Upupianie (i dorabianie laowajskiej gęby)

 

a miało być o zabytkowej wiosce (Wuzhen, 乌镇), do której udałam się w weekend po tygodniu wypełnionym robotą i zmaganiami z rurą gazową. Ale niestety będzie o upupianiu właśnie (i dorabianiu laowajskiej gęby).

Wracając z tejże wioski, patrząc na jesienny krajobraz prowincji Zhejiang (znaki szczególne – dojrzałe “kłosy” na polach ryżowych, szarówka, dymy, melancholijnie i płasko niczym na jesiennym Mazowszu, ale domy w stylu pałacowo-disneyowsko-pagodowym), dotarło do mnie, że przez całe dwa dni, kiedy tam byłam, nikt mnie nie zdenerwował, nikt nie doprowadził do wrzenia, ani razu nie zacisnęłam pięści. W Szanghaju nie udało mi się jeszcze przeżyć tak dwóch dni.

Owszem, pod koniec drugiego dnia w Wuzhen zaczęłam mieć omamy słuchowe. Omamy takie charakteryzują się tym, że wydaje się człowiekowi, że wszyscy dookoła niego mówią “老外” laowai albo “外国人“ waiguoren (oba oznaczają “cudzoziemiec”). I przeważnie mówią. Omamy zaczynają występować pod koniec dnia, podczas którego co najmniej 20 osób, na widok “obcego” wyda z siebie właśnie taki okrzyk i wskaże kuriozum palcami. W Wuzhen współczynnik wyniósł ok. 25 razy na dzień. Choć to i tak nic w porównaniu z Huangshan, gdzie po prostu przestałam liczyć i gdzie po wykrzyknieniu dodatkowo następowała prośba o wspólną fotografię (wyrażona unoszeniem aparatu do twarzy i naśladowaniem naciskania spustu migawki), przez co nie mogłam się ruszyć ze szczytu. Ludzie, z którymi tam wędrowałam, na początku byli ubawieni, później zmęczeni “sławą”, która także i na nich spływała, a na koniec przerażeni, gdy dotarło do nich, że tak wygląda moje życie tutaj.

Wydaje się to trudne do zniesienia (mnie szczególnie boli ten podkreślany z taką częstotliwością, że ani na chwilę nie da się o nim zapomnieć, dystans, “dziwność”, która dla mówiącego trwa tyle, ile zajmuje wypowiedzenie słowa laowai, albo cyknięcie zdjęcia, a dla mnie układa się w wizję siebie samej jako śmiesznego kuriozum, ciekawostki przyrodniczej). W Wuzhen – czy to chodzi o tubylców czy większość turystów, mogłam jednak łatwo wyczuć, że za tymi wołaniami nie stoją żadne złe intencje, bo to odruch poza intencjami, niekontrolowany. Że to coś podobnego do impulsu, który każe mi wykrzyknąć spontanicznie: “O, bawół wodny!” (chyba pierwsze zwierzę nie będące farbowanym pudelkiem, ani strzyżonym niczym żywopłot bobtailem, jakie dane mi było zobaczyć od 3 miesięcy, co za kojący widok).

Pokazywanie sobie kuriozum palcami to jedno. Ale dla mnie ważne jest to, że rikszarz w Wuzhen nie próbował mi wmówić, że przejazd kosztuje 20 RMB zamiast normalnych 5 (nauczona szanghajskim doświadczeniem zawsze pytam się wcześniej w pobliskim sklepie, ile powinna wynieść normalna cena, byłam strasznie zdziwiona, że rikszarz po prostu od razu wymienił normalną cenę). Że sprzedawczyni na bazarze nie próbuje mnie pouczać, że ostatecznie niezdecydowanie się na dobro, które ona sprzedaje, oznacza mój “brak zrozumienia chińskiej kultury” etc.   – tylko z uśmiechem odpowiada “mei guanxi” (nie szkodzi). Po raz kolejny dopiero na wsi widzę i czuję, że Chiny naprawdę są starożytną cywilizacją (i że to miastowe wenming – “bycie cywilizowanym”, reklamowane i promowane na każdym rogu, to ledwie podróbka, a może nawet karykatura). To wiejskie, a może raczej nie-szanghajskie „cywilizowanie” wprawiło mnie na tyle dobry humor, że na okrzyki „laowai!” robiłam zdziwioną minę i oglądając się powtarzałam „Gdzie, gdzie? Nie widziałam” co wywoływało salwy radości.

