Rozproszenie. Za Chiny Ludowe!

 

Gdy ostatni karton z pekińskimi rzeczami jest już zapakowany, SSL jest w Oslo. To dopiero kilka dni po zamachu, SSL idzie pod rządowy budynek i do pobliskiej świątyni. Widzi kwiaty i pluszaki na posadzce. Kiedy wsiadam po raz kilkunasty w moim życiu w samolot, który przewiezie mnie przez całą Azję, właśnie wtedy prawdopodobnie SSL patrzy na kawior, na wielką puszkę kawioru, która kosztuje tylko kilkanaście koron (tyle, ile posiłek w Mcdonaldsie). “Takie tanie, pewnie niedobre, musi być jakiś haczyk” – mówi do siebie i wędruje dalej. Chodzi po Oslo, podobnie, jak wcześniej po Barcelonie, Amsterdamie, Neapolu, Wiedniu na piechotę, żeby oszczędzić pieniądze. Od miesiąca śpi już tylko w salach wieloosobowych koedukacyjnych (czego nie znosi).
Kiedy samolot leci ponad Syberią, otwieram wreszcie jedną z gazet, które kupiłam wieczorem przed wyjazdem (wtedy, kiedy przy kiosku podszedł do mnie młody dziennikarz, który po kilku minutach rozmowy krzyknął “Boże, czemu ja Cię wcześniej nie spotkałem?!”). Autor tekstu dwoi się i troi, żeby tylko wytłumaczyć czytelnikowi, co to prawica, co to skrajna prawica, jak to jest, że ktoś porywa się na rząd i jego młodzieżówkę, bo jest za dużo emigrantów.

Gdy czekamy z J. na Dworcu Centralnym, komunikaty zlewają się w jedno. Berlin? Lublin? Odjedzie? Przyjedzie? Biegniemy po pojaśniałym, lecz wciąż spowitym w folie i usłanym pędzlami Centralnym, bo pociąg z Berlina właśnie wjechał, ale na zupełnie inny tor, niż mówili.
SSL wysiada. Plecak. Schudła od tego włóczenia się dwa miesiące po Europie, a skóra – o zgrozo – pociemniała do koloru skóry shan mama – mateczki z gór. Ale ta podróż była jej bardzo potrzebna. Z dala od zgiełku Taipei, stresów Szanghaju, chciała poczuć samotność. Rozważyć, czy chce piąć się wyżej (wyobrażam sobie, jak jej ojciec, polityk Kuomintangu, byłby dumny, gdyby tylko jakoś z wysokości mógł zobaczyć, jak ta młoda kobieta o bardzo długich oczach i dołeczkach w policzkach sobie radziła podczas ostatniej kadencji, jak stawiała czoło mafii i stawiała ławki dla starszych na skwerkach). Czy zostawić to teraz, przed progiem polityki ogólnotajwańskiej i iść w biznes? A ja? Ja przez te dwa miesiące chodziłam po łysych górach Mongolii Wewnętrznej, od jednego do drugiego kamiennego okrągłego ołtarza, a każdy z nich powiewał na stepowym wietrze tysiącem warstw wypłowiałych flag modlitewnych. Zastanawiałam się, jakie mam jeszcze możliwości. Potem po pustyni. Potem po Pekinie, żeby zamknąć jakoś to moje chińskie życie. Wyszło trochę niezgrabnie, koślawo, niezręcznie, jak i zresztą ono samo.

Nie wiem, że cena biletu komunikacji miejskiej przez te dwa lata wzrosła o 1.10 złotego. Nie wiem, czym się różnią koleje Mazowieckie od Regionalnych. Nie wiem, że bilety na autobus można kupić w automacie na przystanku. Gdy niemal wpadam na taki automat, wrzucam pieniądze i odchodzę. Zapomniałam biletu. Gdy chcąc wyjść z autobusu, gdy ten zbliża się do przystanku, wstaję i idę do właśnie otwierających się ostatnich drzwi (w Chinach to drzwi wyłącznie dla wysiadających) i wpadam na tłum wsiadających starszych pań, które zaczynają na mnie krzyczeć. Nie wiem, że przejście pod Centralnym jest w remoncie, nie wiem (a może wiem, tylko chciałam zapomnieć), że w święta religijne nie można kupić nawet chleba i boję się, że nie będę wobec tego w stanie zrobić dla SSL nawet najprostszego śniadania. A może podwieczorku. Mylą mi się godziny. “Jesteś jak laowaj mówiący nieźle po polsku, chociaż…jak to? Naprawdę nie rozumiesz komunikatów na dworcu?” – mówi SSL, gdy wreszcie udaje nam się dobrnąć do autobusu.

