Mężczyzna powinien… (czesć druga)

 

Na szybach gęste kwiatki wymalowane mrozem, w drzwiach spłowiała zasłonka ze smokiem i feniksem. Mdła żarówka u sufitu. Na ścianie portret Mao i Zhou, na szafie plastikowe kwiatki. Gospodarz napalił nam w kangu. Leżymy na nim w kurtkach i czapkach pod kilkoma kołdrami, para bucha nam z ust i popijamy herbatę z…whisky i zastanawiamy się, czym byłaby pólnoc Chin bez kangu. Z iPhone’a SHL (SHL ma na sobie dwie czapki) lecą różne – sylwestrowe – hity. W tej drugiej, kuchennej izbie, pod ścianą sąsiadującą z kangiem, stos kapusty – żeby nie przemarzła. I niski piec na drzewo. Wody bieżącej nie ma. Zamarzła. Góry z czterech stron. Na nich ruiny Wielkiego Muru. Gwiazdy takie, że wydaje się, jakby to było jakies inne niebo. Za 10 dwunasta w całej wiosce gaśnie światło. Sylwester. Doswietlamy iPhone’m.

Jak nietrudno się domyślać, przeziębiłam się nieco, więc nagle znalazł się czas na kolejny wpis. Co powinien mężczyzna? Kto stawia mu te wymogi, kto ustala powinności? I czym to skutkuje?

W chińskich miastach coraz wyraźniejszy jest trend, który nigdy dotąd chyba się jeszcze w Chinach nie uwidocznił. Młodzi rodzice zaczynają preferować płeć żeńską potomka. Yanger fanglao – „chować syna aby pomagał na stare lata” zmienia się w “chować córkę aby pomagała na stare lata”. Dawniej córka przechodziła do rodziny męża i jej pomaganie na stare lata ograniczało się znacząco do pomagania teściom. To syn dziedziczył i odwdzięczał się rodzicom opieką na starość. Dziś narodziny syna nie tylko nie oznaczają zapewnienia opieki na starość, ale – przeciwnie – oznaczają ogromny wydatek, który na starość będzie trzeba ponieść. Coraz częściej rodzice zakładają fundusz już w momencie narodzin syna. Posag. W dzisiejszych Chinach mężczyzna, aby liczyć się na rynku matrymonialnym (przypomnijmy konkurencja jest duza, jako, że i dysproporcja pomiędzy liczbą kobiet a męzczyzn w Chinach jest poważna) musi mieć posag. I to nie byle jaki. Moja nauczycielka, ze stołecznej, profesorskiej rodziny : “co zrobić, muszę, inaczej nie mogłabym spojrzeć w oczy synowi, przeze mnie nie miałby żony”. Mężczyzna powinien wnieść do małżeństwa mieszkanie. Dla przytłaczającej większości młodych Chinek i ich rodziców wniesienie do wspólnego stadła (mieszkanie oczywiscie natychmiast musi stać się wspólne) przez przyszłego pana młodego mieszkania jest najbardziej podstawowym warunkiem zamążpójścia. Powstało nawet nowe pojęcie ekonomiczne – 丈母娘需求 zhangmuniang xuqiu - “potrzeby teściowych”, w tym ta jedna, fundamentalna. Chcący zdobyć żonę młodzi powinni uwzględniać także i ten rodzaj potrzeb.

xin_2811060515187341939545“Kochani, pobieramy się” – osoby niosące mieszkanie to oczywiscie rodzice pana młodego.

33df5c5b71f34b37800344bf7fbfded8

W020090908496020101793

Na mankiecie ręki z biczem napis “tesciowa”, Chłopak niesie na plecach mieszkanie w kształcie strzałki z napisem “ceny mieszkań”. Popularne jest tłumaczenie wysokich cen mieszkań nadmiernymi “potrzebami tesciowych”

20100920114708_41595

Jak mawial Makesi, byt kształtuje świadomość. Ceny mieszkań, dzięki działaniu ręka w rękę władz lokalnych i deweloperów, dzięki spekulacjom na rynku budowlanym, no i wreszcie dzięki ograniczeniom przestrzennym (jak chcieliby niektórzy, także i dzięki nadmiernie rozbuchanym “potrzebom tesciowych”), szybują do niebotycznych rozmiarów, stawiając kupno mieszkania zupełnie poza możliwościami młodych ludzi i czyniąc z niego prawdziwy fetysz. Rząd centralny ustami swoich najbardziej prominentnych przedstawicieli wielokrotnie zapewniał, że teraz już, za chwilę, ceny mieszkań spadną. Po tych deklaracjach działo się dokładnie odwrotnie, co tylko pokazało, w czyich rękach tak naprawdę leży władza, jeśli chodzi o rynek mieszkaniowy. Na moim osiedlu – ani dobrym ani złym, znosnym, w dobrym punkcie, ale bez luksusów, cena 60 metrowego mieszkania waha się w granicach 3 milionów yuanów (ok 1.4 mln złotych) i – jak wszystko przy obecnej inflacji – rośnie. Średnia pekińska pensja to niecałe 5 tysięcy yuanów, ale w mieście takich kontrastów nietrudno się domyślić, ile osób musi zarabiać grubo poniżej średniej, aby była ona właśnie taka.

Mieszkanie traktowane jest schizofrenicznie – jako dobro absolutnie poza zasięgiem, a jednocześnie i najzupełniej podstawowe.”Mieszkanie daje poczucie bezpieczeństwa”, “małżeństwo bez mieszkania to nie jest żadne małżeństwo” – powiadają zgodnie moje młodsze chińskie koleżanki. “No dobra, a mieszkanie na morderczy kredyt, które sprawia, że on staje się fangnu – niewolnikiem mieszkania, lub yinghang xiaolinggong – drobnym robotnikiem pracującym dla banku, też daje takie poczucie? Co w tym innego niż wynajmowanie, skoro dopóki kredyt nie jest spłacony, mieszkanie stanowi własnosć banku?” – pytam się WLY, która przyjechała do Pekinu na studia z pewnej południowej prowincji. “Daje. Tylko bardzo nowoczesne osoby są w stanie nie myśleć o mieszkaniu przy zamążpójściu”. I tyle.

fangnuSlimak i krab pustelnik – zamieszkujący opuszczone muszle- symbole dwóch rodzajów podejscia do mieszkania. Slimak – niesie ze sobą cieżar jakim jest dom i spłata kredytu, krab wynajmuje mieszkania. Slimak: “zestarzałem się a wciąz jestem niewolnikiem mieszkania”. Krab: “kupno mieszkania nie dorównuje wynajmowi!”

WLY nie kryje, że wcale nie jest i nie chce być super nowoczesną osobą, bo wie, czym to grozi. Studiuje na znakomitym uniwersytecie, ale nie będzie szukać pracy na świeczniku. Ideałem jest szeregowa praca w jednostce państwowej, z dużą ilością dodatkowych świadczeń, niekoniecznie w zawodzie. “Rodzice zawsze mi powtarzali, że dziewczyna nie może być zbyt ambitna, bo nie znajdzie męża” – mówi. Jak mówi, jej studia są po to, aby „dać rodzicom twarz”w niewielkim mieście skąd pochodzą i ewentualnie znaleźć przyszłego męża. Ale i tutaj dużo się zmienia. Na studiach niekoniecznie występują odpowiedni kandydaci. Bo idealny mąż powinien być starszy, z doświadczeniem, dobrze by było, żeby to mieszkanie, które wnosi w posagu, było dowodem jego faktycznej pozycji, a nie tylko “wyżyłowaniem” starych rodziców (ken lao – dosł. wyssanie starych, to dziś niestety dla większości jedyny sposób na sprostanie “potrzebom teściowych” i ich córek). No, chyba, że to nie żyłowanie biednych staruszków, ale gest dobrze postawionego taty. Wtedy to mieszkanie to tylko wstęp, gwarancja, że jako żona fuerdai - przedstawiciela drugiego pokolenia bogaczy, dziewczyna będzie mogła korzystać z przywilejów należnych takiej rodzinie.

58a6d4eat79e11141fa52&690“Drugie pokolenie bogaczy wybiera konkubinę”. Mezczyzna jest ubrany w cesarskie szaty, siedzi na ceraskim tronie

fuerdai2“Mozna zaoszczedzic sobie tyle lat zmagan!” – mowia kandydatki do ozenku z fuerdai.

Jesli nie jest fuerdai, chłopak powinien mieć, oprócz mieszkania, chociażby plan życiowy. “No bo jakie ty tam masz wlasciwie stanowisko…pracownik działu kultury. Jaki masz plan życiowy?” – pyta sceptycznie jedna z uczestniczek Feicheng wurao, części, której już nie przedstawiłam, bo mi sił zbrakło. “Moim planem jest po prostu dobrze wykonywać moją pracę” – niepewnie broni się chłopak. “No nie, czyli nie masz planu” – różowe usteczka krzywią się. “Plan, czyli – wylicza na palcach z różowymi paznokietkami – za dwa lata zostaję wiceszefem działu, za cztery szefem, za sześć — dyrektorem departamentu”. Że też mu musi tłumaczyć takie podstawowe rzeczy.

Dla sprawiedliwości trzeba dodać, że dla pewnej części młodych Chinek, jak dla mojej znajomej z Pekinu, MJ, chłopak nie musi mieć mieszkania (dla jej dobrze postawionej, inteligenckiej rodziny mieszkanie nie jest żadnym złotym cielcem), wystarczy, że jest ambitny, ma perspektywy, no i własnie plan życiowy. Dla zupełnej sprawiedliwosci trzeba dodac, ze są tu dziewczyny, które to wszystko przeraża, które pytane o to, co mężczyzna powinien, mówią: “powinien być kims takim, z kim będę dobrze się rozumieć”. Tak mówi SXY. SXY ma rodziców artystów chodzących w wyciągniętych swetrach i rozkochanych w literaturze. Sama jedździ po przedszkolach i robi dzieciom zajęcia plastyczne mające rozwijać ich wyobraźnię.

Jeszcze słowo o szukaniu męża na studiach i szukaniu w ogóle. Problem jest nie tylko z brakiem odpowiednich kandydatów na uczelni, ale z samymi studiami jako czasem na poszukiwanie męża. Bo łatwo powiedzieć – znajdź sobie na studiach męża. Za flirtowanie, tworzenie par w szkole średniej czekał donos do rodziców i kary od szkoły (miłość przeszkodziłaby w nauce), skąd nagle wiedzieć, co robić, jak się poznawać, jak być razem? “To jak znajdziesz tego męża?” – pytam się WLY. Zbliża się chiński Nowy Rok. Moje młodsze koleżanki wracają na święta do domów. Ona też. W rodzinnym miescie czeka kilka umówionych przez rodziców spotkań. “Rodzice mają znajomych, a oni synów, rodzice wiedzą, kto ma jaką pozycję, kto by się nadawał, wiem, że chcą dla mnie jak najlepiej”. Kandydaci wpadną na niezobowiązujący obiad do “cioci i wujka”, przy okazji poznają ich córkę. “A jeśli polecany przez rodziców facet nie będzie Ci się podobał?” – dopytuję się. “Nie szkodzi – jeden znajomy więcej” – odpowiada WLY.

