Taniec brzucha i Xinjiang connection

 

W poście “mój klub sportowy” wspominałam o obserwowanym przez mnie przez szybę kursie tańca brzucha, w którym oprócz przepasanych dzwoniącymi chustami kobiet brał udział dryblasowaty i pofarbowany na blond Japończyk. A w komentarzach pojawił się wątek pekińskiego nauczyciela tego rodzaju tańca, Guo Weia (artykuł o nim tutaj) .

Jako, że dziś  skończyłam pisać wielgaśną pracę semestralną (jedną z sześciu, po co mi to było), dzięki której ostatnie dni spędziłam w moim przemrożonym, wilgotnym pokoju w dwóch parach spodni i z termoforem przytroczonym do krzyża, postanowiłam zrobić coś, co doda mojemu życiu trochę 新鲜感 (wniesie powiew świeżości). Innymi słowy, zamiast latać wieczorem razem z “mocnymi babami” na bieżni, postanowiłam przenieść się na drugą stronę klubu, tam gdzie jest zdecydowanie bardziej kobieco – czyli innymi słowy dołączyć do rzeczonego kursu tańca brzucha.

新鲜感 było, i to jakie. Gdy wtedy obserwowałam lekcję przez szybę, po prostu umknął mi jeden dość istotny szczegół. No więc stoję w moim dresie (bardziej pasującym do tej drugiej strony klubu, ale co tam) pośrodku dziewczyn i kobiet we wdzięcznych ciuszkach i chustach, a naprzeciw nas stoi nauczyciel, patrzy w lustrzaną ścianę i z troską poprawia opaskę na włosach. Jest na bosaka, ma błyszczące spodnie-szarawary, bluzeczkę odsłaniającą brzuch, no i opaskę z szeleszczącymi monetami na biodrach. Jest dość pokaźnego wzrostu, na oko 25 letnim, Ujgurem.

Ze swoją egzotyczną tutaj twarzą, ciuszkami, sprawia wrażenie, jakby urwał się z zupełnie innej baśni niż całe to towarzystwo, nawet z innej niż samuraj przepasany dzwoniącą różową chustą.

Myślę sobie “przecież koleś nawet nie ma specjalnie bioder (co zresztą udatnie maskuje szarawarami i chustą) - jak on ma nas uczyć kręcenia tymiż? To trochę jakby dragqueen uczyła mnie, jak być kobietą”. Obawiam się, że będzie po prostu naśladował kobietę.  Z początkiem lekcji przechodzi mi ochota na głupie pytania i wątpliwości. Nasz ujgusrki nauczyciel tańczy w sposób całkowicie naturalny, wiarygodny, ma ewidentnie rzecz we krwi i patrząc na niego zapomina się, że ten taniec to domena kobiet (chociaż czy aby na pewno? Ale o tym jeszcze za chwilę). Nie naśladuje kobiety, ale uczy tak, że każda baba może się od niego mnóstwo nauczyć. Poprawia, pokazuje, z wyrozumiałością patrzy na nasze sztywne podrygi (moje, jeśli chodzi o śmieszność, plasują się na miejscu pierwszym, ale czuję na plecach oddech Japończyka). Kobity widać, ze czują się swobodnie –  master jest tak odmienny na każdej możliwej skali, że nie da się porównać, a tym samym np. zazdrościć (bioder, talii, czy czego tam się zazwyczaj zazdrości). Ja też czuję się dobrze (poza tym, że dociera do mnie ze straszną jasnością, że jestem pokraką), bo w tej zbiorowości jestem dopiero trzecim (i to nieistotnym), po samym nauczycielu i farbowanym samuraju, dziwologiem. Jeszcze mi się tutaj coś takiego nie zdarzyło.

No ale wracając do męskiego tańca brzucha. Okazuje się – jak poszukać, a mnie to tak zafrapowalo, że po powrocie zaczełam kopać w sieci – że facet gnący się w tańcu brzucha to bynajmniej nie tylko rezultat naszego współczesnego genderowego poluzowania, przemieszania etc., ale jak najbardziej wielowiekowa tradycja. Która, owszem, właśnie obecnie przeżywa, np. w Egipcie i na Bliskim Wschodzie (tzn. od Europy bliskim), swój, niepozbawiony różnych genderowo-religijnych zderzeńrenesans. I że linkiem łączącym chińskiego faceta z tańcem brzucha może być nie tylko obecna faza globalizacji, dzisiejsze media czy domniemywany przez niektórych homoseksualizm, ale np. taki nieszczęsny, postrzegany tutaj niemal wyłącznie albo jako źrodło kłopotów, albo jako ojczyzna najlepszego makaronu, Xinjiang (zauważyłam ostatnio, że są ludzie, którzy jak chcą powiedzieć Xinjiang, to bywa, że towarzyszy temu naśladowanie gestami charakterystycznych ruchów miotania ciastem makaronowym, które zresztą zasługuje na osobny wpis, podobnie jak kungfu makaron – forma sztuki, dla której owo miotanie bylo inspiracją).

P.S. Wklejony przeze mnie powyżej jako odnośnik  tekst A. Shaya pt. “The male dancer in the Middle East and Central Asia” to nie tylko ciekawe źródlo informacji o facetach w historii tańca brzucha, ale po prostu dobry tekst o tym, co w tytule (cóż, tradycja tancerzy w regionie mocno wiąże się z wykorzystywaniem młodocianych, tylko pewnie wtedy to nikomu, łącznie z zainteresowanymi, na myśl nie przeszlo). No a poza tym, ten tekst to przy okazji ciekawy przyczynek rzucający pewne światło na złożoność kwestii homoseksualizmu w Islamie.

P.P.S. (napisany 2 dni później) Tzw. życie zawsze przegoni dowolną historię. Znajoma Kostarykanka –  kick-bokserka powiada, że nasz nauczyciel tańca brzucha jest też trenerem kick-boxingu, wtedy zamiast dzwoneczków i chust ma dres i nieźle pierze….

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

21

11 2009

Your Comment