Z powrotem w Szanghaju. Sceny konsumpcyjne

 

Po ponad miesiącu jestem znowu w Szanghaju. Wydostanie się z Chengdu nie było takie proste. Ponad połowa wszystkich lotów była opóźniona, w tym i mój nieszczęsny lot. Z przyczyn niejasnych. Nie znam się, ale na mój gust lotnisko w Chengdu (niemałe przecież) jest na granicy wydolności we wszystkich aspektach. Dokładnie o tej samej godzinie i minucie wylatuje po kilka samolotów (wszystkie krajowe), z jednego gate’u w odstępie 10 minutowym dwa loty, brakuje krzesełek dla oczekujących (to są Chiny, obok kuszą więc za to fotele masujące za jedyne 20 kuajów za 15 minut). W Szanghaju jest jeszcze intensywniej (gdy przy wylocie do Yunnanu samolot stał na lotnisku Pudong czekając na okienko, na niebie utworzył się niemalże korek, ledwie jeden samolot dotykał ziemi, już w oczy świeciły intentywne światła do lądowania następnego, i tak przez 25 minut), ale Pudong to lotniskowy megagigant, no i jest jeszcze drugie lotnisko, Hongqiao.

Alternatywy dla samolotów są takie, jakie są (patrz post pt. “Chiny na kołach” ;-) ), ruch wewnetrzny olbrzymi, Chiny mają więc masę przewoźników. Którzy się dosłownie biją o klienta, co przybiera nieraz nieco groteskowe formy i daje efekt odwrotny do zamierzonego. Bo tak: nasz samolot miał wylecieć o 10 wieczorem. Ale o 9:30 pojawiła się informacja, że odleci o pierwszej trzydzieści. Przewoźnik zareagował błyskawicznie…transportując pasażerów na te marne kilka godzin do hotelu. Zanim z powrotem pasażerowie przedarli się (tym razem w drugą stronę) przez bramki i odprawę, zanim upakowano ich w autobusy, zanim dowieziono do hotelu, była 10:30. A o 12-tej obudzono celem wykonania powyższych czynności tylko w odwrotnej kolejności. Część pasażerów w sennym widzie, wybudzona znienacka odmówiła wyjazdu, stwierdzając, że poleci jutro (tłumaczenie na hiszpański: manana!), część, złorzecząc przewoźnikowi (dać spać, a potem obudzić, daje chyba jeszcze gorszy efekt psychologiczny niż uwiezienie w nocy na lotnisku, żadnej wdzięczności, tylko resentyment i uraza) udała się na lotnisko. W tym ja. Dzięki czemu już o czwartej rano mknęłam taksówką (w cenie niewiele ustępującej biletowi lotniczemu) po niekończących się estakadach i w niekończących się tunelach w stronę pogrążonego w śnie mojego kawałka Szanghaju. Dzięki czemu już tego samego dnia mogłam doświadczyć mocy doznania “wiecznego powrotu”. Jak w poprzednim semestrze, plan znowu wisiał na ścianie sekretariatu, panie znowu nie chciały mi go wydrukować, radząc, żebym sobie spisała, “co mi tam pasuje”. I niestety, podobnie jak w poprzednim semestrze znowu zapomniałam o wspaniałej radzie kolegi Campera W. (kochani tajwańscy 同胞! Kto Wam te angielskie imiona nadaje?? Choć przypadku pewnego Livera Zh. nic nie pobije), żeby wziąć aparat i zrobić rzeczy zdjęcie.