WLY, podobnie jak inne dziewczyny, również na pierwszym miejscu jako kryterium przydatności faceta na męża stawia mieszkanie i pozycję, ale, jak zaznacza, nie rozumie tych dziewczyn, które lecą na pierwszego lepszego, który ma odrobinę pieniędzy. “To sprawa wychowania, moja mama powtarza, że synów należy chować biednie, a córki bogato. Tak chowany syn będzie chciał się dorabiać, a tak wychowana córka nie poleci na pierwszego lepszego, kto jej coś zaofiaruje”.

W ubiegłym roku w telewizji rekordy bił serial pt. 蜗居 – woju, ślimaczy dom. W powszechnej opinii niezwykle adekwatnie pokazywał problemy życia współczesnych młodych ludzi, ich wybory, ich losy, nierozerwalne złączenie tychże z problemami mieszkaniowymi, a problemy mieszkaniowe z korupcją we władzach lokalnych. Tak adekwatnie, że został zdjęty z anteny, a dziś oglądany jest – wciąż tłumnie – w internecie bądź z pirackich płyt. Starsza siostra – Haiping, ma trzydzieści kilka lat, wyszła za mąż na studiach, z miłości. Zakochani nie patrzyli wtedy na to, że nie mają mieszkania, ważna była romantyczna miłość. Dziś, po 10 latach małżeństwa, nadal nie mają mieszkania, gnieżdżą się w mikroskopijnym pokoiku w którymś z szanghajskich nongtangów, ich córkę Rangrang od lat wychowuje babcia, bo, jak zaznacza Haiping “nie mamy warunków, a ja chciałabym dać jej wszystko co najlepsze – basen, zajęcia pozaszkolne, jasną, ładną przestrzeń”. Przez trzydziesci pięć odcinków serialu obserwujemy obumieranie romantycznej miłości Haiping i jej męża, ich miotanie się po klaustrofobicznym pokoiku, zatykamy uszy w obronie przed wrzaskiem Haiping: “co osiągnąłeś w życiu!? Po co się żeniłeś!? Nie masz zdolności, nie masz pieniędzy, nie masz pozycji, nie masz niczego!!” Haiping przychylniejszym okiem spogląda na męża jedynie wtedy, gdy ten rzuca przed nią (tak, on własnie nimi rzuca) koperty z zarobionymi po godzinach na dodatkowych zleceniach pieniędzmi. Liczy łakomie banknoty. Przekaz jest jasny – bez mieszkania, bez pieniędzy, bez pozycji męża, obumrze nawet najpiękniejsza miłość. Młodsza siostra Haiping, już z pokolenia 80, Haizao, obserwuje miotanie się siostry, słucha jej przestróg przed poslubieniem qiong guangdan – “biednego łysego jaja”, co zamiast konkretów będzie mamił romantyzmem. Choć chłopak Haizao – Xiaobei – jest ucieleśnieniem ideału współczesnej chińskiej romantycznej miłości – tej opiewanej w piosenkach idoli popkultury, tej wyzierającej z każdego piksela grafiki portalu społecznosciowego na QQ – masuje jej stopy, wysyła komunikatorem misie i królisie, nazywa “mała świnką”, chce z nią pielęgnować kwiatki na balkonie, czyści jej uszy i znosi każde jej humory, to jednak przegrywa z żonatym i dzieciatym sekretarzem rady miasta. Sekretarz sypie gotówką, robi prezenty, zaprasza do restauracji bez szyldu, „gdzie pieniądze już nie wystarczą, trzeba mieć odpowiednią pozycję”, za pomocą znajomości jak za dotknięciem różdżki rozwiązuje problemy nie tylko Haizao, ale i jej siostry. Haizao zostaje ernai („drugą babcią” – w starych Chinach okreslenie drugiej żony), a internauci w dyskusji pod serialem na chińskim odpowiedniku Youtube wpisują pochwały na jej temat: „dobrze zrobiłaś, co będziesz żałować tego Xiaobei!” Czasem trochę smutno, bo rodziny z tego nie będzie, ale, jak wyraziła się wiosną ubiegłego roku jedna ze sławniejszych uczestniczek Feicheng wurao, niejaka Ma Nuo: “lepiej płakać w BMW niż śmiać się na rowerze”. Haizao i Ma Nuo mają odwagę mówić na głos to, co myśli tyle dziewczyn z tego nowego pokolenia.

12176949_11n

Inna sprawa, gdy potencjalny kandydat nie zamierza wcale się BMW i innymi dobrami łatwo dzielić – jak przedstawiany dwa wpisy wczesniej uczestnik Feicheng wurao. Miał wszelkie dane, by wygrać (żonę) w tym, tak akuratnie oddającym transakcyjny charakter dzisiejszych związków, programie. Wnosił pozycję i pieniądze. Cóż z tego, jeśli nie chciał wykonać tego gestu ważniejszego niż najromantyczniejsze deklaracje – rzucić pieniądze do jej stóp bezwarunkowo. Jak sekretarz zakochany w Haizao – gdy ona mówi, że potrzebuje pieniędzy, on natychmiast wyciąga grubą kopertę i prosi z poważnym, pełnym uwagi wzrokiem: “jesli będziesz potrzebowała więcej, powiedz”, nie pytając się po co, na co. Bo w dzisiejszym chińskim społeczeństwie facet oprócz posagu powinien dać też dowód miłości. I coraz rzadziej jest to zainteresowanie, wspólna pielęgnacja kwiatów czy spacery. To dobre w piosenkach i jako temat graficzny w portalu QQ. Ale mężczyzna nie powinien narzekać.

Jesli narzeka publicznie, staje się sławny, tak jak internauta Dorian1007, który na jednym z forów “zlozyl przysiegę”, że nie poslubi dziewczyny, która “jest niewolniczką mieszkania” – jest skupiona wyłącznie na mieszkaniu, która wychodzi za mąż za mieszkanie, a nie za niego, która kocha mieszkanie, a nie jego, która jest skrajną materialistką, jest samolubna. Zyskał poparcie wielu rówiesników, równiez rozczarowanych perspektywą potwornych wydatków w imię celu, który ich nie satysfakcjonuje.

U4958P1032DT20101209143214Przysięga chłopaków z pokolenia 80 – nie poslubić dziewczyny, która jest niewolniczką mieszkania.

Na jednym z wieczorów spędzonych z innymi mieszkającymi w Pekinie cudzoziemcami słucham ploteczek. Facet, z pewnego europejskiego kraju, był tam, u siebie, z dziewczyną, mieszkali w wynajętym, odkładali na mieszkanie. I wtedy on wyjechał do Chin. Poznał Chinkę, zakochał się, chciał się żenić, został mu przedstawiony wymóg mieszkania i on je kupił. Pytany, czemu to zrobił, stwierdził: „ona nie ma wyboru, to jest taka kultura, ja to rozumiem”.


08

01 2011

Drodzy Czytelnicy…

 

Bądźcie zdrowi i szczęsliwi a nadchodzący Rok niech przynosi Wam tylko takie tematy, które będziecie chcieli podjąć.

Wysłuchuję narzekań osób mieszkających w Polsce, jak to płytkie, jak bez atmosfery, jak plastikowe są teraz swięta, ale i tak – z perspektywy tych kilkunastu tysięcy kilometrów – dzis akurat przedłożyłabym chętnie tą swojską płytkosć i plastikowosć nad plastikowosć obcą, ktora jest obca szczegolnie w takich chwilach.

Wsród tych wszystkich oblesnie się usmiechających Mikołajów – a raczej “starych ludzi bożonarodzeniowych” (nic się pod tym względem nie zmieniło od ubiegłego roku, gdy pisałam o tychże), wsród tych wszystkich “X-mas”, które brzmią dla mnie równie ciepło co “X-ray”, posród czapeczek nasadzonych przez pracowawcę na zmęczone głowy kasjerek, ta poniższa, wykonana domowym sposobem na drzwiach starego siheyuanu choinka i snieżynki wydają mi się takie ludzkie.  Od drugiej strony hutongu, w którym znajduje się ten stary dom, te drzwi i ta choinka ze snieżynkami, idzie już wyburzanie, a na drzwiach wymalowano juz przerażający znak 拆. Choć stary, kamienny siheyuan wygląda o wiele trwalej i prawowiciej niż pospiesznie wymalowane drzewko związane z jakims obcym swiętem, to jednak w przeszłosć odejdą razem. Na następne swięta Bożego Narodzenia na tym miejscu będzie już postęp, cywilizowanie, wieżowiec, sklepy. I “X-mas” i czapeczki na głowach sprzedawczyń.

choinka

24

12 2010

Mężczyzna powinien…(część 1 – dramat)

 

非诚勿扰 - Feicheng wurao (mniej więcej „jeśli nieszczerze, to nie zawracaj głowy”) to program telewizji prowincji Jiangsu. Telewizje poszczególnych prowincji, w dużo większym stopniu niż programy telewizji centralnej, rządzą się zasadami rynkowymi, a dzięki możliwościom technologicznym są dostępne niemal wszędzie i zawsze. Większość (bardzo licznych) wielbicieli Feicheng wurao ogląda program w sieci. Ja nie wielbię, mnie on….ja…., ja go czasem oglądam do śniadania w niedzielę. Postanowiłam dziś przybliżyć program miłemu Czytelnikowi bez dodatków, pseudosocjologicznych gadek i ciętych podsumowań. Po prostu wiernie odtworzę treść pierwszej części i kawałeczek drugiej części programu z 14 grudnia, czyli najnowszego. Dla większej przejrzystości treść owych części programu przedstawię w formie dramatu. Wypowiedzi Dramatis Personae są tłumaczone niemal dosłownie, 90% wypowiedzi osób uczestniczących w programie zostało przytoczonych, jeśli czego nie przytoczyłam, to streszczam w didaskaliach. Wpis pomyslany jest jako pierwszy z dwóch (ten wpis to raczej preludium i dostarczyciel kontekstu) na temat tego, co…no własnie…co powinien mężczyzna. Drugi wpis, o ile chińskie bóstwa pozwolą, niedługo.

DRAMATIS PERSONAE:


PROWADZĄCY                łysy, na oko 40-letni facet

KOMENTUJĄCY               łysy na oko 35-letni facet

KOMENTUJĄCA              na oko 35-letnia kobieta podobna do byłej żony Michała Wiśniewskiego (której dokładnie żony, nie ma akurat większego znaczenia, sama nie wiem, dlaczego mi się tak napisało)

UCZESTNICZKI przez PROWADZĄCEGO i KOMENTUJĄCYCH nazywane „numerami”, dlatego tak też będziemy je określać. Wśród nich:

NUMER 2                       bluzka połyskliwa z jednym ramieniem odsłoniętym, z Nankinu.

NUMER 9                       bluzka różowa, udrapowana

NUMER 11                     bluzka w serdusia, kantoński seplen

NUMER 14                     tiara na głowie, spojrzenie pełne sztucznych rzęs

NUMER 16                     bluzka czarna, naszyjnik

MĘŻCZYZNA                  łysy, lat 28, inżynier, z Chengdu

MĘŻCZYZNA 2               bujne włosy, lat 26, zarządza ruchem statków w porcie, prowincja Hunan

PUBLICZNOSC               jak publicznosć

CEL                                unosi się nad całą sceną, a jest nim dobranie MĘŻCZYZNY z którymś z NUMERÓW a jeśli wystąpi splot korzystnych zdarzeń, wysłanie ich na egzotyczne wakacje.

