W stronę Korei Północnej. 2

 

Płynąć wzduż brzegu Korei stateczkiem z czerwoną flagą z 5 gwiazdami, lampionami, herbatą i kołami ratunkowymi, patrzeć na delikatne, białe twarze chińskich turystów pod rondami barwnych kapeluszy, daszkami czapeczek i, trochę dalej, smagłe, ostroryse twarze Północnych Koreańczyków, jest oczywiście przeżyciem.

Drugiego i trzeciego dnia naszego pobytu nad Yalu postanawiamy zrobić jednak coś innego. Zwykły autobus (pekaes) i rowery. “Pekaes” jedzie nowiutką drogą wdłuż rzeki, mija ocalały kawałek Wielkiego Muru z czasów Mingów (wrócimy tam nazajutrz rowerem). Mija kurorty, hotele, wioski. W końcu wyrzuca nas pod stacją Sinopec gdzieś na rozstaju dróg i ustami kierowcy poleca stawić się w tym samym miejscu po południu, w celu zabrania się z powrotem do Dandongu. Idziemy w stronę zielonej wyspy na Yalu. Po rzece pływają kaczki, przed wioską mini świątynki – bóstwa gór, bóstwa ziemi.


Idziemy ze 3 kilometry wyspą, wzdłuż brzegu, sadem morelowym, most powinien być właśnie tam. Po lewej stronie zielone (po części nowo zalesione) zbocza strony chińskiej, po prawej łyse, wykarczowane zbocza strony koreańskiej, pośrodku ta wyspa z sadem morelowym i oto…jest. Przerwany most. Przed nim, za sadami, podstawówka imienia Mao Anyinga. I posąg bohatera. Na twarzy, bardzo podobnej do twarzy ojca, wyraz troski. Włosy ułożone tak samo jak u ojca. Wbrew legendom i pomnikom (spiżowi Peng Dehuai i Ochotnicza Armia idący dziarsko w stronę przeprawy + płaskorzeźba Mao w otoczeniu gołąbków pokoju) nawarstwionym dookoła mostu w Dandongu, Peng, młody Mao, jak i pierwsze oddziały właśnie tym mostem tutaj dostali się podczas “odparcia USA i wsparcia Korei” (to oficjalna chińska nazwa Wojny Koreańskiej) na terytorium sprzymierzeńca. Mao Anying nie wrócił ani tym mostem ani żadnym innym, a jego ojciec, pytany, czy pragnie sprowadzenia zwłok do kraju, miał powiedzieć, że Anying, podobnie jak inni zabici, powinien spoczywać tam, gdzie i inni żołnierze. Ostatecznie sprowadzono tylko trochę ziemi z miejsca, gdzie zginął (gotując, wbrew dyscyplinie, obiad poza schronem podczas nalotów, ale sza…).

Na łódce znak fu – bogactwo, dostatek. Po drugiej stronie Korea

Przerwany most i łyse wzgórza po stronie koreańskiej

Przerwany most – po koreańskiej stronie wojskowa budka

Na moście. Peng Dehuai po zielonej stronie chińskiej, Kim Ir Sen po wykarczowanej stronie koreańskiej

Po stronie koreańskiej wioska i koszary. Łyse szczyty, łyse zbocza. “Próbują uprawiać tam ziemię” – mówi starsza pani siedząca obok mostu. Patrzymy przez lornetkę – choć całe zbocza przygotowane pod uprawy, to tylko gdzieniegdzie wyrastają wątłe roślinki. Nie ma nawozów, nie ma nasion? Drzewa był pewnie wycinane i na opał. Rzadkie sosny pozostawione na wzgórzu naprzeciwko mostu, nie tworzą już lasu. Przerzedzone, samotne, mają dziwne i niepokojące kształty.

Przy moście, obok pomnika młodego bohatera, Mao Anyinga i naprzeciw nowiutkiego, złotego pomnika Peng Dehuaia na koniu (widać, że most przygotowuje się do pomnikowej ofensywy przeciwko dandongskiemu “uzurpatorowi”), siedzi trzymając w ręku parasolkę w kropki młoda dziewczyna, Xiaolin i jej chłopak. Chcieliby wynająć motorówkę i popłynąć wzdłuż brzegu, ale potrzebują zebrać jeszcze kilka osób. Co nie jest łatwe, bo turyści, owszem, kłębią się przy moście w Dandongu (wyróżnionym jako “klasyczne miejsce czerwonych wędrówek” i klasą turystyczną AAAAA), ale tutaj jest pusto. W końcu Xiaolin udaje się “złapać” jeszcze jedną parę i motorówka uwozi nas w stronę koreańskiego brzegu.

