Za Chiny Ludowe: czyli moje chińskie życie i inne niezręczności – blog

Polska sie… usmiecha

Tak, wiem, mialo byc wiecej/mniej o polityce, bardziej/mniej o zyciu codziennym, bardziej z perspektywy mikro/makro/sredniego zasiegu, mniej/bardziej eseistycznie. To (dla odmiany) bedzie o …Expo, a konkretnie o polskim pawilonie. To przedostatni wpis o Expo, obiecuje.

Projekt naszego pawilonu byl tutaj w Szanghaju chwalony, czesto sie pojawial na roznych reklamowkach, plakatach. Bialy, azurowy, lekki, swietlisty. Na azurowym dachu spacerujacy ludzie. Widok projektu stwarzal nadzieje, ze Polska jest w stanie wystapic z nowa, spojna strategia dotyczaca wizerunku i ze to jest pierwszy krok.

Ze cos wyszlo nie tak, zaczelam podejrzewac, gdy zobaczylam pierwsze zdjecia instalowanej elewacji pawilonu. Biale sciany z duzym azurem zostaly zastapione przez kremowo-herbaciane, z duzo mniejszym stopniem azurowosci. Co za licho? Pierwotny projekt przewidywal, ze sciany beda blaszane. Tymczasem po wkroczeniu na teren Expo i wraz z przyblizaniem sie do pawilonu zaczela do mnie docierac straszna prawda - tu seczek, tu sloj, tu trocina. Nie, nie nawet nie z drewna. Sciany sa z dykty.  Jak trabant, jak kajak, jak mebloscianka. Z dykty surowej, niepomalowanej. Nie dalo sie w niej wyciac tak duzych azurow jak mialoby to miejsce przy blasze. O chodzeniu po dachu nawet nie ma co marzyc.

polskipawilon3

DSC08344

Dykta ta – wedlug technologa drewna, ktory rozbudzil sie po latach na widok tych pokladow sklejki w jednej z osob, ktorym mialam przyjemnosc towarzyszyc podczas wizyty w Szanghaju (Drodzy! Dziekuje Wam za wspanialy tydzien, mam nadzieje, ze dobrze odpoczywacie po naszym chinskim maratonie) - w panujacym tutaj klimacie najpierw zacznie sie rozwarstwiac. Potem zczernieje. Na koniec splesnieje. “Polska sie usmiecha”. To haslo naszego pawilonu.

Ze cos moglo wyjsc naprawde nie tak, zaczelam podejrzewac takze, gdy pierwsze ze znajomych mi osob zaczely odwiedzac nasz pawilon. Pamietajac moj zbity wyraz twarzy po katastrofie smolenskiej, moje znajome Chinki po odwiedzinach pawilonu powiedzialy tylko, zeby bxy (czyli ja)  idac tam, lepiej nie ogladala pokazywanego tam filmu “bo odnowi jej sie trauma”.

Trauma? Na Expo?? No ale i tak ide. No wiec zblizam sie do pawilonu i uswiadamiam sobie, ze to zblizanie, to jednoczesnie wejscie w strefe dzwiekowa, ktora jest otoczony. Z poteznych glosnikow na zewnatrz plynie glosna muzyka – cos wznioslo-narodowego (a moze to w sumie to Rubik?) Tak jakby pawilon chcial sobie wywalczyc troche dodatkowej przestrzeni, jakby przygotowywal sie na wojne audio z pawilonem niemieckiem obok. Tylko, ze tamten milczy. Podziwiam ludzi, ktorzy w tym halasie stoja i czekaja na swoja kolejke do wejscia. Jeden raz, drugi, trzeci, siodmy. Ten sam utwor.

Po wejsciu zdumienie. Azur z definicji jest po to, aby przepuszczal - swiatlo, powietrze. Laczyl to co na zewnatrz i wewnatrz etc. Jednak w naszym pawilonie panuja ciemnosci. Azurek to tylko zewnetrzna powloka. W srodku jest budynek o scianach nie przepuszczajacych swiatla. Sciany w srodku sa koloru…czarnego, po azurze dachu i scian ani sladu. Wszystko czarne, tylko wyciete ze - niespodzianka -  sklejki kontury drzew i (jakby) pajeczyn sa bialo-szare. Czekam czy gdzies sie pojawi zarys np. jezdzca bez glowy. Albo damy w bieli. W powietrzu cos jakby dym teatralny. Na czarnym tle napis: “Polska sie usmiecha”.

No ale skoro sie usmiecha, to ide szukac tego usmiechu. Faktycznie - na scianach sa puszczane filmiki, gdzie kilka rodaczych twarzy sie…usmiecha i macha. To nie jest interpretowanie hasla tylko ilustrowanie go w najmniej pomyslowy z mozliwych sposob. Zaklinanie rzeczywistosci malo wymyslnym zakleciem. Potem udam sie jeszcze do pawilonu czeskiego – w sumie skromnego, ale spojnego, sprawnie zrealizowanego. Jednak – cos takiego – aby pokazac poczucie humoru Czechow nie dano filmikow z zanoszacymi sie od smiechu ludzmi, ale np. kilka polaczonych ze soba ekranow, na ktorych odwiedzajacy moga podmieniac fragmenty dzieciecych rysunkow przedstawiajacyh rozne zwierzeta, tak, ze wycodzi im a to swinia z kurza glowa i zebrzymi nogami, a to ryba z krowim tulowiem. To odwiedzajacy  zanosza sie od smiechu. Przekaz jest jasny – Czechy to kraj, ktory potrafi myslec nieszablonowo, ma wyobraznie, lubi absurdalne poczucie humoru, chce, zeby inni sie dobrze bawili. No ale udane budowanie wizerunku jest mozliwe tylko wtedy, gdy przekroczy sie prog doslownosci i wkroczy w sfere odnoszenia sie, skojarzen. A zdolnosc do takiego przekraczania i wkraczania w budowaniu wizerunku to nie tyle sprawa funduszy (fakt, dramatycznie w naszym pawilonie, ale i zapewne i w czeskim, okrojonych), ile pomyslu i swiadomosci. Niemiecki pawilon, do ktorego jeszcze pozniej przedre sie przez strefe razenia Rubikiem, oferuje gosciom mozliwosc przymierzenia czapki krasnala ogrodowego i bokobrodow a la Bismarck. Czapka i bokobrody sa chyba tanie.  Lajkonik, syrenka czy stroj goralski nie bylyby wiele drozsze. Obserwuje ludzi cykajacych sobie zdjecia z bokobrodami i w krasnalskiej czapce i znowu przekaz jest jasny - potrafimy sie smiac z siebie, z wlasnej estetyki (obecnej czy minionej) oraz dbamy o to, zebyscie sie dobrze bawili.

A u nas? Clou wszystkiego mial byc film 3D Baginskiego przedstawiajacy w kilka minut historie Polski. Dostajemy okularki i ogladamy. Pomijam kwestie, czy ten film w ogole moze jakkolwiek zachwycic technologicznie Chinczykow namietnie grajacych w barokowo i bajecznie zaawansowane gry komputerowe. Gdy robie jeden dzien przerwy od pobytu na Expo i wpadam na moj chinski uniwersytet, dowiaduje sie od moich wspolstudiujacych, ze film

a) przekazuje negatywne emocje (no dobra, to juz bylo wiadomo, kiedy dziewczyny wyjechaly z ta “trauma”). O ile na poczatku pokazuje dosc konwencjonalne sceny walk w otoczeniu sredniowiecznym, to potem widac juz tylko rozbiory, powstania, okupacje, obozy koncentracyjne, szarosc komunizmu, by na koniec ukazac dosc mglista wizje szklanych domow rosnacych jak grzyby pod deszczu w XXI wieku

b) jest kompletnie niezrozumialy. Niezrozumialy nie tylko dla studentow dziennikarstwa (podobno najlepszego w Chinach), ktorzy generalnie nie wiedza o Polsce wlasciwie nic (sprawdzilam: Solidarnosc? nie-e. Przynaleznosc do NATO? Nie-e, Katyn? nie-e). Jest tez niezrozumialy dla profesora tychze, prawdziwego erudyty, ktorego wiedza o naszym kraju wykracza radykalnie poza srednia krajowa ChRL. Profesor pyta mnie: a Ty ten film rozumiesz? I podsumowuje: martyrologia, umartwianie sie, koncentrowanie na tym, co tragiczne, mroczne. I konczy: Expo to nie miejsce na cos takiego. To faux pas. I znowu pyta sie, co ja o tym mysle.

Owszem, sa kampanie, ktore sa konstruowane w oparciu o negatywne emocje, ale to jest po cos. Np.  taka reklama sprzed paru lat pewnego koncernu sportowego, ktora ukazywala m in. biegacza wymiotujacego w bolu na boku trasy i biegnacego dalej. To bylo po cos - zeby ukazac milosc do sportu, pasje i wole, ktore przezwycieza wszystko. A tutaj? Jaki byl cel? Odpowiedzi “no, zeby poznali nasza historie” nie biore na powaznie. Expo jest sprzedawaniem (uprzednio wyznaczonego!) wizerunku przez dostarczanie wrazen, przez rozrywke, uklonem w strone potrzeb odwiedzajacego, a nie odwiedzanego. W naszym pawilonie jest tylko jeden element, ktory spelnia takie zadanie – to wirtualny smok wawelski, ktory z ekranu toczy rozmowy z widzami. Wychowani z komputerem przy twarzy, poruszajacy sie sprawnie po swiatach wirtualnych mlodzi ludzie i dzieciaki gadaja ze smokiem, podchodza i glaszcza jego wirtualna, wycinankowa gebule. To fajnie. Ale stanowczo za malo jak na 40 minut stania w kolejce do pawilonu.

Jaki wizerunek sprzedaje Polska tym pawilonem? Moj profesor mowi, ze dosc mroczny, smutny (”Polska sie usmiecha”!), niezrozumialy, skierowany na siebie i swoje bolaczki. “A przeciez macie tyle dobrego do pokazania!” I kolejny raz pyta sie, czy sie z nim zgadzam. Tak, zgadzam sie. A oprocz tego wykreowanego (chyba) nieswiadomie mrocznego wizerunku, widze jeszcze dobijajaca niespojnosc – azur po to, by w srodku byla ciemnosc (najwieksza na pietrze, czyli najblizej azuru), usmiech Polski + film zanurzony w martyrologii stosowanej. Nie potrafie zrekonstruowac mysli przewodniej ani etapow dochodzenia do takiego wygladu/skladu wnetrza.To wszystko sie rwie, nawet ja, Polka, nie odczytuje tych kodow (przy zalozeniu, ze w ogole tam sa), mam wrazenie, jakbym obcowala z jakims dzielem sztuki wspolczesnej, ktorego nie rozumiem, operujacego obcymi dla mnie kontekstami – moze np. z jakiegos obcego mi kulturowo kraju.

Wizerunek. Brak swiadomosci, ze ten nasz polski w Chinach trzeba tworzyc gruntownie od podstaw, ze najpierw trzeba okreslic cele i sie ich trzymac. Brak swiadomosci, ze wizerunek to nie zarty. I ze taka szansa w Chinach juz nam sie w ciagu najblizszych lat nie przydarzy.

Siadamy przy wyjsciu i czekamy na nasz polski obiad z przypawilonowej restauracji. Z poteznego glosnika leci ogluszjacy polonez z “Pana Tadeusza”. Jeden raz (czekamy na zupe). Drugi raz (jemy zupe). Trzeci raz (czekamy na drugie). Czwarty… Po drugiej stronie alejki wychodza z niemieckiego pawilonu usmiechnieci ludzie, ktorzy byli na pokazie jakiejs magicznej, latajacej, kolorowej kuli (nie bylam, ale nawet stateczne osoby pelniace wazne funkcje z “mojej” delegacji wychodzily zachwycone). Jemy drugie. Pijemy piwo. Polonez leci jak zdarta plyta.

Zdjecia (przepraszam za jakosc tychze jak i filmikow, ale bylam w pawilonie bardziej w pracy niz jako zwiedzajaca, wiec jedne i drugie robilam troche przelotem):

DSC08366DSC08370

Filmiki:

gadajacy smok, dobrze, ze jest chociaz on. No dobrze, tu akurat para sie dydaktyka:

MOV08381

ale tutaj milo gada z ludzmi:

smok1

drugie pietro – to, co jawi sie na koncu, to…wystawa designu polskiego (kilka krzesel i lampek, niestety z zarowkami malej mocy). Przepraszam, ze dobrze nie sfilmowalam, ale mnie zwyczajnie zatkalo – zwlaszcza, ze to doslownie jedyne wystawione w pawilonie przedmioty:

MOV08376

P.S. Tak, wiem, mialam byc na dniu polskiego pawilonu. Nie dalam rady, po pracowitym tygodniu, przy koncu zlanym nankinskim deszczem w sobote udalo mi obudzic dopiero na wieczorna gale w szanghajskim Teatrze Wielkim…

Chinese Wave – uderzenie Expo

Za duzo rzeczy sie dzieje. Np. tragiczne trzesienie ziemi w Gansu. Jak zwykle gazeta o ktorej byla mowa w poprzednim poscie zadziwila, dajac na pierwszej stronie zaraz po wstepniaku, zamiast zwyczajowych peanow na czesc panstwa niosacego pomoc ofiarom, artykul pochwalny ku czci…mnichow tyb3tnskich. “Podczas gdy ratownicy uzywali do zlokalizowania zywych sprzetu specjalistycznego, mnisi bez chwili wahania rzucali sie pod gruzy by ratowac ludzi” po czym wezwala czytelnikow do recytowania tbetanskiej Ksiegi Umarlych. No ale trzesienie ziemi przeszlo, a dzis w telewizji w show randkowych podrywa sie na te katastrofe panny. Niemal wypadly mi paleczki z reki, gdy zobaczylam jak chlopak w mundurze opowiada ze lzami w oczach w migajacym swiatelkami studio, jak ratowal ludzi w Yushu, a panny ktore wspolzawodniczyly o jego wzgledy – wycekinione, wymalowane, ze sztucznymi metrowymi rzesami, z torebusiami, plakaly ze wzruszenia i wyznawaly, ze “nie sa godne takiego bohatera”.  A on salutowal.