No właśnie. Ale wraz z powrotem do Szanghaju i na uczelnie (ostoję wenming) przyjemności się skończyły i to, co czuję dziś, najlepiej da określić dwoma słowami – 羞辱 xiuru (upokorzenie) i 迷惘 (mi – zagubienie, wang – przygnębienie).

M. in. ze względu na dużą liczbę studentów, egzaminy z wszelkich zajęć mają formę prac pisemnych. Prace z jednego seminarium będą ponoć zebrane w tom i wydane. Przyznaję, że bardzo mnie to ucieszyło, bo po przeszło 20-tu latach nauki nie chce mi się specjalnie pisać po próżnicy. Jako, że, rzecz jasna, nie wszystkie tematy wyznaczone przez profesora byłabym w stanie opracować, i też więszkość nijak się nie ma do tego, co robię, przeto zgłosiłam się od razu do 班长 banzhang (przewodnicząca klasy, pośredniczy pomiędzy profesorami a studentami) mówiąc, czym się zajmuję i prosząc, żeby, gdy tylko tematy zostaną opracowane, “zaklepała” dla mnie najbardziej pokrewny temat. Zgodziła się, obiecała powiadomić, jak tylko coś będzie wiadomo.

Tymczasem gdy wczoraj banzhang puszcza w obieg po klasie listę już przyznanych tematów, rzucam okiem, i widzę, że nie ma mnie na niej, a “mój” temat już jest rozdzielony pomiędzy innych ludzi. Zagryzam wargi i dopisuję się ręcznie obok tematu. Lista jeszcze chwilę krąży, po czym banzhang wychodzi na środek i odczytuje, co komu zostało przydzielone.

Gdy dochodzi do mojego nazwiska, krzywi się, mówi, że ja przecież jestem 留学生 liuxue shengstudent zagraniczny, i że to jest tylko dla “prawdziwych studentów” i że mogę napisać “coś prostszego, nie do publikacji”, bo “wymagania takiego artykułu są dla mnie za wysokie”. Czuję, jak zaczyna mi coś huczeć ze wściekłości w głowie. Mówię, że obowiązują mnie takie same wymagania. Banzhang myśli chwilę, mówi coś (nie wiem, już co, bo gdy jestem wściekła, nie jestem w stanie zrozumieć niemal nic ani nic powiedzieć) i cała grupa wybucha histerycznym śmiechem. Chcę wstać i wyjść, ale nie jestem wstanie się ruszyć.

Potem jest już tylko gorzej. Próbuję rozmawiać z profesorem, ale słowa stają mi w gardle. Profesor prowadzi mnie do dziekanatu, żeby „wyjaśnić mój status” (który wyjaśniałam już milion razy). Pani z dziekanatu głosem takim, jak kiedy relacjonuje się poczynania dziecka, gdy próbuje jeść tak, jak dorośli, ale mu nie wychodzi, oświadcza: “To taka pilna uczennica, no proszę, też by chciała pracę napisać jak inni” i zwraca się do mnie: “chiński jest taki trudny, he?” W tej chwili chiński jest już dla mnie bardzo trudny i w zasadzie nie jestem w stanie wydusić ani słowa, mam tak zaciśnięte szczęki. Wspominam tylko, że może faktycznie napisanie pracy zajęłoby mi dłużej niż chińskim studentom, to jednak, nie uważam, żeby zasadniczo było poza moim zasięgiem. Na to wszyscy wybuchają serdecznym śmiechem.