Powrót do cywilizacji (a raczej “cywilizowania”) wymógł też dokonanie pewnych czynności z zakresu konsumpcji. Pierwszą z nich było pójście do fryzjera. O, fryzjerzy i zakłady fryzjerskie Szanghaju! Na każdej ulicy jest po kilka takich zakładów. Ich znakiem rozpoznawczym są obrotowe, barwne neony. W środku fosforyzuje, toczy blask i olśniewa jeszcze coś innego - fryzury samych fryzjerów. W poprzednim semestrze, idąc codziennie na uniwersytet, mijałam po drodze lokalne trzyzakłady i z zapartym tchem śledziłam ewolucję tego, co na głowach mają tamtejsi mistrzowie grzebienia (i kubła z farbą). Moją uwagę zwrócił (a jest to trudne, gdy każda z głów zachwyca formą i olśniewa kolorem niczym kwiaty w ogrodzie botanicznym) fryzjer, który w momencie mojego przyjazdu miał na głowie czerwoną lwią grzywę wysokości ludzkiej twarzy. Potem sobie podgolił boczki i miał czerwonego irokeza. Potem irokez stał się blond, bardziej blond niż ja, a fryzjer gdy mijałam jego zakład, wysyłał mi porozumiewawcze spojrzenia, że niby my, blondyni…po czym mu się znudziło i blond irokez, pobywszy chwilę blond kitką na czubku głowy zmienił się na coś kształtem i kolorem przypominające szczotkę do butów. Po tym były już tylko dwie opcje - zgolić na łyso albo dokleić. Zgolił. Taka szkoda…W każdym razie co innego podziwiać dzieła sztuki na fryzjerskiej głowie, co innego oddać głowę własną komuś takiemu w rece…Wybrałam więc zakład, w którym autoekspresja fryzjerów ograniczyła się głównie do nadawania własnym włosom niezwykłych form, z tendencją do zachowania stosunkowo naturalnych kolorów (tzn. bez zielonego, niebieskiego etc.).

No więc strzyże mnie młode chłopie (poza tym, że ma jakby trójkąt z włosów na twarzoczaszce, to w miare normalnie wyglądające). Strzyże chwilę, strzyże trochę, po czym stwierdza, że on tu za wiele już nie wystrzyże, trzeba by trwałą zrobić. Oczywiście się nie godzę (oczami wyobraźni widzę już własną glacę). Zaciska zęby, strzyże dalej, ale widać, że coś kombinuje. W końcu: “jest taki prosty trick, to chwilę potrwa, a efekt będzie olśniewający”. Ja (podejrzliwie): “ale nie trwała?”. Fryzjer z trójkątem na twarzoczaszce: “Nie, nie”. Ja (idiotycznie): “Sposób naturalny?”. Fryzjer (entuzjastycznie)   : “tak, tak!!”. Ani się oglądam, fryzjer coś instaluje mi na głowie (jakby antenę, ale może się nie znam). Siedzę z tą anteną, a ten już niesie jakąś miksturę. I cennik. Otwiera. Mnie skokowo dopada szlag, bo widzę, że oczywiście otwiera na stronie pt.: “trwałe”. Drugi szlag trafia, gdy widzę ceny. Od 700 kuajów do 1300. Patrząc na siłę nabywczą, to jakby u nas 700 i 1300 złotych. Trzeci i czwarty szlag trafia mnie odpowiednio gdy fryzjer rzecze, że “chociaż tu jest napis trwałe, to jednak nie są to trwałe” oraz gdy stwierdza, że on już rozpoczał i nie mogę się już wycofać. Ze względu na dziką konkurencję wśród lwiogrzywich zakładów fryzjerskich ciecie to głupie 20 kuajów. On teraz chce, żebym wydała na coś, czego nie chcę ani nie potrzebuję, kilkudziesięciokrotność tej sumy. Bo tak będę ładniej wyglądać. Gdy mówię, że ja po prostu nie chcę, fryzjer zawiedziony pyta: “a co, po prostu nie masz przy sobie tyle gotówki? Bo można kartą”. Gdy się wściekam (bo się wściekam) i twarz zaczyna mi chodzić z nerwów, fryzjer wystosowuje argumenty, że kto mu tera zapłaci za tą pracę, co już wykonał w celu zrobienia trwałej-nietrwałej. Staje na tym, że dopłacę mu 10 kuajów za dezinstalację anteny. Do końca strzyżenia trzymam twarz w dłoniach. Choć raz prawie już, że dłonie zdejmuję celem przywalenia fryzjerowi (albo odebrania mu nożyczek i wyrządzenia krzywdy), gdy ten, niezrażony, proponuje mi kartę członkowską zakładu, “bardzo tanią”, bo za jedyne 500 kuajów.

Gdy wściekłość mija i wychodzę z zakładu z ewidentną plerezą (ach, te dłonie na twarzy…), zaczynam się zastanawiać, jak to jest (oprócz tego, że zakład każe fryzjerom na siłę szukać zarobku, żeby wyjść w tej dżungli fryzjerskiej na swoje), że ten chłopak, który zarabia maksymalnie 1200 kuajów na miesiąc oczekuje ode mnie kompulsywnego zakupienia usługi za równowartości jego miesięcznej pensji, tak po prostu, bo moje włosy będą po tym lepiej wyglądały. Odpowiedzieć tak jak znaczna częśc jego rodaków: “bo wy, Amerykanie macie mnóstwo pieniędzy” (więc płaćcie), to tylko kawałek odpowiedzi.