Podczas tego płynięcia, jak i naszej jazdy rowerem wdłuż brzegów Yalu dnia następnego zobaczymy wiele zakładów przemysłowych. Wszystkie w ruinie. Ziejące pustką okna, szary beton obleziony liszajem, rdza. Nic już nie produkują. Stopień zniszczeń sugeruje, że musiały zostać opuszczone najdalej w połowie lat 90-tych, po śmierci Kim Ir Sena, po zakręceniu (zniknięciu) kurka z radziecką pomocą. Zresztą nie tylko zakłady wyglądają, jakby od 20 lat stały tam już tylko dlatego, że brakuje sił i środków, żeby je rozebrać. Co większe budynki, jakieś bloki – to wszystko wygląda na skazane na powolne obumieranie.

Ale wioski, do których zbliżymy się na odległość niemalże wyciągniętej dłoni, obumarłe nie są. Na brzegu kąpią się żołnierze (machają nam), kobiety robią pranie, na wózku od krowiego zaprzęgu (krowa pasie się kilkadziesiąt metrów w dół rzeki) siedzą dzieci. Nieubitą drogą, wzniecając tumany kurzu, jedzie ciężarówka i wiezie na naczepie ludzi. Wioski są ubogie, ale nie jest to pierwsze, co nasuwa mi się na myśl, gdy je widzę.

Widziałam różne biedy – biedę chińską, biedę południowoazjatycką (wietnamską, khmerską, filipińską etc.), biedę północnoafrykańską, biedę różnych części Europy, w tym rzecz jasna naszą własną polską biedę. Ale te wioski tutaj od np. biedy chińskiej coś odróżnia. W wiosce chińskiej, nawet naprawdę ubogiej, na drzwiach są ozdoby, w oknach czasem i wycinanki. Rośnie jakiś kwiatek. Wisi jakiś plakat, albo i kilka – bogini Guanyin, Przewodniczący Mao, Tygrys w Roku Tygrysa i Królik w Roku Królika. Czasem ludzie prześcigują się w ozdabianiu bram do obejść – chociaż trochę pociągnąć kolorową farbą, może posadzić jakieś kwiatki, powieścić papierowy znak “szczęście”, żeby wiedziało, którędy ma wchodzić. A w wioskach na koreańskim brzegu nie ma nic, co by wykraczało poza najprościej rozumianą użyteczność. Prosto, surowo, tylko to, co całkowicie niezbędne. Jedyny kolorowy akcent to pranie na sznurku. Wykarczowane zbocza dodają surowości.

Po stronie północnokoreańskiej

“Nie palić ognia, nie uprawiać ziemi, nie przekraczać granicy, nie wycinać potajemnie drzew, chronić las”

żołnierka
żołnierze północnokoreańscy po kąpieli w Yalu

żołnierze – powrót do wioski

na ryby

obserwacja

…obserwacja

i obserwacja

Widoczny częściowo napis mówi: “Ryzykuj własnym życiem chroniąc przodujących uczestników rewolucji!”

zakłady…

…zakłady

Napis na nieczynnym zakładzie: “Zjednoczmy się” – dosł. “zjednoczmy się jak jedno serce

Gdy następnego dnia dojedziemy na naszych rowerach do Wielkiego Muru, którego początkowy odcinek znajduje się na spiętrzonej nad Yalu Górze Tygrysa i wespniemy się na najwyszą basztę, zobaczymy Koreę z lotu ptaka. A ściślej mówiąc smutny, wymarły kołchoz otoczony polami. Tutaj, w przeciwieństwie do wiosek wyżej opisanych, ludzi prawie nie widać, tylko przy brzegu, dosłownie tuż pod nadrzecznym urwiskiem, na którym przysiedliśmy, kilku żołnierzy ciągnie do wioski wózek krowiego zaprzęgu. Trochę dalej niewielki oddział maszeruje brzegiem rzeki, tuż przy polu. Po widmowych uliczkach, pomiędzy betonowymi domami (część nieukończona, bez dachów, wszystkie identyczne w swej szarości) od czasu do czasu przesuwa się pojedyncza sylwetka. Dookoła wioski ogromne połacie pola – wszystko zaorane, ale nic nie wzeszło. A może nic nie zostało posadzone? Jedynym kolorowym akcentem na tej płachcie szarości ziemno-betonowej (w środku lata…) jest traktor z niebieską, prostokątną kabiną.