SSL bardzo podoba się Warszawa. Jest w przeciwieństwie do Włoch, w których zalegają w miastach góry śmieci – bardzo czysta, w przeciwieństwie do Francji gdzie w okienkach odburkują coś niegrzecznie, wszyscy mówią sobie dzień dobry, no i – w przeciwieństwie od miejsc, gdzie nie ma pięknego ciętego szkła – piękne cięte szkło jest w każdym sklepie z gospodarstwem domowym. Jak je tylko otworzą po tym święcie, musi kupić! Potem ostatniej nocy, popijając Gorzką Żołądkową, będziemy pakować w folię z bąbelkami 20 kieliszków z Syrenką, z panoramą Warszawy, z orzełkiem, który będzie się jakoś tak trzepotał, trochę zresztą tak, jak Syrenka ogonem.
Ale póki co…. “Wiesz, jutro być może tak nie będzie łatwo, jedziemy do jednego z najuboższych regionów Polski” – przygotowuję delikatnie grunt. “Będziemy pewnie jechać starym pociągiem, być może ludzie będą się na Ciebie trochę patrzeć. To znaczy oczywiście nie tak, jak na mnie w Chinach!” - uspokajam, widząc pytający wzrok.

Nie ma starego pociągu – jest pociąg nowiutki i nowoczesny, trochę przypomina tramwaj. Jedzie przez zielone pola i lasy. Nikt na SSL nie zwraca uwagi. Nawet, gdy SSL piszczy – zupełnie nie jak polityk, co z mafią walczył – na widok bocianiego gniazda. Nawet, gdy piszczy jeszcze głośniej na widok bociana-samego-w-sobie. Nikt nie reaguje, gdy na widok dwóch bocianów w gnieździe dziko wrzeszczy i wyrywa mi ramię (zapomniała puścić moją rękę, gdy rzuciła się w stronę okna, palce wbite w moje ramię na widok ptaszyska trzymają).
Gdy wreszcie docieramy na miejsce, leje deszcz. SSL podbiega do starszej pani bez parasolki i chroni ją przed wodą. “Kochanieńkie, nie przejmujcie się mną” – mówi kobieta – “ja tam przez las idę, pod samą granicę, będzie ze 20 minut, gdzie wam tam iść!”. SSL obstaje, że odprowadzamy. Trzyma parasolkę, ja siatkę z pomidorkami malinowymi, kupionymi przez starszą panią w Hajnówce. Gdy nieśmiało pytam, jak dojść do rezerwatu żubrów i paru jeszcze innych atrakcji, strasza pani lepiej się nam przygląda: “och, to wy chyba nie jesteście od nas?” “No nie, np. koleżanka jest z Tajwanu”. Jasne oczy patrzą zdezorientowane. “O, to faktycznie nie tutaj, pewnie aż spod Warszawy?”