No a teraz mamy Expo. Najwieksze w historii, najwspanialsze. “Z zacofanego kraju Chiny staly sie potega podziwiana na calym swiecie” – to juz gazety. My w Polsce z ekscytacja sledzimy losy naszego azurowego pawilonu i dociekamy czy podoba sie on Chinczykom. Owszem podoba sie – glownie dlatego, ze, jak zaznaczaja Chinczycy, jego faktura do zludzenia przypomina… chinskie wycinanki, 剪纸,wpasowuje sie w “chinska estetyke”. Polski pawilon odczytywany tu moze byc po prostu jako…uklon w strone Chin (?)

No wlasnie – zachwyca czy nie – trzeba pamietac, ze w tym Expo nie chodzi o zachwyt Chin nad swiatem zewnetrznym. To swiat ma sie zachwycic Chinami, zobaczyc ich potege. Ma to dwie funkcje. Po pierwsze – uzytek wewnetrzny. Wizja swiata stojacego w podziwie to element idei kluczowych dla dzisiejszych Chin – nacjonalizmu/dumy narodowej, opartych nie tylko na 悠久 (youjiu – przymiotnik niemal powszechnie stosowany w odniesieniu do chinskiej kultury i historii – cos jakby “uhonorowany przez czas”) chinskiej kulturze i historii, ale i dumie z dzisiejszych osiagniec, z drogi, jaka przeszly Chiny przez ostatnie 60 lat. Drogi tym bardziej znaczacej, ze kontrastujacej z wczesniejszym okresem, postrzeganym jako pasmo upokorzen i ranienia chinskiej dumy przez Zachod i Japonie. Jak zaznaczal Hu z okazji parady na 60-lecie i jak w ogole czesto sie tu mowi – Chiny “powstaly z kolan”. O tej dumie/nacjonalizmie/patriotyzmie w dzisiejszych Chinach niemal nie da sie pomyslec w oderwaniu od obecnej wladzy, od “socjalizmu z chinska charakterystyka” etc., “rozwoju opartego o naukowe podstawy” etc. Ten pakiet znaczeniowy mozna albo kupic w calosci albo w calosci odrzucic (byle tylko glosno o tym nie mowic). Odrzucic – tylko na rzecz czego?

Niedawno obserwowalam grupke studentow, ktorzy spontanicznie sie spotkali aby puszczac wlasnorecznie wykonane latawce. Na jednym byl namalowany chinski pawilon Expo, na drugim Haibao i napis “Expo wita” i “Expo do przodu! Chiny do przodu!”, a na trzecim napis “niech obecna dynastia rzadzi nam dziesiec tysiecy lat” (“obecna dynastia” to troche zartobliwe, troche uszczypliwe okreslenie wladzy po 1949 r).

W ukazywaniu Expo w telewizji istotne sa obrazki laowajow, ktorzy pieja z zachwytu, ze “kochaja Szanghaj” i ze “Expo jest niesamowite”, “ze zrobiliscie kawal dobrej roboty”. I gratuluja Chinczykom. Ale Chiny juz podczas pierwszych dni Expo daly wyrazny sygnal, ze choc to oni – mieszkancy bogatego Zachodu – sa, jako zachwyceni chinska potega widzowie, najbardziej cennym, jesli chodzi o wspomniany wyzej cel wewnetrzny, lupem, to uwaga Chin nie jest nakierowana na Zachod jako taki. W Shaoguan w prowincji Kanton (gdzie ucieklam od Expo, ale niestety nie od majowego weekendu) w telewizji ogladalismy jak przy salutach kompanii honorowej, na czerwonych dywanach, prezydent Hu juz drugiego dnia Expo wital i przyjmowal tych, ktorzy nie mieli ani chyba nigdy nie beda mieli szans na porownywalne zaszczyty na Zachodzie – prezydentow: Mali, Mongolii, Seszeli, Armenii, przywodce Autonomii Palestynskiej, prezydenta Tadzykistanu. Kanal informacyjny chinskiej telewizji panstwowej szeroko prezentowal i komentowal te pelne pompy spotkania. Poza obiegowymi formulkami o “zaciesnianiu wspolpracy” i przyjazni Hu podkreslal, ze Chiny tak jak nikt potrafia zrozumiec problemy krajow rozwijajacych sie (coz, niewatpliwie chinskim firmom latwiej jest dzialac w warunkach nieoznaczonosci, skomplikowanych ukladow laczacych wladze z biznesem niz “grzecznym” firmom z Zachodu), kiwal glowa, wsluchiwal sie.

Bo klimat zachwytu nad Chinami jest narzedziem w procesie o wadze globalnej. Wprawianie tych mniejszych, zapomnianych, na Zachodzie nieakceptowanych w podziw, polaczone z oferowaniem poczucia dowartosciowania, bycia na rownej stopie (chinska kompania honorowa dla Seszeli!), zrozumienia, wraz z wytwarzaniem poczucia opieki, otwartosci, wspolpracy, (wzajemnej) pomocy, to mieszanka skladajaca sie potezne zjawisko chinskiego soft power. Coz, mowi sie duzo o Chinach w Afryce, ale najciekawsze jest chyba to, jak Chiny buduja wokol siebie bufor skladajacy sie z sasiadow, z Azji Srodkowej (te masy studentow z Kazachstanu tutaj!), Azji Poludniowo-Wschodniej (Hu podkreslajacy w Laosie, ile to Chiny moga sie od Laosu nauczyc…). To budowanie widac bylo wyraznie juz podczas kryzysu azjatyckiego, gdzie np. w Tajlandii sympatie niemal gwaltownie odwrocily sie od – postrzeganej jak opuszczajacej w potrzebie – Ameryki do przejawiajacych przyjazne gesty Chin. Niedawno jeden z profesorow mojej chinskiej uczelni prezentowal wyniki swoich badan – dotyczacych wzajemnego postrzegania sie krajow Azji Wschodniej. Przytlaczajaca wiekszosc mlodych Filipinczykow, Wietnamczykow, Koreanczykow a nawet Japonczykow stwierdzila, ze dzisiejsze Chiny graja pozytywna role w regionie. Zmiane widac tez w Ameryce Poludniowej a na pewno na Karaibach. Znajoma Kostarykanka z duma opowiadajaca o tym, jak to Chinczycy “zbudowali im stadion narodowy” (Kostaryka jeszcze niedawno byla panstwem uznajacym Tajwan), cieszaca sie 5-letnim stypendium, choc nie wiedzaca, kim byl Zhou Enlai, jest dla mnie modelowym efektem chinskiego soft poweru.

Jeden z plakatow Expo wyglada tak: na tle pawilonu chinskiego (przeklete) Haibao (maskotka Expo) prowadzi kolorowy pochod skladajacy sie z dzieci roznych nacji w strojach ludowych. Gdy na niego patrze nie moge nie skojarzyc go z innymi, popularnymi 40 lat temu plakatami, gdzie tez kroczyl podobnie barwny pochod (Afrykanow, Arabow, Latynosow, tez w strojach etnicznych), a na czele podazal Chinczyk z Czerwona Ksiazeczka wzniesiona ku gorze. Barwny pochod kroczacy za nim tez wymachiwal ksiazeczkami. W tle promienisty portret Przewodniczacego Mao. Idea przewodzenia barwnej, ale zaniedbanej (wykorzystywanej!) przez Zachod “reszcie swiata” – blizniacza. Zmienila sie za to zasada, podstawa, sposob mowienia. Kolonializm zmienil sie w “cocacolonializm” (czy tam inne dzwieczne i popularne w swiecie niezachodnim, choc nie tylko, idee). A same idee Mao zastapily kontrakty (a jeszcze czesciej ich obietnice), honory, salwy, towary, lagodny jezyk, unikanie bezposredniej konfrontacji i (choc to chyba jednak wciaz wizja przyszlosci) chinskie wytwory kultury popularnej (byla Japanese wave, byla Korean Wave, czemu nie Chinese Wave?). Swiat sie zmienia. Po cichu i bez rewolucji.

Polska. Typ idealny (?). Historia (z) jednego tekstu.

Odkad wydarzyla sie polska katastrofa, w swoim przegladaniu chinskiej prasy i sieci czekalam na czwartek – dzien w ktorym ukazuje sie Nanfang Zhoumo (Weekend Poludniowy – od Poludnia jako regionu). Dla Czytelnikow moze nieco mniej zorientowanych w chinskich mediach – Nanfang Zhoumo ma opinie gazety inteligenckiej, wszechstronnej i – przede wszystkim- niecentralnej. I doczekalam sie. Mozna by spokojnie powiedziec, ze to jeden z najwazniejszych tekstow o Polsce, jaki kiedykolwiek ukazal sie w chinskiej prasie. Tyle, ze ten tekst to jest cos wiecej, niz tylko tekst o Polsce. Ponownie – Polska jest tu sposobem mowienia. Ale jakiego!

Tak jak pisalam w poprzednim wpisie - szybko nam tutaj w Chinach urosla minilegenda “dobrego prezydenta, co starym gratem latal, zeby oszczedzac pieniadze ludu” i od razu bylo jasne o czym w rzeczywistosci mowi kariera tej legendy. Ale ten mit, a raczej “micik” powstal do celow doraznych, stal sie jeszcze jedna figura retoryczna pomocna w wyrazeniu pewnych uszczypliwych uwag zwiazanych z bolaczkami tutejszej codziennosci. Wielgasny tekst z Nanfang Zhoumo (Nanfang ma format starych gazet, nie takich, co to mozna w metrze przegladac, ale takich, dla ktorych trzeba sprzatnac stol, tekst zajmuje jedna szesciokolumnowa strone + poczatek na pierwszej stronie)  rozmachem, horyzontem i rodzajem wizji bije wszystko na glowe.

Ale od poczatku. Choc tekstow o katastrofie, o Polsce ukazalo sie od soboty tony, to juz pierwsze zdanie tego gigantycznego tekstu pokazuje, ze jest on pisany innym piorem, ze ma co innego na celu niz - troche sensacyjne - doniesienia z innych gazet czy dorazne uszczypliwosci internautow odnoszace sie do przywilejow wladzy. Tekst rozpoczyna sie cytatem z Pawlikowskiej-Jasnorzewskiej (cytaty z polskich poetow beda otwierac kazdy podrodzial) i zdaniem “Gdy cialo Mari Kaczynskiej, pierwszej Damy Polski  powrocilo do Palacu Prezydenckiego, jej  maz czekal na nia spokojnie od dwoch dni”. Czyli, ze nie bedzie zwykly tekst informacyjny, tylko opowiesc, narracja. A o czym? W jakim celu? A no wlasnie.

Z kazdym zdaniem tekstu mysl przewodnia autorow jest coraz bardziej czytelna. Widac ja w srodtytulach: “poleganie na prawie - nie ma najmniejszych oznak chaosu”,” “przewrot w ktorym nie zbilo sie nawet szklo”, “to czas w ktorym przejawi swa role konstytucja”, “od “szoku” do G20″ oraz “zatwardzialy patriota”. Widac ja w doborze cytatow. O Kaczynskim (zupelnie inaczej niz w innych doniesieniach, gdzie zal Polakow po jego smierci byl wiazany z tym, ze Kaczynski byl np. “ulubionym politykiem biednych”) wypowiadaja sie wylacznie osoby, ktore nigdy go nie poparly politycznie, ale pomimo tego teraz szanuja jego pamiec i obchodza zalobe “niezaleznie od pogladow politycznych”. Mowia: “moje serce jest w kawalkach”. Jak to jest mozliwe? Co za rodzaj wiezi ich wiaze z tym niepopieranym przez nich prezydentem? I co sprawia, ze pomimo katastrofy, warszawska gielda nadal notuje niewielki wzrost a zloty sie umacnia? Nanfang ze zdania na zdanie coraz wyrazniej udziela odpowiedzi.

