te wasze święta są takie romantyczne

 

Święta spędzone w bibliotece na pisaniu na tempo tych wszystkich wypracowanek. Mam 3 tygodnie na napisanie 4 prac po ładnych kilka tysięcy lokalnych znaków każda i sprawdzenie tych 3 prac, które, przeczuwając problemy, napisałam wcześniej, razem (dodawszy jeszcze te niezapowiedziane prace pisane w ciągu semestru) prawie objętość tutejszej pracy doktorskiej. Dziś profesor, którego uczę angielskiego zapytał mnie czy już jestem w stanie ze stroniczkę po chińsku napisać. Ponieważ mnie zamurowało i tylko się patrzyłam, on odparł: „no, tak jeszcze za trudne, powoli, powoli”. No ale to ten sam, co się w Stanach przez rok nie nauczył jeść nożem i widelcem, więc niech spadnie na niego zasłona buddyjskiego miłosierdzia.

Jak do tej pory odbyłam różne świąteczne spotkania. Jedno na klęczkach nad koreańskimi daniami -  na koniec wyciągnęłam piernik, który moja Mama zrobiła i wysłała samolotem. Po raz kolejny okazuje się, że nic tak nie dodaje piernikowi sznytu, jak lot, tzn. nie lot ze stołu na podłogę, ale lot z prawdziwego zdarzenia, interkontynentalny, pierniczek zrobił furorę. Kolejne spotkanie – z plastikowym talerzykiem w ręku, oglądając pracowników mojego klubu sportowego fikających w przebraniu Mikołajów etc. Dostałam trochę prezentów (łącznie ze stemplem z moim chińskim nazwiskiem i tytułem „boshi” (doktór, całe szczęście, że nie profesór) – nie wiem skąd się ludziom bierze tytułowanie bliźnich tytułami naukowymi, których jeszcze nie zdobyli, bo np. tytułowanie wszystkich pracowników fizycznych „shifu” – mistrzu, choć się nie zaliczają, to akurat relikt kultury robotniczej z czasów, gdy robotnicy byli „panami kraju”, no a boshi…nie byli. Dostałam też masę życzeń (to miłe, że nawet dawno nie widziane osoby pamiętały o tym laowaju, co kiedyś napotkały, tak, że życzeń było nawet trochę więcej niż ostatnio z okazji Święta Dziękczynienia, co do którego wszyscy są przekonani, że to święto “ogólnozachodnie”).

I choć wszędzie dyndają „dekoracje świąteczne”, poczucia świąt nie mam. Wczoraj wieczorem, gdy próbowałam nadludzkim wysiłkiem znaleźć jakieś znośne buty (na jasełka, czy tam inną szopkę, którą oferował na wieczór nasz uniwersytet przezornie nie poszłam), pani sprzedawczyni w mikołajowej czapeczce stwierdziła: „my tak lubimy te wasze święta, bo są takie langman – romantyczne”. No tak – kolędy słodkie do mdłości w rozżarzonym białym świetlówkowym świetle Walmarcie, obsługa wszystkich knajp w obowiązkowych mikołajowych czapeczkach (nawet człowiek nie czuje, że płaci?), choinki z Doreamonów przebranych za…choinki i laski wanilii (dla nieobeznanych: to taki japoński kot-robot, a dla podejrzewającyh, że mi się to uwidziało, dowód):

DSC02150

…stragany z dekoracjami bożonarodzenowymi. Tutaj akurat obok takiego stoiska sklepik z artykułami związanymi z kultami rodzimymi – kadzidełka, pieniądze dla duchów, bóstwa na domowy ołtarz etc.:

72930024

…no i Mikołaje – shengdan laoren – “bożonarodzeniowi starcy”. Mikołaje – koniecznie po dwa na każde drzwi – na prawym i lewym skrzydle (coś niby na kształt tradycyjnych bóstw drzwi) „zachęcają” do zakupów. Niby wszystkie identyczne, ale jak spojrzeć, twarz każdego z nich wyraża inny odcień dewiacji. Niby wszystkie takie same – czerwone uślinione usteczka, języczek, złe oczka, broda maskująca rzeczywistą tożsamość, ale każdy jednak inny. Swoją drogą jakże fascynujące są drogi kultury, że poczciwy Mikołaj przedzierzgnął się tutaj w dziada starego (no to poniękąd jasne) a obleśnego (to już niejasne) i tak przemieniony musiał wylądować sprasowany właśnie na wszelkich drzwiach. Na szczęście naklejają tylko te zakazane gęby – jakby dali np. plan ¾ pewnie by wyszło, żeMikołaje te zacierają ręce z jakiejś występnej uciechy. Poniżej skromna częśc mojej kolekcji, coby się Czytelnik przygotował, w kolejności od najmniej do najbardziej przerażających okazów:

DSC02136DSC02138DSC02139

Tych dwóch ostatnich nikt przy zdrowych zmysłach samych z dzieckiem by chyba nie zostawił, nawet gdyby obiecywali najładniejsze prezenty. No i w ogóle przyjście takiego Mikołaja to powinna być kara a nie nagroda.