Przy schodzeniu dosć kretą i bardzo stromą scieżką z góry (po stronie Yalu), musimy przejsć przez mostek wiszacy. Na jego końcu, na tle tego północnokoreańskiego smutku, nagle znajome logo i znajoma sytwetka: “Na tym mostku kręcono sceny z filmy Feicheng wurao 2″ (tutaj zawijasy jak z logo filmu) i zdjęcie pięknej Shu Qi, jak idzie w niebieskiej zwiewnej sukience przez rzeczony mostek. W filmie mostek grał przejście do niezwykle luksusowej górskiej willi-samotni, w której mieszkał bohater grany przez Ge You. Nie wiem, jakim cudem udało im się wyciąć z ujęć północnokoreański kołchoz, w warunkach naturalnych stanowiący dla mosteczka tło. Gdy tak patrzę i próbuje pogodzić sceny z filmu z tym, co widzę poniżej, po rzece (jest w tym miejscu wąziuteńka i jest tuż pod nami) i po jałowych kołchozowych polach poniżej rozlega się nawoływanie. Po niebiesko-zielonej wodzie pod nami przepływają trzy łódeczki chińskich rybaków i ich kormorany (kto nie wie, jak się łowi na -biedne, nieszczęsne- kormorany, niechaj sobie poszuka).

Wymarła wioska/kołchoz

granica po stronie koreańskiej
Yalu tutaj ma kilkanaście metrów szerokości. Po powiększeniu widać słupy graniczne koreańskie (u góry) i chińskie (u dołu)

Granica chińsko-koreańska. “Nie rozmawiać ani nie wymieniać się przedmiotami z osobami po drugiej stronie granicy”

Po chińskiej stronie (na pierwszym planie fragment Muru)

Po chińskiej stronie – zbliżenie na wiejski sklepik

Gdy wracamy naszymi rowerami (mi się dostał czarny, żelazny, kilkudziesięcioletni, ale nieprawdopodobnie wygodny i lekki do prowadzenia rower made in Japan“to dobry, wręcz znakomity rower, jeździłem na nim sam tyle lat, to najlepsze, co mam, wypróbuj koniecznie, jest porządny, bo japoński, diabły z małej Japonijki zrobiły” - zachwala shifu od rowerów. J. dostał oczywiście rower za mały, uderza kolanami o kierownicę, ale jedzie), nie możemy oderwać wzroku od drugiego brzegu. Zarysy wiosek, ruiny jakichś zakładów. Zatrzymujemy się co chwila i patrzymy w lornetkę. To, co wczoraj z autobusu wydawało się niewielkimi kominami, dziś okazuje się być wysokimi stelami z inskrypcjami. Nieoceniona Yeji wpatruje się w nasze zdjęcia i na jednej ze stel (zdjęcie poniżej) udaje jej się odczytać: “Wielki Lider, Towarzysz Kim Ir Sen jest z nami na zawsze”.

Po koreańskiej stronie

Zbliżenie na budynek z lewej strony poprzedniego zdjęcia

zakady i pola – polecam powiekszenie

Taoistyczny mistrz pokazuje uczniowi nieodbudowany most kolejowy i brzeg koreanski

Zwrócony twarzą do koreańskiego brzegu Caishen – bóg bogactwa

Chyba najżywsze i najbarwniejsze miejsce, jakie udało nam się dostrzec po stronie północnokoreańskiej. Yeji, moja nieoceniona tłumaczka, po wpatrywaniu się w ledwie widoczne napisy na tym budynku, twierdzi, że musi być to jakieś wspólnotowe centrum kultury. Choć jakość kiepska, polecam powiększenie, celem przyjrzenia się plakatom – filmowym?