Rzecz dzieje się w studiu telewizji prowincji Jiangsu. W studiu ustawione są w formie łuku 24 stanowiska z zapalonymi lampami, przy każdym z nich stanie jeden NUMER. Na środku sceny świetlista winda, nią wjedzie na scenę MĘŻCZYZNA (a potem MĘŻCZYZNA 2, a nawet 3 i 4, ale tego już w dramacie nie przedstawimy, bo nie ma sensu. Przez środek studia przechodzi wybieg podswietlany, przy którym ustawiona jest czerwona kanapa dla KOMENTATORÓW.

AKT 1

SCENA PIERWSZA (i ostatnia w tym Akcie)

Przy dźwiękach muzyki popularnej wjeżdża na scenę windą wspomnianą MĘŻCZYZNA. Najpierw widać jego ugarniturzone nogi i rozlega się na sali pisk, potem marynarę, pisk nie ustaje, a na końcu łysą głowę. Pisk milknie. Podczas pojawiania się głowy kilka NUMERÓW zasłania rękoma usta.

PROWADZĄCY (do KOMENTUJĄCYCH): Chyba już mieliśmy gości tego rodzaju?

KOMENTUJĄCY: Tak, chyba ze czterech.

PROWADZĄCY (do MĘŻCZYZNY): Ładnie się dziś uczesałeś.

(MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY: Jak na ciebie patrzę, to mam wrażenie, że patrzę w lustro.

(MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY (do MĘŻCZYZNY): no dobra, która wpadła ci w oko?

(daje MĘŻCZYŹNIE do ręki aparat z ekranikiem, aparat przypomina kształtem barchanowe gacie, mężczyzna wystukuje na nim numer NUMERU: 14, rzecz nie zostaje wyjawiona DRAMATIS PERSONAM, chyba ten przypadek, nie? Przepraszam, zapomniałam te wszystkie odmiany. No więc rzecz zostaje wyjawiona jedynie nam, zgromadzonym przed ekranami)

PROWADZĄCY (DO NUMERÓW): Dziewczęta, zastanówcie się, jakie na was wywarł wrażenie.

(W odpowiedzi 6 lamp gaśnie, oznacza to brak zainteresowania tych NUMERÓW MĘŻCZYZNĄ)

PROWADZĄCY: Numer 9, dlaczego?

NUMER 9: Po prawdziwosci to sadzę, że ta zgolona głowa ani trochę nie jest ładna, ponieważ twoja głowa ani trochę nie jest wystarczająco okrągła, jak patrzę na łyse przecież głowy PROWADZĄCEGO i KOMENTUJĄCEGO to jest to tym bardziej wyraźne, że przypomina ona piłkę do rugby, więc mi się nie podoba.

(Brawa i śmiech na sali, MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY: Łatwo powiedzieć, jak się ma głowę pełną włosów (po czym wdaje się z KOMENTUJĄCYM w pogawędkę dotyczącą łysosci, po czym zwraca się do PUBLICZNOSCI) : Ale wiecie co? Stojąc tutaj obok niego przeprowadziłem oględziny i odkryłem, że na jego głowie jest dziurka.

(Histeryczny śmiech na sali, MĘŻCZYZNA wznosi oczy do nieba)

PROWADZĄCY: Wy tego nie widzicie, tylko ja to widzę. (do MĘŻCZYZNY:) Skąd ta dziurka?

MĘŻCZYZNA: Sam golę głowę…

PROWADZĄCY: Umiejętności nie dość dobre, trzeba ćwiczyć. Ale jeżeli uda ci się stąd wyprowadzić jakąś dziewczynę, to powierz jej to zadanie.

(histeryczny śmiech na sali)

PROWADZĄCY: Zobaczmy zatem filmik opowiadający o jego życiu.

(pokazują filmik, gdzie MĘŻCZYZNA w żółtym kasku na czaszce chadza po budowie, opowiada o tym, że z powodu pracy, jaką wykonuje był już w 187 miastach, dwa razy samolot, którym leciał miał awarię, a ostatnim razem to wyjął nawet kartkę i ołówek i zaczął pisać testament, smiechy Komentujących, gadki o tym, że nawet jak się go statkiem wysle na wycieczkę i tak go cos trafi)

PROWADZĄCY: numer 16, jakies pytania?

NUMER 16: Czy uważasz się za człowieka inteligentnego?

MĘŻCZYNA: Chciałbym być, cały czas się uczę.

NUMER 16: No, a czy nienawidzisz głupich ludzi?

MĘŻCZYZNA: Nie, nie nienawidzę, na przykład lubię głupie dziewczyny.

KOMENTUJĄCY: Gratuluję. Pytająca jest najgłupsza z nas wszystkich.

(histeryczny śmiech na sali, NUMER 16 też się śmieje. Jakby trochę głupio…puszczony zostaje kolejny filmik, pt.: „Pogląd na pieniądze”)

MĘŻCZYZNA (tym razem z ekranu): Większość mojej pensji składam na koncie. Jeśli chodzi o finanse mojej przyszłej rodziny, to mam pewną myśl – dopóki nie urodzi się dziecko każdy rozporządza swoimi pieniędzmi (większość lamp gaśnie), dopiero jak urodzi się dziecko, powierzam jej moje pieniądze. Chcę tak zrobić, bo mam swój powód – jeśli ona zabierze moje pieniądze i ucieknie z innym, bardzo mnie to zrani.

PROWADZĄCY i KOMENTUJĄCY (chórem): A co jeżeli ona po urodzeniu dziecka zwieje z Twoimi pieniędzmi i innym facetem?

MĘŻCZYZNA (kategorycznie): To niemożliwe.

KOMENTUJĄCY: A czemuż to? (kategorycznie) Całkowicie możliwe.

MĘŻCZYZNA: Wierzę, że nie.

PROWADZĄCY: Cóż za niepoparta niczym wiara.

MĘŻCZYZNA: Niezręcznie mi wam wyjawić powód.

KOMENTUJĄCA: Ale czemuż to, co w tym nieręcznego?

MEŻCZYZNA: Wierzę, że małżeństwo jest jedno na całe życie, inaczej to niepoważne.

PROWADZĄCY: Znam tylu ludzi, co tak mówili, a teraz już się rozwiedli, drugi raz pożenili. Czy zgadzasz się, że nie powinno się mówić tak kategorycznych słów?

MĘŻCZYZNA: Zgadzam się, ale mam swoje zasady.

(teraz to PROWADZĄCY wznosi oczy do góry, prosi NUMER 2 o zadanie pytania)

NUMER 2 – Jako kobieta łącząca w sobie piękno i inteligencję mam pytanie, czy zgodziłbyś się, aby być ze mną, przeprowadzić się z Chengdu do Nankinu, gdzie mieszkam?

MĘŻCZYZNA (kategorycznie): A to przepraszam, ale moim planem jest zabranie dziewczyny do Chengdu, nie zgodzę się na żadne przeprowadzki.

Numer 2 (kategorycznie): A to przepraszam, ja planuje zostać w Nankinie. (NUMER 2 gasi lampę, po niej gasi lampy jeszcze kilka NUMERÓW, zostaje już tylko 1 lampa, jakimś zrządzeniem losu NUMERU 14, tego, który wybrał MĘŻCZYZNA na początku)

PROWADZĄCY: Numer 14, czy masz jakieś pytania?

NUMER 14 (słodkim, zalotnym głosem): Chciałabym jeszcze posłuchać więcej o kandydacie.

(w odpowiedzi na ekranie zostaje puszczony filmik)

MĘŻCZYZNA (z ekranu) Mój ideał kobiety to: wzrost od 162 do 170 cm, waga do 52 kilo. Jeżeli zamierzasz przytyć, to 52 kilo to górna granica, która mogę zaakceptować. Chcę, żeby była dla mnie podporą w pracy i w domu a nie, żeby była nu qiangren – strongwoman (gaśnie ostatnia lampa – NUMERU 14, tego przecie, co wpadł MEŻCZYŹNIE na początku w oko! Tymczasem z ekranu nieprzerwanie płynie głos) Jeśli będzie zarabiała więcej ode mnie, miałbym wielkie poczucie klęski. Chciałbym, żeby była słodka i głupiutka, gdy czegoś nie rozumie, żeby przybiegała z tym do mnie. Gdyby było odwrotnie, miałbym wielkie poczucie klęski, twarz bym tak stracił, że nie dałoby się z powrotem przywiesić.

(Filmik kończy się, w studio leci podniosły motyw z Carmina Burana Carla Orffa, oznacza to klęskę MĘŻCZYZNY, żadne NUMER się na niego nie połasił)

PROWADZĄCY (do NUMERU 14): Czemu zgasiłaś lampę?

NUMER 14: Bo ja mam swoje zdanie, nie jestem małą słabą kobietką, w przyszłosci oznaczać to będzie różne spory. I jeszcze jedna, mała, malutka rzecz (pokazuje różowymi paznokciami, jak mała jest ta rzecz)- moje wymiary nie mieszczą się w Twoich wymaganiach.

(MĘŻCZYZNA opuszcza scenę przy dźwiękach melancholijnej muzyki pop, po wybiegu lata reklama sieci komórkowej, na banerze przy wyjściu do którego się udaje MĘŻCZYZNA lata reklama sieci komórkowej)

MĘŻCZYZNA (już zza sceny) : Przyczyną mojej dzisiejszej porażki było to, że moje poglądy na rodzinę i finanse były nieco inne niż poglądy uczestniczek. Ale jeśli w przyszłości będę szukał dziewczyny, to nie zrezygnuję ze swoich zasad i ideałów, bo bardzo je szanuję.

PROWADZĄCY (wciąż na scenie) Podczas programu odkryłem, że tak naprawdę to miał na czaszce trzy dziurki. Co za budzący strach koles.

(histeryczny śmiech na sali)

koniec aktu pierwszego

KURTYNA

PRZERWA NA REKLAMY

AKT DRUGI

(Te same uczestniczki. Znowu opuszcza się winda, na niej wjeżdża MĘŻCZYZNA 2. Wita się, przedstawia, mówi skąd jest, a jest z Hunanu, z Changsha. Wybiera na ekraniku w kształcie barchanowych gaci numer NUMERU, który wpadł mu w oko, następnie NUMERY proszone są o ocenę MĘŻCZYZNY. W odpowiedzi gasną 2 lampy – NUMERÓW 16 i 11)

NUMER 11: Przepraszam, ale ja lubię wyższych facetów, a jeśli są niżsi, ale by byli nieco przypakowani, to też ok, tak więc…(rozkłada ręce)

NUMER 16 (z kantońskim seplenieniem): Bo nie lubię Hunańczyków.

