Prawdziwe, fałszywe. Czyli Postój Piejącego Koguta.

 

Najmilszy Pamiętniczku,

Nie wiesz, jak wielkie męki przeżywa ktoś, kto pisać Cię chce, jednocześnie pisać Cię nie mogąc. Kto biega z miejsca na miejsce całymi dniami, a żeby szybciej latać, w końcu rower kupuje, bo się łudzi, że czas zaoszczędzi. A żeby zaoszczędzić jeszcze więcej, na rowerze tym szybciej jeździ, aż go ból taki szyi chwyta, że następnie czas na uporczywe leczenie traci, a lekarz medycyny chińskiej się na nim znęca. No, ale dobra. Mam Pamiętniczku kartkę, na której wypisałam, co muszę koniecznie tu napisać. O pani profesor z Uniwersytetu Pekińskiego, która na chińskim podwórku odkryła lekarstwo na cierpienia, których źródłem jest ponowoczesnosć, o pewnym pisarzu, o jego niedostępnej już tutaj powiesci i o jego z laowajami rozmowach, o siedzeniu po wódce i nocą na górze w świątyni, o tym, jak kończą zepsuci dyktatorzy, o tym, czy Japonii się należało i o łóżku, na którym po Cesarzowej Cixi już potem nikt nigdy nie spał, choć jeszcze ciepłe. To może zacznę od końca. Czyli od tego łoża nieszczęsnego, bo tak chyba najprosciej.

Pekin tkwi w srodku prowincji Hebei jak dziura w moscie, Hebei wczesną wiosną jest złoto-brązowe, melancholijne. Pociąg wypełniony robotnikami wracającymi na weekend do domów wlecze się przez góry, od czasu do czasu mija ceglane, niskie wioski, przesadza połupane zimnoniebieskie kry na strumieniach, toczy się przez pola z kukurydzianymi kikutami. To nie jest pociąg z gatunku tych, co to muszą dawać twarz (twarz dają ekspresy “Harmonia” i twarz ta, a raczej dziób, jest snieżnobiała, opływowa, imponująca), to pociąg jadący za kulisy – o wygodę wracających nonmingongów nie ma po co dbać i tak będą robić, siedzą więc stłoczeni jak sardynki i przygarbieni na dolnej kuszetce, głową tłukąc o kuszetkę srodkową. My też przycupnęliśmy na kuszetce i wypatrujemy przez okno góry, co ma wyglądać jak odwrócona miska ryżu – to góra Jiming – czyli Góra Piejącego Koguta.

Góra wyłania się po prawej, to znak, że mamy szykować się do wyjscia. Wysiadamy. Pierwszy raz mam wrażenie – wiecej – dowody – że ludzie nie gapią się na mnie. Gapią się na J., którego głowa płynie jakieś pół metra powyżej głów mieszkańców miasteczka. “Ma ze dwa metry!”,wielkie nieba!”, “co to za rozmiar buta?” – rozważa miasteczko, gęby rozdziawia, a my wychodzimy rozklekotaną drogą wzdłuż torów w stronę góry. Jedna ciężarówka zwalnia, trąbi i radośnie macha, po chwili z drugiej wystają obie ręce kierowcy i machają równie radośnie. Naprzeciw nas pojawia się mężczyzna w średnim wieku z rodziną. “Tam - pokazuje w kierunku mniej więcej za torami (po których mija nas własnie trąbiac radośnie pociąg z machającym maszynistą)  - jest CIEKAWE” – mówi z miną tajemniczą acz nieco zrezygnowaną, wiadomo, gadał dziad do laowaju. Okazji do zobaczenia CIEKAWEGO to ja jeszcze nigdy nie przeoczyłam, więc dopytuję, co, jak, gdzie i jak bardzo ciekawe jest. “Matko święta, bxy, tam za nami facet na rowerze jak usłyszał, że po chińsku mówisz, wpadł do rowu!” – szturcha mnie w łokieć J. i pokazuje mi, gdzie widowisko. Ponieważ mam kulturę, to głupio mi się tak odwracać od rozmówcy, żeby zobaczyć, jak ręka sprawiedliwości pokarała tego ciekawskiego człowieka. “Bxy – rany, on leży i jeszcze się na nas patrzy!” – relacjonuje scenicznym szeptem J.  Dopiero gdy kończę rozmowę o CIEKAWYM (jaskinie) zerkam w kierunku rowu. Faktycznie, jakiś otrzepujacy się z rudej ziemi facet gapi się na nas wyciągając rower z rowu a następnie odjeżdża z głową odwróconą w naszym kierunku, czyli tyłem do kierunku jazdy.