Zafascynowani tym, co mówi do nas Korea, ale wymęczeni kilkugodzinną jazdą na antycznych rowerach (jeden dzień) czy wykonywaniem przez nasz pekaes (inny dzień) powolnych okrążeń wokół jednego z przybrzeżnych miasteczek celem zebrania odpowiedniej ilości pasażerów (chłopak w okularach wysiada, dwa okrążenia później wsiada z siatką owoców, dziewczyna w pomarańczowej sukience wysiada, je makaron w przyulicznej garkuchni, wsiada 5 okążeń później, a my jeździmy jak głupi),  postanawiamy raz jeszcze zasiąść pomiędzy lampiony, herbatki, kapelusze i koła ratunkowe i pojechać w dół rzeki, brzegiem miasta Sinjiuju. Tu juz nie trzeba się specjalnie wpatrywać, blisko jak na wyciągnięcie ręki, Yeji tłumaczy błyskawicznie:

Na łodzi: “Musimy być heroiczni w walce!”

“Wielka polityka Songun, hurra!” (jeśli ktoś przypadkiem jeszcze nie wie, czym jest Songun, polecam zrobić eksperyment – najpierw przeczytać hasło “polityka Songun” na tej stronie, na podstawie tekstu spróbować sformuować definicję Songun, a później poczytać np. w Wiki)

“Na zawsze uhonorujmy wielkie sukcesy w Chinach naszego Wielkiego Lidera, Kim Jong Ila! “

“Wielki Wódz, Kim Ir Sen jest na zawsze z nami”

“Chrońmy życiem liderów rewolucji prowadzonej przez wielkiego Kim Jong Ila!

“Dla tegorocznej bitwy, stwórzmy nowy rytm marszu” (tutaj trochę nie jest pewne, bo na każdym ujęciu zawsze coś napis zasłaniało)

“Słońce 21 wieku, General Kim Jong Il, hurra!” (tych napisów spotkamy w różnych miejsach wybrzeża aż cztery)

Nie będziemy w Korei Północnej. Ale zanim wsiądziemy w pociąg powrotny do Pekinu, możemy być w restauracji Pyongyang. Za żółtymi zasłonkami jest pyszne, aromatyczne jedzenie, są pełne wdzięku, prześliczne i blade jak kreda (tu mówi się “jak jadeit” i to jest wielki komplement) północnokoreańskie kelnerki. Są też goście ze znaczkami z Kim Ir Senem wpiętymi tuż ponad sercem w koszule. Częśc gości ze znaczkami siedzi w wydzielonym pokoiku zasłoniętym bambusową zasłonką. Piękna kelnerka robi minę skazańca, gdy ma donieść tam dania. Koleżanki, szczebiocząc, prowadzą ją za ręce w kierunku zasłonki, chyba dodają otuchy. Dziewczyna znika z talerzami za bambusową zasłonką. Gdy wyjdzie, długo i z zachmurzoną twarzą opowiada coś koleżankom, ale na koniec wybuchają śmiechem, jedna udaje, że bije pozostałe serwetą. Akurat wchodzi klient i jemu też przez pomyłkę się dostanie (serwetą po łysinie). Mina klienta pozostaje niezwruszona, za to dziewczyny skręca ze śmiechu za jego plecami. Kończymy posiłek. Odpoczywamy chwilkę. Gdy J. wraca z toalety, pyta mnie: “co tu znowu były takie salwy śmiechu, co się działo?” Co się działo? Uczyłam dziewczyny polskiego, rozmawiałyśmy o tym, która wygląda młodziej i czemu tak się opaliłam, skoro biała skórka jest najpiękniejsza.

P.S. Z Dworca Pekińskiego wychodzi około 80 osobowa zwarta grupa. Nie rozgląda się na boki, idzie zdyscyplinowanie, szybko, bez zbędnych rozmów. Sami mężczyzni, 80 białych koszul, 80 czerwonych znaczków na piersiach, czarne spodnie, kiepskie buty. Smagłe, ciemne twarze, ostre rysy. Starannie ostrzyżone włosy. 80 identycznych toreb. Pekińczycy – w krótkich spodniach, koszulkach z napisami, w bejsbolówkach, w szpilkach, chwytają komórki i podbiegają do grupy robiąc jej zdjęcia.