AKT DRUGI toczy się dalej, ale jakoś zapada

KURTYNA

20

12 2010

Hukou. Z reguły…

 

Nie lubię wymądrzać się na tematy, na których się nie znam. Na chińskim prawie, regulacjach nie znam się. Chińskie prawo i regulacje przerażają mnie. Każda reguła ma bowiem mnóstwo pod-reguł (i mówię tylko o tych oficjalnych, na-biurkowych a nie pod-biurkowych). Do tego, w myśl zasady zdecentralizowanego centralizmu, coraz więcej władzy w materii wyznaczania i egzekwowania regulacji przekazywane jest na coraz niższe szczeble – do władz lokalnych. To wszystko sprawia, że system prawa jest bizantyjski (chiński?) w swoim rozmiarze, zdefragmentowany, często niespójny, lub też zwyczajnie wewnętrznie sprzeczny. Jak bardzo, ukazują chyba najbardziej dobitnie konkretne historie prosto z życia – gdy to ostatnie próbuje się, znosząc niezliczoną ilość trudności, nagiąć, przetrwać w nieczytelnych regułach. Ale o tym za chwilę.

Tak więc nie znam się na prawie i na jego regulacjach. Ale zdaję sobie sprawę, że trudno opowiedzieć cokolwiek (chociaż kawałkami) dotyczącego dzisiejszych Chin bez wspomnienia o kilku regulacjach, które w wyjątkowo wysokim stopniu kształtują losy (obywateli) współczesnego ChRL. Jedną z nich jest system hukou. Hukou to system rejestracji ludności, ma bogatą tradycję sięgającą zamierzchłych czasów cesarstwa, systemy o identycznej nazwie działają i w Japonii i na Tajwanie, system hukou działał do niedawna w Korei. Jednak systemy te pozbawione są implikacji – o których za chwilę – charakterystycznych dla systemu hukou stosowanego w ChRL.

Gdy system hukou był wprowadzany w jego obecnej postaci (a liczy sobie już 50 lat) jasne było, że “darmową” opieką zdrowotną, dostawami, talonami, tym całym 福利 fuli, socjalem, który powinien być, bądź, co bądź wyznacznikiem “socjalistycznosci”, nie da objąć się wszystkich. Lepiej objąć tych, którzy przez życie w większej koncentracji, lepsze doinformowanie, wykształcenie etc. mogą stanowić ewentualne zagrożenie dla stabilności (jakkolwiek była ona rożnie definiowana) systemu, którzy mogą podnieść krzyk. Miejski, tzw nie-rolniczy hukou. Wies uznano za, bardziej niż miasto, zajęte głównie cięzką produkcją przemysłową, zdolną do samoutrzymania. No a jej mieszkańców za zbyt licznych, aby można było ich wyposażyć w przywileje. Rzecz jasna – i najważniejsza – rozproszoną, nieskomunikowaną, gadającą milionem dialektów wieś uznano za mniej zagrażającą porządkowi. Oczywiście o ile nadal.. pozostanie na wsi. Należało ograniczyć mobilność mieszkańców wsi, których przybycie do miast mogłoby zagrozić stabilności politycznej i stabilności centralnie planowanej gospodarki, dystrybucji dóbr i pracy. Hukou rolniczy, wiejski. System hukou – możesz pojechać na krótko do innego miejsca, ale za Twoje kartki na jedzenie (te akurat dostawali tylko mieszkańcy miast, ale ich przemieszczanie także należało ograniczyć) nic tam nie dostaniesz, służba zdrowia nie będzie cię leczyć, szkoła odmówi przyjęcia dziecka, oczywiscie nie możesz tam pracować – chyba, że zostałes przeniesiony z polecenia swojego danwei – jednostki pracy.

Tak było – mniej więcej do reform Denga. Później sytuacja stopniowo zaczęła się poluźniać, wraz z radykalną przemianą gospodarki i związanym z nią urynkowieniem wielu sfer, problemy z kartkami, całkowitym brakiem pomocy medycznej (dzis jest inny problem – zapłacisz – leczą), edukacją odeszły (choć te z edukacją nie do końca, o tym za chwilę) wraz z epoką, której były czescią. Możliwosć pracy w miejscu innym, niż to podane w hukou spowodowała, że przez Chiny, głównie w kierunku wielkich miast przy morzu, płynie gigantyczna ludzka fala. Wstępne oficjalne szacunki związane z realizowanym obecnie spisem powszechnych mówią o około 200 milionach osób, ale… Kto przemieszcza się na jakis czas do innego miasta, musi starać się o pozwolenie na pobyt czasowy. Kto nie ma, żyje w gigantycznej strefie cienia.
Możliwosć pracy jest, co nie oznacza całkowitego uwolnienia rynku pracy od hukou – wciąż działają regulacje, które w niektórych rodzajach danwei faworyzują bądź wręcz nakazują przyjmowanie do pracy osób z lokalnym hukou. To, oraz preferencje pozostałych pracodawców, którzy, nawet jesli nie związani regułami, nie chcą problemów z jakimis czasowymi pozwoleniami, no i wreszcie charakter migracji (w ogromnej czesci ze wsi do miast) sprawiają, że przybywający najczesciej mogą się imać jedynie prac niskopłatnych, fizycznych, których nie podejmie się ludnosć z lokalnym, miejskim hukou.

No własnie. Lokalny hukou, hukou rolniczy…. Zmieniło się dużo, ale są rzeczy, które po dzis dzień nie uległy zmianie. W obrębie systemu hukou każdemu z obywateli przypisywane są dwie wartości z dwóch różnych kategorii: pierwszą kategorią jest zatrudnienie (może być rolnicze albo nie-rolnicze) a drugą jest lokalność (hukou lokalny i nie). Krzyżując kategorie ze sobą otrzymujemy 4 możliwe sytuacje (klasy…)- hukou nierolniczy lokalny, nierolniczy zamiejscowy, rolniczy lokalny, rolniczy zamiejscowy. Kolejność nieprzypadkowa. Każda kolejna kategoria oznacza mniej praw. Zmienić hukou – bardzo trudno. Układając plany życiowe, marząc, szukając pracy, partnera, trzeba uwzględniać kwestię hukou (czyli, zmieniając język, kwestię swojego urodzenia…), patrzeć realistycznie.

Partner życiowy z pekińskim hukou to marzenie milionów. Dostęp do niespotykanych nawet dla osób z nierolniczym hukou z innych miast przywilejów (bo przywilejami z reguły obejmowane są całe rodziny np. zatrudnionego w odpowiedniej jednostce, a kogo w niej zatrudniać, jak nie osoby z pekińskim hukou?). Ale gdzie ktoś z pekińskim nierolniczym hukou spojrzałby na kogoś z jakaś inną kategorią hukou ? No, ewentualnie może być hukou nierolniczy zamiejscowy, którym mogą się wykazać np. osoby przeniesione z polecenia państwowej jednostki pracy – danwei,, czy ogólnie osoby przenoszące się do Pekinu z bardziej nobliwych niż chęć zarobku, powodów (albo potrafiące nadać swym powodom taki nimb). “Zdobędę żonę z pekińskim hukou!” – odgraża się po pijaku Zhou Ziwu, przyjezdny do Pekinu handlarz fałszywymi pozwoleniami i dyplomami (ma licencjat z lokalnej szkoły wyższej ze swojego miasta, no ale kto weźmie do normalnej roboty przyjezdnego z takim hukou?), jeden z bohaterów powieści Pod niebem, pomiędzy ludźmi (czyli po prostu Ludzki świat) autorstwa Xu Zechena. Starszy o kilka lat kuzyn słucha pijanego z pijacką i braterską wyrozumiałością, ale i zdziwieniem: “ja w jego wieku nie byłem aż tak szalony, to chyba jednak rożnica pokoleń…”.

No więc trzeba patrzeć realistycznie. Także na swoją pracę, karierę. Jesteś z dajmy na to, Shaanxi, jedziesz do Kantonu. Pracujesz tam 10 lat. Przez cały ten czas masz obcy hukou, więc nie przysługują ci prawa, które przysługują Kantończykom. Ale obowiązki “przysługują”, jak każdemu pracującemu. Tak jak Kantończycy np. płacisz składkę ubezpieczenia społecznego. Po 10 latach wracasz do domu, gdzie hukou twój i rodzina twa. Składka jest nietransferowalna. Zostaje w kasie kantońskiej. Ty masz 10 lat mniej składki (ale w sumie i tak się ciesz, że w ogóle masz jakaś, ludzie z rolniczym hukou z reguły nie mają żadnej). Dzieje się tak na skutek wspomnianej już wyżej wysoce posuniętej decentralizacji centralizmu. Obie prowincje mają nieprzystający system ubezpieczeń. Obie prowincje muszą wykazać się generacją dochodu – bo to ich źródło legitymizacji w oczach Pekinu.

Trzeba patrzeć realistycznie i na chorobę. Kto ma wiejski hukou, ten za leczenie płaci krocie, no bo nie ma ubezpieczenia. Gdy zachoruje na przewlekłą, wymagającą leczenia szpitalnego chorobę, jako, że na wsi brakuje odpowiedniej opieki, może się właściwie tylko udać do miasta i poddać leczeniu na własne pieniądze. Że jest to właściwie niemożliwe, o tym chyba nie trzeb nikogo przekonywać. I kiedys już pisałam o moim spotkaniu z taką sytuacją.

Trzeba patrzeć realistycznie i na starość. Kto ma rolniczy hukou, ten z reguły nie jest objęty ubezpieczeniem emerytalnym. Druga z wielkich regulacji, które jak żadne inne, wpływają na ludzkie losy, czyli tzw. jihua shengyu, znana u nas pod nie do końca trafną nazwą polityki jednego dziecka, dla nich, dla ludzi z rolniczym hukou, czyni jeden z, bardzo licznych zresztą, wyjątków: rolnik może mieć więcej dzieci. To one są jego polisą ubezpieczeniową na starość w myśl odwiecznej zasady 养儿防老 – yanger fanglao: chować dzieci by mieć opiekę na stare lata.

Dzieci. Też trzeba patrzeć realistycznie. Masz rolniczy, nielokalny hukou, pracujesz w obcym mieście. Twoim dzieciom, jeśli zabrałeś/zabrałaś je ze sobą, z reguły nie przysługuje edukacja. Z reguły – bo rzecz jest zasadniczo w gestii danego miasta – w Pekinie edukacja przysługuje – jak podkreślają z dumą Pekińczycy. Jednak mali obywatele na wstępie są segregowani – dzieci osób pozamiejscowych z rolniczym hukou, krótko mówiąc dzieci nongmin gongów uczęszczać mogą jedynie, o ile się bardzo słono nie zapłaci (a że się nie zapłaci, to też chyba jasne) do specjalnych, wydzielonych, często położonych w niedogodnych miejscach szkół, które oczywiście mają poziom daleko gorszy od “zwyczajnych” stolicznych szkół. Można też zostawić dziecko u krewnych, tam gdzie jego hukou i przyjeżdżać do niego w święta.

Trzeba patrzeć realistycznie i na śmierć. W wypadku samochodowym na ulicy Pekinu giną dwie młode kobiety, kasjerki z supermarketu. Rodzina jednej z nich dostaje mniej niż połowę odszkodowania, które dostaje rodzina tej drugiej. Powód: dziewczyna miała rolniczy hukou. Mieszkała w Pekinie od 7 lat, tutaj pracowała. Jedna z regulacji dotyczących odszkodowań stwierdza, że to hukou różnicuje wysokość odszkodowania. W telewizji siostra “wiejskiej” ofiary wypadku mówi zdecydowanym głosem: “wszyscy są równi w obliczu prawa!” i wymachuje Konstytucją, żeby to ona za nią przemówiła. Sąd drugiej instancji odrzucił odwołanie. Szansa na pójście do trzeciej, na wskóranie cokolwiek w takiej sytuacji, jest właściwie już tylko teoretyczna. Sędzia jednego z pekińskich sądów, który rozstrzygał podobną sprawę: “w tamtej sytuacji zarządziłem odszkodowanie jak po osobie z miejskim hukou, ponieważ ofiara od wielu lat żyła w mieście i prowadziła typowo miejski tryb życia”. Ale to nie jest regułą.