Potem próbuję jeszcze rozmawiać z kilkoma (jak wydawało mi się, życzliwymi mi) osobami, wytłumaczyć im, jak się poczułam i po raz kolejny wytłumaczyć, że ja też gdzieś robię badania, piszę artykuły, uczę innych i czytam książki i że to, czego tu doświadczam, to jest upokorzenie. Za każdym razem rozmówcy śmieją się serdecznie, tak jakbym opowiedziała właśnie jakąś radosną historyjkę, albo jakby zobaczyli właśnie dziecko, które tak uroczo (可爱 keai) tupie nóżką, bo nie dostało cukiereczka. Żegnam się i wychodzę – nie idę na następne zajęcia, wieczorem opuszczam też mój chiński-koreański, bo czuję, że i tak nie byłabym w stanie wydusić z siebie ani słowa. Wspomnienie jesiennego Wuzhen ostatecznie trafia szlag. Gęba dorobiona taka, że sama już ją w lustrze widzę.

Ten śmiech przypomniał mi inną sytuację, gdy kiedyś w Polsce, robiąc za tłumacza i przewodnika, opowiedziałam chińskiej delegacji z jakiejś fabryki o obozach koncentracyjnych i Zagładzie. Reakcją też był wybuch śmiechu. Wiem, że to jest śmiech zakłopotania, reakcja na nieprzewidzianie kłopotliwy temat, ale jest to coś, z czym nie jestem w stanie się emocjonalnie pogodzić. Co budzi moją agresję i przerażenie.

Wracając do upupiania. Te wszystkie pytania, czy wiem, kim był Konfucjusz i Sun Yat-sen i czy umiem już posługiwać się pałeczkami (kto był u mnie w domu w W-wie, ten wie czym i co się u mnie je). Albo inna jeszcze sytuacja. Znajduję doktora z mojego tutejszego wydziału, który zajmuje się tym, co i ja. Pisze do niego. Najpierw sam proponuje spotkanie, ale później zaczyna stosować uniki. Po kilku wreszcie dochodzi do spotkania. Rozmowa toczy się nawet miło, zaczynamy rozmawiać o niespodziewanych przetasowaniach na interesującym nas oboje rynku. I kiedy już zaczynam czuć się normalnie, rozmówca nagle sobie przypomina, że jestem laowaiem i podsumowuje: “O, to jednak masz jakąś najbardziej podstawową 最基本 zui jiben wiedzę na temat Chin”. Tu mało kto zdaje sobie sprawę, że wiedza o tym, w jakich okolicznościach wszedł na rynek serwis społecznościowy dla białych kołnierzyków – Kaixin, jak nazywał się nieślubny syn Czang Kaisheka (i że był on zabójczo przystojny, tzn. ten syn, a nie Fistaszek), czy jak jest po chińsku Sherlock Holmes (Xialuoke Fuermusi) etc. to są rzeczy, których trzeba się uczyć przez ładnych parę lat, aby utworzyły jakiś najbardziej nawet podręczny zestaw codziennych kontekstów. Nie tak jak jedzenia pałeczkami, które można jako tako opanować w 5 minut.

Choć wczoraj nie było mi do śmiechu (i nadal specjalnie nie jest), dzisiejsza rozmowa ze znajomymi (Korea, Tajlandia, Tajwan) utwierdza mnie w przekonaniu, że jeszcze nie zwariowałam, i że reakcją na widok czyjejś wykrzywionej z upokorzenia twarzy nie musi być śmiech. Dopytują się, co się stało, pocieszają i wkurzają się razem ze mną, po czym stwierdzamy, że to się właśnie nazywa poznawać Chiny, i że to w sumie cenniejsze (choć oczywiście bolesne) niż to wszystko, co moglibyśmy nawypisywać w tych nieszczęsnych wypracowaniach. Oni – choć nie dzwoni im w uszach nieszczęsny laowai (a niektórym dzwoni wręcz tongbao 同胞, czyli dosłownie “z jednego łona matki”, jak się tu określa Tajwańczyków), i choć ich chińszczyzna jest absolutne świetna (tudzież jest ich ojczystym językiem), to również często doświadczają upupienia i lekceważenia.

