tu przejscia nie ma

 

Blog to jest jednak fajna forma pisarska. Kazdy wpis to kolejny wycinek ukladanki, ktora oczywiscie z wielu powodow nigdy nie bedzie tworzyc calosci. Ale moze tworzyc np. ciagi – chociazby taki: od nostalgii przez melancholie po przygnebienie.

Wracamy wczoraj z beztroskiego dnia w parku (lazenie jak malpa po dziwnej konstrukcji z lian, puszczanie latawca, rozplatywanie prawie 40 minut z pomoca miejscowych fanatykow tegoz sportu sznurka od mojego latawca, fajne rozmowy, picie kawy nad brzegiem Jangcy), jestesmy juz prawie w domu, niose zwinieta karimate, w srodku zrolowany latawiec, co chwila z karimaty wypada mi kolowrotek. Swiezo przybyla do Szanghaju A. niesie ksiazki, kremy do opalania i przenosny wiatraczek na baterie w ksztalcie swinki.

Przed znajomym skrzyzowaniem, tuz przed moja ulica, niedaleko szpitala pulmonologicznego, na chodniku stoi starsza kobieta z jakimis papierami w dloni. Dopiero jak juz przechodzimy, dociera do mnie jej pytanie: “gdzie tu mozna cos odbic na ksero?” Odwracamy sie. Kobieta stoi, trzyma te papiery. Na to ja: “na xx 路 przejsc przez skrzyzowanie i po lewej”. Odpowiedzia jest dezorientacja. Patrze na oczy starszej kobiety – jedno prawie calkowicie biale od zacmy, drugie jakby za mgla. Pewnie nawet nie zauwazyla, ze pyta cudzoziemki. Bierzemy ja pod reke, mowie, ze zaprowadze. Jest z Xinjiangu. Przyjechala do syna, ktory tydzien temu znalazl sie w szpitalu. Idziemy powoli, widac, ze jest zagubiona w tej przestrzeni. Rzucam okiem na kartki, ktore starsza pani sciska w dloni i nagle porazaja mnie. Badanie na HIV. Wynik – pozytywny. Pacjent ma 28 lat.

“Moj syn ma tylko 28 lat” – mowi kobieta. “Lekarze mowia, ze ma jakas straszna chorobe i ze trzeba zaplacic dziesiec tysiecy juanow za leczenie , inaczej wypisza ze szpitala”. Przyjechal tutaj dorabiac, ale nigdy nie powiedzial, co to za praca. Zadzwonil przed tygodniem. Ze bardzo zle sie czuje, ze potrzebuje pomocy, ze jest w szpitalu. “Wsiadlam w pociag i przyjechalam tutaj z Xinjiangu, zeby go dogladac”. Patrze na jej biale oczy i nie wiem, jak tego dokonala. Jak znalazla ten szpital, jaka musi miec sile, ze zdobyla sie na taki wyczyn. Teraz on mieszka na szpitalnym korytarzu a ona od kilku dni w marniutkim pokoiku wynajmowanym za ciezkie pieniadze rodzinom chorych. Pieniadze (w sumie to te, ktore on wysylal) sie koncza. Wiekszosc poszla na bilet i noclegi.

“Czy wiesz, gdzie jest siedziba telewizji szanghajskiej?” – pyta starsza pani. “Chce tam pojechac i opowiedziec o naszym nieszczesciu“. W wyobrazni widze, jak starsza pani wspina sie po schodach prowadzacych do stacji, szuka zamglonymi oczami wejscia, jak straznik pyta czy jest z kims umowiona na spotkanie.

Kserujemy ten straszny wyrok. Jej trzesa sie rece, kartki sie rozsypuja. Prosze o zszycie. W reku trzymam karimate, latawiec i niesforny kolowrotek. Wychodzimy. Pytam sie, czy cos jadla. Ona: “ja nic nie zjem”. Biore znowu pod reke i wracamy w kierunku szpitala. “Jak myslisz, czy mozliwe, ze ta choroba sama sie cofnie?” - pada pytanie. A mnie wiele kosztuje, zeby powiedziec, ze trudno mi powiedziec, ze nie jestem lekarzem, ale ze chlopak przeciez jest mlody, wiec organizm bedzie z pewnoscia walczyl z choroba. Kiwa glowa, bedzie walczyl z choroba. Po drodze ujgurska knajpa. Tlumacze starszej pani, ze musi jesc, bo musi miec teraz sily, sadzamy ja, kartki z wyrokiem kladziemy obok. Patrzy sie na menu, ale bez wyrazu. “To jedzenie z Xinjiangu” – mowie. Jest ok, nie ma wieprzowiny.  Gdy podchodzi kelnerka starsza pani prosi o “zwykle biale kluski”. I kleik z wolowina dla syna na wynos. “Bo ja tak jak wy, tez jestem z Xinjiangu” - mowi kobieta.  Zero odpowiedzi, nawet kiwniecia glowa ze strony kelnerki. “Chodzcie ze mna, odwiedzcie mojego syna” – roluje kartki. Wyobrazam sobie chlopaka na korytarzu. Patrze na jego drobna matke. Za pol godziny mamy sie stawic na moim pozegnalnym przyjeciu. Konczy sie moj rok w Szanghaju i na tym moim nieszczesnym uniwersytecie.

