różnice kulturowe…

 

…to słowo, którego wyjątkowo nie lubię. Tak samo jak słowa “westernizacja” i hasła “安全第一”, anquan diyi , czyli “po pierwsze bezpieczeństwo” wywieszanego w formie transparentów na najbardziej chybotliwych budowach i ogólnie wszędzie tam, gdzie w wyjątkowo rażący sposób ignorowane są przepisy BHP  (pewnie największe było na tym budowanym wieżowcu, co to się parę miesięcy temu przewrócił).

A “rożnice kulturowe” – jak przydarza się za granicą coś dziwnego i nie wiadomo, o co poszło, to żeby nie zagłębiać się za bardzo, i żeby nie wyszło, że”innych kultur” nie szanujemy, można po prostu z zadumą rzec: “ot, różnice kulturowe”. I pokiwać głową.

Tylko, że niektóre zdarzenia jakoś nie da się za bardzo inaczej określić, niż właśnie “różnice kulturowe”.

Bo tak - wychodzę dziś głodna z biblioteki (siedziałam tam prawie sama, pisałam kolejny artykuł, wszyscy już pouciekali z racji świąt – jutro 60 rocznica ChRL, a za 3 dni Festiwal Środka Jesieni), chwiejnie idę zjeść. Wchodzę do knajpy, biorę menu, wybieram, podchodzę do pani w kasie, a ta gada przez telefon. Patrzę na nią a ona nic – gada. “I 50 jinów ryżu zamówilismy i mniej przyszło i nienajlepszego”. Czekam i nic. Przeglądam bezradnie ponownie menu. “Ale weźcie teraz więcej przywieźcie, no bo to przyszło to nie było 50 jinów”. Przyglądam się jej intensywnie, próbuję zajrzeć w oczy i nic. No to znowu patrzę tępo w menu. I tak chyba ze 4 minuty. Aż nagle przypominam sobie, że to nie Tajwan, tylko kontynent i że tu można głos podnosić i okazać złość (na Tajwanie to duży wstyd i utrata twarzy dla krzyczącego). No więc podniesionym głosem ze złością mówię: “To ładnie o klientów dbacie! Takie ignorowanie, idę do konkurencji!” i teatralnym gestem zabieram torbę i ruszam do wyjścia. Kobieta nagle odkłada słuchawkę, zbiegają się kelnerki i zaczynają wszyscy zbiorowo przepraszać. Bo ja tak stałam i nic nie mówiłam, tak tę kartę bezradnie oglądałam, myśleli, że po prostu jestem jakaś wybitnie niezdecydowana. No to ja na to: “a co miałam robić, jak tak gadała? Śpiewać i tańczyć?”. Śmieją się, złość topnieje (tutaj tak jest, że złość i podnoszenie głosu szybko przychodzi, ale też szybko mija bez śladu). Ojej, tak im przykro, nie, nie, nigdzie nie idź, gratis sałatkę z ogórka dodamy.

No więc sie uspokajam, odkładam torbę i zaczynamy rozmawiać. Że Chińczyk po prostu by krzyknął (głównie to warknął): “chcę zamówić!” a nie tak czekał. A ja na to, że u nas to raczej ten przy kasie by przerwał bez moich krzyków. I dalej, mówię, że nigdy jeszcze się tutaj nie przemogłam, żeby przez całą salę wrzasnąć “Kelner! Rachunek”, a dyskretne znaki, które ku kelnerom czynię prawie nigdy nie są dostrzegane.  Kelnerki się śmieją. A ja nie potrafię wrzasnąć ani klasnąć. Po wzajemnych przeprosinach siadam i jem swoje.

