieczenstwa, ale sa one duzo mniejsze niz te wynikajace czyjegos 凌驾 – wywyzszania sie ponad spoleczenstwo i recznego sterowania.

Publicysta przywoluje luxunowskiego (Lu Xun) “pana De” – czyli “Pana Demokracje”(德先生, byl jeszcze 赛先生, “pan Sai”, od science, czyli “pan Nauka”). Pisze, ze w przeciagu tych blisko stu lat od przedstawienia go Chinom, pan De bywal czesto przestawiany w sposob wykrzywiony, wylacznie jako walka, konflikt, spor. Publicysta konczy artykul wlasnym credem: demokracja to reguly gry, ktorych musimy sie nauczyc, tak aby kazdy mial sposobnosc wyrazenia wlasnego glosu, zeby nikt nie  wywyzszal sie ponad spoleczenstwo, zeby nikt nie musial placic rachunkow za czyjes wywyzszanie sie czy reczne sterowanie.  Zdaniem autora, taka sytuacja, choc nie gwarantuje natychmiastowego efektu, pozwala jednak uniknac niezrecznosci (tak, pisze wlasnie “niezrecznosci” – 尴尬)wyniklych z dokonywanych raz po raz gwaltownych zmian.

Ech, chcialabym zyczyc dzis nam, Polakom, zebysmy do takiego idealu choc w malej czastce sie (kiedys) przyblizyli. I zeby drugi z panow przywolanych przez Lu Xuna - pan Sai, czyli pan Nauka, zwlaszcza ten od medycyny, zaczal kiedys choc troche przypominac tego,  ktorego dostrzeglam w odwiedzonym przeze mnie wczoraj szpitalu.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

20

06 2010

21 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. 1

    A co oni piszą o panu Sai?

  2. Andrzej #
    2

    Opis nowoczesnego szpitala w Chinach przeszedł moje najśmielsze oczekiwania i raduje moje serce niewypowiedzianie, bo przed piętnastu laty takich szpitali nie było w tym kraju.
    Najlepszy szpital w 5-milionowej już wówczas Changsha, stolicy Prowincji Hunan (miejsce narodzin i studiów uniwersyteckich Mao Tse Tunga), był zbudowany jeszcze przez Amerykanów, w czasie II wojny światowej.
    Był on na poziomie bardzo przeciętnego szpitala europejskiego (przy bardzo solidnym przygotowaniu fachowym służby medycznej i bezwzględnie niższym standardzie higieny).
    Widziałem wówczas i szpitale, których nie sposób opisać na kilka minut przed zaśnięciem, ale bez tego rodzaju przeżyć do mej świadomości nigdy by nie dotarła prawda, iż europejskie i chińskie standardy higieny to pojęcia wzajemnie nie przetłumaczalne: jeden Chińczyk może zjeść bez czkawki sto bakterii, z których każda ma na sumieniu stu wymierających właśnie od „czystości” Europejczyków…
    PS. Stópkę wyleczą: czas i… komputer. Pozdrawiam!

  3. Maria #
    3

    Przypomina mi to moją wizytę w głównym szpitalu publicznym NTU w Tajpei w 2003 r(minus lśniąca czystość w Szanghaju). Bardzo podobna organizacja: diagnoza, badania, leki i opłaty. Taśmociąg medyczny obsługując tłumy ludzi. O czym to świadczy? Chińczycy potrafią? Ze kraje, które późno budują system opieki zdrowotnej a do tego biorą wzory od najlepszych, mogą zrobić coś lepszego od starej Europy?