Po pogaduchach (no i oczywiście ogromnym gorącym kociołku) robi mi się lepiej. Idę do uczelnianego Biura Elektronizacji – legitymacja jest kartą elektroniczną, za pomocą której można wypożyczać książki, surfować po sieci i płacić w stołówce. Niestety, z moją kartą ewidentnie jest coś nie tak – nie da się za jej pomocą wejść do biblioteki, wypożyczyć książek, nie można się też w oparciu o nią zalogować do uniwersyteckiego internetu. Mozna tylko doładować i za to jeść w stołówce. Pan w biurze najpierw komplementuje mój chiński, sprawdza kartę, po czym stwierdza “przykro mi, ale jest pani studentką zagraniczną z wymiany, i jako taka nie ma prawa dostępu do sieci uniwersyteckiej. Może pani wystąpić do biura ds. studentów zagranicznych o specjalne pozwolenie”. Obcy, obcy!!!

P.S. Rozmawiałam o tym wszystkim z koleżanką z Tajwanu, która studiowała w Polsce. Jej odczucia (nie mówię sytuacje i konteksty, bo te oczywiscie zawsze są inne) z początków studiowania u nas były właściwie bliźniacze.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

13

10 2009

16 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. YLK #
    1

    Jesli chcesz tu zachowac jako-taka kondycje psychiczna, musisz miec skore na twarzy grubosci pancerza czolgowego. Delikatna natura i nadmierna wrazliwosc zniszcza Cie. Masz takie przejscia po kilku tygodniach w Chinach, a czy myslalas, jak sie bedziesz czula bedac _identycznie_ traktowana po – powiedzmy – 20 latach tutaj? Bo ja niestety wiem.

  2. bxy #
    2

    YLK, ja codziennie o tym myślę. Pocieszam się tylko, że Chiny to nie konstans i że za 20 lat będą co najmniej tak różne, jak te obecne różnią się od tych sprzed 20 lat (co oczywiście niekoniecznie musi wpłynąć dodatnio na samopoczucie nas, laowajów). A Ciebie podziwiam.

  3. YLK #
    3

    Chiny sie zmienia, na pewno, a ludzie? Tez. Na gorsze. Widze to po sobie… Mniej bedzie takich Wuzhen, wiecej pseudo-kulturalnej ludnosci miejskiej jak w Szanghaju. Przeciez Chiny sie urbanizuja, a sama doswiadczasz, jak destrukcyjnie na dla nas istotne wartosci dzialaja tutaj duze zbiorowosci ludzkie.
    Moja recepta to branie stad tego, po co sie przyjechalo, i co tu nas trzyma, czego nigdzie indziej sie nie znajdzie. Jednego trzeba byc jednak swiadomym – swoja cene trzeba bedzie za to placic, dzien w dzien. Ale mam wrazenie, ze tak jest wszedzie, i Chiny nie sa pod tym wzgledem wyjatkiem.
    Rozumiem, ze rura w porzadku i chociaz to Ci snu z powiek nie spedza…

  4. jk #
    4

    Kaś, najzwyczajniej rób swoje. Walcz z dyskryminacją, ale nie zjadaj na tym zębów, bo starczy już energii życiowej strawionej na zmaganiach ze stereotypizacją i upupianiem, które, jak słusznie zauważył YLK znajdziesz pod każdą szerokością geograficzną (przypomnij sobie choćby nasze warszawskie boje uniwersytecko-zawodowe). Teraz już pewnie rozumiesz dlaczego tak mnie ciągnie na Podlasie. To co z tą rurą?