Gdybysmy poszly do szpitala, ta nierozwiazywalna, absolutnie beznadziejna sprawa stalaby sie nasza sprawa. Sprawa, w ktorej nie mozemy zrobic wlasciwie nic. Bo nie jest jednostkowa, bo jest, choc tak tragiczna z bliska, tylko elementem pewnej ukladanki. Jej elementem jest chlopak na szpitalnym korytarzu, ktory zglosil sie tam dopiero wtedy, gdy choroba byla juz w pelni rozwinieta. Jej elementem jest drobna kobieta z zamglonymi oczami, ktora przejechala pare tysiecy kilometrow pociagiem. Zegnajac sie sciskamy sie serdecznie, mowimy sobie wiele cieplych slow, usiluje jej dodac otuchy, wciskam jej w reke tyle, zeby przez najblizsze dni mogli oboje jesc cieple posilki. Kelnerki patrza na scene pozegnania jak na cyrk, a na dwie blondynki z karimata jak na wariatki.

Przyjecie pozegnalne urzadzaja znajomi Tajwanczycy. Na stol wjezdzaja golebie, wielkie kraby i potrawka z zolwia. Wesole szczebiotanie moich wspolstudiujacych. Wszystkie macaja wlosy A. i nie moga sie nadziwic, jakie miekkie. I skora taka biala – jakie kremy stosuje?

P.S. Poniewaz zycie A. , podobnie jak moje wlasne, to takze porzadna porcja niezrecznosci, przeto A. jedzac kosztujaca mniej niz jedna dwusetna tego, co ta nieszczesna kolacja, ale – w naszej zgodnej opini – o niebo lepsza, rybe z syczuanskiej osiedlowej knajpy, dlawi sie oscia. Tzn. scislej biorac, osc ta osadza sie jej gdzies w przelyku i tylko uparcie wlazi coraz glebiej, nijak nie chcac wyjsc. Jedziemy do znajomego mi juz szpitala. I znowu to samo – wchodzimy do krystalicznie czytego hallu, pobieramy numerek, placimy kilkanascie yuanow, siadamy w estetycznej poczekalni czekajac az chinskie imie A. (ktore jej kiedys w przyplywie weny poetyckiej nadalam), pojawi sie na ekranie. I znowu -   dostajemy szybka i mila pomoc. Lekarz zartuje, czy wyjeta osc chcemy zapakowac i wziac na pamiatke, czy moze juz wyrzucic do kosza. Slyszac, ze jestesmy z Polski, zza kotary wychodzi inny z lekarzy (rozpoznaje go, jego zdjecie wraz z opisem dokonan w leczeniu raka przelyku mignelo na jednym  z ekranow w poczekalni) i pyta sie, czy jestesmy zadowolone z nowego prezydenta. Odpowiadamy. Wszyscy sie smieja i ogolnie jest bardzo sympatycznie. A ja od wczoraj mysle o nich.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

07

07 2010

11 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. YLK #
    1

    Wczoraj zmarla zona mojego mistrza. 90 lat, rak. Znalem ja od 15stu. Zawsze usmiechnieta, choc czesto spracowana i slaniajaca sie ze zmeczenia na nogach. Dla nas tutaj jak druga matka. Mozesz sobie wyobrazic nasz nastroj. I nawet pobyt w slonecznej Sanya nie jest w stanie go zmienic…

  2. Witek #
    2

    bxy, pieknie opisujesz. Smutna to historia.

  3. Jarek K #
    3

    To są te chwile bezsilności absolutnej, gdzie czlowiekowi jest tak przykro, że mniejszym lub większym gestem chce zagłuszyć swój ból oglądania czyjegoś nieszczęścia. Trochę pomaga wrażliwym ludziom – inaczej można oszaleć.

  4. PC #
    4

    a) heh…… jedym okiem oglądam mecz, drugim czytam…
    hiszpania piękną bramkę strzeliła, ale mimo gola po przeczytaniu wpisu nastrój mi się melancholijny zrobił bardzo……………..

    b) “Konczy sie moj rok w Szanghaju i na tym moim nieszczesnym uniwersytecie.”
    więc… co dalej bxy?