Gdy patrzy się na młodych Chińczyków – pokolenia 80 i 90, to oni w dużej mierze tak właśnie kupują. Impulsywnie, bez planowania, “bo będę w tym ładnie wyglądać”, bo tamto “było keai” (słodkie, milusie), “bo to jest cool –  酷 “, bez wyrzutów sumienia, bez myślenia o przyszłości. Nierzadko dziewczyna kupuje i oczekuje od chłopaka spłacania. Karty kredytowej. Można by powiedzieć, że nie mają innych wzorów konsumowania, że nie mogli takich wzorów wynieść z domów, bo konsumpcja dla pokolenia ich rodziców była czymś zupełnie innym (ach, dostać przydział na ten rower!), bo wielu z nich dostarczano wszystko na talerzu (co zaawocowało m in. powstaniem kenlaozu – dosłownie “grupy wysysającej starych”, nawet nie próbują czegokolwiek zarabiać, prace dorywcze, niskopłatne to obciach). Tylko, że np. na Tajwanie to wszystko wygląda jeszcze skrajniej, jeszcze bardziej przypomina szaleńczy karnawał. Z wykorzystaniem kart kredytowych. Do tego stopnia, że władze swego czasu (o ile pamiętam, chyba na krótko przed ostatnim kryzysem) zorganizowały kampanię przeciwko zadłużaniu się młodych i propagującą ostrożne korzystanie z kart kredytowych.

Więc co to jest? Boję się, że w dużej mierze jest to, specyficznie pojmowana, twarz. To zachowanie twarzy daje poczucie kontroli nad własnym losem (a nie spłacanie jakiejś karty). Żeby twarz zachować, pewne rzeczy (okreslane najczęściej przez zmienną modę, choć są elementy, które się nie zmieniają, tak jak nakaz posiadania w pewnym wieku w pewnych kręgach torebki Louis Vuitton na Tajwanie) po prostu trzeba mieć, pokazać, robić. Są osoby, które żeby określony marker statusu zdobyć, będą latami sprawdzać ceny papieru toaletowego i pielgrzymować tam, gdzie jest o 1 mao tańszy. Są też osoby, które rzecz kupią na raz, za pomocą karty, którą jakoś się kiedyś spłaci.

Choć kontynentowi na razie daleko do Tajwanu (nie mówiąc o Stanach), jeśli chodzi o stopień niespłaconego zadłużenia przeciętnego posiadacza karty, to już widać, co się szykuje. Ilość posiadaczy kart rośnie w zawrotnym tempie, a najaktywniejszymi ich użytkownikami są osoby pomiędzy 18 a 24 rokiem życia (za część spłacą rodzice, taka nowa, bankowo zapośredniczona forma kenlao). Jak podaje CNN, w pierwszym półroczu 2009 roku odsetek osób z długiem niespłacanym przez co najmniej 2 miesiące wzrósł o 133%. A na kampusie uniwersyteckim przy ścieżkach banki rozkładają stoliki, rozdają długopisiki i oferują studentom karty. Niektórzy mają ich po kilkanaście. Oczywiście jest też druga strona fenomenu młodych konsumentów. Armie młodych wyszukujące w sieci najtańsze oferty (moje koleżanki najpierw mierzą ubrania w sklepach, potem wyszukują identyczne w sieci, przeważnie na megaserwisie Taobao, w księgarniach książki tylko kartkują, a kupują na Dangdangu o dobrych parenaście procent taniej). Są też młodzi umawiający się za pośrednictwem serwisów społecznościowych na…grupowe zakupy (grupa nieznanych sobie wcześniej osób stawia się, niczym jak na flash-mob przed domem towarowym, udaje do wybranego sklepu, wybiera potrzebne dobra po czym stanowczo żąda zniżki grupowej). Pragmantyczni, potrafiący poskromnić impuls nagłego “chcenia”, planujący (inna sprawa, że w planach lwiej części zarówno tych zorganizowanych, jak i w marzeniach kompuslywnie kupujących dziewczyn to facet ma wykazać się na początku “nowej drogi życia” mieszkaniem – w dużych miastach wręcz niewyobrażalnie drogim - a najlepiej jeszcze i samochodem, po czym natychmiast przepisać to na oboje, a najlepiej to po prostu na nią…)