Łazimy po starym wiatraku, zachęcamy żubry i łosia do pozowania, opracowujemy plan na wypadek ataku dzika, na tle wieczornego nieba widać sylwetki dwóch zapóźnionych bocianów. Nazywamy je odpowiednio kapitalistą – zibenjia (gniazdo na dachu banku) i obszarnikiem - dizhu (wielkie, ewidentnie dziedziczone w obrębie ptasiego rodu, gniazdo na przedwojennej willi). W nocy po miłej pogawędce ze sprzedawcą (kłania się szastając blond grzywką o ladę, niby po chińsku, żeby uhonorować pierwszego tajwańskiego gościa, któremu sprzedaje Żubrówkę), wracamy z małą latarką i wielką butelką, a kucharz naszego pensjonatu (mieszkał 6 lat, zaraz po wojnie, w Wietnamie) pyta, czy czegoś byśmy jeszcze nie zjadły (chętnie da szynkę z dzika…). Coś pohukuje (pewnie mi w głowie Żubrówka). “Ale wy pięknie potraficie chronić własną przyrodę” – mówi SSL i patrzy w czarne za oknem – w stronę białoruskiej granicy. Chwilę później, gdy pohukiwanie się nasili, opracujemy kilka planów, jak dyskretnie zasłonić Pałac Kultury, żeby przestał tak dominować (może przysłonić liśćmi?….dać na nim Mr Smileya? A może namiocik?… Chociaż mi tam się podoba, trochę jak Empire State Building, ale jestem tylko laowajem, z pewnością się nie znam”)

Na Dworcu w Białymstoku pusto. Od czasu do czasu podjeżdżają stare autosany, ale prawie nikt nie wsiada, choć strajk na kolei, a po torach obok zmyka jedynie w stronę zajezdni lokomotywa (“jak byłam w Mediolanie, strajk obejmował wszystkie środki komunikacji i nikt nikogo nie informował, kiedy się skończy, wszyscy tylko mówili „może”, mówili “proszę pytać około szóstej”). “Czemu one mają takie okrągłe tyły?” – dziwi się SSL patrząc na przyjeżdżające i odjeżdżające autosany. “Bo tak było modnie w latach 60-tych” – odpowiadam. Po nas przyjeżdża nowiutki busik mercedesa. “Co za piękny busik, mało gdzie widziałam takie ładne środki transportu. Tylko dlaczego muszę zapiąć pasy?” – dziwi się SSL. “Bo nie będziemy jechać po autostradzie, tylko po drodze z jednym pasem ruchu i drugim z naprzeciwka”. Strach w oczach. Pewnie miała mniejszy, jak szef lokalnej mafii przez pośredników zaproponował jej spotkanie w górach.

Coś mnie ściska, gdy wsadzam SSL do pociągu. Najpierw skończyło się moje chińskie życie. Ot tak, choć znaki jego końca widziałam od jakiegoś czasu. Teraz odjeżdża osoba tak podobna do mnie – chińska, ale laowajska. Rozumiejąca, ale obca. Obca u siebie, obca w Chinach, obca tutaj. Wracam do domu – teraz już idzie mi to lepiej – bilet, autobus, drzwi środkowe, tylko wcześniej stanąć przy nich, wysiąść, potem czekać na zielone, przechodzić na przejściu i nie na ukos. Gotowe!

Na mojej klatce wiele mieszkań zmieniło przez te dwa lata właścicieli. Zawieruszyli się gdzieś ci, którzy jako dwudziestokilkulatkowie wprowadzali się tutaj, gdy tylko polepiono z gruzów Getta wielkie cegły i zbudowano z nich – na piwnicach i fundamentach wypalonych kamienic osiedle – Muranów. “Pan mnie chamsko okłamuje!” – słyszę krzyk kobiecy dochodzący z mieszkania na parterze, tam gdzie mieszkało starsze małżeństwo. Teraz, przez niegdyś obstawione paprotkami, a dziś puste okna sypią się gruz i krzyki. “Co pan powiedział, hę? 300 złotych, tak, czy nie?”. “Ale kochanieńka, 300 na dzień, nie za dwa dni!”. “No nie, no!!….” “No przecież nie będę robił za 150 złotych na dzień, to jakieś kpiny” – rozlega się głos majstra.