  4. YLK #
    4

    Czytajac ten wpis bxy koniecznie nalezy pamietac o jednym – we wszystkich szpitalach za wszystko trzeba placic. Krotka wizyta kosztuje grosze, leczenie powazniejszych schorzen – fortune. Szpitale staly sie fabrykami pieniedzy, a chinczycy zaleczja leczenie do jednej z 3 czarnych dziur – oprocz edukacji i mieszkan. Mam wrazenie, ze w kraju szpitale prywatne tez niezle funkcjonuja i wygladaja, i tylko takich porownan mozna dokonywac.
    Poniewaz opieka zdrowotna jest bardzo kosztowna, panstwo znow zaczyna promowac dzialalnosc wioskowych felczerow (tzw. bosonogich lekarzy), by chocby w jakims stopniu rozwiazac kwestie opieki zdrowotnej w biedniejszych rejonach.
    Tak wiec radze podejsc do w/w opisu z pewnym dystansem.
    Sam mialem okazje kilkakrotnie byc w szanghajskich szpitalach, i choc organizacja i ogolny wystroj robia wrazenie, to przepisanie 7-miesiecznemu niemowleciu przez doswiadczona lekarke silnego srodka antyalergicznego, ktory moze byc podawany dopiero od 3 roku zycia nie nastraja mnie wcale pozytywnie do calej tej pieknej struktury i zewnetrznego blichtru. Kto zna Chiny ten wie, ze tutaj najbardziej liczy sie opakowanie, a niekoniecznie to, co jest w jego wnetrzu.

  5. Andrzej #
    5

    YLK, wybacz, że ja do opisów bxy mam zamiar podchodzić bez dystansu, nawet gdyby napisała, że w Chinach jest mniej hipokryzji niż w UE, łowców skór nie wspominając.
    Mam więcej nosa, niż szczęścia do… mądrych kobiet.
    Jeśli zaś chodzi o opakowania, to tego nauczyli się oni od nas i jeszcze muszą nas gonić z 20 lat, aby potrafili tak wielką część dóbr i energii w śmieci przetwarzać jak nasza “cywilizacja” (nie tylko ta w Neapolu, ma się rozumieć).
    Pozdrawiam, wdzięczny za okazję wypowiedzenia tych myśli!

  6. YLK #
    6

    Andrzej, gdybys mial wypadek i szpital odmowil Ci udzielenia naglej pomocy, bo nie masz z czego zaplacic depozytu za leczenie, wowczas inaczej podchodzilbys do tych pieknych wnetrz i wspanialej organizacji. Gdyby nie bylo Cie stac na leczenie i nie mialbys _zadnej_ alternatywy za wyjatkiem byc moze znachora o watpliwych papierach, ale za to taniego na twoja kieszen, wowczas trzymalbys pewien dystans do tych kolorowych swiatelek i elektronicznych wydrukow.

    Mam nieco inna perspektywe, wiedzac, ze na lekarstwach samych szpitale zarabiaja 1100-1300%.

    Nie wiem, od kogo Chinczycy nauczyli sie pieknych opakowan, nie do konca jestem pewien, czy od nas.

    Acha, to 7-miesieczne niemowle mialo po prostu potowki, ale pani lekarka wolala z grubej rury przepisac cos na wszelki wypadek.

    Oczywiscie masz prawo do wlasnych wyborow i opinii, . Bardzo lubie bloga bxy, ale 2 dekady lat zycia tutaj swoje zrobilo.

  7. Jarek K #
    7

    Nie umiałem się skupić na meandrach chińskiej medycyny, wstyd się przyznać – ale cały czas zastanawiałem się co tak naprawdę odbija się w źrenicy – to jedno z wielu pytań, na które nie chcę odpowiedzi, a które nie wiedzieć dlaczego zajmują moją uwagę. Zawsze byłem ciekawy świata, pewnie dlatego czytam ten blog i zastanwiam się dlaczego przykuwają moją uwagę sprawy ważne i te zupełnie błahe – ale całkiem lubię ten swój śmietnik w głowie i chyba mi dobrze z tym :)

  8. Andrzej #
    8

    Kamera, Jarku. Kamera.