A jeśli już o “różnicach kulturowych” mowa, to tę pomiędzy ChRL a Tajwanem odnoszącą się do przyzwolenia na okazywanie złości przyjęłam z ulgą (oczywiście wielką masę tajwanizmów wspominam z rozrzewnieniem).  Tutaj te złości, których do tej pory byłam świadkiem i adresatem (mam nadzieję, że także te, których byłam nadawcą), są przeważnie (oczywiście nie zawsze, czasem po prostu ktoś się na kimś wyżywa, jeszcze kiedyś opiszę, jak się nade mną pani doktor w Biurze Kwarantanny znęcała!) ubrane w pewne formy, czasem wręcz mam wrażenie, że złoszczący się zmusza, aby złość okazać, aby stało się zadość porządkowi rzeczy. I że taka “złość rytualna” przy cichym porozumieniu, jakie tutaj panuje co do jej form, przebiegu i zakończenia, jest czymś cennym. Szczególnie jak np. w mieście mieszka 25 milionów ludzi.

Parę tygodni temu nawrzeszczał na mnie konduktor. Krzyczał, bo w puściutkim pociągu wlazłam na środkowe, a nie najniższe – jak wynikało z biletu – łóżko i nie chciałam zejść argumentując m in. pustotą całkowitą pociągu i tym, że tu mi bardziej się podoba. No więc z niejakim zmęczeniem i z urzędu wykrzesał z siebie złość:

On: “Co, było w bilecie, co nie widać? Wlazła i pościel brudzi! Złazić stamtąd natychmiast i tę pobrudzoną pościel zamienić!”

Ja: “O, to jednak pan mówi po chińsku?”. Wcześniej, przy wsiadaniu, chociaż się go pytałam kilka razy, dlaczego mam iść do 6 zamiast 7 wagonu, jak było w bilecie, nie podpowiedział ani słowa tylko pokazywał uparcie na migi na 6 wagon nawet na mnie nie patrząc.

On: “Złazić! Pościel zabierać!” .

Ja: “Proszę przestać wrzeszczeć, to zejdę”.

On (wrzeszcząc): “Nie wrzeszczę!!”

Po czym jak wrzeszczał, tak się zaraz uspokaja, ja schodzę, on daje mi spokój. Musiał okazać władzę należną mundurowi.

A ja wolę takie krzyki niż milczenie, chowanie urazy i nagłe wybuchy, których doświadczałam niekiedy na Tajwanie, a będące przeciwieństwem tej kontynentalnej “złości rytualnej”.

Byłam raz adresatem takiej szczególnie bezradnej i niekontrolowanej złości. Złoszczący najpierw zrobił uwagę o jakiejś codziennej błahostce (typu niepozmywany talerz czy nie odłożona na miejsce rzecz), potem ogólniej - o cudzoziemcach jako takich, potem o młodszych (2 lata, ale zawsze) kobietach, które go nie respektują, i o tym, że właściwie nikt go nie respektuje. Raz otworzony worek ze złością nie dał się już zamknąć. Zakończył, siedząc na podłodze, krzycząc przez łzy, że całe jego życie jest porażką i jeszcze parę innych przeraźliwie smutnych rzeczy. Ta złość faktycznie była tego rodzaju, że krzyczący, gdy raz się pojawiła, nie mógł już nic zrobić, a już z pewnością zachować twarzy, a ja nie mogłam na nią odpowiedzieć. Oczywiście nie wiedziałam tego i wyciągnęłam do płaczącego dłoń, proponując rozmowę. Co było najgorszym z niewielu rozwiązań, jakie w tej sytuacji zostały i skończyło ucieczką nieszczęsnego w jesienny deszcz tak jak stał – w szortach i koszulce. Potem zachowywał się, jakby mnie nie było i  już nigdy się nie odezwał.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

01

10 2009

4 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. ril #
    1

    Przypomina mi się scena z książki o pracy w japońskiej korporacji “Z pokorą i uniżeniem” Amelie Nothomb, gdzie główna bohaterka ostatecznie podpada swojej przełożonej, gdyż, po tym jak ta zostawszy publicznie zmieszana z błotem udaje się wypłakać do łazienki, idzie za nią do tej łazienki, aby ją pocieszyć. Japońska przełożona odbiera ten gest jako chęć ostatecznego poniżenia – jej podwładna widzi ją nie kontrolującą swoich emocji.