  5. Yao #
    5

    Niestety, do protekcjonalnego traktowania cudzoziemców przez Chińczyków chyba rzeczywiście trzeba się przyzwyczaić, chociaż krew człowieka zalewa, kiedy w prowadzonej od pół godzinny płynnym chińskim konwersacji słyszy od rozmówcy “objaśnienia”, czym była rewolucja kulturalna i kto to był Mao Zedong…

    Raz chyba tylko udało mi się przegadać Chińczyków, którzy “wyjaśniali” mi pewną kwestię dotyczącą Chin i “tłumaczyli”, że jest inaczej niż ja twierdzę. Miałem akurat przy sobie monografię dotyczącą tej tematyki, której – tak się akurat złożyło – jestem współautorem. Pokazałem odpowiedni fragment udowadniający, że mam rację. Autorytet słowa drukowanego tym razem przeważył, rozmówcom opadły szczęki i batalia została wygrana.

  6. bxy #
    6

    YLK, może chociaż taka zmiana jak w Polsce, gdzie chociażby w W-wie (również, jak Szanghaj, “ośrodku kultury” i cywilizacji/wenming) nieporównanie rzadziej niż jeszcze parę lat temu można usłyszeć: “Patrz, Murzyn” (oczywiście inna sprawa, jak owego Murzyna się potem traktuje, ale niech chociaż po ulicy chodzi nie czując się jak baba z brodą i trzema piersiami). Jeśli chodzi o upupianie, ja też mam wrażenie, że nie ma dla nas nadziei, i to bynajmniej nie tylko “z winy” Chińczyków. Bo ekspatów żyjących w bańkach mydlanych (w których faktycznie nie wiadomo dokładnie, kim był Czang Kai-shek i gdzie można przeżyć 4 lata kontraktu porozumiewając się wyłącznie po angielsku) będzie zawsze więcej niż maniaków (bo chyba tak należy kategoryzować).

    Aś, oczywiście, że robię swoje. Chociaż chwilami (takimi jak ta) to może wyglądać na eksperymenty na własnym systemie nerwowym, to jednak ja naprawdę się cieszę, że jestem na tym uniwersytecie, że siedzę na zajęciach gdzie chińscy profesorowie mówią o tym, co ich boli w Chinach, że, jako obserwator trafiam w sam środek ważnej debaty. A jeśli chodzi o stereotypizacje – sama wiesz, że wszystkie soboty ostatnich 3 lat zużyłam nie tylko na nauczenie polskich dzieci słów “nihao” etc., ale również i oduczenie używania słowa “żółtek”.

    Yao – cieszę się, że “nasi” wygrali :-) Ja na te wszystkie sytuacje, gdzie rozmówca nie kojarzy, że laowaja mówienie po chińsku jest znacząco skorelowane z znajomością 背景 (podłoże – to nie dla Yao – nie chcę Cię upupić :-) , tylko na wypadek, gdyby ktoś niechińsko- czytał ten komentarz) patrzę trochę przez pryzmat tego, jak i w jakim celu Chińczycy uczą się angielskiego.
    Dla mnie – jak wcześniej pisałam – to uczenie się yingyu jest całkowicie wyprane z kontekstu kulturowego (choć to akurat to po prostu specyfika angielskiego jako języka międzynarodowego) i jest prowadzone głównie na użytek wewnętrzny. Dążenie do kontaktu np. z kulturą brytyjską jest właściwie afunkcjonalne z punktu widzenia tych wszystkich testów i ćwiczeń. I tak jak ci, którzy uczą się angielskiego, bo np. chcą czytać Faulknera w oryginale to zupełny margines (zresztą tak jak i w Polsce), tak można sobie analogicznie wyobrażać, że mówiący po chińsku laowaje przeważnie wiedzą tyle o Chinach, co i “mówiący” po angielsku chińscy adepci tego języka o np. wiktoriańskiej Anglii.
    P.S. Dziś zaliczyłam pytanie profesora, czy wiem, kim był Chiang Kai-shek.
    P.P.S. Kiedyś nie wytrzymałam i na pytanie współstudentów o to, czy wiem, kim był Mao Zedong odpowiedziałam, że wiem, i ciekawe, czy oni wiedzą. Nie wiem, czy ktoś zrozumiał moją błyskotliwą ironię, zresztą to było dla własnej ponurej satysfakcji.
    P.P.P.S. Rura ok – nie śmierdzi, choć nadal mam lęki i boję się przed wyjściem zamknąć okna (a ostatnio profesor od marksizmu nas straszył, jak to złodzieje opuścili się sąsiadom na linie do okna).