  9. Jacek #
    9

    Bardzo ciekawy temat, no ale jak zwykle bxy ;-)
    Będąc w Chinach w 2009 roku odwiedziłem kilka Szpitali w tym parę w Szanghaju ale także i na prowincji, jeśli chodzi o Szanghaj to przypomina mi się Yueyang Hospital Shanghai University of Traditional Chinese Medicine gdzie obsługa jak i warunki były o wiele lepsze niż te które spotykałem w kraju.

  10. bxy #
    10

    YLK – ale ja sie z Toba w pelni zgadzam. Mysle, ze po prostu napisalam post o czyms troche innym (post ma tytul “o nodze” a nie “o sluzbie zdrowia”:-) ) i to zreszta podkreslilam (ze to miasto i to do tego Szanghaj, ze to szpital wojskowy etc., ze na wsi jest nieciekawie, ze nie ma ubezpieczen). Ale rzecz jasna dziekuje za wazne w tym kontekscie uzupelnienie.
    I ze czasem (czesto) sie tutaj przywala lekami bez opamietania, to tez fakt. Jest wtedy 科学。Zreszta podobnie jest np. na Tajwanie. Na glupia angine dostalam …6 roznych rodzajow lekow! Tylko, ze tam jest alternatywa w postaci panstwowego (no, niech sie do mnie zadni purysci teraz nie przyczepia…) systemu medycyny chinskiej (z minimalna doplata do ubezpieczenia). Tutaj niestety jeszcze nie bardzo, chociaz szpital o ktorym wspominal Jacek i pare jeszcze innych osrodkow to faktycznie klasa.
    Nie wiem, kiedy ostatnio miales “zaszczyt” leczenia sie w Polsce. Dla mnie podanie takiego leku malutkiemu dziecku jest niewybaczalne, znecanie sie nad nami, “duzymi” latwiej jakos zaakceptowac. Ale przyklad z brzega: ponad rok temu skrecilam noge w kolanie i naderwalam wiazadla. Na ostrym dyzurze wszystkich pakowano jak leci w gipsy – mnie tez, w taki od uda po kostke. Po zdjeciu stwierdzono, ze kompletna nieruchawosc stawu (no chyba, ze niekontrolowanie na boki) jest normalna, nie potrzeba rehabilitacji i ze “zycie samo wyleczy”. Po paru miesiacach “leczenia przez zycie” dotarlo do mnie, ze sprawnosc stawu to ok 30% tego, co bylo przed kontuzja i ze na tym stanelo. Dopiero pewien fantastyczny lekarz (swoja droga mistrz Polski Smoczych Lodzi :-) ), do ktorego musialam oczywiscie isc prywatnie, bo panstwowo musialabym czekac 2 miesiace, zlapal sie za glowe, ulitowal i zorganizowal rehabilitacje, dzieki czemu moge znowu biegac, siadac po turecku, jezdzic na rowerze etc. Mysle, ze takich przykladow kazdy ma na tony – ale ja jak widze, ze czas od momentu, kiedy moja mama (ktora cale zycie placi przeciez te wielkie skladki) dostaje skierowane na badanie, do momentu jego laskawej acz zdawkowej interpretacji przez lekarza w najlepszym wypadku wynosi 1.5 miesiaca, to mnie cos trafia i zalewa ze wscieklosci. Ale znowu – to nie jest dla mnie przeciez powod, zeby gloryfikowac chinska sluzbe zdrowia en gros, tylko – no wlasnie – pomarzyc sobie troche o osrodkach takich ten, ktory opisalam.
    @ Maria – no wlasnie, nie od dzis wiadomo, ze latecomerzy czesto maja lepiej, jesli tylko…no wlasnie, to chyba troche ten temat z drugiej czesci posta no i pare jeszcze innych? Np. ten, o ktorym mowi YLK.
    @ dyskusja o tym, co tez sie odbija w zrenicy. Tak, to nie dusza, to aparat