Najpierw jednak cofnie sie do okresu, ktory zostal przemilczany przez wszystkie inne gazety – do lat 80-tych. Inne gazety traktuja ten okres jak mine, ktora lepiej obchodzic z daleka, pisza co najwyzej, ze “Lech Kaczynski poczawszy od konca lat 70-tych wkracza na scene polityczna”. Od czego inni stronia, do tego Nanfang niemal z luboscia sie zbliza, operujac przy tym jakze odmiennym jezykiem. Padaja slowa, ktore w zadnych innych doniesieniach nie padly - “ostra walka”, “wiezienie”“delegalizacja Solidarnosci”. Walesa zostaje nazwany – uwaga! – “kapitanem statku” i “rewolucjonista”. Kaczynski – ten walczacy z systemem, siedzacy w wiezieniu pozniejszy prezydent -  “zatwardzialym patriota” (nie bede sie tutaj o tym rozpisywac, ale chyba kazdy ma swiadomosc jak bardzo wyjatkowe, w kontekscie tutejszym, jest to stwierdzenie). Na wszystkie gazety, jakie przeczytalam od soboty, zostanie po raz pierwszy powiedziane, ze dopiero co zmarly prezydent otwarcie walczyl z poprzednim ustrojem. I ze jego strona wygrala. Zostanie – jak najbardziej – przywolane miazdzace zwyciestwo Solidarnosci w, to kolejne niezwykle slowo,“wolnych wyborach”, ktore umozliwila “partia rzadzaca”. Jej rola jest chwalona – “pokojowy przewrot”, w ktorym “nie zostala stluczona nawet jedna szyba” byl mozliwy tylko za obopolnym porozumieniem. Inne gazety ten punkt w historii Polski kwitowaly jednym zdaniem: “nastapila pluralizacja”.

Autorzy z nieklamana fascynacja przygladaja sie polskiej drodze po 1989 – roku, ktory widza jako polski “lancuch gorski dzielacy wody” (分水山岭).  Przygladaja sie poroznieniu sie srodowisk Solidarnosci, terapii szokowej, zakonczeniu sie roli Walesy, rozdrobnieniu partyjnemu, sporom, roznicom. Choc przyznaja, ze “drobny chaos” byl w tych czasach stale obecny (小乱不断, 小打小闹), to jednak nie da sie go nijak porownac z czasem sprzed 1989. Czas przed tym rokiem byl, zdaniem Autorow, czasem nieustannych zakretow, rwanych zwrotow (波折隔三差五), protestow, strajkow i zwyczajnego ludzkiego nieszczescia (wodka!). Zaznaczaja jednak, ze w Polsce socjalizm i tak przybral forme lagodniejsza niz w innych krajach regionu, nie przeszedl tak ciezkich, jak gdzie indziej wielkich stalinowskich czystek,  “wielkich mordow” ani powszechnej kolektywizacji. System byl “cieplejszy”.

A po zmianie systemu co? Pojawil sie wspomniany “maly chaos”, ale cale to burzenie sie ludu, niepokoje, a nawet opijanie sie wodka jakby zelzaly. Dlaczego tak sie dzialo? Bo zostalo powolane panstwo prawa, w ktorym obywatele mogli brac udzial. Widzac te przemiany, tu autorzy nie uciekaja sie do cytatu, pisza wlasnymi slowami: “uprzednia wladza tez zrozumiala, ze nie trzeba sie bac demokracji, trzeba tylko szanowac wole ludu, bardziej polegac na sile urn do glosowania niz sile karabinow i palek a serce moze odetchac z ulga”.

To ono, panstwo prawa,  jest prawdziwym bohaterem tego tekstu.  Tekst pelen jest wypowiedzi typu “teraz, zgodnie z konsytucja”, “zgodnie z prawem”, “rzady prawa”, “wiernosc konsytutcji”. Cytowany jest Mazowiecki (“pierwszy wybrany przez lud premier”) mowiacy – a jakze-  o “ustanowieniu demokratycznego panstwa prawa”. Choc – jak zaznaczaja Autorzy – takze i Mazowiecki, podobnie jak inne postacie polskiej sceny politycznej, nie dokonczyl tego dziela, to jednak, dzieki stalym ramom prawnym wlasnie, mozliwa byla kontynuacja.

Dla Autorow prawdziwym zwienczeniem przemian byl rok 1997 – zmieniono konstytucje i zwykli Polacy poczuli jakby “droga sie nagle wyprostowala”, jakby “poruszali sie lekkim wozem po znanej drodze” (驾轻就熟). Choc partie zmienialy sie jak w kalejdoskopie, wskazowka poparcia biegala od lewicy do prawicy i z powrotem i raz po raz powracal “maly chaos”, to ludzie dopiero wtedy poczuli, ze dopiero to jest im znajoma rzeczywistosc, ze ten “maly chaos” nie jest straszny, bo jest ujety w ramy prawne, ktore daja nadrzedna stabilnosc, ujarzmiaja go. Majac te ramy poczuli sie tak spokojni o losy panstwa prawa, ze – uznawszy ze sprawy przyjely wreszcie dobry obrot – przestali chodzic na wybory.

Wedlug Autorow praworzadnosc nie tylko uspokaja nastroje, osadza konflikt w stabilnych warunkach brzegowych i prowadzi do sukcesu ekonomicznego (a za jego przyklad uznaje Polske). Praworzadnosc jest tez kluczem do zrozumienia, dlaczego nawet przeciwnicy polityczni zmarlego prezydenta sa dzis w stanie odczuwac autentyczny zal i ze nikt nie niepokoi sie o dalsze losy Polski, “czekajac ze spokojem na wprowadzenie zapisow konsytucji”. I ta stalosc prawna, przejrzystosc regul i wybor, ktory gwarantuja - a nie przywiazanie do jednego czy drugiego przywodcy (Walesa przedstawiony jako “odprawiony z powrotem do stoczni” gdy spelnil swoja role, Kaczynski ukazany jako ktos, kogo konserwatywne poglady w warunkach integracji z Unia w nieuchronny sposob musialy stracic poparcie spoleczne) jest – wedlug Autorow - recepta na stablilnosc i sukces (Polski). Zeby ten polski sukces zmierzyc, autorzy wychodza od dochodu PKB w 1989 i porownuja z dzisiejszym, chwala “stabliny” poziom bezrobocia i wzrost w dobie kryzysu, ktore sprawiaja “ze Polska wywoluje zazdrosc w Uni Europejskiej”.

Osob zasluzonych w opisywanej ”walce” nie gloryfikuja, nie brazowia. Wrecz przeciwnie, nie uznaja “wyslania Walesy z powrotem do stoczni”, zmierzchu popularnosci Kaczynskiego czy protestow przeciwko jego pochowkowi na Wawelu za niewdziecznosc ludu (Nanfang pisze, ze protestujacy nie chca pochowku na Wawelu, bo to jak “to przyznac, ze Kaczynski byl krolem”, czyli de facto wyrazaja przedstawiany w artykule etos demokratycznej republiki). Wrecz przeciwnie, uznaja takie przemijanie postaci w historii panstwa,  w ktorym rzadzi prawo za rzecz naturalna, potrzebna, malo wazna, a konflikt za rzecz normalna. To nie te – nawet wybitne – jednostki i powszechna zgoda (az by sie tu chcialo wpisac inne slowo, tak tu popularne), ale prawo, wybory, “wiernosc konstytucji” zapewniaja prawdziwa ciaglosc. Autorzy pisza nawet, na koniec artykulu wracajac do poetyckiego stylu z poczatku tekstu: “Kaczynski w wielkiej rzece historii jest tylko malym odcinkiem jej biegu”. Zas wody rzeki nie znaja odpoczynku - 河水不息 . Tekst konczy sie cytatem: “Nikt z Polakow chyba nie zaprzeczy, ze byl on wielkim patriota i ze wywarl wielki wplyw na praworzadna i sprawiedliwa przyszlosc tego kraju”.

Wiem, ze Polakowi ten tekst moze wydac sie bardzo idealistyczny i idealizujacy.  Czasem moze  nawet nieco zabawny, np. gdy uzdrowienczym mocom panstwa prawa autorzy przyznaja spadek spozycia wodki , ktora “znamionowala polska historie sprzed 1989″. Czasem ich cezura jest zupelnie czarno-biala, np., pisza, ze wraz z poprzednim systemem zniknely “protesty i stajki”, czy, ze “choc bogatych jest wiele, to jednak nie slychac o oligarchach”. Czy kraj o ktorym pisza to rzeczywiscie nasz kraj?   Choc niektore z wytlumaczen moga budzic sprzeciw, a w niektorych jest z kolei chyba duzo wiecej sensu niz w naszych polskich, krazacych tu i owdzie, osadach (np. sugerowana przez Nanfang wizja pograzonych w bolu przeciwnikow Kaczynskiego, bo to demokratycznie wybrany prezydent vs. znana skadinad wizja przeciwnikow pograzonych w bolu, bo gryzie ich sumienie, ze nie byli mili), to jednak wazniejsze niz pytanie o adekwatnosc ogolnego obrazu i jego poszczegolnych fragmentow jest co innego.  Maly “micik” o Kaczynskim oszczedzajacym dla dobra ludu byl ciekawa figura retoryczna, wylaniajaca sie spontanicznie, na potrzeby chwili, bez szerszego (chyba) horyzontu. Tutaj mamy do czynienia z ogromna, zlozona narracja, wizja i rozmachem, ktore mowia wiele rzeczy zupelnie unikalnych w kontekscie chinskim – o konflikcie, o zmianie, o chaosie, o wielkich jednostkach, o patriotyzmie. I co ciekawe - zupelnie innym, niz ten dominujacy, jezykiem. To czyjes credo? To “zawor bezpieczenstwa?” To manifest? To test?

P.S. Elektroniczna wersja tekstu http://www.infzm.com/content/43900 Polecam tez komentarze (niestety rzecz jasna wszystko po chinsku, jesli Czytelnicy byliby zainteresowani, moge przetlumaczyc)

P.P.S. Do chwili obecnej opublikowany w czwartek tekst w sieci wystepuje az w 3500 miejscach.

Lech Kaczynski, stary 图-154 i “zwykli Chinczycy”

Z tego, co mozna sie zorientowac na odleglosc, w Polsce obecnie zachodzi blyskawiczny, przez jednych witany jak deszcz po suszy, przez innych z duza obawa, proces nie tylko odbudowywania starych (lacznie z ich szczegolna postacia, czyli z teoriami spiskowymi, ktore dostaly nieprawdopodobny wiatr w zagle, polecam lekture kilku wywiadow Naszego Dziennika celem niesamowitego doswiadczenia rzeczywistosci rownoleglych) ale i budowania nowych mitow. Najpierw most w Bydgoszczy, potem stadion, teraz Wawel i krypta Pilsudskiego.

Co ciekawe, tworzenie malego, “podrecznego” (ciekawe czy zdolnego posiasc jakas trwalosc), funkcjonalnego mitu na szczatkach naszej tragedii ma miejsce takze i tutaj i jest to mit na uzytek wewnetrzny Chin. Gdy pojawily sie pierwsze wiadomosci o tym, ze “prezydent Kaczynski latal starym samolotem, zeby oszczedzac”, spodziewalam sie, ze bedzie w sieci wysyp typowo “wielkochinskich” komentarzy typu: “a nasza wspaniala ojczyzna ma taki szybki rozwoj, ze nasi przywodcy lataja najlepszymi samolotami”. I ze beda jakies okrutne zarty z naszych lotow starym Tupolewem. I co? Oczywiscie, pojawilo sie troche wpisow “wielkochinskich”. Pojawily sie i wpisy o lekkomyslnosci i nieodpowiedzialnosci wladzy powierzajacej wlasna egzystencje przestarzalemu sprzetowi. Okrutnych zartow raczej niewiele, a jesli juz, to szybko wygaszanych przez innych komentujacych (”cisza, to tragedia”).

Duzo ciekawsza jest inna kategoria opinii – ta robiaca mniej lub bardziej wyrazne nawiazanie do wewnatrzchinskich wyobrazen dotyczacych osob majacych wladze. Dzisj, gdy kupowalam gazete, kioskarz, ktory od niedzieli, kiedy wykryl, ze jego laowajska klientka jest z  tej Polski, przeczytal wszystko co bylo na temat tragedii w prasie w jego kiosku, powital mnie slowami: “wasz prezydent to byl wspanialy czlowiek. Takich przywodcow, zeby tak dbali o pieniadze ludzi, zeby tak sie poswiecali dla ludzi, narazali, to jest bardzo malo, bardzo malo”. Cos chcialam powiedziec, ale mi nie dal, dodal: “z reguly to maja super samoloty, rezydencje, limuzyny i nawet nie patrza na lao baixing (lao baixing – stare 100 nazwisk - synonim, nomen omen, zwyklych Chinczykow)”.

Wpisow, ktore mowia to, co kioskarz , ale w bardziej dosadny, nieraz ironiczny, sposob, pojawia sie sporo. I - jak napisalam w poprzednim wpisie - bywaja obiektem dzialania cenzury wewnetrznej samych serwisow internetowych.  Negatywne wpisy zawierajace uwagi czy opinie o stylu zycia wladzy bywaja wykasowywane, ale jednoczesnie pozostawione bywaja wpisy mowiace o…wykasowaniu niewygodnych wpisow. Slad pozostaje, modyfikuje sie jego znaczenie.