Dworzec w Dandongu – czekając na pociąg do Pekinu. Moment luzu – czerwony znaczek na piersi, ale koszula luźno wyłożona na spodnie

 

Special thanks to Yeji – having your precious help, I could hear North’s voice! 감사합니다!!

 

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

27

06 2011

18 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. Jarek K. #
    1

    Tenże – ino nie komentuje – czasem wdał się w nieestetyczną dyskusję -zawstydził się – teraz tylko czyta. Pisz Bxy, pisz -(słaba ta trawesta) – ale trzymam kciuki, żeby Ci się chciało chcieć ( jeszcze gorsza – trudno ).

  2. 2

    Właśnie dziś piszą w gazecie o filmie z Korei Płn., który pokazuje, że jest tam głód nawet w wojsku. Ci żołnierze na zdjęciach nie wyglądają na niedożywionych. A może koreański brzeg rzeki to też reklama, na miarę ich możliwości?

  3. szpak #
    3

    Straszne jest patrzeć jaki wpływ na życie może mieć polityka. I co może robić z ludźmi. Te pola dziwnie wyglądają. Nawet zaorane i niezasiane, powinny zarosnąć chwastami. Tak mi się przynajmniej wydaje. A tu lato i zupełnie jałowa ziemia. Nic nie rośnie, nawet chwasty. Jeśli to jest reklama, to bardzo przekonywująca.

  4. Andrzej #
    4

    Pas zaoranej, odchwaszczonej ziemi wzdłuż granicy to część i naszej historii.
    No cóż, Wielkiego Muru nie mieliśmy jakoś, a i mały w muzeum skończył…

  5. Tomasz #
    5

    @Bxy
    Rzeka Yalu jako granica miedzy bytem a nie-bytem, wolnością a zamordyzmem, głodem i sytością. Wszystkie pozytywy dotyczą Ch.R.L ale trudno się dziwić bo Korea Północna to Chiny 40-ci lat temu i porównanie do takiego jadra ciemności nawet Chinom wielkiego blasku przydaje mimo, że to one są główna przyczyna takiego stanu rzeczy.
    Bardzo Ci dziękuje za “poruszający” opis klimatów nad rzeką Yale.

  6. Andrzej #
    6

    Pociąg pancerny się rozmyślił…

  7. bxy #
    7

    @ Jarek K – czemu ja pamiętam, że wszyscy wszystkim nakładali, tylko Ty jeden nie? :-) o pamięci….

    @ Anuszka, Szpak – brzeg to chyba był zrobiony jako reklama, ale jeszcze za Kima I. Te fabryki pokazywały, że na tamtym brzegu realizuje się się obiekt westchnień wszelakich demoludow – industralizacja. A propos – gdzieś (juz nie pamietam gdzie) natknelam sie ostatnio na ciekawy artykul o tym, czemu w nazwie ChRL nie ma “demokratyczna”. Podobnież miało być, Mao też chciał, ale mu wytłumaczono, że nazwa będzie za długa, a “ludowy” to synonim “demokratycznego”. O!