No więc życie gnie się, nagina i ugina w konfrontacji z regułą. Z reguły nie krzyczy przy tym, nie protestuje. To znaczy może i cos tam mówi, może i trochę protestuje, ale kanały którymi niesie się po kraju głos, tych słów z reguły nie niosą (albo sami krzyczący nie wiedzą jak dobrać się do głośnika – patrz zjawisko 信息鸿沟 – digital divide). No, chyba, że, coś się dzieje i potrzebny jest element przyciągający w programie publicystycznym – jak ta siostra z Konsytucją. Albo, ostatnio – gdy pożar wieżowca w Szanghaju wygasł, po kilku dniach przypomniano sobie, ze oprócz tego, ze przyniósł śmierć kilkudziesięciu Szanghajczykom, przyniósł smierć i pracującym przy feralnej konserwacji nongmin gongom, obojętnie, czy przestrzegali czy nie przepisów bhp . I to była historia medialna na parę dni. Artykuły krzyczały: “nongmin gongowie to ofiary takie same jak wszyscy inni!”

No ale dlaczego o tym wszystkim piszę? Narzekać, żeby narzekać? A nie. W ostatnim Nanfang Zhoumo, na pierwszej stronie, wpadł mi w oczy wielki tytuł: “Reforma hukou w Chengdu”. Chengdu jest obecnie w trakcie procesu, który zakończy się zniesieniem dualnosci jaką pociąga za sobą system rolniczego i nierolniczego hukou. Niby w Chinach w ostatnich latach kilka miast i obszarów podjęło starania na rzecz zniesienia tego podziału, ale, sądząc po tym, co przedstawił czwartkowy Nanfang, nikt jeszcze nie poszedł tak daleko. Bo – jak zaznacza tygodnik – słowa w dokumentach obywateli zmienić łatwo, ale dobrać się do tego, co jest esencją hukou – czyli do dramatycznej różnicy pomiędzy wsią a miastem – trudno. Chengu poszło o wiele dalej, niż tylko zaoferowanie przyjeżdżającym do Chengdu-miasta z jego wiejskich rejonów opieki zdrowotnej i społecznej, niż danie im prawa do kupna mieszkań i do prowadzenia innych działań, które mają na celu stałe, pełnoprawne zadomowienie się w mieście. Chengdu zajęło się wyrównywaniem poziomu życia na wsi i w mieście – nie tylko poprzez regulacje prawne znoszące przeszkody w leczeniu, edukacji, pracy, ale i poprzez inwestycje na wsi – budowę wiejskich przychodni, szpitali, odnawianie szkół, dofinansowywanie uprawy ziemi, które dla rolnika stanowić ma jednocześnie fundusz emerytalny. Żeby ludzie, bez strachu o starosć, o chorobę, mogli wybrać, co i gdzie chcą robić (co oczywiscie jest rodzajem inwestycji, jako że Chiny obecnie np. rozpaczliwie potrzebują, żeby obywatele przestali sciubić na czarną godzinę i zaczęli konsumować).

Oczywiście, jako, że mówimy o Chinach – poszerzenie obszaru wolności wcale nie kłoci się z rożnymi formami centralizmu. Tygodnik kilkakrotnie podkreśla, że tak dogłębna i dobrze zaplanowana reforma mogła być wprowadzona w dużej mierze dlatego, że od początku do końca był za nią odpowiedzialny jeden człowiek, Sekretarz Li Chuncheng. To on mówi urzędnikom: “Jeśli nie widzisz, co mógłbyś zrobić dla unifikacji systemu hukou, to znaczy, że nie nadajesz się na urzędnika”. To on odwiedza wioski i na wyrywki pyta tamtejszych urzędników: “Jakby pan w 8 słowach określił, czym jest dla pana idea unifikacji systemu hukou“. Gdy wiejski urzędnik stoi z otwartą buzią, bo nie wie, jak odpowiedzieć wielkiemu Sekretarzowi z miasta, ten bez słowa odwraca się na pięcie i odchodzi. Jak podkresla – idealistyczny jak zawsze – Nanfang, jeden z tak zapytanych wiejskich urzędników, najpierw ze strachu, że Komisarz spowoduje jego zwolnienie, a potem z autentycznego przejęcia, studiuje idee i pomysły reformy i powoli odkrywa nie tylko korzyści dla wioski i jej mieszkańców, ale także odkrywa w sobie wyższą, urzędniczą świadomość. “Do tej pory byłem zwykłym chłopem ze wsi, od tamtego momentu zacząłem się przemieniać w prawdziwego, świadomego urzędnika” – podkresla. Wkrótce sam wysunie pomysły, jak udoskonalić reformę wdrażaną w jego wiosce.

Dlaczego Chengdu? Nie jest ani najbogatsze, ani problemy wynikające z dualizmu hukou nie są tam najbardziej palące. Dlaczego? Bo centralizm jest zdecentralizowany. Parę lat temu rząd centralny zaczyna rozważać reformę. China Daily daje tytuł: “Mieszkańcom wsi zostaną przyznane takie same prawa jak mieszkańcom miast”. Zachód podchwytuje i pisze, że Pekin już niebawem zniesie w Chinach system hukou. Tak jakby zupełnie nie zdawał sobie sprawy, jakie koszta w skali kraju niesie za sobą to, co stanowi o istocie zniesienia: ubezpieczenia społeczne, zdrowotne, emerytalne, budowa szpitali etc. I ile i jakiej władzy leży w gestii władz lokalnych.
Kiedy i w jakim zakresie dualizm zostanie zniwelowany w skali kraju, nie wiadomo. Jedno jest pewne – Pekin niewątpliwie chce poznać lepiej korzyści i zagrożenia wynikające z ewentualnej reformy, zrobić (kontrolowaną a nie chaotyczną) burzę mózgów. Wyznaczył więc kilka “ważnych terytoriów i kluczowych obszarów”, które mają opracować szczegóły i zacząć wdrażać reformę, pośród nich właśnie Chengdu. Od tej chwili staranne przygotowywanie, aktywność, pomysły, kreatywność, staną się częścią legitymizacji władz Chengdu w oczach Pekinu. Na terytorium Chengdu wytypowane zostaje kilka wiosek, które mają zacząć wprowadzać nowy system opieki zdrowotnej, emerytalnej, dopłat do uprawianej ziemi etc. Postępy sledzą media, w tym i Nanfang.

Patrząc na to, nie sposób nie mieć skojarzeń z innym wielkim eksperymentem, sprzed trzech dekad. Reformy ekonomiczne Denga, które wprowadziły elementy gospodarki rynkowej (dzięki którym możemy dziś obserwować m in. właśnie zderzenie systemu hukou i olbrzymich ruchów migracyjnych w obrębie kraju), choć u nas kojarzą się głownie ze specjalnymi strefami ekonomicznymi i fabrykami, też zaczęły się tak naprawdę na wsi. Wybrano wówczas w tajemnicy jedną wieś, Xiaogang w prowincji Anhui, rolnikom, zobowiązanym do dotrzymania tajemnicy, pozwolono za zawieranie kontraktów na dostawy produktów rolnych, z których dochód miał iść bezpośrednio do domów (tzw. 家庭联产承包责任制). Wprowadzenie pewnego obszaru wolnosci ekonomicznej, gigantyczne zwiększenie plonów, wzbogacenie się rolników objętych sekretnym planem w końcu wyszły na jaw i stały się pierwszym przykładem nowej ery wielkich zmian. Dziś, przy uwadze mediów, na oczach wszystkich, odbywa się eksperyment w Chengdu. Jak mówi (używając 8 słów, tak jak chciał Sekretarz Li) w podsumowaniu artykułu jeden z ekspertów, spytany przez Nanfang o prawdziwe znaczenie reformy: “还权赋能, 农民自主” – zwrócenie praw, powierzenie możliwości, samodecydowanie rolników.

P.S. i koniec i bomba a kto czytał…temu bardzo dziękuję, bo to chyba jak dotąd najdłuższy artykuł na tym blogu.

04

12 2010

Does the pot…

 

Mam nadzieję, że Czytelnik miły, podobnie jak i ja sobie, daje mi prawo do napisania na blogu – od czasu do czasu – jakichs glupot. Głupot jak głupot – ale przynajmniej czegos, co nie ma jawnego/ukrytego sensu, nie jest pisane po Cos choćby przez srednie “C”. Bo dzis chcę sprzedać po prostu impresję estetyczną bez wniosków z niej płynacych. I już. O engrishu i jego źródłach pisałam już kiedys, teraz miłemu Czytelnikowi proponuję jedynie wspólną kontemplację napotkanych dzis przeze mnie w menu jednej z pobliskich syczuańskich knajp kilku apetycznych engrishów. Engrish jest engrishem jest engrishem, jest engrishem… a już w szczególnosci engrish z menu różnych knajp. Choć – tu muszę złożyć samokrytykę – kontemplacja ze mną, to komtemplacja kulawa, zaczynajaca się nie tam, gdzie trzeba. Lata tkwienia w systemie edukacyjnym o okreslonym profilu sprawiły, że zostałam w dużej mierze pozbawiona możliwosci relatywnie czystej (acz, oczywiscie, intencjonalnej), niezabarwionej obserwacji – trudno mi dokonać epoché, trudno dostrzec, choć na chwilę, strumień. A co gorsza, najwyraźniej mogę o tym mówić jedynie mniej więcej tak, jak powyżej (i poniżej). No więc nieszczęsnym noematom dowalam od razu np. siatkę kategoryzacji. Nie inaczej stało się i dzis, gdy czekałam na obiad. W wyniku tej operacji wyróżniłam kilka kategorii występujących w menu knajpy “Syczuańskie Przekąski” engrishów. I tak, otrzymałam, co poniżej:

1. Ekstremistyczne/przemoc władzy:
Palace explodes the diced chicken
2. Aktywizacja zawodowa grup nieuprzywilejowanych:
The pork cooks the starch noddles
3. Konfrontacja, przemoc:
The shredded meat shiitake mushroom burns the dried bean curd
The sauce explodes the diced chicken

3.a Konfrontacja, przemoc – przesladowania mniejszosci:
The meat fries the auricularia auricula
4. Czysto teoretyczne:
Unwearied effort however mutton
5. S-f
Old vinegar hibernation of insects head
6. House & trip-hop:
Halogen musk-duck gizzard
7. Czysto retoryczne:
Does the pot pig’s intestines
8. Retoryczno-społeczne (tożsamosciowe):
Does the pot chicken duck to be mixed
9. Retoryczno-kokieteryjne:
Does the pot chick
10. Dermatologiczny suspens:
The flavor pulls the skin
11. Narracyjne:
The peasant family slightly fries the meat
12. Narracyjno-lifestyle’owe:
The grand mother is drunk the fish
13. Całkowicie straszne:
Shiitake mushroom rape

P.S. Ogłaszam konkurs dla tych, co znają/lubią chińską kuchnię i chcą do kontemplacji dodać rozrywkę rodzaju szarada – kto prawidłowo rozszyfruje największą liczbę nazw wymienionych powyżej dań – dostanie piękną nagrodę: miły usmiech i cieple słowo.