Po godzinie marszu widzimy cel wędrówki. Za zwykłymi ceglanymi domami, obok zakurzonej drogi numer 105 wyrasta nagle potężny mur, flanki, bramy. Jesteśmy. To wioska Jimingyi. Za dwóch ostatnich dynastii ważna stacja postojowa. Pełna domów, swiątyń, budynków urzędowych pamiętających jeszcze Mingów, otoczona murem z czterema bramami, też złoto-brązowa.

Nocleg znajdujemy w obrębie murów, w gospodarstwie. Ponieważ w innych izbach jeszcze nie napalone, gospodarze goscinnie odstępują nam izbę własną – z wielkim rodzinnym kangiem z ręcznie robionymi poduszkami z gorczycy, grubymi bawełnianymi kołdrami i małym rudym, nieco przybrudzonym kotem w kącie. Z malowaną drewnianą skrzynią zamiast szafy. Z plakatem z dobroduszną twarzą Przewodniczącego Hu dokonującego legendarnej już inspekcji migów i białych gołabków z okazji 60-lecia ChRL. Zabierają tylko leki (“jestem już stary, muszę te leki brać”) i wódkę (bez wytłumaczenia, wynoszą za plecami). Wyjmujemy zza pleców nasza wódkę i stawiamy na miejscu tamtej.

Za zapyziałym okienkiem izby wielka sterta kukurydzy a na niej butelki po wódce (jakby ktoś pił siedząc na kangu i wyrzucał za siebie przez okienko). Trochę się boję, jak J. przyjmie wychodek. Owszem był już w Chinach, nawet trochę tu mieszkał, jednak po wsiach jakos nie miał okazji jeździć. Jak zniesie brak bieżącej wody, jakim okiem spojrzy na wychodek, który jest po prostu płytką dziurą w ziemi ledwo osłoniętą glinianymi ścianami, bez drzwi i dachu (później się jeszce okaże, że wnętrze wychodka widać doskonale z wioskowego muru)? Jak zniesie fakt, że przed wychodkiem jest mały, acz zły Burek, który wszystkich, który się znajdą w tej czesci podwórka do tegoż wychodka ze wściekłą miną zagania? J. jednakże wraca z wychodka z tak samo niewzruszoną ekspresją, z jaką doń szedł. Czyli, że tylko ja uciekam przed Burkiem z wrzaskiem do wychodka i boję się wyjść? (cgyba jednak tak, a w rezultacie zostanę uznana przez gospodarzy za wydelikaconego mieszczucha i dostanę na noc mieszczuchowy atrybut – nocnik).

Jak to już mi kilka razy się zdarzyło i co opisywałam na blogu, jadąc do jakiejś wioski, spóźniałam się o rok, o dwa lata – wioska ze skrzypiącej, zakurzonej, głęboko osadzonej w ziemi, z której wyrasta, zmieniała się w wypreparowaną dla turystów wydmuszkę pozbawioną tresci. Jimingyi jest właśnie na początku tej drogi. Ziemny, rozpadający się mur jest własnie obudowywany szarymi cegłami, takimi jak na “cywilizowanych” kawałkach Wielkiego Muru, wieżyczki-pawilony na bramach jeszce 1.5 roku temu miały postać sterczących na wietrze przekrzywionych szkieletów. Teraz pogięte przez wiatr kikuty zostały zastąpione przez konsktrukcje całkowicie nowe. W wiosce wybrukowano główną uliczkę, reszta nadal jest z ubitej ziemi. Jedną czy dwie świątynie odnowiono, a przed jedną z bram (nie przed tą, którą weszlismy, nikt się najwyraźniej nie spodziewał, że turysta nadejdzie na piechotę z miasteczka) ustawiono budkę z biletami. Ale reszta budynków z gliny i ziemnych murów zabudowań nadal rozmaka w deszczu (fakt, że ostatni był 8 miesięcy temu…)