Ja na razie tylko wiem, że strona tłumaczenia na chiński kosztuje połowę tego, co dwa lata temu. Żeby zarobić tyle, co ten majster, musiałabym tłumaczyć ok 6 stron na dzień. Przy założeniu, że w ogóle dostanę je do tłumaczenia, rzut okiem na polski internet uświadamia mi, że nie brakuje ludzi, którzy są skłonni odklepać cokolwiek za mniej. “A co to niby takiego, umowa spółki?” – poucza mnie szefowa biura tłumaczeń – “to prościusieńka sprawa – właśnie akurat na 60 brutto za stronę”. Zrobię? Nie zrobię? Czy mogę powiedzieć „za Chiny”?…

Wczoraj ostrzygłam połowę włosów na 4 milimetrowego jeża (druga połowa formuje nieco opadającego, ale bojowego grzywkopodobnego irokeza). Po raz pierwszy od chyba matury założyłam kupione kiedyś, a nigdy nie noszone arcywysokie szpilki. “Co to za szpile?” – patrzy w sposób zdezorientowany mój nagle zmalały ojciec. To? To mój strój wojenny.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

21

08 2011

19 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. bimbalimba #
    1

    o ty, bez kitu, to sie nazywa ‘nagla zmiana akcji’ … no i przyznam sie,ze sam balbym sie skorzystac z pkp bo to teraz interegio, tkl, koleje mazowieckie, przewozy regionalne i cos tam pewnie jescze … a to ze sie sie w kraju troche zmienilo to tylko zasluga unijnych dotacji co sie zaraz skoncza /albo juz sie skonczyly?/ – taka powtorka z gierka, kilka lat ‘dobrobytu’ …

    a dumping to problem calej branzy wolnych strzelcow- gdzie sie nie obejrzysz ‘przyjezdny’ zrobi taniej i szybciej … nie szanuja sie u nas mlodzi ludzie oj nie …

    chociaz mialem wrazenie,ze teraz sinolodzy to maja jak w paczki w masle- nic tylko robic szmalec na kontaktowaniu i handlowaniu

  2. mn #
    2

    Bxy, czyli to koniec?! Dzięki wielkie za Twoje pisanie i mam nadzieję, że będzie więcej, w internecie, na papierze, będę wyglądać wszystkiego. Życzę w powodzenia w polskiej rzeczywistości.

  3. Andrzej #
    3

    No popatrzcie!
    Takie są kobiety!
    Wzięła i poszła sobie!

  4. 4

    Raz jeszcze “odwrócony szok kulturowy”? Nie będę fałszywie pisać: “to przejdzie, to minie”. Ja po ponad pięciu latach w tym kraju nadal siadam wieczorami z fajką na balkonie wynajętego w Warszawie mieszkania (tamto moje, własne zostało w Kunmingu i powoli pokrywa się kurzem…) i patrząc w ciszy, jak zapada zmierzch, myślę sobie, że Księżyc nad Yunnanem świeci inaczej – tak jasno, że wydaje się niemal, że na ziemi osiadł szron…

  5. framedbutton #
    5

    Dziękuję za bloga i mam nadzieję, że to nie koniec.

  6. YLK #
    6

    Jak zwykle bardzo poruszajacy wpis, dziewczyno, masz wyjatkowy talent – i jak widac po fryzurze nie mniej polotu…:)

    Bylem w kraju przez miesiac, po raz pierwszy od pol dekady. Wrocilem do Chin i nie za bardzo mozemy sobie znalezc tutaj miejsce. Czujemy sie zawieszeni w przestrzeni, bo jedno kusi czyms, czego drugie nie oferuje – autentycznymi przyjazniami, bezinteresownoscia, zawsze pomocna rodzina; ku drugiemu z kolei zyciowa grawitacja ciagnie – praca, wybor, fascynacje.

    Niemniej trawa pod nawislanskim plotem jest na pewno bardziej zielona.

    NB szkoda, ze szanse na spotkanie zmalaly, choc mam nadzieje, ze nie do konca.

  7. Wujek Fido #
    7

    Jeśli możesz to pisz proszę dalej. A Twój mikroblog brzmi trochę jak Haiku.