Tajwanowi marzy się konsumpcja taka jak w Japonii. Która, czy oficjalna wersja pokolonialna tego chciała, czy nie (nie chciała i to bardzo), była postrzegana jako wzór nowoczesności, raj konsumpcyjny, taka nasza Ameryka. Co zaoowocowało m in. powstaniem harizu , “grupy hurra-japońskiej”, szerokim przejęciem japońskiej estetyki (kawaii, manga), zachwytem nad japońskim skryptem (dzieci wstawiają w wypracowaniach japońskie の zamiast chińskiego 的, bo tak było w komiksie). Dla Chin takim ucieleśnieniem konsumpcyjnego raju jest trochę Tajwan (tu się tajwańskie telenowele ogląda jak japońskie na Tajwanie), obecnie w większej chyba mierze Korea (cały fenomen koreańskiej fali, telenowele jak podręczniki dotyczące stylu życia etc.), no i oczywiście mityczna Ameryka. No więc skoro w skromnych chińskich warunkach mozna wydać (za pomocą karty kredytowej) na zachcianki na raz 1000 yuanów, to ja, jako Amerykanka, powinnam pokazać wzór konsumpcji dużego kalibru, rzucić się w amok zakupów i wydatków za grube tysiące. Nie pytając za wiele, bo to zdradza małostkowość. Patrząc na listę tych nieszczęsnych trwałych za setki kuajów powinnam poczuć się jak w domu, wybierać jak z menu restauracyjnego, wodzić palcem, decydować, pytać, w której mi będzie ładniej. Fryzjer by biegał dookoła mnie z jakimiś buteleczkami, doradzał. A nie zrobiłam tego. Zamiast tego ukryłam twarz w dłoniach. W zasadzie to ją w oczach fryzjera straciłam. Ale tysiaka sobie nie dałam wyrwać – wystarczy prawie na miesiąc jedzenia w osiedlowych knajpkach.

About The Author

bxy

Other posts by

Author his web site

07

03 2010

13 Comments Add Yours ↓

The upper is the most recent comment

  1. 1

    W Polsce też nie jest kolorowo, niespłacony dług rośnie szybko. Polecam raport na ten temat:

    http://infodlug.pl/pl/infodlug/raportinfodlug/pobierz

  2. bxy #
    2

    Ha, żebym nie wiem jak próbowała, raport się nie ładuje. Ale same dane dostępne na stronie są faktycznie przerażające. Raportu nie mogę przeczytac, ale mam wrażenie, że zadłużenie w Pl to jest w dużej mierze sprawa łańcuszków, gdzie jedna firma nie płaci drugiej, druga nie może zapłacić trzeciej lub pracownikom etc. podczas gdy tutaj problem jest bardziej społeczny, czyli kompulsywna konsumpcja w obrębie konkretnego pokolenia

  3. 3

    “Światła nie ma w tobie. Zgasło jak złe sny. Nowoczesny człowiek, to na pewno nie Ty. Światła nie ma we mnie. Zgasło kiedyś tam. Nowoczesny człowiek to na pewno nie ja. Wiem że razem można wiele. Kto ma więcej ten ma rację. A my stwórzmy całkiem nową generację.

    Generacja nic
    Generacja nie
    Generacja nikt
    Generacja źle
    To nie może się udać
    To się kończy źle
    Generacja nic
    Generacja nie”

    Strach się bać..

  4. 4

    Umieściłem raport na rapidshare, powinno nie być zablokowane:

    http://rapidshare.com/files/360696055/2_Raport_InfoDlug_luty_2010.pdf

  5. ril #
    5

    Ja trochę rozumiem te dzieci, w sytuacji, gdy 的 czyli najpopularniejszy znak rysuje się 8 kreskami a の jedną też bym szukał sposobu na napisanie tego szybciej :) Ale to trochę jakby wstawiać angielskie słowa w wypracowanie po polsku, gdy są krótsze.