    @ Tomasz, Szpak, Andrzej – ja nie wiem, jak patrzeć na Koreę i przez jakie szkła. Na Zachodzie właściwie tylko relacje uchodźców, choć chlubnym wyjątkiem jest np. książka-relacja Michaela Harrolda z jego 7-letniego pobytu w Korei. Michela mam szczęście znać (mieszka tutaj, w Pekinie) – jak sam mówi, chciał pokazać Koreę z innej perspektywy, nie makro ale mikro, czyli ludzi, którzy, jak wszędzie na świecie, mają problemy z dziećmi, w pracy etc. A tutaj w Chinach, jak się mówi o Korei? Ostatnio chodziłam po księgarniach w Pekinie i o Korei Północnej… nie ma dosłownie nic. Nic! Tylko jedna książka, coś w stylu “Rozwiązywanie problemu atomowego na Półwyspie Koreańskim”- czyli Północ jako problem do rozwiązania. A książek o Japonii (ostatnio notuje się lawinowy wzrost zainteresowania tym krajem), o Korei Pd, całe tony – wzlot Japoni i towarzyszące mu trudności, nowa rola w Azji, kultura, kultura jako narzędzie polityczne etc. Czyli tony książek o tych, od których i na przykładzie których można się czegoś uczyć. O Korei Pn.- cóż – chyba im ciszej, tym lepiej. Korea Północna pojawia się tu w mediach tylko z okazji “supertajnych” przyjazdów Kima, głośno oczywiście też było podczas namaszczenia delfina. Co ciekawe i wtedy właściwie wszystkie artykuły to jakieś “jak podają media południowo-koreańskie”, “jak donoszą media amerykańskie”. Tylko czasem Nanfang napisze coś o poszukiwaniach dyrektora Muzeum Odparcia USA i Wsparcia Korei w Dandongu, który próbuje wytrwale wyjaśnić, co się stało z tymi kilkudziesięcioma tysiącami zaginionych podczas wojny. Skoro już o wojnie, to znamienne, że zarówno rzeczone Muzeum, jak i książki, które ukazują się o wojnie koreańskiej (dużo), podkreślają obecnie, że “wsparcie Korei” to byo nie tyle wsparcie przyjaciela, idei, ile czyn konieczny dla obrony ojczyzny, niemal “wewnętrzna sprawa Chin” – z tego powodu m in. nie zaliczam tych książek jako “książek o Korei”, zresztą np. w wielgaśnej księgarni humanistycznej Wansheng stoją w dziale “Historia Chin”.

    Dandong w ostatnich latach niesamowicie się rozwinął. Co w sumie nie jest niczym niezwykłym, bo intensywna budowa np. mieszkań (by nie rzec bańka) stała się znakiem rozpoznawczym całej chińskiej urbanizacji. Ciekawy jest jednak kierunek rozwoju Dandongu. Sugeruje on, że inwestorzy spodziewali się, że specjalna strefa ekonomiczna, działają przecież przy mieście po drugiej stronie granicy, przyniesie i rozszczelnienie granicy z Koreą – gigantyczne hotele, restauracje, centra konferencyjne. Część dziś już należy do gatunku stare-nowe, jeszcze nie używane, a już zakurzone, opuszczone, puste. Najbardziej znamiennym przykładem jest gigantyczny hotel pobudowany na wysepce na Yalu, który naśladuje architekturą…budowle wyspy Saint-Michel. Hotel w stanie surowym stoi niedokończony – sądząc po obecnym stanie – już kilka lat. Jakby potężni inwestorzy przygotowywali się na otwarcie, a coś je zastopowało (np. jakieś próby atomowe…), albo jakby strefy zawiodły chińskie oczekiwania (bo zawiodły – inwestorzy spodziewali się pewnie, że będą to wrota do Korei, a tymczasem w strefach, tym i w strefie w Siniuju podobno ledwi się tli).
    Tak czy inaczej, gdy pokazano po raz pierwszy młodego Kima, tutejsze gazety partyjne próbowały go ukazywać jako młodego reformatora uczącego się z uwagą reform na wzór chiński. Że wysiłek i krew sie ostatecznie się nie zmarnują, że “walka w imię socjalizmu” miała sens, że to pojęcie ma sens (oczywiście z chińską charakterystyką:-) ) i prędzej czy później zaczyna oznaczać lepsze życie, że ta ciągła pomoc ostatecznie nie pójdzie na marne, że Chiny będą ekportować do Korei swój model rozwoju, towary i technologie (np. te nie pierwszej świeżości), że ostatecznie wygrają o nią walkę z Koreą Południową. Która wcale do tej walki w sumie się nie pali, bo dla niej “wygrana” oznacza coś mocno innego niż dla Chin. Gdy ustami jednego z ministrów Południe zasugerowało “podatek zjednoczeniowy”, rozpętała się burza i kryzys w rządzie. Tutaj rzecz jasna takich poświęceń nikt nie ma prawa oczekiwać, a i wszystko działa na nieco innych zasadach, nikt tak Partii nie będzie rozliczał jak tam, gdzie są wybory-yy. Yy…coś zamiast komentarza wyszedł mi trzeci wpis o Korei.