To mowienie o sobie poprzez pokazywanie na – troche zasugerowany przez media i chetnie podjety przez opinie publiczna – obraz “idealnego prezydenta” z dalekiego kraju to zjawisko ciekawe, choc oczywiscie stare jak swiat. Pokazuje tesknoty, potrzeby, moze i pewne nostalgie (ach, wei renmin fuwu!), jest figura retoryczna, sposobem mowienia. Z drugiej strony ukazuje, jak bardzo trudno Chinczykom wyobrazic sobie jak w ogole dziala dem. parlamentarna…choc w tej sytuacji takie wyobrazenia w ogole chyba nie sa potrzebne.

Polsko…(2) polska katastrofa w chinskich oczach

Obraz pierwszy: Informacja na kazdym z serwisow internetowych jest na pierwszym miejscu, w kilku w specjalnej ramce, duzymi literami. Wszedzie podobny tytul:

S11771T1270895347153

“Katastrofa samolotu z prezydentem Polski”.

Gdy wreszcie udaje mi sie przejechac metrem z drugiego konca miasta (wiadomosc dostaje via Pekin – dziekuje tutaj nadawcy, jesli czyta) i dotrzec do domu, strony polskich serwisow informacyjnych wlasciwie stad nie wchodza. Zupelnie jakbym chciala siegnac po cos stojac zdala od otoczonego blizej stojacymi siegajacymi stolu. Blyskawicznie wchodza za to serwisy chinskie. Ku mojemu zdziwieniu moge sie z nich dowiedziec bardzo szczegolowo o najrozniejszych aspektach wydarzenia. Na Sina jest nawet lista pasazerow z opisem oficjalnych funkcji, jaka pelnili (taka lista jest tez w wersji chinskojezycznej hasla Wikipedii o tragedii- haslo ma obecnie juz 39 wersji jezykowych, chinska powstala o naszej 14:33, czyli prawie natychmiast po katastrofie). Wieczorem z serwisu  internetowego QQ moge dowiedziec sie nawet tego, ze matka Kaczynskiego jest powaznie chora, ze sie nia opiekowal i ze jego brat jedzie do Smolenska. I jeszcze zdjecie z filmu “O dwoch takich, co ukradli ksiezyc” (偷月二人行). W tonach artykulow o Polsce, zebranych teraz na QQ w formie serwisu informacyjnego jest i ten: “Polska. Kraj Szopena i Curie-Sklodowskiej”. Z innego artykulu moge tez dowiedziec sie tego, ze polski rzad, “zeby oszczedzac, mial tylko jeden samolot, wycofany juz z produkcji Tu-154″. Informacja opatrzona zdjeciem, rokiem produkcji, rozpietoscia skrzydel, typem silnikow i wypowiedzia eksperta. Inny ekspert wypowiada sie, ze Polska jest stabilnym krajem o przejrzystym systemie prawnym, wiec katastrofa nie zagrozi stabilnosci panstwa. Jest tez filmik z gaszenia wraku z polska szachownica na ogonie. I filmik falszywka (QQ!), gdzie ludzie w podkoszulkach na ramiaczkach biegna przez zielone pole w kierunku swietlistej kuli a nastepnie slupu dymu krzyczac po rosyjsku: “samolot spadl!”. Tytul: moment katastrofy polskiego rzadowego Tu-154.

Obraz drugi:

Po co wlasciwie samolot lecial do Rosji? Remin Ribao – organ (tzn. gardlo): zeby uczcic 70-ta rocznice sprawy “katynskiej” (Katyn w cudzyslowiu), kiedy to “dokonano egzekucji na pojmanych polskich oficerach” (波兰被俘军官被枪毙)。Kto pojmal, kto dokonal owej egzekucji i czemu, z “Gazety Ludu” juz sie nie dowiemy.

Dowiemy sie za to z anglojezycznego “China Daily”, ktory oferuje klarowna informacje (charakterystyczne, ze jako trzecia co do waznosci, po prezydencie i szefie szatabu generalnego, ofiare katastrofy wymienia prezesa Skrzypka). Informacja ta  zagranicznemu czytelnikowi daje wglad nie tylko w to, co sie przed chwila stalo, ale na to, jak jest to zwiazane z tym, co stalo sie 70 lat wczesniej i w ogole robi dosc zgrabny briefing klimatu politycznego panujacego w ostatnich latach w Polsce. To juz nie “sprawa katynska” ale “massacre of thousands of Polish officers by Soviet secret police”.  Serwis zaznacza: “Russia never has formally apologized for the murders of some 22,000 Polish officers”.

Przypominaja mi sie moi wspolstudiujacy. Ci, ktorzy na dzien dobry stwierdzali:  “a Polska, ogladalem “Katyn” Wajdy” (bez oficjalnej dystrybucji, kupili na ulicy piracka kopie). I ci, ktorzy gdy kilka tygodni temu, gdy wykladowca powiedzial o pakcie Ribbentrop-Molotow zrobili skrajnie zaskoczone miny, kilka dziewczat zrobilo nawet gest podobny do tego, jakim reaguje sie tu z reguly, gdy ktos wymienia nazwe pewnej nielegalnej tutaj, dosc slawnej sekty: wydalo z siebie “och” , wymienilo przerazone spojrzenia i zakrylo reka usta. 

Obraz trzeci:

Komentarze internautow. Doniesieniom o katastrofie uroslo sporo komentarzy (pod wiadomoscia glowna z Siny jest ich do teraz, czyli chinskiego wieczora, prawie 9000). Przewazaja ogolno-wspolczujace: “to straszna tragedia”. I refleksyjne: “Bog jest szalony”, “zycie ludzkie jest tak kruche”. Pojawiaja sie spiskowe: “czy tego nie zrobili Amerykanie?”. Sa i te dotyczace Polski:

“Biedna ta Polska, to jest taka Korea Europy, tak samo ma nieszczesliwy i tragiczny narod a dookola mocarstwa, zawsze w zagrozeniu i nawet chcacy uczcic tragedie katynska prezydent teraz zginal”

albo:

“Polska to kraj o trudnej historii. W swej historii byla trzykrotnie rozdarta na trzy czesci. Podcza drugiej wojny swiatowej po ataku Niemiec zostala wykorzystana przez ZSRR, polskie wojska na Wschodzie zostaly pojmane przez ZSRR a 22 tysiace oficerow zostalo skrycie zamordowanych w lesie Katyn [...] tak tragicznych losow malo jest na swiecie [...] niech ofiary spoczywaja w pokoju”

“To drugi Katyn. Zgineli wszyscy najwyzsi dowodcy wojskowi”

Jest tez i to:

“Rosja to straszny kraj, czemu jeszcze chcecie upamietniac jakies poniesione przez ich ofiary?”

i to: “to zemsta duchow. Tylko dlaczego mszcza sie na zyjacych przywodcach? Przeciez te rzecz osadzi Bog i zmarli”.

Odpowiedz: “Zmarli nie osadza”

I jeszcze moze to: “Polska to taki kraik-clown”.

I to: “dzis przeczytalem dwie wiadomosci – pierwsza, ze Polska jest najbardziej antychinsko nastawionym krajem i druga, ze ich prezydent zginal w katastrofie”.

Na Sina sporo komentarzy przy poscie o oszczednosciach na rzadowych samolotach, czesc podobna do tego:

“U nas to kazda jedna szycha (大佬 – to nie jest pecjalnie pozytywne okreslenie) ma wlasny supernowoczesny odrzutowiec ponaddziekowy!” A dalej o wysylaniu dzieci dygnitarzy do USA na studia.

Jeden z najstarszych widocznych postow pod dyskusja: “o, nieladnie brzmiace slowa zostaly odfiltrowane, rezultat to teraz: <0 postow, 0 osob uczestniczylo w dyskusji>.

Obraz czwarty

Sylwetka prezydanta Kaczynskiego. Oszczednie. Urodzil sie w “prostej robotniczej rodzinie” (Sina, sic!). Byl profesorem prawa. Byl w Solidarnosci (China Daily). Zabronil Parady Rownosci. Sina, zeby uniknac potencjalnych problemow, poza tekstem ze wzmianka o robotniczej rodzinie, posluguje sie juz gotowym, importowanym, anglojezycznym materialem. Tu moze pasc slowo “communist regime”. Ale moze tez sie pojawic “Poland based journalist Ludmila Lvova”. Poland based journalist mowi po rosyjsku, tlumacz na ten rosyjski tlumaczy, a dziennikarka w studio przeprasza publicznosc za opoznienia w rozmowie, bo “rozmawiamy przez tlumacza”.

P.S. Z lektury papierowej wersji 东方早报 nazajutrz (11.04, 东方早报, podobnie jak inne gazety, ze zdjeciami z katastrofy i zdjeciami Kaczynskiego na cala pierwsza strone, w srodku trzy strony tylko o tym): Kaczynski nie tylko byl ze zwyklej robotniczej rodziny, ale tez “poczawszy od roku 1977, wkroczyl na scene polityczna” (nie ma, od ktorej strony – bxy). Dalej juz opisana jego dzialalnosc lat 90-tych i dalej. Np. po wygranych wyborach 2005 roku Kaczynski (wraz ze swa partia) nie tylko wprowadzal “rewolucje moralna”, ale i “walczyl z korupcja” i… no i co? Tak. On rowniez. “Konstruowal harmonie spoleczeczna”.

Ogloszenie drobne

Uprzejmie informuje, ze w najblizszym czasie wpisy beda pojawiac sie sporadycznie. Jestem zajeta pokazywaniem mojemu Tacie, ktory przyjechal do Chin, mojego chinskiego zycia (i innych niezrecznosci) w praktyce. Co nie znaczy, ze na Chiny nie patrze i nie obmyslam, co by tu o nich napisac :-) z pozdrowieniami. Bxy

Polsko…Polsko…

Tytuł zajęć: “Marksistowsko-leninowski pogląd na media”. Ocena: A (maksymalna).  Poglądy wyrażone w pracy: bynajmniej nie marksistowsko-leninowskie. Napisałam po prostu, co się stało z marksizmem-leninizmem jako rodzajem dyskursu w Polsce po 89′ i jak to sie ma do postrzegania w niej Chin. Profesor: wyjątkowa postać (i na tym poprzestane, oby uczyl jak najdluzej).

Tytuł zajęć: “Globalizacja i kultura transnarodowa”. Ocena: jeszcze nie ma, bo to początek semestru. Profesor: Japończyk, chyba najlepiej mówiący po chińsku cudzoziemiec, jakiego było mi dane spotkać. Mówi o tożsamości narodowej i mediach w Japonii, jedzie (ale nie tak strasznie jak poprzedni zaproszony na gościnny wykład Japończyk, który pouczał, że “bez wolnej prasy nie osiągniecie demokratyzacji” – większego zmasowania faux pas nie mogę sobie wyobrazić) trochę i dośc dyskretnie (ach, to wyczucie jezykowe) po systemie medialnym Chin i tym, z czego on wyplywa.  Gdy zajęcia się kończą, myślami jestem już gdzie indziej (no dobra, w klubie sportowym, zastanawiam się, ile powinnam dziś przebiec i w jakim tempie) po czym słyszę jak zza zasłony: “A pani skąd jest?” Ponieważ na sali, na której jest 60 osób jest tylko jedna osoba, której mozna zadać to pytanie, więc nawet nie musze sie nawet specjalnie rozgladac, czy to do mnie. Odpowiadam. Na to  japoński profesor: “Aaa, z Polski, i co, macie takie media, jak w Chinach?”