Tags:

16

11 2010

Moim ojcem jest Li Gang, cd.

 

Dwa posty wczesniej, we wpisie “Przejechać policjanta. Próba analizy językowej” pisałam o niejakim Li Qimingu, który wsławił się tym, że po potrąceniu z dużą prędkoscią w bramie uniwersyteckiej dwóch studentek (jedna zmarła, druga została ciężko ranna), odjechał z miejsca wypadku i poszedł się bawić. Przybyłym policjantom oswiadczyl zas: “Czy wiecie kim jest moj ojciec? Moim ojcem jest Li Gang, mogę was oskrażyć”, po czym zajął się użalaniem nad szkodami, jakie wyrządził wypadek jego samochodowi. Pisałam też, że same słowa “moim ojcem jest Li Gang” zrobiły zawrotna karierę, z miejsca stały się nazwą zbiorczą dla okreslenia zuchwałosci i poczucia wszechmocy (niczym z gier komputerowych) 官二代 i 富二代, drugiego pokolenia dzieci urzedników i bogaczy. Słowa te najpierw obudziły gniew a teraz, po dwóch, trzech tygodniach są pożywką dla całych tabunów żartów, smiechów i dowcipów galopujących po Chinach, jak one długie i szerokie. Oto najnowsza próbka, akurat nie internetowa, dzis uslyszana:

Tłok w autobusie. Jeden z pasażerów następuje drugiemu na nogę.

Nadepnięty: “Przepraszam, czy twoim ojcem jest Li Gang?”

Nadeptujący: “Nie”

Nadepnięty: “To może Li Gang to twoja matka?…”

Nadeptujący: “Nie”

Nadepnięty: “A to może w takim razie ktos z rodziny, z krewnych?”

Nadeptujący: “też nie”

Nadepnięty: “A to #$%$^%* masz!!”  — po czym nadeptuje z całej siły nadeptującego


* #$%$^%* w oryginale niepochlebne wyrażenie odnoszące sie do matki adresata wypowiedzi

P.S. I z powrotem przeskok na tragiczną stronę. Li Qiming i jego ojciec Li Gang wyrażają skruchę i przepraszają (warto kliknąć i zobaczyć, w jaki sposób to robią, szczególnie ojciec). Co ciekawe, Li Qiming nie przeprasza za ucieczkę z miejsca wypadku i za przekonanie, że stał ponad prawem, a Li Gang nie przeprasza za to, jak wychował syna. Obaj przepraszają za spowodowanie śmierci i kalectwa oraz za ból, jakiego doświadczają rodziny poszkodowanych.

08

11 2010

Mur. Alternatywne scieżki klasy sredniej

 

Pekińska jesień, hebejska jesień (Pekin – nienależący administracyjne do Hebei – znajduje się w samym środku Hebei niczym dziurka w pączku z dziurką) to jesień słynna. Pekińska złota jesień, hebejska złota jesień. Od połowy października po pierwszy tydzień listopada, lud stolicy czyni przygotowania, bierze aparaty, plecaczki i wyrusza oglądać hongye – czerwone liście. Telewizja i internet na bieżąco śledzą sytuację czerwonych liści, gdzie są w danej chwili najbardziej czerwone. Lud stolicy przeważnie jeździ zatłoczonym ponad granice wytrzymałosci autobusem lini 331 w Pachnące Góry – Xiang Shan, leżące w obrębie metropolii, z kolejką linową i kilkoma światyniami (po części zostały tylko ruiny w wyniku działań wojsk angielsko-francuskich podczas wojen opiumowych). “Liście się czerwienią, tłumy przybywają podziwiać” – tak reklamują Pachące Góry swoje “Święto Złotych Liści”. Jako, że hasło to wywołuje we mnie głównie przerażenie a nie chęć przybycia, widocznie nie jestem targetem tej reklamy, więc i nie mam co porywać sie na produkt. Na podziwianie czerwonych liści wybieram więc miejsce gdzie tłum nie przyjedzie podziwiać, bo jak już tam wlezie, to tłumnie spadnie.

Na północ od Pekinu jest wiele miejsc, gdzie można wejść na Wielki Mur. Są to przeważnie malutkie odcinki Muru starannie odnowione/odbudowane, z urządzeniami w stylu magnetycznych bramek  i kolejek linowych. Koszulki, czapeczki, cuda na kiju. Turysta może przejść się 20 minut takim Murem i tylko ogarnąć wzrokiem/aparatem cześci Muru zamknięte dla publiki.

Wiekszość Muru jest  zamknięta dla ruchu turystycznego. Obsypujące się kamienie, strażnice w ruinie. Krzaki, kwiatki, woda, słońce w milczącej zgodzie odbierające metr po metrze temu dziełu kultury to, co należne naturze, czyli górską grań. Jiankou jest właśnie takim miejscem. Uznawany za jeden z najbardziej malowniczych odcinków, oficjalnie zamknięty dla ludzi, nieoficjalnie coraz częstszy kierunek wypraw chińskich i nie tylko luyou (luyou – dosl. “przyjaciel osiołek”, od noszonych plecaków, ale i homonim 旅游 – podróż). Do wioski u stóp Muru jeżdzi tylko jeden autobus dziennie i to nie bezpośrednio z Pekinu, najpierw trzeba wydostać się do oddalonego o jakieś 1.5 godziny jazdy od stolicy Huairou.

Jazda w sumie, z przesiadką i błądzeniem po Huairou celem znalezienia miejsca, skąd odjeżdża autobus do wioski u stóp Muru, zajmuje ok. 4.5 godzin, choć to w sumie chyba niewiele ponad 100 km. Gdy jeżdzące do wioski raz dziennie banche wspina się sapiąc po górach, widzę, że wybrałam dobrze. Rude liście, liście czerwone, bordowe, żółte. W autobusie kilku mieszkańców wioski i, oprócz mnie, 5 kolesi z plecaczkami i w polarach. Chińscy luyou. Banche przejeżdża przez przełęcz i wtedy widzę dolinę. W dole szare dachy wioski otoczonej górami jak koroną. A korona obrębiona szarym paseczkiem – to Mur. W wiosce sporo samochodów na pekińskich rejestracjach, mam problem ze znalezieniem miejsca na nocleg (autobus dopiero jutro rano!). 4 z 5 ludzi w polarach to koledzy, byli wspólnie razem na studiach, teraz razem jeżdżą. Pomagają mi znaleźć miejsce noclegowe, w wyniku ich prósb, dostaje mi się pokój, do którego wchodzi się prosto z patio, z 6 osobowym kangiem na mnie jedną.

Tych czterech – przyjeżdżają regularnie, znają drogę. Zawsze zżymałam się na chińskie mapy, zwłaszcza terenów pozamiejskich. Że brak skali, że dróżka i strumyk wyglądają na nich tak samo, że obiekty nie są zaznaczone punktowo, tylko po prostu w białym miejscu gdzieś pomiędzy wsią A a wsią B wkleja się wielki napis “ruiny światyni X” a ja potem jeżdzę po jakichś polach jak głupia rozganiając stada owiec w poszukiwaniu zabytku. Teraz patrzę jak czterech dage – “braci” – sprawnie korzysta ze swojej wydrukowanej z internetu mapki, która wygląda jak kilka makaroników mixian rzuconych luźno na kartkę. Tu jest wejście, tu podejście, tu się okrąża i schodzi połnocnym stokiem do wioski – wskazują na makaroniki na mapce. Wiem, że Mur Jiankou może być niebezpieczny, że część jest nie do przejścia, że część się zawaliła, większosć osypuje. Jemy prosty obiad na patio. Idę z nimi.

bDSC01274

bDSC01076

bDSC01236

bDSC01175

Mur Jiankou jest w ruinie. Przyroda zabiera po cegiełce, po kamyku to, co wnieśli na górę w skrajnym trudzie budowniczy z czasów dynastii Ming. I na miejscu zasiewa rośliny, zagnieżdża ptaki. Korzenie drążą pomiędzy kamieniami, rozrywają zaprawę sprzed prawie 650 lat. Deszcz sączy się  przez kamienne sklepienia strażnic, spływa kamiennymi rynienkami. Gdy strażnica się wali, wprowadzają się do niej węże i jaszczurki. Rok w rok woda deszczowa zamarza jesiennymi nocami w szczelinach, rozsadza je. Ale zważywszy czas od jakiego mur stoi nienaprawiany, zanurzony w dziką górską przyrodę, to i tak cud, że w ogóle stoi. Jeden z braci wodzi palcem po zaprawie pomiędzy mingowskimi cegłami – “to zaprawa guren, starożytnych” – mówi z szacunkiem – “współczesna nigdy by tyle czasu w takich warunkach nie przetrwała”.

bDSC01171

bDSC01098

bDSC01058

bDSC01044

Na murze niespodzianka (dla mnie) – mnóstwo ludzi. Ale bardzo różniących się od typu opisanego przez mnie kiedys we wpisie Homo viator sinensis. Cześć z nich ma wielkie plecaki, karimaty, część z nich rozłożyła je w ruinach strażnic, wyciagnęła kuchenki turystyczne, garnki, warzywa i skupiona przy ogniu gotuje. “Spędzą tutaj noc” – mówi jeden z braci. “My też spaliśmy tutaj latem, w strażnicy pod gołym niebem – ale dziś w nocy będzie zbyt zimno, nie mamy sprzętu”. Sprzęt. Tu nie ma butów na obcasie, ani nawet trampek. Wszyscy w butach górskich. Nie ma torebek na ramię. Są plecaki. Część idących ma czekany a nawet liny. Wiem, że część Jiankou jest wspinaczkowa i uznawana za nadającą się dla doswiadczonych amatorów gór.

bDSC01074

 To, co dookoła, nie da się opisać. Już nawet sama przyroda byłaby warta, żeby tu przyjechać. A Mur – największe ruiny świata, melancholia opuszczonych strażnic, kamiennych rynien po których od stuleci spływa deszcz, strażnice leżące w dole w formie rumowska porośniętych przez rośliny kamieni. To jest coś, co onieśmiela. Nigdzie, w żadnym wypieszczonym zabytku klasy AAAAA , nawet najcenniejszym historycznie, nie widać tak monumentalnosci przemijania wielkich epok. Ona tutaj chwyta za gardło.

bDSC01202

 Gdy tak idziemy, zdaje sobie sprawę, że to pierwsze miesce pełne chińskich turystów, gdzie nikt nie prosi mnie o wspólne zdjęcie (w miejscach takich jak sławne góry, np. Huangshan czy Taishan mam problem z wchodzeniem, bo średnio co 2 minuty muszę wytrącić się z trudem zdobywanego rytmu, zatrzymać się i zapozować, odpowiedzieć z zadyszką po raz 42398479283 na pytanie skąd jestem i skąd tak dobrze znam chiński). Luyou są skupieni ma Murze. Owszem pozdrawiają się, pomagają sobie, rozmawiają, ale nienachalnie, widać, że każdy próbuje jakos Mur przeżywać.