    A podaję jeszcze link do rewelacyjnych zdjęć z Korei Północnej, natknęłam się przypadkowo: http://www.flickr.com/photos/kernbeisser

  8. szpak #
    8

    Nie wygląda to raczej na pas zaoranej ziemi. Ale mniejsza.
    Mechanizmy władzy są zawsze takie same. Rządzi status quo. Dlatego wszystko zostanie po staremu, dopóki zmian nie wymusi rzeczywistość. Lub Chiny.
    Każde otwarcie, przyspieszy ciśnienie rzeczywistości. Pancerny pociąg to skutek i naturalny symbol tego status quo. Dość czytelny zresztą przykład “demokracji” połączonej zgrabnie z przekazywaniem władzy z ojca na syna. Mało kogo to nawet dziwi czy zastanawia. A jeśli nawet, to zaraz następuje samouspokojenie, że demokracji tam przecież nie ma. A gdzie jest? W Szwajcarii?

  9. Andrzej #
    9

    …i nie wyruszył na spotkanie z Medwiediewym.
    Bo podobno bracia Rosjanie jakieś “szutki” zaczęli sobie robić na temat nadchodzącego spotkania na wysokim szczeblu.
    Przy ich poczuciu humoru, możecie sobie wyobrazić che casino musiało być w Moskwie?

  10. bimbalimba #
    10
  11. Andrzej #
    11

    @bxy’s microblog my modest contribution
    (Założę się, że ta akupunktura to z miłości… do Chin.)

    Dentysta w Changsha:
    „O.K., ten ząb wyrwiemy, ale… co to za brodawka na języku? Lepiej usunąć! Wytnę ci i ją!”
    I rysuje mi język, na którym zaznacza linią przerywaną ile „tortu” poleci.
    „Ot, tak wytnę i resztę zaszyję!”
    No to tnij!

    Miesiąc później, w Mediolanie:
    „Sta mia lingua, caro dottore, mi fa sempre male…”
    „E’ ovvio! I fili Le sono rimasti dentro! Bisogna tagliare!”
    I rysuje mi język, na którym zaznacza linią przerywaną ile „tortu” znowu poleci…

    Mało brakowało, żebym z miłości do Chin zapomniał języka w gębie…

  12. bxy #
    12

    Bimbalimba – wielkie dzięki za link, niestety, jak pewnie widać po nieruchawości bloga, nie mam na nic ostatnio czasu, niestety na oglądanie również…jak sie tylko uspokoi, to zasiądę!
    Andrzej – ta akupunktura to nie z miłości do Chin, tylko z bólu… i to nie duchowego ani żadnych takich tam, tylko normalnego bólu kręgosłupa.
    Podziwiam odwagę. Ja na żadne zabiegi noszące miano ostateczności i nieodwracalnosi (wycięcie, wyrwanie, usunięcie, odpiłowanie etc.) się tu nie godzę!

  13. Andrzej #
    13

    Bxy – Do odważnych świat należy!
    I tak, czy chcesz, czy nie chcesz, Chiny Ciebie pożerają, a nie Ty ich.
    A jak Ci mało wyrwą, to Ci mało wstawią…

  14. bxy #
    14

    “A jak Ci mało wyrwą, to Ci mało wstawią…” – Andrzej, właściwie to masz głęboką rację.
    Szkoda tylko, że komórki nerwowe się człowiekowi nie odradzają

  15. Andrzej #
    15

    Aby Twego pięknego, jak zwykle, wpisu nie kończyć w zbyt niskiej tonacji, pozwól, że wychylę jedną grappę na intencję Wielkiego Odrodzenia (z chińską twarzą :) )

  16. bxy #
    16

    Andrzej – z…gębą chyba :-)

    Myśli luźne: niedawno natknęłam się na wpis na jednym z polskich forów konserwatywnych i ktoś w nim polecał mój blog, jednocześnie ostrzegając, że jest dołujący…. Dziękuję, anonimowy Czytelniku konserwatywny! Chciałabym dla Ciebie coś podnoszącego na duchu napisać, tylko faktycznie, wychodzi mi chyba jak kretowi szydełkowanie…

  17. 17

    Fajny twoj blog. Szkoda ze nie znalazlem go wczesniej, przed wyprawa w tamte strony jeszcze.

  18. 18

    Nawet na jednym zdjęciu w powiększeniu widać jak po stronie koreańskiej ktoś orze pole przy pomocy jakiegoś woła.



Your Comment