Ogłoszenie drobne

 

Po przesiedzeniu 6 miesięcy w Szanghaju, po napisaniu 2 artykułów i 9 prac semetralnych, po schudnięciu 5 kilo, a następnie przytyciu 2 w wyniku siedzenia i pisania tychże prac, zostawiwszy chałupę w nagrodę osobie, która najdzielniej zczytywała mi te dzieła, jadę, byle dalej (no ale wciąż nie najdalej jak się da, czyli gdzieś pod granicę z Kirgistanem, tak to mi się pewnie zrobi dopiero po drugim semestrze). Miałam jechać do dongbei – na Połnocny Wschód, oglądać harbińskie rzeźby z lodu, obserwować przez wyczesaną lornetkę drugi brzeg rzeki Yalu, którą przepływają wpław do Chin mieszkańcy raju stworzonego rewolucyjmi ręcami Ukochanego Przywódcy Kima i sprobować, czy dongbejska kiszona kapusta rzeczywiście jest taka jak nasza (z opisu produkcji wynika, ze zupełnie taka sama, a jak ostatnio uszczknęłam harbińskiej kiełbasy i okazało się, że ma zupełnie polski smak, wierzę, że i z kapustą mogłoby być podobnie – tzn. nie, że smakuje jak kiełbasa, tylko jak polska kapusta).

Ale ostatecznie jadę do prowincji, gdzie żyje 25 z 56 rozpoznawanych przez ChRL mniejszości etnicznych (stanowią w tejże prowincji ok 40% ludności), gdzie są i południowowschodnie stupy i klasztory lamaistyczne, i palmy i śnieg, i słonie i jaki, no i cała masa przemytników heroiny w pocie czoła wytwarzanej przez sąsiadujący birmański reżim. Czyli do Yunnanu.

Ha, kiedyś, kiedy jeszcze nie było Youtube’a (choć akurat w sumie teraz też i nie ma), ale było już Google (którego też w sumie pewnie niedługo też nie będzie), stałam po wietnamskiej stronie granicy (po której jeszcze wtedy nie było McDonalds’a!), komórka łapała zasięg chińskiego operatora (komórki były, tylko, że w Wietnamie polskie nie działały), za tą granicą był właśnie Yunnan, a do mnie jeszcze wtedy nie dotarło z pełną jasnością, że Azja, niczym malaria, już mi zalazła za skórę i że jak raz już zalazła, już nic się z tym nie da zrobić, trzeba już tylko będzie wracać i wracać.

Parę dni temu kupiłam przewodnik po Yunnanie i Sichuanie i otworzyłam na chybił trafił i pierwsze zdanie na jakie się natknęłam brzmiało: „Zmęczony życiem w Szanghaju?” Kiwam z pokrzywdzoną miną głową, widzę, że to do mnie, a przewodnik na to: „to jedź do Yunnanu!”. Ciekawe, czy w ramach chińskiego Nowego Roku, który przypada w tym roku na 14 lutego, z rady skorzysta również połowa Szanghaju i przyniesie do odległej prowincji kaganek szanghajskiego wenming (cywilizowania) a w ramach odpłaty zabierze wszelkie miejsca sypialne i podrabiane stroje ludowe. Podrabiane stroje ludowe niechaj biorą, a co do miejsc noclegowych akurat jestem dziwnie spokojna, przeczuwając, że fenomenu, jakim jest Chińczyk podróżujący, raczej miejsca noclegowe z mojego przedziału cenowego (dwie pierwsze noce w Kunmingu po 30 kuajów, czyli jakieś 12 złotych każda, niech żyje ten, kto majstruje przy kursie złotego!) nie interesują. W takim dziadowskim miejscu podobno ledwie człowiek przyłoży głowę do poduszki, a ta się podobno nań rzuca i twarz mu obrywa, tak, że potem nie da się załatać nawet największym aparatem cyfrowym ani najlepszą komórką, ani przysłonić najbardziej markowymi okularami. Po prostu dziura.

W każdym razie nie wychodząc z domu i nie odrywając oczu od komputera, kupiłam najpotrzebniejsze do wyjazdu rzeczy, w tym bilet lotniczy (dużo tańszy od pociągu, co wlókłby się 44 godziny) i tonę filmów do mojej antycznej lustrzanki (3 razy taniej niż w rzeczywistości pozainternetowej). Pozostało jeszcze tylko zakupienie czegoś fajnego do czytania na podróż (zdążę, bo księgarnia internetowa Dangdang potrzebuje niecałego dnia na dostarczenie książki). Pewnie będzie to Yu Hua (余华), którego ostatnio, nie bacząc na te wszystkie prace, pochłaniam po nocach, a który jest trochę jak Mrożek, trochę jak baśń, a ogólnie to ocieka jedyną w swoim rodzaju goryczą, groteskowo-przaśnym humoremi i spiętrza dzikie złoża absurdu. Jak Dangdang nie zdąży, kupię już w Kunmingu. Ale pewnie zdąży. Bo chiński internet to oprócz tego wszystkiego, co z daleka się w nim dostrzega czy też chce dostrzec, to przede wszystkim super sprawna, bardzo nowoczesna i wygodna machina konsupcyjno-marketingowa.

