Wuerlixi Beike a sprawa chińska

 

Mój uniwersytet często nawiedzany jest przez różne światowe sławy. Dziś pojawił się Ulrich Beck - 乌尔利希·贝克 (Wuerlixi Beike). Przybyli na spotkanie studenci byli tak liczni, że trzeba było zastosować środek specjalny – zasiąść na miejscach z napisem “rezerwacja” z ważnymi minami i udawać zaproszonych gości. To stary sposób – do mnie nikt nie podejdzie, bo pewnie jestem jednym z zaproszonych zagranicznych gości  (mojego wieku a więc i pozycji nie da się tu poznać po wyglądzie, w oczach Chińczyka mogę mieć lat 20 jak i 40) i głupio nawet pytać. Blef ma taką moc, że zapewnia wygodne fotele jeszcze moim trojgu chińskim znajomym z wydziału.  No więc siedzimy z ważnymi minami i notesami Hello Kitty w drugim rzędzie, a Beck przemawia. Ogólnie mówi to, co w książkach, tyle tylko, że robi to z silnym niemieckim akcentem i bez tłumaczenia, co sprawia, że moi biedni znajomi wykrzywiają się z wysiłku, żeby go zrozumieć (teraz wiedzą, co czuję na niektórych wykładach). Kończy stwierdzeniem, że wie już, że trzeba badać drugą nowoczesność w jej nie-zachodnich odsłonach (niestety, jak i co, to już nie mówi, a tu przypadkiem właśnie w takiej odsłonie się mieszka, chodzi na zajęcia, rozwiązuje problem zatrutego mleka). Ciekawie robi się dopiero po końcu wystąpienia.

Na mównicę wchodzi chiński profesor socjologii, który ma za zadanie dodać “chiński kontekst” do tego, co mówił Beck. No i dodaje. Styl tego dodawania przypomina mi sposób, w jaki zdawano egzamin urzędniczy w cesarskich Chinach. Po prostu sypie cytatami z klasyków: Konfucjusza, Mencjusza, Sunzi i Mao. Zaczynamy podziwiać tłumacza (cytaty, oprócz tych z Mao, są w klasycznym chińskim) i skupiać się bardziej na jowialnej, zaróżowionej twarzy Becka, na której maluje się rosnące zdumienie.  Celem przemówienia jest pokazanie zagranicznemu gościowi, że wszystko o czym mówi, już kiedyś wymyślili Chińczycy. Tu już nie tyle już chodzi o chińską naukę, ale o chińską dumę. Kosmopolityzacja? Proszę bardzo - już Konfucjusz mówił, że wszyscy jesteśmy braćmi pomiędzy czterema morzami. Ryzyko i katastrofy? Proszę – już Mao pisał o ryzyku (tu wymieniamy cicho uwagę, że Mao faktycznie jak nikt wiedział dużo o katastrofach i ryzyku) itd. Na koniec wytoczony zostaje Marks i następuje uwaga, że cały dyskurs o ryzyku ekologicznym w postaci gazów cieplarnianych ma podłoże polityczne i ekonomiczne, mające na celu narzucić dominację pewnych krajów nad innymi i że to sztuczny problem.

Beck wydaje z siebie “Wow” – mniej więcej takie, jak mógłby wydać, gdyby w środku konferencji zjawił się połykacz noży i zaprezentował swój program, po czym okazało się, że został zaproszony przez gospodarzy jako najlepsza możliwa rozrywka. Potem tłumaczy jeszcze raz, że chodziło mu o coś innego, niż “przyjaźń pomiędzy narodami”, że to nie on wymyślił zatrucie środowiska i że on tylko rekonstruuje dyskurs etc. Mam wrażenie, że tłumaczenia te odebrane są przez część profesorów jako wydumane.