  7. Yao #
    7

    Uwaga na temat chińskiego modelu poznawania angielskiego jest bardzo trafna. Wydaje mi się, że dodatkowo pokutuje tu pradawna tradycja traktowania wszelkiej cudzoziemszczyzny jako ignoranckiej barbarii, która nie miała kontaktu z prawdziwą (czytaj: chińską) kulturą…

  8. bxy #
    8

    O tak – jeśli masz chwilę spojrzyj na wpis pt “coca-cola i chrześcijanie jak dzieci” – nie dlatego, że taki fajny wpis, tylko, że opisuje coś, o czym mowisz, ale ubrane w uniwersyteckie, “teoretyzujące” ciuszki – więc, moim zdaniem, jeszcze bardziej niebezpieczne.

  9. Yao #
    9

    To jest dyskurs, który ma w Chinach już bogatą tradycję – vide wywody Lin Yutanga na temat chińskiego charakteru.

  10. Jarek #
    10

    Przeczytałem. Jedyne co można powiedzieć to “róbmy swoje”. Chroń Siebie. Znając Twoją pracowitość i poważne podejście do tematów, przyjdzie taki dzień, że tubylcom szczęki opadną. Tego akurat jestem pewien.
    Dziękuję za pozdrowienia dla Szymka.Przekazałem. Muszę Go pochwalić. Naprawdę pracuje nad chińskim. Robi postępy i widzę, że sprawia mu to coraz większą frajdę.
    pozdrawiamy serdecznie!!!

  11. bxy #
    11

    Ha, Jarek, dziękuję. Na razie to tubylcom szczęki opadną, jak zobaczą, że pracę z kursu marksizmu napisałam w oparciu o zachodnich lewaków typu Marcuse a nie z Lenina. Też czuję, że przesadziłam. Szymek – 加油!!

  12. Yao #
    12

    Ja wczoraj starałem się pewnemu znajomemu Chińczykowi wyjaśnić, dlaczego zajmujący się Chinami i mówiący płynnie po chińsku laowaie mogą czuć się “upupiani”, gdy tłumaczy im się jak krowie na rowie podstawowe pojęcia związane z tym krajem (w stylu klasycznego już przykładu “kim był przewodniczący Mao”).
    Próbowałem nawet z flanki “jak ty byś się czuł, gdybym ja…” i tutaj wymyślałem (mam nadzieję, że adekwatne i porównywalne) hipotetyczne sytuacje, w stylu “gdybym zachwycił się, jak sprawnie umiesz wpisywać chińskie znaki z klawiatury posługując się pinyinem”.
    Niestety, napotkałem Wielki Mur niezrozumienia, bo “przecież to jest tylko chińskie 好意”, “wszyscy są mili i chcą pomóc” etc. 失望了 :-(

  13. bxy #
    13

    Jeśli chodzi o natknięcie się na Wielki Mur niezrozumienia, to pobiłam własny rekord, gdy próbowałam ironicznie tłumaczyć kobiecie zajmującej się sprawami studentów zagranicznych, jak się czuję ktoś, kto zajmuje się Chinami, gdy ktoś się go pyta, czy wie, kim był Konfucjusz. Odpowiedż: “Nie denerwuj się, pouczusz się trochę, to będziesz wiedzieć, 慢慢来”.