  11. YLK #
    11

    bxy, najwyrazniej zle odebralem Twoj wpis widzac w nim gloryfikacje chinskiego szpitala i – w wiekszej perspektywie – chinskiej sluzby zdrowia. Jednak jak trafnie zauwazasz nic nie jest biale albo czarne, i w kazdym kraju sluzba zdrowia prezentuje jakis odcien szarosci. Moja rezerwa – oprocz opisanego wyzej przykladu – wynika z innych jeszcze doswiadczen, gdy moja druga pociecha rodzila sie w Szanghaju i tylko dzieki Opatrznosci wyszlismy z tego obronna reka. Trudno otrzasnac sie z ciezkich przezyc. Stad tez pewnie moja gwaltowna reakcja.
    Z drugiej strony musze przyznac, ze trafilem na wielu bardzo kompetentnych lekarzy. Ordynator szpitala w Xujiahui okazala sie pudlem, bo jej specjalnoscia byla – jak sie potem okazalo – kontrola urodzin, a nie odbior nowego zycia…
    Czekam na opis Twoich wrazen z pobytu w Yan’anie, mam nadzieje, ze nie dasz na niego za dlugo czekac.

  12. Andrzej #
    12

    @YLK
    Do czego prowadzi zwariowany konsumizm (+ opakowania, bo ludzie nie jedzą więcej, tylko więcej… pakują), który do Chińczyków dopiero zaczął się nieśmiało dobierać, pokazuje artykuł w dzisiejszej prasie krajowej:

    http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/1,80269,8044952,Warszawa_przespala_problem_smieci___Bedzie_dramat_.html

  13. Artur #
    13

    Chiny, to kraj olbrzymich kontrastów. Mało tu jest średniej szarości. Najczęściej jest albo bardzo blisko białego albo blisko czarnego.
    Nie inaczej jest z opieką medyczną.

    Miałem niedawno przyjemność wizyty w Shanghai East International Medical Centre. Bolało mnie gardło i migdały. Lekarz (z pochodzenia Australijczyk) przed przepisaniem leków skierował mnie najpierw na badanie krwi, aby sprawdzić czy to zakażenie wirusowe, czy bakteryjne. Wyniki krwi wykazały wirusa – przepisał mi zatem lek sterydowy do walki z wirusem. W aptece tegoż centrum wydali mi leki naklejając na opakowaniach instrukcję dawkowania z moim nazwiskiem, po czym przekazano informację o należności do centrum płatności, gdzie podpisałem rachunek za całość skierowany do mojego ubezpieczyciela. Wyszedłem po 25 minutach z diagnozą i lekami, bez płacenia za cokolwiek. Pół godziny później zadzwonił ubezpieczyciel z pytaniem, czy jestem zadowolony z wizyty i czy wszystko jest OK.
    W Polsce można tylko śnić o takim traktowaniu. Lecząc się “prywatnie” i płacąc za wizytę 200 PLN – nadal można liczyć tylko na to, że lekarz zgadnie co nam dolega. Z badaniem krwi, aby sprawdzić czy to wirus, czy bakteria nie spotkałem się w Polsce nigdy.

    Z drugiej strony byłem kiedyś w jednym z największych szpitali Pudongu (nie pamiętam nazwy). Pacjenci leżeli na łóżkach, a czasem na podłodze od samego wejścia – musiałem lawirować między nimi, aby dostać się do recepcji. Podłoga i ściany wyglądały niczym w polskiej chlewni z lat 80-tych. W pokoju badań było z 10 pacjentów – zero intymności. W najgorszych polskich szpitalach nie widziałem nawet w przybliżeniu tak złych warunków.