A skupienie się przydaje. Gdy dochodzimy pod miejsce zwane Orzel Wzlatujący ku Górze zaczynam rozumieć, jak to się dzieje, że co roku kilka osób żegna się na Jiankou z aktualnym wcieleniem. Ścianka jest pionowa, jest fragmentem obsypanego Muru. W szczeliny, gdzie zaprawa się wykruszyła, wpasowuje się palce, stopy szukają jakiegokolwiek punktu zaczepienia, co nie łatwe, bo stare cegły potwornie wyslizgane. Na dole grupka luyou: “prawa stopa odrobinę do góry i w prawo, powoli! powoli!” – sekundują. Gdy wreszcie udaje mi się pokonać ściankę, na górze czeka już dwóch z czterech braci w podróży – teraz droga ku Wzlatującemu Orłowi jest już wolna, za chwilę bedziemy, cieszą się.

 Orłów już nie ma. Są za to wielkie wrony. Siadamy na ruinach sklepienia strażnicy i patrzymy jak ptaszyska krążą poniżej nas na tle rudych gór i szarego kamiennego łańcuszka poprzerywanego bujnymi krzakami. Na łańcuszku gdzieniegdzie kolorowe punkciki – to gorteksowe kurtki, polary i plecaki luyou. Pachną liscie, pachną zioła, trawy. W dole szare dachy wioski i dym z pieców unoszący się z kominów. Cisza.

Na szczycie spotykamy piątego z pasażerów autobusu. “Nie schodźcie stąd Murem, to da się zrobić tylko z linami a do tego to skrajnie niebezpieczne, bo Mur się obsypał i teraz schodzi się po rumowisku” – mówi. To facet z Dalian, około 40 letni. Bracia – o dekadę od niego młodsi, biurowo-cherlawi, patrzą z podziwem na gladiatorskie wezły mięśni, które zarysowują się pod  T-shirtem Daliańczyka i z miejsca akceptują go jako nowego przywódcę grupy. Konsultują chwilę wydrukowaną z internetu mapkę przypominającą plataninę nitek makaronu i uzgadniają, że trzeba zejść z grani-Muru przejsc zboczem góry, pomiędzy drzewami, a potem ponownie wspiąć się na Mur. Buty górskie szurają w czerwonych liściach, na chwilę tracimy z oczu Mur, bo idziemy lasem. Ścieżka momentami niknie w stertach liści.

bDSC01035

bDSC01090

bDSC01231

bDSC01518

Wracamy do wioski po 5 godzinach od wymarszu. Z wioski w dolinie patrzymy na drogę granią/Murem i wydaje się śmiesznie krótka, to nawet nie 20% widocznego z wioski na koronie gór Muru. Pionowy odcinek również nie wydaje się z dołu trudny.

W gospodarstwie są już inni luyou. Łączymy stoły i wnosimy je do jednego z pokoi, żeby było cieplej. Cześć osób siedzi na kangu, część przyniosła krzesła. I tutaj Daliańczyk wiedzie prym. “Starszy bracie, jak wyćwiczyłeś takie mieśnie?”, pyta się jeden z luyou nie kryjąc fascynacji i podziwu. “O, wiesz, ja do 35 roku byłem typowym gryzipiórkiem, tylko biuro-dom, biuro-dom, miałem cienkie rączki zdatne do pisania na komputerze i tyle” – zaczyna opowieść. “Potem zaledwie jednego roku odeszli oboje moi rodzice. Wtedy pomyślałem – co oni mieli z życia? Całe życie tylko się poświęcali dla innych – najpierw dla swoich rodziców, potem dla dzieci. Czy byli szczęśliwi? Nigdy nie zadałem im tego pytania, nie miałem odwagi i nie zdążyłem” – mówi. Tu nikt go nie zna, przyjechał sam, jest życzliwie i anonimowo, może mówić otwarcie. “I pomyślałem, że ja chcę trochę pożyć dla siebie, znaleźć w sobie trochę egoizmu, poszukać tego, co mnie cieszy, a nie co cieszy rodzinę czy przełożonych. I wtedy zobaczyłem, że sport daję mi ogromną satysfakcję. I zacząłem mocno ćwiczyć”. Reszta kiwa głową. “Nie chcę na starość żałować, że nic z życia nie miałem”. Dlatego też starszy brat z Dalianu, gdy tylko ma chwilę, wyrywa się z białego kołnierzyka i jedzie. Na Mur, w góry. Poprzednio spał na strażnicy. “Chciałem doświadczyć tego, co guren doświadczali będąc tam, na górze” – mówi.  ”Spałem w strażnicy, bez namiotu, pod gołym niebem, patrzyłem na gwiazdy, na jakie i guren patrzyli podczas warty, słuchałem szelestów jaki i oni słyszeli, paliłem ognisko, tak jak i oni palili nocami, to wielkie szczęscie móc zrobić cos takiego”. Reszta kiwa głowami. Rozumie, skąd biorą się takie pomysł i pragnienia. Rozmowa schodzi – (no dobra, trochę za moim udziałem) na to, czy w Chinach łatwo mieć alternatywne marzenia i dążenia. Niełatwo – wszyscy są zgodni. Niełatwo powiedzieć, że nie zależy mi na nowym samochodzie, bo ten przecież jeździ, więc jest ok, nie łatwo przyznać, że marzy się nie o spaniu w 5 gwiazdkowym hotelu, ale o nocy w strażnicy Wielkiego Muru jak guren. Dage z Dalianu może sobie na taki ekscentryzm pozwolić – jest ważną figurą w firmie produkującej maszyny, firma wysłała go nawet na parę lat do Japonii. Ten wyjazd także przyczynił się to tego, że dostrzegł, jak ludzie, osiągnąwszy wysoki status materialny i społeczny, zaczynają poszukiwać tego, co ich cieszy. Patrzył ze zdumieniem, jak starsze kobiety po odchowaniu dzieci i po całym życiu służenia mężowi i rodzinie nagle żądają rozwodów, zapisują się na milion kursów, zaczynają poszukiwać hobby, realizować marzenia. “Ja nie chcę przerywać tego, co mam, chce to tylko uzupełnić, żeby potem nie żałować” – mówi dage. Reszta kiwa głowami i widać, że myśli podobnie, że to ich tutaj sprowadziło. Kang jest fałszywy (ech…), w środku nie ma pieca, na owczym filcu leży kocyk elektryczny. Betonowa podłoga, betonowe ściany, niskie okna. Dookoła stołu kilkanascie osób. Na stole 65 procentowe erguo tou i kilkanaście talerzy prostych wiejskich, połnocnych dań (pani domu smaży je w kuchni obok na węglowej kuchni i donosi na bieżąco).  Żarówka pod sufitem. Na północnej stronie patio główna częsć dwuskrzydłowego domostwa, tam mieszkają gospodarze. Przez niskie okienka widać wnętrze oswietlane mdłą lampą, portret Mao i kalendarz z pomyslnymi znakami na ścianie. Syn i mąż gospodyni siedzą na kangu i patrzą w telewizor. Za domami czarny cień gór i Muru.  Melancholia wioski dongbei, Północnego Wschodu.

Potem rozmawiamy jeszcze o wielu rzeczach, bo luyou są bardzo ciekawi świata. Skąd się biorą ekstremizmy, po co ludziom sekty jak ta jedna, wielka, budząca tutaj takie przerażenie, a nawet czemu w Polsce jest tak silny kult maryjny (rozmowa bierze się stąd, że jeden z luyou zadaje pytanie: “to wy tam macie tę religię, co czci Maryję i Jezusa?”  Trzeba przyznać, że wyjątkowo mu się udaje to sformułowanie). Jak to jest, gdy są wybory, co się w Polsce stało z postkomunistami etc.

Nocą na podrabianym kangu jest – zgodnie z przewidywaniami – potwornie zimno. Rano gdy udaje mi się wypełznąć i dojsć do kuchni, biorę przygotowaną na na palenisku bułkę mantou, zagryzam kiszonymi warzywami, popijam kleikiem. Idę przez wioskę, ogrzewam ręce plastikowym kubkiem z gorącą wodą. Szybko stygnie, jest zimno. Dynie, kukurydza, papryczka – suszą się pod dachami, na parapetach. Nie mogę się powstrzymać i biegnę przez wioskę i przez pola w kierunku Muru. Zdaże jeszcze na chwilę. Wspinam się, siadam na częsciowo zawalonym kawałku. Dziś jest mgła, wlewa się w ruiny, wcedza się pomiędzy kamienie.

Gdy wracam, przy dróżce widzę trzech z moich towarzyszy podróży stojących pod drzewem i patrzących ze skupieniem w górę. Drzewo szeleści i się porusza. Też zadzieram głowę. Na drzewie najstarszy z dage – zrywa shanzha, małe owoce kształtem przypominające jabłko (smakiem trochę też, tylko bardziej aromatyczne i cierpkie, zrobiłam z shanzha wczoraj marmoladę i jest ona mistrzowska!). Wracamy. Przyjeżdża sapiące zielone banche. Kilka goreteksów i polarów już czeka na kawałku ubitej ziemi pośrodku wioski. Więcej wróci po kolacji samochodami. Jutro dzień pracy, po wizycie na Murze jedni i drudzy będą mieli wiecej sił i entuzjazmu żeby zasiąść za biurkami. Pomyślą, że dzis własnie zarabiają na wysokiej jakosci namiot do nocowania w ruinach mingowskiej strażnicy albo na sprzęt potrzebny do zejścia północną stroną Orła Wzbijającego się ku Górze.

bDSC01129

bDSC01209

 bDSC01478bDSC01263bDSC01115

bDSC01398

Pod pokrywką robią się bułko-placki mantou:bDSC01286bDSC01590

W przypadku zdjęcia powyższego polecam powiększenie. Zdjęcie poniższe – w tym domu już nikt nie mieszka, służy za spichlerz i komórkę:bDSC01598bDSC01425

I w przypadku zdjęcia powyżej warto powiększyć – nie żeby z bliska popatrzeć na kukurydziane szczyty, ale żeby zobaczyć obrębienie grani szczytów na dalszym planie – Mur.