  8. 8

    @YLK
    Wszędzie dobrze, gdzie nas nie ma? ;) Cóż, każdy ma swoje doświadczenia i przez ich pryzmat patrzy na ten Świat. Na pewno nie lada to sztuka stać okrakiem na dwu kontynentach – jedną nogą w Europie, a drugą w Azji. Bardzo trudno utrzymać wtedy równowagę – chyba, że ma się w sobie coś z giganta… ;) ))

  9. Andrzej #
    9

    @Sebastian

    Wysublimowane poczucie wyobcowania przybliża nas do nas samych, pozwala na identyfikację drugiego dna.
    Chiny odgrywają wyjątkowo skutecznie rolę kamienia magicznego w takim procesie.
    Cóż za niepowtarzalna przygoda…

  10. PC #
    10

    Hmmm…….
    Dawno nic nie komentowałem, bo urwanie głowy totalne i ciężko się skupić nad myślami….
    Skwituję to jednym słowem…

    HEH……………………….

    jakiś komentarz Bxy?………………..
    jakaś klamra?……. podsumowanie?…………………
    idee…..?……
    myśli nieuczesane?……

    Jeśli masz na to nastrój, to mogę skromnie prosić o…. coś jeszcze?
    jakieś słowo? jakieś COŚ?…….

    Z góry dzięki za znalezienie chwili i kawałka przestrzeni w plątaninie myśli…

    PS. będziesz coś jeszcze pisać na blogu?
    Nie naciskam… Nieśmiało pytam….
    z ciekawości czystej…

  11. bxy #
    11

    Dziękuję Wam, mili Czytelnicy. Ja się tym wpisem nie żegnałam na zawsze (nie zawarłam podziękowań i tego wszystko, co człowiek robi jak się żegna, nawet taki dziki trochę) ale też i nie zdeklarowałam, o czym i jak będę pisać w przyszłości. Bo…. po prostu nie wiem jeszcze. Ale pisać raczej będę, bo przez te dwa lata blog stał się dla mnie naturalnym przedłużeniem myśli. A mikroblog nauczył uwagi.
    W Pekinie tuż przed wyjazdem byłam pewna, że będę pisać trochę bardziej teoretycznie o różnych chińskich sprawach i problemach, przywiozłam też 50 kilo książek i myśłałam, że będę je trochę przedstawiać. Ale już kilka dni w Polsce uświadomiło mi, że ta zmieniona, trochę dziwna, trochę obca Polska, która zastałam, fascynuje mnie i przeraża co najmniej tak, jak niszczone hutongi i wysiedlani rolnicy…może mój wewnętrzny socjolog jest jednak równie silny co sinolog?
    A jeśli chodzi o fascynację i przerażenie tą przedziwną Polską, to dziś np. stanęłam przed wyzwaniem wytłumaczenia znajomej Chince (polonistce), o co chodziło w filmie “Kret”. Przerosło mnie. Chcę o tym napisać.
    Tylko nie wiem czy ktoś moje polskie myśli zechce czytać, np. jak już przestanę patrzeć na Polskę oczami dziwacznego dopiero-co-przybyłego-niby-cudzoziemca, albo oczami przybywających na wakacje do Polski chińskich znajomych i przyjaciół.
    Chociaz pewnie (na pewno) to obcawe spojrzenie nie opuści mnie całkowicie – tak jak Sebastiana, tak jak innych. Ono właśnie dwa lata temu sprawiło, że wyjechałam. Po trzech latach w Polsce, wcześniej byłam na Tajwanie. Poczucie bycia nie na miejscu narastało przez trzy lata, rosło, kiełkowało, aż czułam, że każda minuta w Polsce jest stratą i wsiadłam w samolot do Szanghaju, reszta jak w blogu.
    Teraz pewnie tak nie będzie, myślę, że będę mieć tutaj – w tej dziwnej/dziwacznej Polsce coraz więcej tego, co mnie trzyma. Kiedyś YLK napisł w komentarzach a propos Szanghaju, że da się tam żyć, jeśli się ma własną twierdzę. Ja będę potrzebować jej tez tutaj. Pierwsze dni tutaj przeraziły mnie, bo zobaczyłam, jak trudno będzie tutaj o stabilność, nie mówiąc o twierdzy. W tej chwili robię rozpoznanie. Na szczęście powoli odkrywam, że nie dla każdego liczy się, że ma być tylko taniutko i szybciutko (a psują nie tylko przyjezdni ale i – niestety – niedouczeni studenci, którzy np. nie bardzo wiedzą, co to jest w ogóle język formalny!). No i…wiele wskazuje na to, że sama ruszę z firmą. Taką, jaką chciałam zrobić kiedyś a zabrakło mi rozmachu. Więc może blog tłumacza? Może właścicielki? Nie wiem. Na razie kupiłam jeszcze wyższe szpilki, więc jak widzicie, waham się…
    Niby się nie żegnam, ale i tak Wam bardzo dziękuję. Wszystkiego naj – niezależnie od tego, gdzie jestescie i w jakim stopniu nieadekwatnie (oby tylko w stopniu twórczym!) się tam czujecie!