W efekcie powyższego, na co najmniej miesiąc blog zmieni trochę profil: na blog podróżniczy. Jeżeli okaże się, że w ramach chińskiego Nowego Roku pół Chin (łącznie z dongbejami, którzy mogą już w tej chwili zasadnie mieć dosyć nawet tych rzeźb z lodu, jeżdżenia kuligiem i ścigania się samochodami po przepływającej, a obecnie raczej nieprzepływającej przez Harbin rzece Songhua) wybrało się do ciepłego (teraz 20 stopni) Yunnanu odtajać i mimo wszystko nie będzie miejsc noclegowych, pewnie będę pisać częściej, bo jedyne miejsca w nocy powszechnie dostępne to kafejki internetowe, a spać się tam nie da, bo bywalcy prowadza z ożywieniem swoje drugie, cyfrowe życie, które ma wiele dramatycznych (i mających odpowiednią oprawę akustyczną) zwrotów – tu cyfrowo zabili, tu cyfrowo żenią, a tu w rozbieranym pokerze bladziutki mangooki awatar stoi jak ofiara już tylko w cyfrowych gatkach…tak więc: na Zachód!!

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

23

01 2010

18 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. 1

    Ahh! Yunan. Jak najbardziej słuszna decyzja, zamiast odmrażać sobie 4 litery w 哈尔滨 będziesz miała okazję zobaczyć w ciepełku przepiękne widoki południa.

    Co do noclegów, absolutnie się o to nie martw. W zeszłym roku wybrałem się mniej więcej w tym samym czasie dokładnie w to samo miejsce (możesz swoją drogą zrobić sobie preview na moim wcześniej wspomnianym kanale na youtube). Nie mieliśmy problemu z budżetowymi miejscami do spania w najróżniejszych hostelach czy też schroniskach młodzieżowych. Jeżeli dodatkowo masz kartę ISIC lub podobną, dostaniesz zniżkę 10-15% :) Zwykle wyglądało to tak, że przyjeżdżaliśmy z kumplem do danego miasta i dopiero rozglądaliśmy się za jakimś miejscem gdzie można by było przenocować.

    Na pewno pierwsze, co Cię uderzy to zdecydowanie milsze nastawienie Yunan’czyków (?) do 老外ów niż w Shanghaiu. Szczerze polecam też odwiedzić Dali – w tamtejszym parku geologicznym wiersze się same piszą :) i Lijiang. Jeśli chodzi o samo Kunming to nie ma tam nic ciekawego (chyba poza kamiennym lasem, w którym niestety nie byłem, i tak na prawdę nie jest w samym Kunming tylko poza nim). A, i ostrzegam przed cenami, wejściówki potrafią słono kosztować (np. Śnieżna Góra Nefrytowego Smoka – 150 zł)

    No i ostatnia z “dobrych rad” – uważaj na słońce! :D bo Ci skóra z nosa zejdzie

  2. Tomek #
    2

    Kunming,”miasto wiecznej wiosny” w którym, jak mawiają moi znajomi z Chengdu, nawet komputery pracują wolniej.
    A z tą wiosną to też tylko propaganda :)
    Proponuję wieczorny spacer nad Green Lake i wycieczkę nad Dianchi Lake połączoną z przejażdżką kolejką linową na Western Hill.

  3. szpak #
    3

    Udanej eskapady życzę, ciekawych spotkań i lektur.
    I ciągle mam nadzieję na więcej światła, rzuconego z wewnątrz, na współczesne podejście do indywidualizmu w Chinach.
    Co do kursu złotówki to bym się tak nie śpieszył z życzeniami. Ale to nie są tematy na radosny wyjazd :)

  4. YLK #
    4

    Nie obawiaj sie Dongbejami i Shanghajem – oni pojada na Hainan inwestowac, bo jak sie okazuje epicentrum mieszkaniowego eldorado w Chinach tam sie wlasnie przenioslo.
    Yunnan jest back-packer friendly – Dali, Lijiang i nie tylko to miejscowosci pelne relatywnie tanich miejsc noclegowych dla cudzoziemskich turystow budzetowych. Jak dla mnie Yunnan jest troche za bardzo na fali, zbyt popularny, wole miejsca mniej znane – poki jeszcze takie sa. Niemniej Yunnan piekny jest, z pewnoscia bedziesz swietnie sie tam czula. Dla mnie jednym z najglebszych (pozytywnie) wrazen, jakich doznalem podczas podrozowania w Chinach, byl przejazd autobusem z Lijiang do Jinjiang w Sichuanie, swit w tamtejszych cieplych dolinach to bylo cos bajecznego. To byl 1991, teraz pewnie jest juz zupelnie inaczej…
    Acha, i pisz duzo!