Wmurowuje mnie kompletnie (bieżnia na pochyło? jak bardzo pochylo? lekki trucht? potem z maksymalna predkoscia? w sumie 50 minut? Jak w Chinach? Japończycy naprawdę są z innej planety?). I kiedy wmurowuje mnie jako badacza Chin, mój wewnętrzny Polak (a raczej Polka) czuwa. I zanim się spostrzegam, wewnetrzny Polak odpowiada machinalnie: “Nie, już nie mamy”. Po sali szmer. Jakaś dziumdzia kilka krzeseł dalej wyciąga aparacik cyfrowy i mi robi zdjęcie - że tak to egzotycznie mamy na zajęciach. Odwracam się do niej z przyklejonym uśmiechem od ucha do ucha i dwoma palcami “V” (typowy gest chińsko-fotograficzny). Ponieważ diabelski Japończyk ma wyczekującą minę, że coś powiem dalej, przeto formuję jakiś kłąb socjologiczno-bełkotliwej przedzy (ze tozsamosc, ze rekonstrukcja, ze pole i inne motanie), żeby nie bylo, ze nie reaguje. A w srodku cos sie we mnie gotuje. Jestem wsciekla na Japonczyka (za porownanie, za wypowiedzenie go jako pierwszego i jedynego zdania skierowanego do mnie, no i za to, ze wystawil mnie na ustosunkowanie sie do tej absurdalnej i na dodatek drazliwej dla wszystkich, oprocz jego japonskiej osoby, kwestii-nie-kwestii przy 60 Chinczykach, w tym moich znajomych, no i oczywiscie za to, ze zrobil to, kiedy wlasnie myslalam o biezni, no ale to juz nie jego wina). Ale jeszcze bardziej jestem wsciekla na siebie. Ze wylazl ze mnie machinalny, wewnetrzny, podswiadomy Polak. Choc w sumie to powinnam sie cieszyc, ostatnio sie przeciez skarzylam, ze przez te wszystkie krzyki na ulicy - “o , laowaj”, te wszystkie poczatki konwersacji w stylu, “bo, wy, Amerykanie”, moja polska tozsamosc czuje sie stlamszona. A tu nagle taki Polak pelna geba, pelen polskiej dumy i uprzedzenia, operujacy systemem zero-jedynkowym, wylazi. A tak naprawde to jestem zla na siebie, za to, ze wylazl ten mechaniczny Polak zamiast nadbudowanego nad nim badacza. Ktory powinien po pierwsze spytac: “A w jakim sensie podobne? Ze tez po chinsku? Ze mamy i Renmin Ribao i Nanfang Zhoumo? Czy ze takie duze?”. Czyli zmusic diabelskiego Japonczyka, zeby sam wyartykulowal to, co chcial (tzn chcial, sadzac z kontekstu calego jego wykladu) mi w rece wpakowac. Ide do klubu sportowego i przebiegam wiecej i szybciej, ale paskudny humor nie mija.

Gdy wracam do domu, przebiegaja mi dodatkowo, migawkowo te wszystkie mini dialogi, gdy ktos przygodnie poznany dowiaduje sie, ze jednak nie jestem z Ameryki, tylko z Polszczy. Typy idealne ponizej:

Typ 1:

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “z Polski”

Osoba, po namysle: “Polska to zdaje sie bardzo maly kraj?” (polskie tlumaczenie nie oddaje uroku chinskiego oryginalu, ktory, przynajmniej w moich uszach, ma spory ladunek komizmu, bo jakos tak sytuuje Polske gdzies razem z malymi dziecmi, malymi kotkami etc.)

Typ 2:

Osoba: “Skad jestes?”

ja: “z Polski”

Osoba, glosem jakby gluchy do gluchego: “Skad?! Z Holandii??” (Holandia - Helan, Polandia - Bolan)

Typ 3:

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “Z Polski”

Osoba: “O, stosunki naszych krajow sa bardzo dobre! Przeciez byliscie krajem socjalistycznym”

Kiedys, zaraz po wydarzeniach w pewnej zachodniej prowincji Chin (niemal dokladnie sprzed dwoch lat), zrobilam analize tekstow trzech polskich glownych dziennikow - jak, za pomoca jakich srodkow, przy uzyciu jakich slow opisuje sie ten konflikt, jak definiuje sie strony i ich dzialania. Wyszlo (przynajmniej w dwoch dziennikach), ze to nie tyle rzecz o Chinach i pewnej ich prowincji, ile odswiezanie naszych narodowych opowieści, np. tej o stanie wojennym (te wszystkie tytuly: “Czolgi na ulicach” etc.) i opowiadanie ich na powrot tak, aby nie bylo watpliwosci, ze dane medium stoi po stronie swiatla. Czyli odswiezanie wlasnego (przykurzonego jakby) mandatu, masowanie ego wlasnego i czytelniczego. No bo np. mozna na powrot tak latwo zostac obronca (slowo powtorzone 43 razy, i to do tego w gazecie przed duze “G”, staje sie prawda!) czegos np. krzyczac na ulicy.

No wiec tak to jest, m in., byc w przeszlosci krajem socjalistycznym. Tutaj (no chyba, ze, o ironio, na kursie marksizmu-leninizmu) tego nie powiem (choc czasem mnie kusi, zwlaszcza jak ktos opowiada, jak to cały swiat Chiny podziwia za ten caly rozwoj i lubi). W Polsce tez tego nie powiem (dyskusje z zacietrzewionymi obroncami i zwolennikami, czegokolwiek by nie bronili, mnie po prostu nie interesuja). I japonskiemu profesorowi tez nie. Nie przy ludziach.

P.S. W weekend poszlam do parku Zhongshan (czyli Sun Yat-sena). Stoi tam ni mniej ni wiecej tylko pomnik Szopena (dwa tygodnie temu minela 200 rocznica urodzin!). Pomnik ten stoi posrodku tej calej Chinskiej Republiki Parkowej, tych wszystkich latawcow, karaoke z magentofonu, straszych ludzi spotykajacych sie by pospiewac arie z oper pekinskich, pograc na tradycyjnych intrumentach. Tkwi posrodku tych tlumow pochylajacych sie z aparatem nad paczkiem kwiatka, posrod grupy Ujgurek w strojach ludowych i z magnetofonem, ktore przygotowuja sie do parkowego wystepu. Zostal ufundowany przez strone polska, wykonawczynia jest Chinka, ktora studiowala na warszawskiej ASP. Szopen szanghajski robi dosc przygnebiajace wrazenie, on po prostu spadl z nieba, jak meteoryt, utknal posrodku Chnskiej Republiki Parkowej niczym cialo obce. Wbil sie w ziemie przy kepce krzakow, po drodze rozpadl na serie metalowych pretow, na ktorych utkwila glowa biednego Fryderyka. Gdy odslaniano pomnik 3 lata temu, byly szumne zapowiedzi strony polskiej, ze bedzie miejsce spotkan kulturalnych, koncerty na wolnym powietrzu, muzeum. Nie ma po tym sladu. Jest tylko wylysiala trawa dookola.

P.P.S. Tak, to prawda, ze nasz polski pawilon na Expo bardzo sie tu podoba.  I ze w wielu miejscach jego wycinankowe, biale oblicze wisi obok pawilonu-matki (pisalam o nich tutaj) jako wizytowka Expo. Dyskusje o tym, czy to dobrze czy zle, ze jest to przetworzenie ludowej wycinanki sobie daruje, gdzie indziej jest o tym co niemiara. Dla mnie wazniejsze jest pytanie o to, czy w srodku tego pawilonu znajdzie sie, choc prowizoryczna i przygotowana na potrzeby publicznosci, odpowiedz na pytanie z czwartego typu idealnego gadki o “skad”. A wyglada ona tak:

Typ 4

Osoba: “Skad jestes?”

Ja: “Z Polski”

Osoba: “A co jest wasza specjalnoscia (techan)?”

P.P.P.S. Piata odslona gadki o “skad”, uslyszalam ja dzis. Nie wiem, na ile jest reprezentatywna, ale za to niezmiernie mi sie podoba. Uczestnicy to moj kumpel, uczacy dzieciaki w jednej z chinskich prowincji oraz owe dzieciaki.

Typ 5

Dzieci: “Bo ty jestesz z Polski, tak?”

Kumpel: “Tak”

Dzieci: ” Ile bomb atomowych ma Polska?”

Kumpel: “Zadnej”

Dzieci: “To co zrobicie, gdy ktos was zaatakuje?” (po chwili refleksji): “zaraz… przeciez to my mozemy was zaatakowac!! I pobic bez problemu, bo my bomb atomowych mamy mnostwo!!” (po nastepnej chwili refleksji): “ale spokojnie, nie zaatakujemy was, bo my kochamy pokoj!”

A na zupelny koniec posta – ani (chyba, chociaz?…) nie orzel, ani (raczej) nie golabek pokoju, ale (chyba jednak) sokol (a moze jednak orzel?…lub raróg…) na tle szanghajskiego Fryderyka:

DSC07652

Z powrotem w Szanghaju. Sceny konsumpcyjne

Po ponad miesiącu jestem znowu w Szanghaju. Wydostanie się z Chengdu nie było takie proste. Ponad połowa wszystkich lotów była opóźniona, w tym i mój nieszczęsny lot. Z przyczyn niejasnych. Nie znam się, ale na mój gust lotnisko w Chengdu (niemałe przecież) jest na granicy wydolności we wszystkich aspektach. Dokładnie o tej samej godzinie i minucie wylatuje po kilka samolotów (wszystkie krajowe), z jednego gate’u w odstępie 10 minutowym dwa loty, brakuje krzesełek dla oczekujących (to są Chiny, obok kuszą więc za to fotele masujące za jedyne 20 kuajów za 15 minut). W Szanghaju jest jeszcze intensywniej (gdy przy wylocie do Yunnanu samolot stał na lotnisku Pudong czekając na okienko, na niebie utworzył się niemalże korek, ledwie jeden samolot dotykał ziemi, już w oczy świeciły intentywne światła do lądowania następnego, i tak przez 25 minut), ale Pudong to lotniskowy megagigant, no i jest jeszcze drugie lotnisko, Hongqiao.

Alternatywy dla samolotów są takie, jakie są (patrz post pt. “Chiny na kołach” ;-) ), ruch wewnetrzny olbrzymi, Chiny mają więc masę przewoźników. Którzy się dosłownie biją o klienta, co przybiera nieraz nieco groteskowe formy i daje efekt odwrotny do zamierzonego. Bo tak: nasz samolot miał wylecieć o 10 wieczorem. Ale o 9:30 pojawiła się informacja, że odleci o pierwszej trzydzieści. Przewoźnik zareagował błyskawicznie…transportując pasażerów na te marne kilka godzin do hotelu. Zanim z powrotem pasażerowie przedarli się (tym razem w drugą stronę) przez bramki i odprawę, zanim upakowano ich w autobusy, zanim dowieziono do hotelu, była 10:30. A o 12-tej obudzono celem wykonania powyższych czynności tylko w odwrotnej kolejności. Część pasażerów w sennym widzie, wybudzona znienacka odmówiła wyjazdu, stwierdzając, że poleci jutro (tłumaczenie na hiszpański: manana!), część, złorzecząc przewoźnikowi (dać spać, a potem obudzić, daje chyba jeszcze gorszy efekt psychologiczny niż uwiezienie w nocy na lotnisku, żadnej wdzięczności, tylko resentyment i uraza) udała się na lotnisko. W tym ja. Dzięki czemu już o czwartej rano mknęłam taksówką (w cenie niewiele ustępującej biletowi lotniczemu) po niekończących się estakadach i w niekończących się tunelach w stronę pogrążonego w śnie mojego kawałka Szanghaju. Dzięki czemu już tego samego dnia mogłam doświadczyć mocy doznania “wiecznego powrotu”. Jak w poprzednim semestrze, plan znowu wisiał na ścianie sekretariatu, panie znowu nie chciały mi go wydrukować, radząc, żebym sobie spisała, “co mi tam pasuje”. I niestety, podobnie jak w poprzednim semestrze znowu zapomniałam o wspaniałej radzie kolegi Campera W. (kochani tajwańscy 同胞! Kto Wam te angielskie imiona nadaje?? Choć przypadku pewnego Livera Zh. nic nie pobije), żeby wziąć aparat i zrobić rzeczy zdjęcie.

Powrót do cywilizacji (a raczej “cywilizowania”) wymógł też dokonanie pewnych czynności z zakresu konsumpcji. Pierwszą z nich było pójście do fryzjera. O, fryzjerzy i zakłady fryzjerskie Szanghaju! Na każdej ulicy jest po kilka takich zakładów. Ich znakiem rozpoznawczym są obrotowe, barwne neony. W środku fosforyzuje, toczy blask i olśniewa jeszcze coś innego - fryzury samych fryzjerów. W poprzednim semestrze, idąc codziennie na uniwersytet, mijałam po drodze lokalne trzyzakłady i z zapartym tchem śledziłam ewolucję tego, co na głowach mają tamtejsi mistrzowie grzebienia (i kubła z farbą). Moją uwagę zwrócił (a jest to trudne, gdy każda z głów zachwyca formą i olśniewa kolorem niczym kwiaty w ogrodzie botanicznym) fryzjer, który w momencie mojego przyjazdu miał na głowie czerwoną lwią grzywę wysokości ludzkiej twarzy. Potem sobie podgolił boczki i miał czerwonego irokeza. Potem irokez stał się blond, bardziej blond niż ja, a fryzjer gdy mijałam jego zakład, wysyłał mi porozumiewawcze spojrzenia, że niby my, blondyni…po czym mu się znudziło i blond irokez, pobywszy chwilę blond kitką na czubku głowy zmienił się na coś kształtem i kolorem przypominające szczotkę do butów. Po tym były już tylko dwie opcje - zgolić na łyso albo dokleić. Zgolił. Taka szkoda…W każdym razie co innego podziwiać dzieła sztuki na fryzjerskiej głowie, co innego oddać głowę własną komuś takiemu w rece…Wybrałam więc zakład, w którym autoekspresja fryzjerów ograniczyła się głównie do nadawania własnym włosom niezwykłych form, z tendencją do zachowania stosunkowo naturalnych kolorów (tzn. bez zielonego, niebieskiego etc.).