Kolejne pytania zadawane przez profesorów (“Żeby osiągnąć międzynarodową wspólnotę trzeba mieć jakiś wspólny język, jak to zrobić?” etc.) wskazują, że jedna strona z drugą zupełnie się nie zrozumiały.  I że to niezrozumienie jest dowodem na to, że Beck - choć z całych sił deklaruje zwalczanie “nacjonalizmu metodologicznego”, tkwi może już nie w perspektywie niemieckiej, ale do bólu europejskiej. Że chińscy profesorowie, pomimo “okcydentalizacji” chińskiej nauki, na którą się tak często uskarżają, nie mają wiedzy i kontekstu koniecznego dla zrozumienia chociażby terminologii tego- bądź co bądź – jednego z bardziej prominentnych zachodnich badaczy. A po środku tego wszystkiego nieszczęsny angielski.

To o czym mówi Beck dla przemawiających chińskich profesorów jest w najlepszym razie obce i wydumane. W nieco gorszym – widziane jest jako zagrożenie, coś dokładnie przeciwnego głównym celom, o których obecnie mówi się w Chinach. No bo on o zwalczaniu “nacjonalizmu metodologicznego”, podczas gdy tutaj próbuje się z całej siły skonstruować “narodową perspektywę” . On o ponadgraniczości, rozkładzie dotychczasowych reguł i kosmopolitanizmie jako o szansie, podczas gdy tutaj pachnie to chaosem (czyli źle pachnie), a władza lansuje usilnie “harmonijne, uporządkowane społeczeństwo,hexie shehui“. On o otwieraniu się władzy i konieczności jej przyznania się do niemożności zapanowania nad ryzykiem, jako o sposobie na jej legitymizację, podczas gdy tutaj legitymizacja władzy opiera się w znacznej mierze na wierze, że ma ona pełną kontrolę (do tego “opartą o naukowe podstawy”) np. nad ekonomią. Te beckowskie szanse są widziane na tyle duże zagrożenia, że trzeba wytoczyć działo w postaci cytatów z “jednego z najwybitniejszych myślicieli świata – Konfucjusza” i mieć nadzieję, że ich siła będzie mówić sama za siebie.

W tym wszystkim zadziwiają mnie studenci - zadają odważne sensowne pytania, nie używają cytatów jako tarczy,  argumentują, są krytyczni. W pewnym sensie jestem z nich dumna. W końcu pada pytanie o Chiny i o ich drogę w nowoczesności (już pal licho w której). I znowu widać, jak strasznie dużo dzieli tego europejskiego profesora od świata w świecie, w którym właśnie jesteśmy. Zapytany o Chiny, mówi o tym, że tworzenie iluzji perfekcyjnego zarządzania ryzykiem jest bardziej niebepieczne niż to (zdefiniowane już) ryzyko. Krótko mówiąc, mówi o otwarciu politycznym, ostrzega, że jego brak może doprowadzić do eksplozji. I tyle. I nikt nie kontruje, rzecz wybrzmiewa i tak to zostaje. Potem, już po wyjściu, jak przetłumacze znajomym (w końcu nie zrozumieli, a może kontry nie było, bo w ogóle mało kto zrozumiał?), to się wkurzą nie na żarty, już nie tyle dlatego, że ktoś znowu nie znając Chin i ich zagrożeń uczy je, co powinny zrobić, ale dlatego, że to w ich oczach żadne odkrycie i że znowu oczywistość “jest sprzedawana jako cos cudownego, bo z Zachodu”.

Faktycznie, tutaj niemal na każdych zajęciach mówi się o  gongkai – otwarciu publicznym: władzy, mediów. Choć nie jest to otwarcie, o jakim mówi Beck (no bo niby czemu miałoby być?). To raczej dyskusja o większej transparentności. Jak dla mnie jej istnienie np. w środowisku uniwersyteckim to ważny znak dynamizmu dzisiejszych Chin, także jeśli chodzi o idee (w skali chińskiej, ale to w końcu nie byle jaka skala). Tylko czy tego rodzaju zmiany nie wydają się zbyt małe (jakoś słowo “mały” z trudem mi przechodzi przez palce w odniesieniu do czegokolwiek chińskiego) z europejskiej perspektywy? I co musiałoby się zdarzyć, żeby Beck miał o Chinach do powiedzenia więcej niż 3 słowa?