 

Rano dorywa nas osoba umownie i roboczo ochrzczona przez nas Sołtysem. Sołtys nas oprowadzi, sołtys weźmie kluczyk od świątyni boga bogactwa od fryzjera, kluczyk od świątyni Konfucjusza od człowieka z twarzą jak filtr od papierosa i przed nim demontracyjnie będzie na nas pokrzykiwał: “tylko nie róbcie zdjęć tym freskom z dynastii Ming!”, a za jego plecami: “no, teraz szybko róbcie, mnie tam nie zależy, ale staruch sie piekli, jak kto robi”. Sołtys roztoczy przed nami tajemną wiedzę historyczną: “te rzeźbienia sa z dynastii Ming. Zostały wyrzeźbione na czesć odwiedzin cesarzowej Cixi, bowiem pszczółki wymawia się feng, czyli tak samo jak Feniks, a małpki hou jak taihou, czyli Cesarzowa”. Zamiast zadać podchwytliwe pytanie o to, jakim cudem za Mingów wiedzieli, że pareset lat później będzie tu nocować jakas baba z barbarzyńskiej dynastii i, co gorsza, czemu uznali za sensowne uczczenie tego faktu rzeźbą, przypominam sobie, co się stało, jak zaprotestowałam, gdy swego czasu marokański przewodnik gdzies pod Marakeszem opowiadał, że dana willa rzymska, której to ruiny właśnie oglądaliśmy, nazywa się dom Orfeusza, bo swego czasu mieszkał tam (zresztą zakochany w sztuce berberyjskiej) Monsieur D’Orfee. Za pszczółkami i małpkami wąskie przejście, Sołtys wpakowuje się z nami do czyjegoś obejscia. W starych murach znowu sterta kukurydzy, znowu butelki wódczane, gospodyni paruje mantou, na przykangowym piecyku grzeje się czajnik. “Na tym kangu spała cesarzowa Cixi” – obwieszcza Sołtys, a gospodyni dalej paruje te mantou. “Od tej pory na tym kangu nikt już nie spał”. Kiwamy głowami dotykając jeszcze ciepłej wygniecionej poduszki leżacej na tymże kangu i wdychamy zapach swieżych mantou. 15 dnia 4 miesiąca księzycowego w wiosce będzie miaohui - festiwal swiątynny. Nie z takich jak w Pekinie, które odbywają się nie przy świątyniach, ale w parkach i mają tytuły w stylu “festiwal swiątynny w stylu europejskim” ale prawdziwy. Na Górze Piejącego Koguta otworzą wszystkie trzy świątynie, będzie muzyka, tańce, jedzenie. Jedziemy. Ta resztka muru dookoła wioski, która pozostała za tego pobytu jeszcze ziemna, pewnie do tego czasu zostanie już pokryta nową-starą szarą cegłą.

P.S. Szata graficzna under construction.

Tags:

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

09

04 2011

20 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. 1

    Wreście nowy wpis! :-)

  2. dopplereffekt #
    2

    Nowy layout jest super. Dużo bardziej przejrzysty jest tekst przez co się go łatwiej czyta. No i nowy wpis jest w końcu :)

  3. ril #
    3

    Otwierałem dziś tą stronę z myślą – bez sensu, przecież na pewno nie ma nowego wpisu. A jednak.

    A nie dziwili się po co podróżować po takich niewygodnych miejscach :) ? Przypomina mi się jak w Wietnamie z żoną wyjechałem do wsi w prowincji Nge An – ale tam mieli lepszy kibelek – dziura była obudowana a zamiast psa miało się towarzystwo świnek! A i tak alternatywnie można było korzystać z małego gaj bananowy koło domu.

    “pszczółki wymawia się feng, czyli tak samo jak Feniks”
    Feniks to według słownika fèiní kè sī – 费尼克斯, czyżby było jakieś inne określenie?