No więc atmosfery świąt brak, ale…wczoraj, po 10 godzinach w bibliotece powlokłam się w stronę centrum handlowego i przepychając się z tłumem udało mi się wreszcie kupić fajne buty górskie (lokalnej marki „Wielbłąd” prezentującej rodzimego baktriana nie wiedzieć czemu na tle piramid) . Tyle, że aż wstyd się przyznać, byłam tak zmęczona, ze przymierzyłam tylko jeden, prawy but. Stwierdziwszy, że jest git, czym prędzej zapłaciłam (300 za buty górskie, raj na ziemi, ciekawe tylko, kiedy się rozwalą) i powlokłam się w stronę domu. Po czym przymierzyłam oba i przypomniałam sobie dobitnie, że lewą stopę mam większą od prawej i że nie jest dobrze. Pomna ostatnich doświadczeń opisanych w poprzednim poście i rad osób doświadczonych przez chińskie życie zamieszczonych w komentarzach, zaczęłam w myślach rozpracowywać możliwy obrót zdarzeń, argumenty których użyję, uwzględniłam czas, jaki mi został do spotkania, które muszę dziś odbyć w razie, gdybym musiała okupować miejsce. Wchodzę, pani w czapeczce Mikołaja jak wczoraj – zbieram oddech i tłumaczę sprawę. I co? Pani: „No ależ oczywiście, nie ma problemu, już przynoszę większe, bardzo proszę”. Ja: „bardzo przepraszam, ja po prostu zapomniałam, że lewą stopę mam większą”. A ona: „Aaa, to każdy z nas tak ma – lewa jest po tacie więc jest większa, a prawa mniejsza, bo po mamie”. Ha! To rozumiem! Rzucam się do dziękowania, a tam: „ale nie ma za co dziękować, to mój obowiązek, będzie jakiś problem, proszę przychodzić”. Dopiero po tym zdałam sobie sprawę, że to dosłownie pierwsza sprawa tutaj od 5 miesięcy, gdy ktoś poszedł mi nieprzymuszony na rękę, że już się zdążyłam nauczyć i dostosować do niepisanej szanghajskiej zasady: „jak jest cień szansy, że coś może się nie udać, nie uda się na pewno”. Tak więc mam buty w dobrym rozmiarze, w kolorze coś pomiędzy baktrianem a dromaderem, i jak pomyślę, że jeszcze miesiąc pisania durnych prac i zrobię z butów tychże prawidłowy użytek, to myśl ta jest jak choinki, bombki i makowiec w jednym.

A i jeszcze – wczoraj, gdy wieczorem wyczołgiwałam się z biblioteki pan, który stoi przy bramce coś zaczyna do mnie gadać. Już myślę, że jakiś problem, że karta zła, że znowu coś „bu xing”. Na początku średnio rozumiem, bo pan do mandaryńskiego nienawykły, silna szanghajszczyna przebija z mowy. Po czym dociera do mnie, że tenże pyta, czy ja aby dziś nie mam świąt. No tak, mówię, faktycznie są, ale chyba w tym roku obejść jak trzeba mi się chyba nie uda. A pan na to kiwa głową i rzecze: „no ale i tak wszystkiego najlepszego”. No to wszystkiego najlepszego!

72930020

Tags:

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

25

12 2009

14 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. YLK #
    1

    Wszystkiego najlepszego, zdrowia, wytrwalosci, wytrzymalosci na zimno (i nie tylko) i anielskiej cierpliwosci…

  2. Goska #
    2

    Kasiu wspominając Cię w te wyjątkowe dni, życzymy Ci przede wszystkim zdrówka bo to najważniejsze, odporności na zimno które Ci tak doskwiera (podziwiamy jak Ty to wytrzymujesz), wytrwałości w dążeniu do celów, cierpliwości do mieszkańców i ich obyczajów, no i przede wszystkim szybkiego powrotu ciepła…:) Śledząca Twoje chińskie życie rodzinka z Jasienicy. Trzymaj sie cieplutko. Pozdrawiamy.