  5. aimier #
    5

    Ej Bloggerko szerokiej drogi, 一路顺风。 W Yunnanie nie bylem, ale mam nadzieje.Bardzo dobrze ze sie tak zlozylo, ze nie dongbei, to miejsce to przygoda dla Chinczykow z poludnia, mieszkancow Ameryki poludniowej, Afryki i innych takich co w zyciu sniegu nie widzieli. Te wszystkie festiwale figur lodowych, palace puyi, wusongi i inne podobne, to jakis koszmar, naprawde wielkie rozczarowanie i jeszcze ta pogoda, masssakra! Nic dziwnego, ze preferowana forma rozrywki gawiedzi jest jak z piosenki – odbijaj flaszke zadz nie kielznaj i na orbite wszyscy wraz! Jedyne co wlasciwie dopisuje to zarcie. Suancai od sauerkrauta i kimchi rozni sie przede wszystkim tym ze nie spotkalem ludzi co by to na surowo jedli, no i chyba na surowo nie przejdzie, jak sie podgotuje to taki bigosik lekki wychodzi. Co do kielbasy – erzatz! Jest cos co sie nazywa 红肠 i z keczupem jakos przejdzie, ale nie nie nie, to jest samooklamywanie sie! Wiec… Tak, tak pomyslnych wiatrow!

  6. V #
    6

    Kasiu, tym razem pomachaj z Yunnanu w stronę Sapy :)

  7. Jarek #
    7

    Dobrej podróży! Nie za bardzo pokręconych dróg i jak zawsze świetnych tekstów ), na które czekamy z utęsknieniem.
    Pozdrowienia ze śniegiem zasypanej Bukowiny.
    Szymek i Jarek

  8. tom #
    8

    HArbinska kielbasa nie ma nic wspolnego z nasza… ugryzlem i od razu wyplulem….. nie polecam, slodkie to i ohydne w smaku
    dongbeijska kapusta jest inna poniewaz oni nie uzywaja do produkcji naszej twardek kapusty glowkowej tylko chinska kapuste (bai cai) i to sie rozpada potem jak usilujesz zrobic kapuste z grzybami i wychodzi puree….

  9. 9

    Stary temat, ale nie zdzierzylem, wiec odswiezam. Szukalem wlasnie w polskim internecie czegos na temat kielbasy harbinskiej i trafilem na powyzszy post toma. Mozna wiedziec, jakiej to konkretnie kielbasy harbinskiej probowales? Bo ja dotad kilku rodzajow i z ylko jeden mi nie smakowal – produkcji Shineway – ale bynajmniej nie dlatego ze byl slodki. Teraz siedze w Harbinie, racze sie roznymi typami tutejszej kielbasy i o zadnej nie mozna powiedziec, ze jest slodka, za to o kazdej, ze jest pyszna i przypomina mi momentalnie o polskich wedlinach. To sa pyszne, miesne, tluste, dobrze uwedzone i swietnie doprawione kielbasy. Musiales miec pecha trafic na typowa chinska kielbase pod niewlasciwa etykieta – a z chinskimi wedlinami mam az za duzo zlych doswiadczen i wierze, ze akurat ta byla slodka i ohydna. Ale nie miala prawa byc harbinska. Za wczesnie wiec z krytyka. To tak, jakby jakis zamorszczyk nasluchawszy sie pochwal na temat polskiej kielbasy skosztowal produktu Biedronki czy innego Tesco i na tej podstawie “obalil mit” dobrej polskiej kielbasy…

  10. bxy #
    10

    Dawidzie Juraszku – z nieba mi spadłes z tym Harbinem, bo…własnie siedzę przed komputerem i usiłuje wyczytać, kiedy to się kończy tamtejszy Festiwal Rzezb Lodowych. Rzecz ma co najmniej 3 mniej lub bardziej oficjalne strony – jest na nich, że nie mogę granatów wnosić na teren, jest, jakim autobusem mam dojechać, że musze wziąc sweter i szalik, ale do tysiąca kaszlących kretów – nie ma nigdzie, kiedy się rzecz kończy. Poza tym stronami gdzieniegdzie w sieci jest, że 17-go lutego a gdzieindziej, że “do końca lutego” (a jeszcze gdzieindziej typowo po chińsku: “jakos w lutym, ale lepiej jechac w styczniu”). Dla mnie to duża róźnica, przesądzająca o tym, czy rzeźby zobaczę czy nie. Czy wiesz może kiedy kończy się Festiwal? Chodzi mi wyłącznie o możliwosc oglądania tych wielkich rzeźb z lodu z podswietleniem, a nie te wszystkie imprezy towarzyszące typu lepienie bałwanów czy innych głupot… jesli cos wiesz na ten temat, będę bardzo, bardzo wdzięczna!