  4. YLK #
    4

    bxy, powrot – i jak zwykle w wielkim stylu! Czekam na ciag dalszy!
    @ril: 蜂=凤

  5. Yao #
    5

    A dlaczego tekst mikrobloga jest ucięty po prawej stronie? Czy może tylko u mnie się tak dziwnie wyświetla?

  6. YLK #
    6

    U mnie wyswietla sie w calosci, bez problemu, uzywam Firefoxa. NB gdyby tekst mikrobloga wyrownac nie tylko do lewej, ale i prawej, to czytaloby sie sie i calosc wygladala jeszcze lepiej, niz obecnie. Taka drobna sugestia.

  7. Andrzej #
    7

    Bxy, Ty weź i wyzdrowiej nam wreszcie, bo my się wszyscy pod Ciebie chronimy w ucieczce od krajowych… schorzeń, jak pod chińską kwoczkę.
    Serbowie, dużo wcześniej zanim się Knorr urodził, powiadali: „Stara koka, dobra juha” /zupa, zupa, a nie krew! :) / – znaczy i oni musieli przyjść skąd i my… (no bo reklama Knorra z mikrobloga musiała się z pewnością posłużyć odpowiednią chińską mądrością ludową, oni są ich pełni).

  8. bxy #
    8

    Komentatorzy Mili – dziekuję! Oj, miło Was widzieć! :-)

    Oprócz wytrwałości i miłego słowa dziekuję też za wszelkie uwagi odnoszące się do layoutu, zachęcam do składania ewentualnych skarg i zażaleń. Niekoniecznie wcielę od razu w życie, bo się nie znam, ale będe próbować.
    Bo np. z tym mikroblogiem to jest tak, że on w każdej przeglądarce wygląda inaczej. W IE pożera kawałek, a na Firefoxie jest węższy, niż inne teksty z listwy bocznej…Jestem w trakcie myślenia, jakby tu zrobić, żeby zmusić/poprosić kogoś, kto się trochę zna, aby sprawił, żeby rzecz z każdego punktu widzenia wyglądała mniej wiecej tak samo i jakoś sensownie…

    Ril – w jednej z wiosek, do której pojechałam, jakiś pan na przystanku, jak już dojechałam, najpierw wypytał skąd, ile bilet etc., a potem rzekł z żalem, jakbym to jego pieniądze wydała: “tyle jechać, żeby zobaczyć kilka popsutych chałup!…”

    Andrzej – wiesz, mnie w końcu będzie czekał powrót do Polski i ja się zwyczajnie boję, w każdym razie w tej chwili absurd chiński jest mi bardziej oswojonym niż absurd polski.

    YLK – jeśli uda się wyleźć z tej zarazy, co tu szaleje i zarazem nie pojechać do Kantonu na Targi, to może w ten weekend na Mur do Shanxi (chyba bez atrakcji Datongu, bo tam się kłębi potworny tłum)

  9. Andrzej #
    9

    Bxy – Spoko, wrócisz i znów im dokądś zwiejesz, tak jak my wszyscy.
    Po prostu nie wytrzymasz długo…

  10. Hitchhiker #
    10

    Blog jest genialny, fantastyczny. Gratulacje dla autorki, zawsze z niecierpliwością czekam na kolejne wpisy.
    Ale obecny layout… aa! Niech wróci poprzedni

  11. YLK #
    11

    Nie wiem, czego Tobie zyczyc, bo jestem pewien, ze i z Kantonu, i z Shanxi przywiozlabys kolejne fascynujace opowiesci. Moze niech bedzie Kanton, polaczysz przyjemne z pozytecznym i uciekniesz od zarazy w zupelnie inny klimat…

  12. ella #
    12

    IMHO layout jest lepszy niz byl, co prawda rubryka “nowe komentarze” mogla by byc wyrazniejsza (nie bardzo widac co kto pisze), ale moze to wina mego browsera. Natomiast wpis jest jak zawsze bardzo interesujacy a Twoje wpisy w microblogu to istne cacka.!!!