  3. bxy #
    3

    @ YLK- dziękuję bardzo za życzenia – ja Tobie również życzę aby ten (który to będzie, 21?) rok w Chinach przyniósł Ci jak najmniej zderzeń z tutejszym “cywilizowaniem” , a jak najwięcej okazji do spotkań z Chinami takimi, jakie lubisz

    @ Gosia – ale niespodzianka – nie myślałam, że czytacie! Ale, zeby nie bylo – tu wcale nie jest tak źle, moja (trudna) miłośc do Chin i wszelkiej chińszczyny ma się dobrze, po prostu o wkurzających zdarzeniach łatwiej się pisze niż o fajnych (które przy niefajnych wydają się nieco mdłe, no i mdło by na blogu wyglądały :-) ) Ściskam wszystkich Was mocno i życzę wielu dobrych zdarzeń w nadchodzącym roku – napisze maila

  4. 4

    Fantastyczne teksty na tym blogu. Wydaj z tego książkę. Będzie się w Polsce dobrze sprzedawać, jestem tego pewna.

  5. 劍心 #
    5

    Ekstra wpis. Bede czesciej zagladal pewno! pozdro!

  6. ril #
    6

    anuszka ma rację. Spokojnie możesz wydać z tego książkę, nawet coś w stylu przywoływanej już przeze mnie “Bezsenności w Tokio” Marcina Bruczkowskiego. Co prawda jest to pewne ryzyko… Moja żona dostała za darmo arcyciekawą książkę “Modern China” by Edwin E. Moise opowiadającą w bardzo przystępny sposób o historii Chin. A otrzymaliśmy tą książkę bo pewne wydawnictwo uznało, że nie miałoby sensu jej tłumaczyć, gdyż w Polsce w ogóle nie ma rynku na książki o Chinach.

    No, ale książka w formule opowiadania o kraju przez pryzmat własnych doświadczeń jest bardziej atrakcyjna, dlatego uważam, że spokojnie możesz coś takiego napisać.

    Chciałem się jeszcze podzielić linkiem o blokowiskach w 上海. Straszne…
    http://wiadomosci.gazeta.pl/Wiadomosci/5,80295,7405154,Urbanizacja_po_chinsku.html

  7. 7

    @ril:
    “Polsce w ogóle nie ma rynku na książki o Chinach”

    Ale jest rynek na książki “mentalność Polaka a mentalność narodu X”. Właśnie pod tę kategorię bym taką książkę zredagowała. Bo Polacy są egocentryczni. Prawie jak Niemcy ;-) . Gdzie 2 lata temu bestsellerem była książka Steffena Moellera “Viva Polonia” o zderzeniu mentalności Niemca z mentalnością Polaków. Tamta książka była w bardzo, bardzo podobnym tonie, jak ten blog.

    Kupiłam też w Niemczech książeczkę Yang Liu “Ost trifft West”: http://www.scribd.com/doc/14276662/Liu-Yang-East-vs-West-Ost-Trifft-West Teraz w Polsce mam w pracy kolegów Chińczyków. Pokazałam więc książkę w pracy. Koledzy Polacy byli zainteresowani.

    Im więcej Chińczyków będzie studiowało i pracowało w Polsce, tym większy będzie popyt na tego typu książki.

  8. 8

    O jejku, teraz dopiero zauważyłam, że pod tym linkiem
    http://www.scribd.com/doc/14276662/Liu-Yang-East-vs-West-Ost-Trifft-West są błędy!!!

    Skan oryginalnej książki są to te kolorowe obrazki. Natomiast napisy nad i pod nimi to dodatek jakiegoś głupiego internauty. Napis pod “bólem brzucha” powalił mnie na łopatki…