No więc strzyże mnie młode chłopie (poza tym, że ma jakby trójkąt z włosów na twarzoczaszce, to w miare normalnie wyglądające). Strzyże chwilę, strzyże trochę, po czym stwierdza, że on tu za wiele już nie wystrzyże, trzeba by trwałą zrobić. Oczywiście się nie godzę (oczami wyobraźni widzę już własną glacę). Zaciska zęby, strzyże dalej, ale widać, że coś kombinuje. W końcu: “jest taki prosty trick, to chwilę potrwa, a efekt będzie olśniewający”. Ja (podejrzliwie): “ale nie trwała?”. Fryzjer z trójkątem na twarzoczaszce: “Nie, nie”. Ja (idiotycznie): “Sposób naturalny?”. Fryzjer (entuzjastycznie)   : “tak, tak!!”. Ani się oglądam, fryzjer coś instaluje mi na głowie (jakby antenę, ale może się nie znam). Siedzę z tą anteną, a ten już niesie jakąś miksturę. I cennik. Otwiera. Mnie skokowo dopada szlag, bo widzę, że oczywiście otwiera na stronie pt.: “trwałe”. Drugi szlag trafia, gdy widzę ceny. Od 700 kuajów do 1300. Patrząc na siłę nabywczą, to jakby u nas 700 i 1300 złotych. Trzeci i czwarty szlag trafia mnie odpowiednio gdy fryzjer rzecze, że “chociaż tu jest napis trwałe, to jednak nie są to trwałe” oraz gdy stwierdza, że on już rozpoczał i nie mogę się już wycofać. Ze względu na dziką konkurencję wśród lwiogrzywich zakładów fryzjerskich ciecie to głupie 20 kuajów. On teraz chce, żebym wydała na coś, czego nie chcę ani nie potrzebuję, kilkudziesięciokrotność tej sumy. Bo tak będę ładniej wyglądać. Gdy mówię, że ja po prostu nie chcę, fryzjer zawiedziony pyta: “a co, po prostu nie masz przy sobie tyle gotówki? Bo można kartą”. Gdy się wściekam (bo się wściekam) i twarz zaczyna mi chodzić z nerwów, fryzjer wystosowuje argumenty, że kto mu tera zapłaci za tą pracę, co już wykonał w celu zrobienia trwałej-nietrwałej. Staje na tym, że dopłacę mu 10 kuajów za dezinstalację anteny. Do końca strzyżenia trzymam twarz w dłoniach. Choć raz prawie już, że dłonie zdejmuję celem przywalenia fryzjerowi (albo odebrania mu nożyczek i wyrządzenia krzywdy), gdy ten, niezrażony, proponuje mi kartę członkowską zakładu, “bardzo tanią”, bo za jedyne 500 kuajów.

Gdy wściekłość mija i wychodzę z zakładu z ewidentną plerezą (ach, te dłonie na twarzy…), zaczynam się zastanawiać, jak to jest (oprócz tego, że zakład każe fryzjerom na siłę szukać zarobku, żeby wyjść w tej dżungli fryzjerskiej na swoje), że ten chłopak, który zarabia maksymalnie 1200 kuajów na miesiąc oczekuje ode mnie kompulsywnego zakupienia usługi za równowartości jego miesięcznej pensji, tak po prostu, bo moje włosy będą po tym lepiej wyglądały. Odpowiedzieć tak jak znaczna częśc jego rodaków: “bo wy, Amerykanie macie mnóstwo pieniędzy” (więc płaćcie), to tylko kawałek odpowiedzi.

Gdy patrzy się na młodych Chińczyków – pokolenia 80 i 90, to oni w dużej mierze tak właśnie kupują. Impulsywnie, bez planowania, “bo będę w tym ładnie wyglądać”, bo tamto “było keai” (słodkie, milusie), “bo to jest cool –  酷 “, bez wyrzutów sumienia, bez myślenia o przyszłości. Nierzadko dziewczyna kupuje i oczekuje od chłopaka spłacania. Karty kredytowej. Można by powiedzieć, że nie mają innych wzorów konsumowania, że nie mogli takich wzorów wynieść z domów, bo konsumpcja dla pokolenia ich rodziców była czymś zupełnie innym (ach, dostać przydział na ten rower!), bo wielu z nich dostarczano wszystko na talerzu (co zaawocowało m in. powstaniem kenlaozu – dosłownie “grupy wysysającej starych”, nawet nie próbują czegokolwiek zarabiać, prace dorywcze, niskopłatne to obciach). Tylko, że np. na Tajwanie to wszystko wygląda jeszcze skrajniej, jeszcze bardziej przypomina szaleńczy karnawał. Z wykorzystaniem kart kredytowych. Do tego stopnia, że władze swego czasu (o ile pamiętam, chyba na krótko przed ostatnim kryzysem) zorganizowały kampanię przeciwko zadłużaniu się młodych i propagującą ostrożne korzystanie z kart kredytowych.

Więc co to jest? Boję się, że w dużej mierze jest to, specyficznie pojmowana, twarz. To zachowanie twarzy daje poczucie kontroli nad własnym losem (a nie spłacanie jakiejś karty). Żeby twarz zachować, pewne rzeczy (okreslane najczęściej przez zmienną modę, choć są elementy, które się nie zmieniają, tak jak nakaz posiadania w pewnym wieku w pewnych kręgach torebki Louis Vuitton na Tajwanie) po prostu trzeba mieć, pokazać, robić. Są osoby, które żeby określony marker statusu zdobyć, będą latami sprawdzać ceny papieru toaletowego i pielgrzymować tam, gdzie jest o 1 mao tańszy. Są też osoby, które rzecz kupią na raz, za pomocą karty, którą jakoś się kiedyś spłaci.

Choć kontynentowi na razie daleko do Tajwanu (nie mówiąc o Stanach), jeśli chodzi o stopień niespłaconego zadłużenia przeciętnego posiadacza karty, to już widać, co się szykuje. Ilość posiadaczy kart rośnie w zawrotnym tempie, a najaktywniejszymi ich użytkownikami są osoby pomiędzy 18 a 24 rokiem życia (za część spłacą rodzice, taka nowa, bankowo zapośredniczona forma kenlao). Jak podaje CNN, w pierwszym półroczu 2009 roku odsetek osób z długiem niespłacanym przez co najmniej 2 miesiące wzrósł o 133%. A na kampusie uniwersyteckim przy ścieżkach banki rozkładają stoliki, rozdają długopisiki i oferują studentom karty. Niektórzy mają ich po kilkanaście. Oczywiście jest też druga strona fenomenu młodych konsumentów. Armie młodych wyszukujące w sieci najtańsze oferty (moje koleżanki najpierw mierzą ubrania w sklepach, potem wyszukują identyczne w sieci, przeważnie na megaserwisie Taobao, w księgarniach książki tylko kartkują, a kupują na Dangdangu o dobrych parenaście procent taniej). Są też młodzi umawiający się za pośrednictwem serwisów społecznościowych na…grupowe zakupy (grupa nieznanych sobie wcześniej osób stawia się, niczym jak na flash-mob przed domem towarowym, udaje do wybranego sklepu, wybiera potrzebne dobra po czym stanowczo żąda zniżki grupowej). Pragmantyczni, potrafiący poskromnić impuls nagłego “chcenia”, planujący (inna sprawa, że w planach lwiej części zarówno tych zorganizowanych, jak i w marzeniach kompuslywnie kupujących dziewczyn to facet ma wykazać się na początku “nowej drogi życia” mieszkaniem – w dużych miastach wręcz niewyobrażalnie drogim - a najlepiej jeszcze i samochodem, po czym natychmiast przepisać to na oboje, a najlepiej to po prostu na nią…)

Tajwanowi marzy się konsumpcja taka jak w Japonii. Która, czy oficjalna wersja pokolonialna tego chciała, czy nie (nie chciała i to bardzo), była postrzegana jako wzór nowoczesności, raj konsumpcyjny, taka nasza Ameryka. Co zaoowocowało m in. powstaniem harizu , “grupy hurra-japońskiej”, szerokim przejęciem japońskiej estetyki (kawaii, manga), zachwytem nad japońskim skryptem (dzieci wstawiają w wypracowaniach japońskie の zamiast chińskiego 的, bo tak było w komiksie). Dla Chin takim ucieleśnieniem konsumpcyjnego raju jest trochę Tajwan (tu się tajwańskie telenowele ogląda jak japońskie na Tajwanie), obecnie w większej chyba mierze Korea (cały fenomen koreańskiej fali, telenowele jak podręczniki dotyczące stylu życia etc.), no i oczywiście mityczna Ameryka. No więc skoro w skromnych chińskich warunkach mozna wydać (za pomocą karty kredytowej) na zachcianki na raz 1000 yuanów, to ja, jako Amerykanka, powinnam pokazać wzór konsumpcji dużego kalibru, rzucić się w amok zakupów i wydatków za grube tysiące. Nie pytając za wiele, bo to zdradza małostkowość. Patrząc na listę tych nieszczęsnych trwałych za setki kuajów powinnam poczuć się jak w domu, wybierać jak z menu restauracyjnego, wodzić palcem, decydować, pytać, w której mi będzie ładniej. Fryzjer by biegał dookoła mnie z jakimiś buteleczkami, doradzał. A nie zrobiłam tego. Zamiast tego ukryłam twarz w dłoniach. W zasadzie to ją w oczach fryzjera straciłam. Ale tysiaka sobie nie dałam wyrwać – wystarczy prawie na miesiąc jedzenia w osiedlowych knajpkach.

Wenchuan 21 miesiecy pozniej

Moja “wedrowka na Zachod” rozpoczela sie troche ponad miesiac temu w samolocie do Kunmingu. Na ekranach samolotowych lecial wtedy wyciskacz lez i patriotycznych uczuc o syczuanskim trzesieniu ziemi. Czarny charakter byl tylko jeden – zla natura. Nawet zbuntowany nastoletni syn jednego z oficerow w koncu sie naprawil i w ramach pokuty przywiozl na miejsce do pomocy reprezentatywna grupke laowajow: Amerykanina, Rosjanke i Japonczyka.  Film byl tak naprawde o poswieceniu sie PLA, ratownikow, naukowcow, dzialaczy partyjnych, ktorzy stojac na gruzach, przy grupkach poszkodowanych w kataklizmie, prowadzili dialogi w rodzaju: “pani profesor, jakie sa prognozy?”, pani profesor: “wierze w nauke i idee naukowego rozwoju, jest bardzo prawdopobodne, ze…” . Albo: zolnierz PLA w zagrozonym wstrzasami wtornymi budynku: “w 1976 zostalem uratowany przez PLA, dlatego teraz nadchodzi czas, zeby splacic dlug”, poszkodowani: “dziekujemy Wam, PLA, odpocznijcie troche”. PLA: “brak odpoczynku to czesc naszej dyscypliny”. A w tle pani burmistrz odgarniajaca wlasnymi rekoma gruzy. Sposob krecenia, ujecia, chwyty identyczne jak w megaprodukcach amerykanskich. Pamietam z tego filmu jeszcze, jak ekipa ratujaca leci helikopterem nad miejscem katastrofy – dookola i ponizej zielona dzungla.

W wenchuanskim trzesieniu ziemi (nazwanym tak od okregu Wenchuan, gdzie bylo epicentrum wstrzasow, choc najsilniejsze wstrzasy ciagnely sie wzdluz pasma gorskiego Longmen dosiegajac i inne okregi, a trzesienie bylo odczuwalne w niemal calych Chinach i nie tylko) zginelo ponad 80 tysiecy osob, w samym okregu 24 tysiace (na 100 000 mieszkancow okregu).

Wczoraj, po 21 miesiacach od apokalipsy, wsiadlam w autobus relacji Chengdu-Wenchuan (miasto-stolica okregu). Pierwsza polowe drogi jedzie sie po terenie plaskim jak talerz, trzypasmowa autostrada. Mija sie Dujiangyan – wielki system irygacyjny z 3 wieku p n.e , dzielo administratora regionu z ramienia krolestwa Qin i legendarnego inzyniera-hydrologa w jednym, Li Binga, ktore ujarzmilo dzika i czesto wylewajaca rzeke Min (te sama, ktorej nurty, laczace sie z nurtami 2 innych rzek w okolicy Leshan byly tak dzikie i niebezpieczne, ze przeszlo 9 wiekow po powstaniu systemu irygacyjnego Li Binga, zdecydowano sie tam na innego rodzaju srodek zaradczy - wykucie w skalistym zboczu, w miejscu spotkania sie Min z dwiema innymi rzekami Wielkiego Buddy, ktory mial dziki nurt uspokajac). Po minieciu Dujiangyan – pomnika ludzkiej mysli inzynieryjnej i udanego ujarzmiania natury (system do tej pory dziala i jest rozbudowywany, choc zostal uszkodzony podczas trzesienia), wjezdza sie w czterokilometrowy tunel. Gdy sie z niego wyjezdza, jest sie juz w innym swiecie – swiecie po apokalipsie nie do wyobrazenia.