  11. YLK #
    11

    Z tej informacji:
    http://baike.baidu.com/view/107299.htm
    wynika, ze konczy sie 17 lutego.

  12. bxy #
    12

    Tak, dziekuje, tylko, ze to jest 冰雪节, czyli caly program roznych huodongow, ktore maja miejsce glownie w 冰雪大世界, czyli miasteczku lodowym. Zas wiele wskazuje na to, ze miasteczko lodowe otwarte jest dluzej, chyba rzeczywiscie do konca lutego (a czesc osob mowi wrecz, ze jest otwarte poki sie nie roztopi…), tylko po prostu nie ma w nim wtedy konkursow jazdy na balwanie i tym podobnych nie interesujacych mnie huodongow…. no a na domiar niejasnosci na tych niby oficjalnych stronach pojawia sie tez termin 冰灯节 (inna sprawa, ze zwykli ludzie, ktorzy chca sie dowiedziec czegos w sieci o rzezbach lodowych w Harbinie uzywaja slowa 冰灯节 jako synonimu 冰雪节), ale zamiast opisu, co i jak i jak to sie ma do tych dwoch innych terminow, po kliknieciu po prostu pojawiaja sie zdjecia lodowych latarn stajacych w jakims miejskim parku…wiec jest pomieszanie terminologiczne, stad pewnie nie wyrazilam sie zbyt jasno, ale ja po prostu chce zobaczyc rzezby z lodu w podswietleniu… bogi chinskie widzicie, a nie grzmicie…

  13. YLK #
    13

    Moze zdzwon pod:
    0451-88190230
    http://zhidao.baidu.com/question/210769653.html
    (至2011年2月末闭园)
    A moze D.Juraszek da dokladna informacje.

  14. bxy #
    14

    YLK – ogromne dzięki za telefon(y) i link do rzeczowej notatki – z bloga robi się przy okazji pomocne forum :-) Zadzwoniłam i faktycznie – huodongi kończą się 17-go, ale rzeźby i lodowe latarnie wraz z podswietleniami zostają aż pogoda pozwoli, więc jak na razie trzymają się mocno, a w marcu trzeba po prostu dzwonić i się dowiadywać, czy nie zaczynają spływać do Songhuajiangu… jeszcze raz dziekuje!

  15. YLK #
    15

    bxy, jak nie Google jest Twoim najwiekszym przyjacielem, to na pewno Baidu… Tylko koniecznie napisz jakas relacje z pobytu w Harbinie. NB ja sobie obiecywalem tam wizyte, ale jak przychodzi co do czego, czyli zima w Szanghaju (sama wiesz), to jakos czlowieka na poludnie bardziej ciagnie…
    Czekam tez na wpis z wizyty – a fryzjerowi dalbym w zeby!

  16. YLK #
    16

    …wpis z wizyty na wsi autobusem podmiejskim…
    (znow mi wcielo czesc komentarza)

  17. bxy #
    17

    YLK – jesli tylko pojade, relacja pewna. Tak, stąd do Harbinu pojechać, to mniej barier i oporów przełamać niż w wypadku wydostawania się z Szanghaju. Co do fryzjera – ten przynajmniej spytał. Ja w zęby mam ochotę dawać tym, którzy po przybraniu miny “pouczanie początkującego adepta kultury chińskiej” z pobłażliwym usmieszkiem prawią o tym, że “laowaj” nie ma żadnego złego znaczenia, więc nie ma się o co dąsać…. czy komentarze wcina bo cos nie działa u mnie na blogu?

  18. YLK #
    18

    Moze jestesmy przewrazliwieni z tym laowajem? TV, radio i inne media tak sie pieszczotliwie odnosza do nas, ze chyba nie nalezy sie droczyc za to. Niedaleko mnie jest nawet 老外街, ktora kiedys nazywala sie 虹梅休闲街 (moze kojarzysz).
    W kazdym razie jak fryzjer dobry i tylko chcial jakos zagaic, to moze oszczedzic mu uzebienie.
    A komentarze wcina raczej moja skleroza, niz system…;)



Your Comment