  13. Krzysztof #
    13

    Hej
    Gratuluje świetnych wpisów na blogu. :)

    Mała uwaga dot mikroblogu:
    tekst jest obcinany na niektórych przeglądarkach z powodu zbyt długiej jednej linii: http://v.youku.com/v_show/id_XMjkxOTU1NzI=.html. Ta linia się rozpycha wiersz tabeli.

    pozdrawiam i życzę zdrowia

  14. bxy #
    14

    Bardzo dziękuję za miłe słowa i za uwagi co do layoutu.
    @ Hitchhiker – może daj mu jeszcze szansę? Będzie poprawiany, tyle, że mam znowu urwanie głowy i nie wiem kiedy to zorganizować (tzn. wymuszanie na kimś poprawek).
    Krzysztof – rzeczywiście, masz rację! Bardzo dziekuję, rzecz zwyczajnie wywalę (zwłaszcza teraz, kiedy już dałeś linka :-)
    @ Ella – mi też się nie podoba kolumna nowe komentarze, ale mam wrażenie, że to akurat da się poprawić – tylko potrzebuje paru dni.
    @ Andrzej – ja mam chyba tylko jeden kierunek zwiewania.
    @ YLK – co do Kantonu, to mi od dłuższego czasu bardzo marzy się pojechanie do 开平 i zobaczenie 碉楼, zanim spotka je wiadomy los, ale niestety zawsze jak jestem w Kantonie, to mi zupełnie nie po drodze. Tym razem tylko targi i od razu powrót. A Ty obiecałeś swego czasu wznowienie bloga, ha…

  15. YLK #
    15

    bxy, hehe, a niech je burza, stare, grzybem i plesnia pokryte, kto by w takich warunkach chcial teraz mieszkac…:)
    W Kantonie nie bedzie tak zle, zmienisz klimat, przejda Ci suchoty…:)
    Blog jest na standby, ale wciaz pisze, za duzo zebralo sie tych wszystkich wypraw (sama wiesz, jak ciezko ruszyc piorem/klawiatura, gdy sie jest do tylu i po czasie emocje z wyjazdu opadly), a jeszcze wiecej przede mna w najblizszym czasie.

  16. bxy #
    16

    YLK – miałeś rację – w Kantonie suchoty przeszły jak ręką odjął. Przyjechałam z powrotem – znowu naszły. Dokąd jedziesz? – pochwal się.

  17. YLK #
    17

    Mam nadzieje, ze nastepnym razem los rzuci Cie w bardziej sprzyjajace zdrowiu okolice (takie z tak Ci bliskim mazurzeniem…:)
    Pojechalem i wrocilem. Wrazen nie da sie opisac – bo jak opisac wejscie nieznanym szlakiem na swieta gore we mgle, z ktorej nagle wynurzyly sie chaty mnichow-pustelnikow? Albo w piekny sloneczny dzien widok ze szczytu, pokazujacy ze rzeczywiscie gora wyglada jak otwierajacy sie kwiat lotosu…?

  18. bxy #
    18

    YLK – właśnie kombinuje jazdę do Mongolii – tej Wewnętrznej jak i zewnętrznej… :-)

  19. YLK #
    19

    Zaczekaj, az te burze piaskowe przejda, dzis nawet Szanghaj byl szaro-bury jak nigdy, moge sobie tylko wyobrazic, jak tam u Was wyglada…
    Pamietam Ulan Bator AD1990 – w dzien -25, w nocy -36, do jedzenia zylasta kurica, do picia woda Borzomi (ulubiona Stalina), w sklepach tylko chleb i cukierki czekoladowe, no i mongolscy taksowkarze pytajacy po polsku, czy mamy moze szminki i krem Nivea…:)
    Wez ze soba jakies pomadki, moze Ci sie podroz wroci…:)

  20. bxy #
    20

    U nas burza piaskowa była tak fajna, że ledwo dało się jechac rowerem. Jeśli do Mongolii “zewnętrznej”, to dopiero w wakacje, może uciułam do tego czasu jakies szmineczki… Póki co kupiłam przewodnik i pierwsze mongolskie zdanie jakiego uczy to: “zabierzcie stąd psy!” :-)



Your Comment