  5. bxy #
    5

    @ YLK – wspolczuje, moge chyba sobie wyobrazic, jak rodzinne byly to stosunki. Choc boli, to pewnie jestes tez wdzieczny, ze znales taka osobe.
    @ Witek, Jarek, PC – ta bezsilnosc jest potworna.
    Tym bardziej podziwiam ludzi, ktorzy maja odwage powiedziec, ze ten apel jest skierowany do nich. Przeczytalam wlasnie artykul o parze ludzi (on z bardzo ciezka niepelnosprawnoscia) ktorzy zabrali z ulic Chongqingu 11 bezdomnych dzieci i stworzyli im dom. Pomimo tego, ze dzieci te kradly, uciekaly, mialy najrozniejsze patologiczne zachowania, ta para byla i jest wytrwala w swoim dazeniu.
    @ PC o roku w Szanghaju. Co dalej? Pekin!!

  6. Andrzej #
    6

    @bxy

    Ból, to część prawdy o pięknie.
    Już mnie nie ucz słoneczka.
    Nasze słoneczko, to Ty.

  7. TPE #
    7

    W normalnym świecie HIV to nie wyrok, są leki antyretrowirusowe które powstrzymują rozwój choroby i zamieniają ją na chorobę przewlekłą (podobną np. do cukrzycy), można z tym żyć normalnie dziesiątki lat. Leki są oczywiście drogie jeśli płaci się za oryginalne, chronione patentami. Ale są sposoby “obejścia” tego, np. Tajlandia sama wyprodukowała leki antyretrowirusowe i obecnie wszyscy ludzie z HIV w Tajlandii (a jest ich proporcjonalnie o wiele więcej niż w Chinach) mają dostęp do leków. Potrzebna jest jedynie wola polityczna której w Chinach brak. Bo niby dlaczego władzom miałoby zależeć żeby ten chłopak z Xinjiangu przeżył?

  8. Andrzej #
    8

    @TPE – Rozumiem, że jeszcze nie przechodziłe(a)ś chińskiej szkoły uprzejmości. To jest, niestety, podstawowy brak Europejczyków w stosunkach z Dalekim Wschodem.
    Kochanieńki(a), wieszanie psów na władzy wypada zawsze robić u siebie w domu (no bo władza i tak jest be z zasady).
    Wolnym, uskrzydlonym ludziom nigdy i nigdzie nie będzie tak źle, jak w ich własnej klatce.

  9. 9

    A. zawsze ma szczęście. Pomimo tak przygniatającego początku, jak doszedłem do ości i szpitala to wybuchnąłem :)

  10. Tomek #
    10

    Przykro się człowiekowi robi jak czyta takie rzeczy, zwłaszcza gdy zdarzyło mu się znać kogos, kto przechodził przez to, przez co obecnie przechodzi ten chłopak w szpitalu.
    Prawdę powiedziawszy to z pośród moich znajomych dwójka zeszła na AIDS, a jeden kolega jest nosicielem HIV.
    Przykre jest też to co napiszę, ale z własnego doświadczenia wiem, że HIV/AIDS jest choroba w dużej mierze wynikającą z głupoty, jakby to okrutnie nie brzmiało. Kto wie czy miałbym okazję czytać ten post, gdyby nie fakt że w przeciwieństwie do sporej części moich kolegów po prostu się ustatkowałem. Ci których już pożegnałem, to byli własnie ci najfajniejsi i najbardziej “rozrywkowi” z naszej ekipy. Na kazdej dyskotece nowa panienka, albo nawet dwie, i oczywiście zero zabezpieczeń. Jeden z nich zwykł mawiać, że “chce żyć krótko,ale intensywnie”. Za te nasze szczenięce szaleństwa zapłacili wysoki rachunek. A od dwóch lat obserwuję jak kolejny z nas próbuje “żyć normalnie”. A kiedy wychodzi z imprezy i nie musimy się juz tak bardzo starać nie zauwarzać ze marnieje w oczach, często zapada krępująca cisza. A w spojrzeniu tych znajomych z którymi dane mi było balowac jako 18-20 latkowi widze ulge. Bo wszyscy wiemy, że równie dobrze mógł to być każdy z nas.
    Paulo Coelho napisał kiedyś “Młodość już taka jest, sama ustala granice wytrzymałości, nie pytając, czy ciało to zniesie. A ciało zawsze znosi”. Mylił się, i to bardzo.

  11. bonzaj #
    11

    Bardzo ciekawy i poruszajacy wpis. W pewnym momencie wyobrazilem sobie, ze to poczatek ciekawego scenariusza filmu, ktory skonczy sie happy endem. Niestety prawdopodobnie sie nie skonczy. Troche sie przestraszylem, tej imprezy pozegnalnej, bo strata porannej sobotniej kawy w postaci Twoich wpisow bylaby przeokrutna. Zatem zaczyna sie drugi rozdzial tej opowiesci – Pekin. Liczylem na to, ze wkrece sie na krzywy ryj na jakies krotkie spotkanie w szanghaju, ale o pekin tez zamierzam zahaczyc :) .



Your Comment