  6. bxy #
    6

    @ Romek, bardzo dziękuję. Przeszło bez problemu, przeczytałam z zainteresowaniem i przerażeniem. No tak, o tym zadłużeniu, o którym ja myślałam, to chyba tylko Bóg jednen raczy wiedzieć, ile tego w sumie jest. Swoją drogą pogoniłabym niestety pisaczy raportu – np. za część pt. “Najważniejsze należności do spłaty”. Pytanie: “Spłata których nalezności jest dla Pana/Pani najważniejsza?” bez dopowiedzenia, jakiej czesci badanych sytuacja splacania poszczegolnego typu zadluzen rzeczywiscie dotyczy, po czym wnioskowanie, ze tylko dla malej czesci wazne jest splacanie kredytu mieszkaniowego jest po prostu…ech…
    @ Lalevi – boje sie, ze tutaj gdyby ktos chcial tak mowic o sytuacji tego mega-pokolenia, raczej nie stalby sie znanym artysta…
    @ Ril – pewnie, ze nie ma sie co dziwic dzieciom. Raczej mozna sie dziwic np. wydawcom. Ostatnim razem jak bylam na Tajwanie natknelam sie na ksiazeczke o przygodach misia panda (tekturowe strony, duzy druk, wiek zainteresowanych max 4-5 lat) zatytulowana “小貓熊の故事”. I tutaj nie ma, że się szybciej w kajeciku pisze!…To jest po prostu degrengolada ;-)

  7. Witek #
    7

    @bxy

    To rapidshare.com jest dostepne z Chin? Dobrze wiedziec.
    Pozdrawiam!

  8. bxy #
    8

    Ja też się zdziwiłam i faktycznie dobrze wiedzieć. Np. Yousendit nie chodzi, a jak się próbuje przez proxy, to mają one z reguły obostrzenia, że tylko do iluś tam mega przesyłu (nie pamiętam ilu, ale tylu, że pobranie jakiejkolwiek rzeczy, które się wysyła takimi serwisami nie wchodzi w gre).

  9. Niamey #
    9

    Tak pomyślałam, że się przyznam, że cały blog przeczytałam, bardzo mi się podoba i czekam na więcej :D

  10. bxy #
    10

    :-) rany, a przeciez troche tego juz jest, zwlaszcza, ze ostatnio mi wpisy coraz dluzsze wychodza. Dziekuje, bardzo mi milo, pozdrawiam!

  11. GraMar #
    11

    Wstyd może komentować z takim opóźnieniem, ale wpis na tyle ciekawy, że bardziej wstyd byłoby nie pochwalić – więcej takich (nie żeby pozostałe nie były znakomite :) ).

  12. Auganov #
    12

    Nie wiem dlaczego napisalas to w takim tonie jakgdyby to zjawisko dotyczylo tylko wschodniej Azji.
    W Polsce ludzie tak samo jak w chinach chca miec twarz i co wiecej definicja twarzy jest dosc podobna (na pewno blizej jej do chinskiej niz zachodniej).

    Tak naprawde to nalezalo by powiedziec ze stereotyp zachowan konsumpcyjnych mlodych ludzi w chinach i polsce jest dosc podobny, bo kazdy mowi o beztroskich zakupach, wielkich dlugach na kartach, a w praktyce jest to znaczna mniejszosc, o ktorej kazdy slyszal, a malo kto widzial. Wiekszosci ludzi zwyczanjnie na to nie stac, w Polsce i w Chinach.
    Zjawisko jaknajbardziej prawdziwe, ale skala jest napompowana przez media.

    Tak samo z ludzmi ktorzy zachwycaja sie Korea,Tajwanem i Japonia, oczywiscie ze istnieja, sam moge powiedziec ze zaliczam sie do takich ludzi, ale w pratkyce tych ludzi nie ma az tak wielu, wiekszosc chinczykow (mlodych i tym bardziej starszych) twierdzi ze to glownie dzieci w gimnazjum tak maja.

    Przed przyjazdem do Chin czytalem jakto na TV niby calyczas leci 韩剧, niestety z okolo 30-40 kanalow ktore mam tylko na 湖南卫视 regularnie leca jakies koreanskie i taiwanskie seriale, nie wspominajac ze wiekszosc jest troszke podstarzala.
    Jak ktos ma Satelite to owszem sa takie kanaly, ale z tego co wiem wszystkie sa poza 大陆。

    A co do torebki LV to zdaje mi sie w bogatszych kregach (jak i tych biednych) juz dawno zamienila sie w symbol tandety, a nie statusu.

  13. 13

    And I was just woeidrnng about that too!



Your Comment