    Nie wiem jakie regulacje w Chinach stosowane są w przypadku karetek pogotowia – ale słyszałem kiedyś historię o robotniku, któremu ucięło rękę w fabryce. Zawinął ją w gazetę i wezwał taksówkę. Taksówkarz zarządał najpierw zapłaty z góry zanim zabrał go do szpitala…
    W Chicago czy NY karetki słyszy się na ulicach niemal non-stop. W Warszawie dość często. W Szanghaju nie widuję ich prawie wcale. A jak już zdarzy się od czasu do czasu gdzieś karetkę “na sygnale” zobaczyć – to stoi równo z innymi autami w korku – nikt jej nie przepuści…

    Podsumowując system medyczny w Chinach – jeśli sprawa jest dość błaha i ma się mnóstwo pieniędzy lub dobre ubezpieczenie – to jest SUPER. Jeśli nie ma się pieniędzy, lub sprawa jest poważna (wymagająca przyjazdu pogotowia) – to ….. lepiej nie będę kończył tego zdania…

  14. Artur #
    14

    “Taksówkarz zarządał” w moim poprzednim komentarzu – polska język – trudna język… Embarrassing… Przepraszam purystów językowych!

  15. Andrzej #
    15

    Uznanie dla Artura! Prawdę mówi, i jeszcze nadąża błędy poprawiać. Wpadła bxy jak śliwka w kompot!

  16. Jarek K #
    16

    @Artur – nie martw się – mam ten sam problem i znam to uczucie zawstydzenia – ale na pociechę powiem Ci tak – wczoraj od swojego imiennika w tv usłyszałem, że jest lewakiem – oblałem sie kawą i nie dostrzegłem żadnych oznak zażenowania ( u Niego nie u mnie) – może nie jest z nami tak źle – tropimy czasem swoje błędy i potrafimy publicznie się wychłostać :)

  17. Jarek K #
    17

    KIlka dni wcześniej 2 z naszych delfinów chciał szukać Świętego Graala metodą odkrywkową, ale mimo wszystko kocham ten nasz Matrix choć nie nie jestem pewien czy z wzajemnością – przepraszam za ten wtręt z politycznych namiętności – obiecywałem sobie, że nie będę kalał tego miejsca – nie udało się :(

  18. bxy #
    18

    @ YLK – az nie wiem, co powiedziec.Rozumiem, ze dowiedzieliscie sie juz po fakcie?
    @ Artur – zaiste – prawde mowisz, a bledem sie nie pzejmoj – wiemy, jak to jest – kazdemu sie przecie zdarza jak nie ma korekty Worda. Na pocieszenie Ci powiem, ze po roku tutaj oduczylam sie pisac recznie po polsku i nie udaje mi sie zdania bez skuchy napisac
    @ Andrzej – jezeli tak ma wygladac wpadanie jak sliwka w kompot – to cala przyjemnosc po mojej stronie. Swietnie mi sie Was czyta, Panowie, dziekuje! “Moje chinskie zycie i inne niezrecznosci i komentatorzy”
    @ Jarek K – jakbys dostrzegl u tego drugiego Jaroslawa K zazenowanie z powodu tego, ze oblales sie kawa – to dopiero bylby problem. A tak jest wszystko ok – jeszcze nie zwariowalismy!

  19. Tomek #
    19

    @Artur – Czy moge Cię zapytać w jakiej firmie wykupiłeś ubezpieczenie i ewentualnie ile ta przyjemnośc kosztowała(rocznie, kwartalnie czy może miesięcznie), bo tak się składa że wkrótce może mi się to przydać. Z góry dziękuję :)

  20. Andrzej #
    20

    No to odpalcie chłopaki @bxy z 10% za reklamę firmy!
    Niech i ona ma coś z tego blogu!

  21. Artur #
    21

    @Tomek – W Mondial Assistance – to część grupy Allianz. Co do cen niestety nie mogę Ci za bardzo pomóc – ponieważ mamy z nimi dość skomplikowaną umowę – płacimy od ilości dni i osób które przebywają za granicą w danym miesiącu (informacje zbiera dziewczyna z HR i przekazuje im co miesiąc – oni na tej podstawie wystawiają fakturę).
    Indywidualne, roczne ubezpieczenie w Allianz w najtańszej opcji, to ok. 2500 zł. dla 1 osoby.



Your Comment