  9. bxy #
    9

    Anuszka, 劍心, Ril – bardzo dziękuję Wam za tak miłe komentarze. Co do mitów pt.:”nie ma rynku na książki związane z Chinami w Polsce” – znam z autopsji, bo kiedy chciałyśmy z moją znajomą lektorką wydać rzecz do nauki chińskiego prawie 3.5 roku temu, to tylko jedno wydawnictwo z 12 się zainteresowało (potem, po jakimś roku, jak do tej reszty dotarło, co się dzieje, to pisali do nas, żeby sprawdzić, czy mamy nadal rzecz na zbyciu). Wtedy nie było żadnych podręczników, rozmówek, nie licząc kilku tytułów po angielsku (np. nieśmiertelne “bambusy”) dostępnych w specjalistycznych księgarniach. Gdy wreszcie po wielu bólach (i dwóch latach łamania) knigę w końcu wydano, na rynku było już kilka podręczników i mnóstwo rozmówek (pozycje bardzo różnej jakości, niektóre dobre, niektóre niezłe, ale bywały i skrajności dyletanctwa robione po prostu z chęci płynięcia na fali). W księgarniach specjalistycznych, jak warszawski Co-liber, jest teraz dosłownie całą ściana anglojęzycznych podręczników i pomocy do nauki chińskiego. Nasza ksiązka sprzedaje się, pomimo wysokiej ceny, dobrze (nie wiedzialam, ze az tyle osob chce sie uczyc w Polsce chinskiego), ale bóle narodzin publikacji chyba skutecznie mnie wyleczyły z robienia ksiązki od A do Z samemu… :-/ a blog pisze dla własnej występnej przyjemności :-) , więc jest dobrze, jak jest!

    Ril: a blokowiska – boję się, że jakbym zrobiła zdjęcie tego, co za oknem, było by jeszcze mniej ładnie, bo moje osiedle jest i starsze niż pokazane i zdązyło bardziej obrosnąć w różne nieregularne dobudówki i patynę czasu, ale stylistyka podobna. Co jest dobre, to to, że bloczki są niskie, 5-piętrowe, więc nie ma takiego wrażenia natłoku. Poza opisanymi kiedyś tutaj przygodami, choć może nie jest najładniej, to mieszka mi się tu miło i wygodnie

  10. 10

    Nie rozumiem twojego argumentu przeciwko wydaniu książki. Skoro rynek się gwałtownie pojawił, to znaczy, że właśnie opłaca się taką książkę wydać.

    A myślałaś o nawiązaniu współpracy z jakimiś polskimi mediami? Wciągnąć bloga pod szyld czasopisma – wiem z własnego doświadczenia z dwoma wydawcami, że to da się zrobić.

    Nie mam żadnego interesu w tych propozycjach. Po prostu szkoda mi, że takie ciekawe teksty pozostają wciąż słabo zauważone. One mają wielką wartość edukacyjną. Czemu by tego nie dać Polakom?

  11. V #
    11

    W związku w wolno(!)nadchodzącym Tet/in.Chiński Nowy Rok, jestem ciekawa czy ktoś z osób-nie-obchodzących powie “te wasze święta są takie romantyczne”? A w ogóle to co o tym myślą :)

  12. bxy #
    12

    V. – te Wasze święta są takie romatyczne – ta wizja jazdy na stojąco kilkanaście godzin w pociągu pełnym plwających osób…o ile oczywiście będa jeszcze bilety stojące. No najwyżej zostanę w Yunnanie i do ostoi cywilizowania nie wrócę. A przy okazji – kombatancko: pamiętasz, jak obchodziłyśmy początek roku Małpy? Ee? Cholera, coś za szybko…

  13. V #
    13

    Rok małpy…nie mogłam sobie przypomnieć dopóki google mi nie przypomniał, a mózg nie przekopał się przez zakurzone szuflady minionych lat i zrobiło mi się zimno…time flies.
    W Tet romantyczne są chyba li xi:) Ale tylko dla kogoś kto je dostaje czyli małe dzieci i starcy, a reszta pomiędzy, może co najwyżej liczyć, że inwestycja się zwróci na stare lata :)

  14. bxy #
    14

    @ Anuszka – jest mi bardzo miło słyszeć, że ktoś uważa, że warto ten blog przekazać dalej. To, co napisałam, to nie tyle argument, co wyraz zniechęcenia do rynku księgarskiego, którego się nabawiłam po przeprawach z podręcznikiem ale i też po doświadczeniach z redagowaniem pisma naukowego i ogólnie z tzw. publikacjami. Fakt, wciągnięcie pod szyld czasopisma ma jak najbardziej sens (osoby piszące o Chinach tak juz robiły z fajnym efektem) i może – jeśli trochę jeszcze ten blog poprowadzę i będzie dalej mi się chciało na ekran przelewać to, co widzę – być może da się zrobić. Na razie cieszę się z tego, jak jest!

    @V. : “inwestycja”, “liczyć” - te Wasze święta sa takie romatyczne! :-p
    A propos – wybacz ignorancję, ale jestem ciekawa, czy Wy też macie noworoczną legendę o strasznym zwierzu 年 , co grasował i trza go było przepędzać?



Your Comment