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

29

09 2009

4 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. GraMar #
    1

    Taki przebieg wykładu szacownego gościa nie jest chyba jednak chińską specyfiką. Ileż to razy w Polsce widziałem dokładnie ten sam smętny scenariusz… (osobną kwestią jest jak często podobnie wygląda wymiana komentarzy między autorami blogów :D )
    Pozytywnym zaskoczeniem jest dla mnie za to fakt, że z tego co piszesz Beckowi chciało się przynajmniej spróbować odpowiedzieć na chybiony komentarz przedstawiciela gospodarzy i spróbować wyjaśnić, o co mu chodziło. Może powinienem zrewidować swój jak dotąd raczej sceptyczny do niego stosunek.

  2. bxy #
    2

    Marek, wiesz, rzeczywiście, jeśli chodzi o to, że nie stracił rezonu, ani nic takiego, to podziwiam. Tym bardziej, że on pewnie jest właśnie w jakimś Tour de Asia (podkładka pod książkę, mówił, że będzie pod koniec roku) i nawet samych zwykłych zdarzeń typu “lost in translation” jest pewnie mnóstwo.
    Mam nadzieję, że ten objazd potraktuje refleksywnie :-) i że deklaracje o tym, że trzeba badać wielość nowoczesności, to nie tylko takie gadanie na użytek “obcej kultury” w której się znalazł. W takim Becku znalazłabym więcej dla siebie (pewnie by to nim wstrząsneło…). Pozdrowienia!

  3. 3

    Wow! Beck! A poprosilas o autograf ;P A tak serio hmmm to nie jest tak, ze pewnych idei nie da sie w jezyku chinskim wypowiedziec, jak sie probuje to wychodza jakies banaly. Mam takie poczucie, ze chinski niemilosiernie upraszcza (oczywiscie mam tez poczucie, ze byc moze wynika to z mojego wciaz niewysokiego poziomu, jeszcze nie dlugiego stazu).

  4. bxy #
    4

    Nie poprosilam, nie mialam na czym, bo jakos nie czulam potrzeby zakupienia jego ksiazki.
    Problem przekladalnosci pojec i idei zachodnich z pewnoscia jest niezmiernie wazny. Jak slucham moich zajec, na ktorych wykladowcy operuja np. terminologia postmodernistyczna, to jednak nie mam wrazenia, ze jest to upraszczanie, tylko moze raczej, ze jest to naginanie super konkretnego jezyka, jakim jest chinski, do granic jego mozliwosci, jesli chodzi o wyrazanie pojec abstrakcyjnych. Ale mam tez wrazenie, ze jest to w duzej mierze kwestia mojej percepcji i wchodzenia na nowy rejestr jezyka, z ktorym jeszcze nie mialam okazji sie otrzaskac i obyc. Jeszcze pare tygodni temu zdanie najezone kilkoma roznymi 性 i 化 wydawalo mi sie niestrawne, smieszne i “owijajace w bawelne” (nie mowiac o tym, ze po takim wykladzie rozsadzalo mi glowe ze zmeczenia i wysilku czynionym w celu zrozumienia). Teraz sie juz troche osluchalam i wypelnia mi sie to wszystko powoli trescia. To troche tak samo, jak dla Polakow bez uniwesyteckiej kindersztuby wyrazenie “poznonowoczesnosciowa autoreferencyjnosc” bedzie kompletnie puste i bedzie smieszyc, a tym przetrenowanym pojawia sie w glowie konkretne odniesienia.
    Inny problem to tlumaczenia. Mam wrazenie, ze tutaj czesto jest tak, ze kazdy tlumacz tlumaczy wedle wlasnej wizji i dzieki temu nie powstaje trwalszy system pojec i znaczen. W jednym tlumaczeniu jakies pojecie bedzie wygladac tak, a w drugim zupelnie inaczej.
    Natomiast tutaj, jak pisalam we wpisie “Coca-cola i chrzescijanie”, sa dwa typy profesorow – ci, co sie posluguja w calosci teoriami zachodnimi i terminologia tlumaczona i ci, co probuja (od)budowac mysl chinska. I im, zamiast jakiejs konkretnej terminologii, z tego, co zauwazylam, za narzedzie sluza wlasnie anegdotki, porownania etc. I to wlasnie ich spotkanie z Beckiem wygladalo tak, jak opisalam.



Your Comment