    A czy ogólnie masz wrażenie obcości, niezrozumienia w stosunku do Chińczyków, zwłaszcza w porównaniu do kontaktów z Europejczykami? Z ksiązki “Z pokorą i uniżeniem” jak również z “Bezsenność w Tokio” Buczkowskiego wyłania się taki obraz kontaktów z Japończykami, którzy uchodzą za bardziej (sorry za brzydkie słowo ;) ) zwesternizowanych niż Chińczycy. Ja osobiście nie miałem wrażenia obcości w kontaktach z Japończykami, Koreańczykami czy Chińczykami z Singapuru, ale te kontakty miały miejsce poza ich ojczystym krajem.

  2. bxy #
    2

    Ril, mi się ta książka w ogóle często przypomina. Czytałam ją dość dawno, ale pamiętam, że wtedy uważałam, że autorką w opisach Japończyków kieruje uraza i resentyment. Teraz w sumie też tak uważam, ale za to lepiej rozumiem jak taki resentyment się rodzi ;-) u niej gorzkie odczucia musiały być dużo silniejsze niż u zwykłego pomiatanego laowaja czy gaijina, bo ona się w Japonii urodziła i wychowała, więc takie traktowanie musiało jej się wydać jeszcze bardziej niesprawiedliwe, niż komuś kto z miłości do Chin przybywa, a tu się go np. pytają głosem jak do bobasa, czy już umie jeśc pałeczkami.

    A jeśli chodzi o Tajwan, to pomimo lat niestrudzonego – i często brutalnego – rugowania japońszczyzny przez KMT, Tajwan z Japonii ma mnóstwo – z wzorów zachowań, z wyobrażeń o tym, jak wygląda dobre wychowanie, nowoczesność, “cywilizowanie”, rozrywka etc.

    Wrażenie obcości – nie chce zgrywać bardziej chińskiej od Chińczyków, ale ja tu nigdy nie miałam wrażenia obcości, czasem przerażenia, albo złości (co oczywiście wnet opisuję), ale właśnie obcości nigdy. Najbardziej dojmujące odczucie obcości jakie mnie zatakowało, jeśli chodzi o kraj, było w Niemczech. Jak na ironię łaziłam wtedy wszędzie ze znajomymi Tajwankami urodzonymi w Niemczech, a wszelacy kelnerzy, bileterzy, pytający o drogę zwracali się wyłącznie do mnie, jedynej osoby z towarzystwa, która po niemiecku nic a nic, ale za to mającej gębę jakby odpowiedniejszą. Swoją drogą dla tych dziewczyn musiało być to przykre (zanim przywykły). Tam rzeczywiście po 5 dniach marzyłam tylko o powrocie do Polski, czułam, ze to “nie moja bajka”, że życia tam bym za nic nie zniosła. Tu ani na Tajwanie ani w ogóle w kontaktach z tutejszymi plemionami nigdy coś takiego mi nie zdarzyło, ból to jest jak trza wyjeżdżać. I to raczej nie tyle sprawa języka, bo francusku też mowię, a we Francji czuję się w sumie dośc podobnie miło jak w Niemczech. A Ty w Wietnamie miałeś takie poczucie obcości?

  3. Yao #
    3

    Podobne do tej niemieckiej historie zdarzają mi się w Chinach, kiedy jestem w restauracji ze znajomymi Chińczykami, którzy nie mówią w putonghua (bo są np. z Hongkongu), lub niechińskimi Azjatami (którzy bywają brani za Chińczyków). Wszyscy zwracają się po mandaryńsku do nich i bardzo się dziwią, kiedy odpowiada “niewłaściwa” osoba, czyli ja.

  4. ril #
    4

    @bxy Miałem w Wietnamie i miałem poza Wietnamem. Ci ludzie są mili, ale jest między nami jakaś bariera
    Znacznie łatwiejszy jest kontakt z Chińczykami z Malezji i Singapuru (ale może dlatego, że nie są u ciebie?). Najlepiej to chyba opisałem w poście Różnice kulturowe 1 na blogu z Hanoi: http://remotevietnam.blogspot.com/2008/03/tt-2.html



Your Comment