To, co wylania sie za tunelem, nie ma nic wspolnego z obrazkami z filmu, tymi, gdy helikopter leci nad zielonymi wzgorzami. I nie jest tez czyms, na co przygotowany jest ktos kto nawet sledzil cale wydarzenie na biezaco w telewizji. Bylam wtedy w Hongkongu, a potem w Guanxi, gdzie z racji spedzania 5 dni pod rzad w szpitalu z 4 kroplowkami dziennie (gdy toczylam po drodze zepsuty motor, opadal mnie deszcz, nie bylo sie gdzie schronic, a gdy po kilku godzinach dowloklam sie wreszcie do miasta, cale cialo – nawet powieki – pokrywala palaca opuchlizna, najwidoczniej deszcz przyniosl jakies uwolnione ze znizczonych syczuanskich zakladow chemikalia) pozostawalo mi tylko gapienie sie w telewizor. Przekaz telewizyjny ukazywal najpierw glownie zniszczone budynki i fale solidarnosci przetaczajca sie przez kraj (Hongkong przezyl wtedy pierwsza chyba taka fale wiazacego go z macierza uczucia, druga przyszla podczas Olimpiady). Po kilku dniach ciezar transmisji przeniosl sie z oddolnej solidarnosci na pokazanie pomocy systemowej – ratownikow, PLA, oficjeli zjezdzajacych na miejsce i niosacych wspolczucie i nadzieje (kulminacja to pamietne pojawienie sie premiera Wen na miejscu katastrofy). Program wypelnialy tez wywiady z poszkodowanymi. Tzn. niekoniecznie z rodzicami ktorzy stracili swych jedynakow w – dosl. “szkolach z serwatki z tofu”, ktorych to rodzicow despreacja zaczela zwracac sie w strone administracji centralnej (kto ciekawy niech sobie poczyta… gdziendziej). Poszkodowani, mieszkajacy teraz w wielkich namiotach, opowiadali ze lzami w oczach o tym, jak bardzo dziekuja PLA i Partii i ze koce, ktore od tychze dostali, sa cieple i mile. A korespondentki radosnie szczebiotaly: “rzeczywiscie, i lozka polowe wygladaja na wygodne!”

Mniej pokazywano to, co budzi najwieksze przerazenie (co skadinad zrozumiale), bo pokazuje bezmiar ludzkiej bezsilnosci. Gory w regionie trzesienia to nie zielone pagorki. To  cztero, nawet i pieciotysieczniki z nachyleniem stoku ok. 60-70% (wrazenie tym bardziej szokujace, ze Chengdu lezy na wysokosci ledwie 600 metrow n p.m , te skaliste piony wyrastajace nagle z zielonych pol to miejsce zetkniecia sie plyty indo-australijskiej i euroazjatyckiej, ktorych scieranie utworzylo Himalaje i powoduje napiecia). Gdy moj autobus wyjezdza z tunelu za Dujiangyan, odslaniaja sie nagle pokruszone, jakby wynicowane na druga strone, swiezo przeorane, ukazujace niezabliznione, rozplatane, biale wnetrza gory. Tam nie ma nic zielonego. Ze szczytow poodpadaly cale kawaly wielkosci polowy albo i wiecej ich powierzchni i utworzyly ciagnace sie i kilometr w gore (zreszta nie wiem, ile, bo oko wariuje i sie traci miare przy czyms takim), jedno przy drugim, jedno przy drugim, rumowiska z kamieniami wielkosci autobusu. Czerwony Zloty Smok jedzie wzdluz doliny rzeki Min, a przez okno tylko te gory glazow – cos jak kupki zwiru, ktorymi ktos sie bawil przesypujac, powiekszone do niebotycznych rozmiarow. Wszedzie kolor kredowo bialy i szary – zadnych kolorow zycia (do tego tam gdzie zostalo odrobine roslinnosci wszystko martwe i zolte, zima, a do tego susza, nawet w zlej rzece Min, ktorej koryto pozawalane jest bialymi glazami, ledwo cos plynie). Po drugiej stronie rzeki polamany, konczacy sie w wodzie most, ktory wystaje z rumowiska. Potem drugi. I odgruzowywany wlasnie tunel prowadzacy donikad. Droga przed trzesieniem ziemi byla po drugiej stronie rzeki, teraz mozna to poznac tylko po okazjonalnie wystajacych z gigantycznych zwalow kamieni mostach, przezierajacych z rumowiska resztkach umocnienia brzegu. I po kilku wrakach samochodow wystajacych fragmentarycznie spod glazow i wiszacych nad korytem rzeki. Gdzies poza gorna granica rumowisk fragmenty powykrzywianej, niegdys  poteznej, trakcji elektrycznej – a raczej poprzekrzywiane na kazda strone, juz bez okablowania, slupy, niektore pogiete jak drucik w nerwowych rekach. Podczas trzesienia spadajace lawiny glazow pozatykaly koryto rzeki Min, utworzyly sie zbiorniki ktore zalaly domy (ktore jakims cudem przetrwaly w jednym acz powykrzywianym kawalku, teraz tkwia na srodku rzeki). Teraz jest na nich czarna tabliczka z data, ktora pamieta kazdy Chinczyk i z napisem: “pozostalosci wielkiego trzesienia”.

Polamane jak tekturka mosty, ruiny budynkow i nawet chyba te samochody sa pozostawione celowo. Dopiero podczas jazdy powrotnej dochodze do siebie na tyle, ze jestem w stanie dostrzec przy tych zniszczonych mostach brazowe tablice informacyjne (takie, jak sie w Chinach stawia na drodze do atrakcji turystycznej). Jest tez taka sama brazowa tablica kierujaca na boczna droge, do “epicentrum trzesienia”. Mi wystraczy z nawiazka to, co widzialam podczas tej drogi.

Samo Wenchuan jest niepodobne do zadnego z innych miast Chin, ktore widzialam. Jest calkowicie nowe, jeszcze ze swieza, niepobrudzona farba na budynkach (maja tez wesole wzorki). Szerokie ulice, parki, zielone skwerki. Dworzec na razie w baraku, tymczasowy. Na srodku miasta szkola, ktora wyglada troche jak forteca, przeniesiona w te lokacje aby byla najdalej od otaczajacyh miasto z kazdej strony zboczy. Nowy szpital – tez przeniesiony. Nowa policja, nowe budynki administracyjne (pozniej sie dowiem, ze to od nich rozpoczeto odbudowe: najpierw budynki administracyjne, policja, potem szkoly, na koncu domy). Nowe, ladne, pomalowane na pastelowo osiedla. Tylko gdzieniegdzie jeszcze niewyburzony, popekany jak skorupka od jajka budynek ziejacy pustka z usunietych okien. Gdy pytam sie, czy w miescie jest jakas tablica, pomnik, miejsce upamietniajace ofiary, ludzie kreca glowami. Nie ma niczego takiego (za to w Anren jakies 40 km od Chengdu powstalo muzeum trzesienia). Miasto Wenchuan chyba chce zatrzec slady, zapomniec. Ale slady rzecz jasna sa. Na skwerku jedna z dwoch w Wenchuan rzezb ulicznych (druga to ptak rozwijajacy skrzydla i wyfruwajacy z otwartej ksiazki) - grupa metalowych, pomalowanych na czerwono drzew, ktore zamiast lisci maja serca. Na zboczu cementarze. Co dla Chin nietypowe – groby sa umieszczone w prostych liniach, ciasno obok siebie, wszystkie takie same – jak cmentarz wojskowy.

Chodze po miescie. Buzuje zyciem, ma targi, sklepy i nieproporcjonalnie wielka liczbe robotnikow budowlanych. Chodza w kaskach i radosnie sie do mnie usmiechaja (i nie wolaja laowaj!). Uliczny dentysta (a raczej wyrywacz zebow) zaglada, trzymajac swe straszne sprzety, do ust kobiety narodowosci Qiang. Kilka innych kobiet Qiang (granatowe turbany, czarne albo granatowe wyszywane tuniki, spodnie) zaglada baya z ciekawoscia przez ramie. Ta narodowosc wraz z Tybetanczykami tworzy ponad polowe mieszkancow okregu. Skrypt tybetanski mozna w Wenchuan spotkac okazjonalnie na sklepach, widnieje tez jako drugi skrypt na tablicach informacyjnych na budynku Policji i administracji- okreg lezy w koncu w Ngawa – Autonomicznej Prefekturze Tybetanczykow i Qiang (przepraszam za koslawe tlumaczenie: 阿坝藏族羌族自治州 ). Po godzinie spaceru scisniety przez to, co zobaczylam na drodze, zaladek rozkurcza sie na tyle, ze moge wreszcie cos zjesc. Ide na obiad. W telewizji kanal informacyjny CCTV – obszerny reportaz o trzesieniu ziemi w Chile. Obserwuje klientow knajpy. Jest mala grupka, ktora patrzy w telewizor, ale ma rozluznione twarze, komentuje, nawet sie smieje. Czesc nie podnosi na telewizor nawet glowy. Majac okazje obserwowac przejecie, z jakim ludzie w Szanghaju sledzili trzesienie na Haiti (fakt, ze glowna czesc tego przejecia byla zarezerwowana na smierc 8 chinskich policjantow wyslanych jako sily pokojowe do stolicy Haiti, na ich podniosly pogrzeb jako narodowych bohaterow oraz na spogladanie na siebie z duma jako szczodrego wspolczujacego donatora i dobroczynce w nieszczeciu biednego Haiti) nie sadze, ze to obojetnosc, tylko jednak cos innego.

Ide na tymczasowy, barakowy dworzec, kupuje bilet powrotny. Juz za chwile jade z powrotem do Chengdu. Wspolpasazer obok okazuje sie byc bardzo sympatycznym, otwartym mezczyzna z wsi niedaleko miasta Wenchuan. Jego rodzina uratowala sie w calosci tylko dlatego, ze, jako rolnicy, byli na polu, pracujac (trzesienie mialo miejsce o drugiej po poludniu). Gdy zatrzesla sie ziemia, powstal taki pyl, ze nie widzieli doslownie nic (i tak bylo przed dwa dni). W pyle szli po omacku w strone domu. Zostala z  niego kupka gruzow. Pytam sie z czego byl zbudowany ten dom. Mezczyzna usmiecha sie i pokazuje reka za okno. Byl z lupka kamiennego – przed trzesieniem najpowszechniejszego materialu w dolinie (teraz kroluje beton i zbrojenia). Rodzinie nic sie nie stalo. Ale stado koz liczace 60 zwierzat, wielkie stado krow i kilka koni zginely co do jednego, jako, ze byly wtedy w budynkach gospodarczych. Po dwoch dniach pojawila sie – pieszo – ekipa ratownicza. Niosla zywnosc, wode i lopaty. Po dotarciu natychmiast zabrala sie za zakopywanie padlych zwierzat. Rodzina – skoro zwierzeta i tak juz nie zyja – chciala oprawic krowe i zjesc troche jej miesa, ale ratownicy nie pozwolili na uszczkniecie miesa zadnego z martwych zwierzat i zakopali wszystkie jedno po drugim (co swoja droga musialo byc potworna praca).

Nowy dom powstal z rzadowa pomoca. Nowe zwierzeta rowniez kupiono z wykorzystaniem pomocy. Mezczyzna gdy o niej mowi, zmienia na ton pelen czci i wdziecznosci. Laczy dwa kciuki razem – “o, takie sa w scianach zbrojenia”. I dodaje: “tyle betonu to widzialem tylko, gdy pojechalem dorabiac do Japonii”. Mowi, ze sie boi, jak idzie na pole, ze jak jedzie ta droga to sie boi, cos go dusi. Opowiadam mu o Warszawie po drugiej wojnie swiatowej. Ze byla takze zniszczona, ze rozwazano, zeby zostawic gruzowisko i zalozyc stolice od nowa gdzies dalej. Slucha  z uwaga, zadaje pytania. W koncu pyta: “I co przeniesliscie?“. Ja: “nie, to by bylo jak poddanie sie, odbudowalismy tam, gdzie bylo”. Mezczyzna podchwyca, widac, ze doskonale rozumie, o co chodzi: “O, wlasnie, dokladnie tak samo myslelismy. Ze to masz dom, ze nie  mozemy tego tak zostawic, poddac sie”.

W drodze powrotnej jestem w stanie oprocz patrzenia w oslupieniu na rumowiska wysokosci kilometra spojrzec i na droge, ktora jedziemy. Okolo 50 kilometrow, wybudowano ja w skrajnie trudnych warunkach, na zasypanym glazamibardzo stromym zboczu, w zdruzgotanej dolinie rzeki Min, w rok od trzesienia byla ukonczona. Prace obejmowaly takze wydrazenie tunelu dlugosci 3700 metrow i drugiego nieco krotszego. Jak duza czesc chinskich tuneli, pierwszy z nich nie ma zadnego wietrzenia, powietrze w srodku calkowicie ieprzezroczyste od spalin (kiedys chcialam cos takiego przejechac rowerem, nie dalam rady, trzeba bylo zawrocic). Ale jest. Nad droga umocnienia – beton, siatki. Przy drodze tablice: “budujemy nowe, harmonijne Wenchuan, jeszcze piekniejszy dom, konstruujemy autostrade wenchuanska”. Wiec bedzie i autostrada.