    A ostatnio usiłowałam tłumaczyć nieco dobitniej, tym razem a propos “dorabiania laowajskiej gęby”: “Jak Ty byś się czuł, gdybyś mieszkał w Europie i codziennie słyszał kilkanaście razy: 啊,亚洲人!!. No to przyznawali z oporami, że może nie najlepiej. No to ja wtedy: “No to ja się właśnie czasem tak tu czuję, gdy słyszę po kilkanaście razy dziennie takie okrzyki”. Śmiech i opowiedź: “No, ale Wy laowaje wyglądacie tak inaczej, a ci, co mówią 啊啊老外 nie mają nic złego na myśli, są tylko ciekawi”. Coś podobnego.

  14. 14

    Hmm a takie pytanie, zdarzylas sie zorientowac jaki departament wyda twoj dyplom i co to bedzie za dyplom? Pytanie tylko pozornie idiotyczne. Zgaduje, ze jestes w trakcie studiow magisterskich, lub wyzej, wiec i tak w miare komfortowej sytuacji, bo np. robiac tutaj licencjat nie zostaniesz dopuszczona do egzaminu na studia magistrackie, bo jestes wlasnie 留学生, he he to sie nazywa niesprawiedliwosc… Ech, tylko coz oni placa, wiec i oni dyktuja warunki :[

  15. bxy #
    15

    Aimier, jestem faktycznie wyzej, ale w Polsce. Tu, jak na razie jestem tylko na rok. Myslalam na poczatku, zeby robic rownolegle, zeby znalezc wspolpromotora tutaj, ale powoli pozbywam sie zludzen. Nie jestem traktowana jako student, nie jestem tez traktowana jak badacz i prawde mowiac w ogole nie jestem traktowana, bo “nie ma mnie w systemie”. Dla mnie to przedziwne, to jakby traktowac ludzi z Erasmusa i wszystkich innych stypentystow jak kogos kto wlasnie przyszedl prosto z ulicy i to nie wiadomo po co.
    I nie jest to tylko moj problem – wsrod znajomych kraza opowiesci np. o tym, jak na koniec ktos nie dostal zadnych zaliczen, bo, no wlasnie, “nie bylo go w systemie”. Dzieki czemu nie bylo mowy o jakimkolwiek zaliczeniu takiego roku w kraju.
    A powiedz, gdzie spotkales sie z taka sytuacja, ze nie dopuszczono kogos na egzamin na studia magisterke? Czy chodzilo o studia bezplatne? Tutaj laowai moze zdawac na co chce, ale oczywiscie nie ma mowy o studiowaniu za darmo, sa laowajskie stawki. Jest finansowanie, bedzie i mozliwosc studiowania.

  16. 16

    Hy hy tj. tak, ze moja wiedza na ten temat jest pewnego rodzaju wiedza potoczna i opiera się na relacjach chińskich znajomych, nie czytałem żadnej ustawy na ten temat. W Chinach na ostatnim roku studiów licencjackich(本科)student ma egzamin na studia magisterskie (研究), ktorego wcale zdac nie musi oraz obrone pracy licencjackiej. Egzamin na magisterskie obejmuje trzy czy cztery przedmioty (angielski, marksizm, polityke, wiedze o swiecie wspolczesnym, te trzy jako jeden oraz egzamin z przedmiotow kierunkowych i w niektórych przypadkach matematyka). Tego egzaminu studenci miedzynarodowi zdawac nie moga :) oczywiscie moga dostac sie na studia magisterskie, ale nawet jesli pilnie studiowali przez cztery lata, nie jest im dane sprawdzic sie, zweryfikowac wlasna wiedze.
    Sytuacja rzeczywiscie bywa niekiedy komiczna, no ale nie sposob nie przyznac racji ze czasem jest to 为我们好. Przynajmniej ja to tak odczuwam. Co do oferty stypendialnej Chinskiej Republiki Ludowej to jest ona niezmiernie bogata, problem polega jednak na wspolpracy Polski z Chinami. Co do szczegolow wolabym sie nie wywnetrzac na forum publicznym.


1Trackbacks/Pingbacks

  1. 重新启动 -restart i brzydka córka cesarza « Za Chiny Ludowe 16 10 09

Your Comment