  12. 12

    @bxy
    “Stabilność” jest fikcją w wiecznie zmieniającym się świecie… :) ))

    Trzymam kciuki za Twoją firmę! To nie przyjezdni Chińczycy, którzy nauczyli się kilku słów po polsku, ani studenci drugiego roku sinologii, którzy liznęli kilka lekcji z podręcznika (takich rzeczywiście będzie coraz więcej!) są prawdziwymi Strażnikami tego Pogranicza Kultur. Tutaj potrzeba ludzi z bardzo głębokim zrozumieniem, wrażliwością, pasją i życzliwością dla innych.

  13. Andrzej #
    13

    Z duszą poety, i to jeszcze na szpilkach, nie zginiesz nigdzie.
    Jak znów wypłyniesz, puść oko do nas (jako znak umowny :) …).
    Nie ma sensu, żeby tak dobrane grono adoratorów :) („Ależ wyłącznie Twego pióra!” – chciałem prawdoniepodobnie wykrzyknąć…) na psy zeszło…
    E adesso… Alla caccia, Carissima!

  14. Jarek #
    14

    Dobrze, że jesteś Kasiu!!!! To ludzie tworzą miejsca i mam nadzieję, że znajdzie się sporo chętnych do pomocy aby to nowe/stare miejsce stało się na powrót Twoim Światem. Ja znam przynajmniej jednego gościa oprócz siebie, który aż podskoczył z radości na wieść, że wróciłaś i już stoi w kolejce na lekcje chińskiego ; ) Leży też obiecana książka. Jak będziesz miała czas i ochotę to bardzo chętnie się spotkamy z Tobą.
    Pozdrawiamy
    Szymek, Jarek i Małgosia

  15. bxy #
    15

    @ Sebastian – mi chodziło o zupełne minimum stabilności, np. zeby nie musieć co dnia udowadniać, że nie jest się wielbłądem…to już przecież coś!
    @ Andrzej – oko właściwie jest puszczone w trybie ciągłym, nie zmieniałabym tego…
    @ Jarek – to jak, tradycyjnie – u mnie? :-) Mam początek tygodnia zajęty, potem się zmówimy, hao? Uściskaj Szymka

  16. bimbalimba #
    16

    uuuu … pozdrowienia z Szanghaju … na pierwszy rzut oka nie jest tu tak zle, widac,ze kraj na dorobku ale np w porownaniu z korea pld. wszystko i wszyscy jakos mniej nabzdyczeni

  17. bxy #
    17

    Bimbalimba – oj, kiedy Szanghaj jest nabzdyczony, wobec każdego nabzdyczony inaczej, po prostu w stopniu i rodzaju uzależnionym od tego, co można z tym pojawiającym się znikąd (czyli spoza Szanghaju) innym ugrać. W stosunku do Ciebie może jest akurat nabzdyczony dyskretnie? W stosunku do np. ludzi z innych (zwłaszcza biedniejszych) prowincji nabzdyczony jest tak, że udaje, że nie rozumie, co do niego mówią. Tak czy inaczej, pozdrów to miasto (co mi tyle krwi napsuło…)

  18. 18

    Powodzenia na wojennej sciezce! Hough!

  19. bxy #
    19

    Julles – biegnę! Podgoliłam włosy, żeby irokez był bardziej wyrazisty. Tylko podczas decydujących bitew, tam gdzie nie potrzeba straszyć, ale zachęcać, dzielę go na dwa i zaczesuję na boki! Hough!



Your Comment