Zarowno w drodze do, jak i z Wenchuan w autobusie (tym samym czerwonym Zlotym Smoku) leci w pokladowym telewizorze kabareton. Na poczatku drogi i gdy wjezdzam w miejsce kataklizmu, wydaje mi sie to conajmniej nie ma miejscu. Ale pasazerowie jak jeden maz patrza w telewizor i zasmiewaja sie z ekranowych dowcipow o facecie w ciazy etc. W drodze powrotnej ja tez nie wytrzymuje i z ulga zaczynam sie patrzec w telewizor. Leci skecz o jakajacym sie chlopaku, ktory usiluje poderwac dziewczyne. Co otworzy usta, to zdola wymowic tylko pierwsza sylabe wyrazu, ktora przypadkowo ma rozne podejrzane podteksty. Najlagodniejsze: chlopak chce powiedziec, ze dziewyczna ma ladny sweterek – maoyi, dosl. “wlochate ubranie”, a zdola wypowiedziec tylko mao – wychodzi wiec “masz ladne futro” (mao - to samo od Przewodniczacego, to rozne futra, klaki i inne wlosy na ciele). Ani sie spostrzegam, ja tez sie zasmiewam ze skeczu i tak wjedzamy z powrotem do tunelu laczacego swiat po apokalipsie ze swiatem normalnym.

P.S. Nie daje zdjec, bo jakos mi sie to wydaje bardziej ma miejscu przy atrakcjach turystycznych, poza tym, zdjecia nie sa w stanie oddac tego, co jest w dolinie rzeki Min.

Grupka kobiet Qiang zaglada  wyrywaczowi przez ramie.

6 scen syczuanskich

Scena 1 – Leshan

Ide zobaczyc Wielkiego Budde (wykuty w zboczu gory schodzacej do rzeki, 71 metrow wysokosci w pozycji siedzacej, strach pomyslec, ile by mial, jakby wstal). Srednio co minute ktos z (tlumnie zwiedzajacych) odwraca glowe od Buddy, rozdziawia gebe, gapi sie jak ciele w namalowane wrota i wola  niesmiertelne: “O, laowaj!”. Matki sztorcuja dzieci: “patrz, cudzoziemiec, powiedz hello!” . Dzieci wrzeszcza “hello!” Przylepiam wymeczony usmiech na twarz i odpowiadam. Dla dzieci to fajna zabawa – cos jak pociaganie pajacyka za sznurek (kiedys takie byly). Zabiegaja mi droge (ide do swiatyni na gorce obok Buddy) i co sekunda wrzeszcza: “hello!”. Okolo 20 razy. Rodzice zachwyceni – wychowuja dzieci na obywateli swiata.

Dziewczynka pokazuje mnie palcem rodzicom, powtarzajac kilkakrotnie: “mamo patrz, waiguoren”. Rodzice sie gapia z rozdziawionymi gebami, dziecko trzyma wyciagniety palec.

Mloda kobieta mowi do mnie “hello”.  To 16-ta osoba tego dnia, wliczajac w to te wrzeszczace dzieciaki i piszczacych falsecikiem podrostkow (to jakas ogolnonarodowa moda – to samo jest w Szanghaju. Widzac laowaja najpierw poszturchuja sie z rozbawieniem, potem zmieniaja glos na falset i strojac miny “na stara paniusie”, piszcza to cholerne “hello” – ze niby to jest odpowiedni ton w jakim mowi sie do obcokrajowca). Gdy – umordowana – nie odpowiadam, dziewczyna mowi urazonym, obrazonym glosem do znajomych: 她不礼我啦!- ona mnie nie uszanowala!

Scena 2 – Jaskinie Tysiaca Buddow (30 km na zachod od Leshan)

W przeciwienstwie do tych dzikich tlumow przy leshanskim Buddzie, tu nie ma zadnych turystow. Miejsce wyjatkowe – tonie w porannej przyrzecznej mgle, kazdy ze skalnych obrazow z – podobnie jak leshanski Budda -  dynastii Tang, opowiada inna historie. Te z nich, ktore sa w zasiegu ludzkiej reki opowiadaja jeszcze inna historie: wszystkim plaskorzezbom brakuje glow. Zostaly skute przez szabrownikow, zanim Chiny sie zorientowaly, ze to jest cos, co warto otoczyc opieka (swoja droga duzo bym dala, zeby sie dowiedziec, gdzie obecnie sa te wszystkie glowy, gdzie sa ci wszyscy milosnicy sztuki). Na drodze stoi straznik, gdy mnie dostrzega, trzy razy glosniej niz do normalnego czlowieka rzecze: “O keeeej???”  Po czym do stojacego obok niego drugiego faceta: “ona tu byla rok temu”. Ja na to, ze jestem tu pierwszy raz w zyciu. Nastepuje rytualna przepytywanka  (odbywam ja codziennie od kilku do kilkunastu razy, bez wzgledu na miejsce w ktorym jestem, w Szanghaju tez) : skad jestem? Ile juz jestem w Chinach? Potem nieuchronnie nastepuje stwierdzenie, ze moj chinski jest bardzo dobry (na to trzeba sie machinalnie usmiechnac i powiedziec “alez skad”) i czy – to juz opcjonalnie – 中国好玩儿 (cos w stylu czy dobrze bawie sie w Chinach). Po przepytywance straznik rzecze: “no to w takim razie byl tu ktos kompletnie identyczny, jak ty. A wlasciwie to byla ich nawet piatka, kobiet i mezczyzn”

Scena 3 – Sanxingdui (muzeum z przedmiotami z krolestwa Shu – ok 1300 lat p.n.e)

Na wejsciu do muzeum info, ze studenci placa polowe (ceny biletow wstepu w Chinach sa zawrotne, ten kosztuje 80 kuajow, to tak, jakby u nas bilet wstepu do muzeum kosztowal 80 zlotych). Pokazuje legitymacje mojej szanghajskiej uczelni – identyczna jak kazda inna legitymacja w tym kraju. Pani na to sie krzywi, i mowi, ze zagraniczni studenci chinskich uczelni musza kupic caly bilet. Pytam sie, na jakiej podstawie odroznia cudzoziemca. Pani sie smieje, ze takie idiotyczne pytanie, przeciez wiadomo. No wiec sie pytam, jak odrozni Koreanczyka – wygladem zblizony, w legitymacji imiona i nazwiska Koreanczykow zapisywane sa znakami. Sa tez tak samo “skonstruowane” jak chinskie:  najpierw jednoznakowe nazwisko, potem dwuznakowe imie, nazwiska tez te same – koreanski Kim to chinski Jin etc.. Prosze o rozmowe z szefem. Szef jest bardzo grzeczny. Ostroznie sugeruje, ze ”wielu cudzoziemcow w Chinach pracuje i w weekendy sobie chodzi na jakies kursy” . Pyta sie tez, czy moze zobaczyc moja wize. Osoby z obslugi tez zerkaja i robia uwagi, ze w takim wieku 还没毕业 – jeszcze nie ukonczyla studiow (wiekszosci osob nie miejsci sie w glowach, ze mozna studiowac cokolwiek dalej niz licencjat, nie mowiac oczywiscie o doktoracie).   Po godzinie od przyjazdu pod muzeum wchodze do srodka. Mam dosyc i wlasciwie nie chce juz ogladac zadnego muzeum, wydaje mi sie to w tej chwili smieszne a krolestwo Shu jeszcze odleglejsze. Z biletem za pol ceny, lykajac lzy upokorzenia i zmeczenia. W srodku sa rzeczy nieprawdopodobne – czterometrowe “kosmiczne drzewo” z brazu, setki niepokajacyh masek z brazu i zlota. W innych warunkach pewnie piszczalabym z zachwytu. Na zewnatrz – tablice pamiatkowe – kto z wielkich zwiedzal muzeum. Najwieksza na Towarzysza Hu Jintao: “Towarzysz Hu Jintao z uwaga zwiedzil ekspozycje, po czym na koniec, poruszony, powiedzial z uczuciem: Ta wystawa jest naprawde niezla. Konstrukcja budynku (hala wystawowa w formie wiezy, po ktorej sie wspina zwiedzajacy – K.P.) ukazuje postep i rozwoj narodu chinskiego” .

Scena 4 – Chengdu 

Po upokorzeniach Sanxingdui wracam do Chengdu. Chce kupic jablko. Dziewczyna bierze, wazy i mowi cene: 5 yuanow. Jablka w Chinach sa drogie, ale jedno to maksymalnie 2.5 kuaja. Mowie jej to. Zdziwienie: “przeciez wy Amerykanie macie mnostwo pieniedzy”.

Jalbka oczywiscie nie kupie, wracam do hotelu. A tam przy lozku koszyk – a w srodku 2 banany i pomarancza. Z tabliczka: “darmowe owoce od hostelu”.

Scena 6 – tez Chengdu

Jade do centrum hodowli pandy wielkiej – w nadziei, ze chociaz moze zwierzeta beda sie inaczej zachowywac. Wysiadam na gigantycznej petli przesiadkowej, brak oznaczen przystankow. Mam dosc i lapie taksowke.

Taksowkarz, autorytatywnie: Chengdu jest najfajniejszym miastem Chin.

Ja: taaak? (真的吗?)

Taksowkarz: A nasz mandarynski jest najpoprawniejszy w calych Chinach. Mowi to kaleczac wszystkie koncowki wyrazow – np. Meiguo, Ameryka ( taksowkarz bowiem jest przekonany, ze z niej wlasnie pochodze) to w jego ustach “meigui” – “roza”

Ja: Ale cudzoziemcow to u was chyba nieduzo?

Taksowkarz: Nie, przeciwnie, bardzo duzo.

Ja: Ale co chwile ktos wola:”o , laowaj” wiec chyba sa nieprzyzwyczajeni

Taksowkarz, smieje sie: nie, nie, sa przyzwyczajeni, tu jest bardzo duzo obcokrajowcow.

Ja: Jak tak wolaja, to czuje sie jak mapla w zoo, a nie czlowiek

Taksowkarz, zasmiewa sie: to niby co maja wolac?? 

Gdy dojezdzam, ogarnia mnie jeszcze wieksze przygnebienie. W naturze zostalo mniej niz 1000 pand – za malo, zeby przetrwaly – szczegolnie, ze nie moga poruszac sie swobodnie pomiedzy poszczegolnymi, poodzielanymi ludzkimi konstrukcjami, siedliskami. W centrum jest ich okolo 50-ciu, reintrodukcja pandy wychowanej w niewoli do srodowiska naturalnego jeszcze nigdy sie nie powiodla. Po centrum chodza grupki ”laowajow” i seplenia do pand: “jestem taaaki slicny, taki slodziutki, oj, oj, jak siobie lezie i jem, ciu, ciu” . Ogladam tez film dokumentalny o pandach w centrum. Na filmie pandy uspione badane na okolicznosc najbardziej rozniacego sie materialu genetycznego przyszlych rodzicow,  pandy sztucznie zapladniane, panda-matka rodzaca przy 4 kamerach swoje pierwsze dziecko. Zupelnie zdezorientowana patrzy w oslupieniu na malenkie, nowonarodzone zwierzatko, bije raz po raz pazurzasta lapa piszczace rozowe stworzenie wielkosci myszy. Jedna z badaczek wpada do klatki i nie zwazajac na rozwscieczona matke-pande, chwyta “niemowle”, tuli jak dziecko i wybiega z klatki.   

Scena 6 – tez Chengdu

Ide do…klasztoru (jakkolwiek ladnie by to nie brzmialo). Mam nadzieje, ze tam znajde cisze i swiety spokoj, mam nadzieje tez zjesc cos w przyklasztornej jadlodajni i poczytac ksiazke w herbaciarni. Gdy czekam na posilek, pojawia sie 85 letni (sam mowi), ubrany w stary plaszcz Armi Ludowo-Wyzwolenczej mezczyzna, ktory zagaduje do mnie po angielsku, po czym sie przysiada. Prawie nic nie rozumiem, ale ewidentnie opowiada historie swojego zycia. Co chwila zapomina, co juz powiedzial, a czego jeszcze nie, mowi od poczatku to samo, jedzenie tryska na wszystkie strony. Chce temu 大爷 okazac szacunek, odpowiadam kilkakrotnie na te same pytania, slucham, kiwam glowa. Tak naprawde chcialabym sie gdzies ukryc w kacie, tak, zeby nikt mnie nie widzial, zebym mogla w spokoju sobie posiedziec. Gdy posilek dobiega konca, wstaje, zycze wszystkiego dobrego i wymykam sie – do herbaciarni na drugim koncu klasztorengo kompleksu. Siorbie herbate, czytam ksiazke. Ech, szkoda tylko, ze nie wzielam zadnych 瓜子 (pestek) do skubania. No, ale nie mozna miec wszystkiego. Zaglebiam sie w ksiazke, po czym znowu slysze nad soba glos 大爷: “Miss, Miss!”. Podnosze glowe. Dziadek stoi nade mna, a w reku trzyma torebke pestek slonecznika: “przynioslem Ci troche pestek. Pasuje do herbaty”. Kladzie paczke na stole i oddala sie, kustykajac i postukujac laseczka. 

Za dwa dni wracam do Szanghaju.