04

11 2010

Przejechać policjanta. Próba analizy językowej

 

Granice mego języka są, jak wiadomo, granicami mojego świata. Przy czym chodzi nie tylko o granice zewnętrzne, ale także i wewnętrzne. O kategoryzacje, klasyfikacje, stereotypizacje. To jest dziecko, to dorosły. To lud a to wróg. Albo współczesniej – kto lud a kto bogacz. Ostatnio towarzyszyłam delegacji z Polski. Zdziwili sie, gdy im powiedzialam, ze lao baixing – dosl. “100 starych nazwisk“, bynajmniej nie oznacza  żadnej szlachty, elity, ale zwykłych obywateli, chińskich Kowalskich. Chiny od czasu do czasu omiata oburzenie (wywoływane, nagłaśniane i skupiane w internecie tak, że osiąga nową jakość) na weiqu – niesprawiedliwość, krzywdę, jaką doznaje ktoś z laobaixing od przedstawicieli “wyższych warstw” społeczeństwa. Żona oficjela tratuje beemką niewielki motoro-traktor, jakich pełno na wsiach, jadące na nim małżeństwo rolników ginie. Luksusowy samochód bogacza zabija na przejściu dla pieszych ubogiego studenta ze wsi i nie zatrzymując się, odjeżdża. I co szczególnie wywołuje oburzenie – po wypadku, czy też lepiej, po złapaniu, sprawcy uderzają w ton: “nie wiesz, kim jest mój ojciec/mąż…” etc. W pazdzierniku tego roku te przypadki doczekały się wspólnego, hasłowego określenia. Zwane są teraz zbiorczo: “moim ojcem jest Li Gang”. Ów Li Gang to wiceszef jednej z jednostek policji w jednym z miast Hebei. Jego syn, autor tych słów, wjeżdzając z wielką predkością na uczelniany kampus potracił w bramie dwie studentki. Siła potrącenia jest tak wielka, że wyrzuca ofiary w powietrze, jedna ginie, druga jest ciężko ranna. Sprawca nie zatrzymuje się, jedzie  po swoją dziewczynę, potem idą się bawić. Gdy w końcu znajduje go policja, padają słynne już słowa: “Popatrzcie na mój samochód, jest uszkodzony. Moim ojcem jest Li Gang. Mogę was oskarżyć. “. Dziś, zaledwie 2 tygodnie po tym zdarzeniu, Baidu, główna wyszukiwarka Chin, wyrzuca 429,000 rekordów związanych z hasłem “moim ojcem jest Li Gang”. Oprócz oburzenia, te słowa wywołują i śmiech – z głupoty i buty “官二代”- guan er dai rozpieszczonych jedynaków drugiego pokolenia rodzin oficjeli. Śmieją się w Hebei, śmieją się w innych prowincjach, gdzie jakiś wiceszef jakiejś komórki policyjnej w jakimś mieście dalekiej prowincji, jest nikim. “Moim ojcem jest Wiesław Brzęczyszczykiewicz”. No i?

Fala w internecie każdorazowo rośnie, czasem trochę wody z tej fali gdzieś znika w jakimś zbiorniku retencyjnym, pojawiają się wtedy nowe wpisy: “och, mój wpis chyba przez pomyłkę zniknął, dam jeszcze raz”.

Gdy tym razem w Changchun na północy kraju kierująca samochodem terenowym młoda kobieta potrąca policjanta, historia ma trochę inny odcień. I nie chodzi o to, że policjant - nawet zwykły z drogówki – nie jest zwykłym laobaixing, ktoś za nim stoi. Chodzi o te słowa: “O, jak żyje to ok, będzie łatwiej to załatwić”. Słowa przedostają się do mediów i wywołują burzę. Słowa te wypowiada nie sama sprawczyni, ale jej ojciec, który szybko zjawia się na miejscu zdarzenia. Czyli butę prezentuje nie tyle “富二代” (fu er dai - drugie pokolenie bogaczy), tylko ci, którzy je wyhodowali. Ale na mnie osobiście mocniej działają inne słowa, a właściwie to cała masa słów - wypowiadanych następnie w mediach przez rodziców sprawczyni wypadku, ale i stosowanych przez same media. Ale po kolei.

Jednokierunkową ulicą pod prąd jedzie terenówka. Policjant zatrzymuje pojazd. Za kierownicą młoda kobieta. Zaraz po zatrzymaniu kierująca pojazdem chwyta za telefon, gdzieś dzwoni. W tym czasie noga ześlizguje jej się z hamulca na…gaz. Terenówka rusza skokiem do przodu. O tym, że stojący przed pojazdem policjant znalazł się pod kołami, kierująca dowiaduje się od krzyczących przechodniów. Na miejscu zdarzenia stawia się niemal natychmiast ojciec kierującej (widocznie to do niego dzwoniła). Policjant leży na drodze i nie daje znaku życia. Ktoś z tłumu dzwoni po karetkę. Policjant odzyskuje przytomność. I wtedy padają słowa, które oburzyły Chiny. ‘没撞死就好办’-dosł. “nie potrącony na śmierć to będzie lepiej załatwiać”. Powiada ojciec i zabiera się do pocieszania jedynaczki.

Słowa. Mnie osobiście bardziej poraża sposób, w jaki się sprawę relacjonuje, jak buduje się medialnie wewnętrzne granice, w których umieszcza się to zdarzenie. “Według jednego ze świadków, dziewczyna nie potrąciła policjanta umyślnie,[...] dziewczyna widocznie była świeżo upieczonym kierowcą i nie była obeznana z regułami ruchu jednokierunkowego”. To jeden z portali. Pomijając przerażenie, jakie może wywołać przypuszczenie, że świeżo upieczony kierowca może być nie obeznany z zasadami ruchu jednokierunkowego (to co w przypadku ruchu dwukierunkowego??), cóż po moim tłumaczeniu, jak tego słowa, o które mi chodzi, nie da się dobrze przetłumaczyć na polski. 女孩 – nuhai- to nie jest dokładnie dziewczyna. 女 to kobieta, 孩 to dziecko. “女孩” w języku chińskim oznaczało do niedawna po prostu dziecko płci żeńskiej. Bambina. Osoby dorosłe zaczęto określać tym mianem najpierw na Tajwanie. Jeszcze kilka lat temu tutaj, na kontynencie, nazwanie młodej osoby, ale już nie dziecka, 女孩 nuhai czy 男孩 nanhai (chłopcem) wywoływało uśmieszki, posądzenia o uleganie zmiękczonej, wydelikaconej, ulukrowanej kulturze z Tajwanu. Dla mnie to wyrażenie do tej pory brzmi tak miękko (choć na Tajwanie spędziłam sporo czasu), że widzę się od razu nieśmiałą, delikatną buzię dziecka. Matka sprawczyni wypadku tłumaczy: “ona jest jeszcze dzieckiem, jest jeszcze mała i do tego jeszcze się uczy”. Media, choć nie kryją swojego oburzenia na postępowanie ojca, choć przestrzegają przed lekceważeniem zjawiska “moim ojcem jest Li Gang” , choć lamentują nad rozpieszczonymi jedynakami i ich moralnością,  to jednak wtórują rodzicom w udziecinnianiu sprawczyni: “nuhai cofała”, “ojciec nuhai natychmiast pojawił się na miejscu”. Za pomocą języka budują wrażenie, że mamy do czynienia z istotką małą, wątłą, nie dość jeszcze świadomą (która jakimś nieszczęśliwym zrządzeniem losu znalazła się jednak w potężnym aucie?…). A teraz pytanie – no, ile lat ma to niemowle, to dzieciątko, mała bambina? Odpowiedź: 22 lata. Pytanie kolejne: ile lat ma potrącony policjant? Odpowiedź: 25. Jest starszy o 3 lata. Ale nikt go nie nazywa 男孩 nanhai, tylko “potrąconym policjantem drogówki”.

Granica językowa pomiędzy 22-letnim dzieckiem, które ma prawo jazdy, jeździ terenówką, ale nie jest obeznane z zasadami ruchu drogowego, a 25-letnim”potrąconym policjantem drogówki” dobrze oddaje charakter bardzo istotnej granicy społecznej. To nie tak, że np. w wieku 23 czy 24 lat ona przestanie być 女孩 a stanie się młodą kobietą, czy po prostu kobietą. Że wystarczy tylko dać czasowi wykonać robotę i już. Nie jest też tak, że on 3 lata temu był 男孩.  Oni nie idą w tym samym kierunku.

Jeżdżąca terenówka, nieobeznana z zasadami ruchu jednokierunkowego nuhai, (ale za to, jak dowiedzieli się reporterzy - dobra studentka), której tata zamiast zająć się leżacym na ulicy policjantem, kalkuluje, jakby tu uniknąć kary dla swojej jedynaczki, to przedstawicielka “富二代”czy“官二代” - odpowiednio “drugiego pokolenia bogaczy” czy “drugiego pokolenia oficjeli” (nie wiemy jeszcze kim są rodzice). Tak dobrze się uczy… No bo jej jedynym obowiazkiem jest się dobrze uczyć! Nie ważne czy ma 5 lat czy 22. Jeśli to robi, jeśli chłonie te wszystkie korepetycje, te kursy, te testy, ten angielski, to jest “dobrym dzieckiem, dobrą 女孩 ”, dzieciństwo jej się przedłuża. I okres rozgrzeszania też się przedłuża. Jeśli uczy się źle, albo w ogóle jeśli coś źle zrobi, to “ponieważ jest jeszcze bardzo mała” trzeba ją chronić, kryć, tak jak chciał to zrobić tata. Dorosła stanie się później, jak już się nauczy, czego trzeba. Jak dokładnie to będzie wygladać, ta dorosłość, nikt jeszcze nie wie, bo wchodzenie w dorosłość “pierwszego pokolenia” wyglądało zupełnie, zupełnie inaczej. Póki co, za bycie dobrym dzieckiem, nuihai dostaje nagrody. Komórki, laptopy, kosmetyki, torebki, buty, terenówkę do jazdy po mieście. Egzamin z angielskiego: 第一名. Pierwsze miejsce w klasie/grupie. A co dostanę w nagrodę? No co, no co? Może torebkę Gucci? Albo atrybut przedłużonego dzieciństwa – samochodzik właśnie. A 25-letni policjant? On chyba przestał być dzieckiem kiedy…przestał być dzieckiem.

P.S. Jest jeszcze druga, bardziej hardcore’owa wersja tej historii. Podobnie jak w przypadku pierwszej wersji, także i ta ma kilku świadków. Policjant zatrzymuje jadącą pod prąd Toyotę Rav4, zgodnie z prawem zatrzymuje prawo jazdy i dowód rejestracyjny. Próbuje udzielić pouczenia. “Dziecko” nie chce jednak słuchać – mówi: “skoro już zabrałeś dokumenty, to na co jeszcze gadasz?” Po czym rusza. Policjant upada. Dziecko wysiada. “No co leżysz? Przecież cię nie potrąciłam. Policja ludowa, a oszukuje. Nie zimno ci tak leżeć na ziemi? Może chcesz materac?” Policjant sięga po komórkę, wybiera jakiś numer. Dziecko chwyta komórkę i zaczyna do niej wrzeszczeć. Gdy odkrywa, że numer nie został jeszcze wybrany, ciska komórką w leżącego policjanta. Wreszczy dalej.

Czy tak było? Czy nie? Tatuś od terenówek, troskliwa matka-Chinka (“Ona w tym roku kończy studia i będzie szukać pracy, to zdarzenie z pewnością wywrze na nią wielki wpływ”), “łatwiejsze załatwianie”, świadkowie (z nimi pewnie teraz też gorączkowo się załatwia, co trzeba), 22-letnie bambiny dryfujące w dyskursie medialnym, internauci (czyli kto? Bardziej jak ona czy bardziej jak on?) i policjant (jemu też należy sie obróbka słowna – a po obróbce słownej to przecież młody człowiek, który naraża się w imię prawa i dla dobra kraju i ludu!). Innymi słowy zapowiada się więc ciekawe widowsko medialne z aktywnym udziałem i ważną rolą graną przez nowe media - internet. Ale czy także i coś innego?  Socjolog dla portalu 163.com: “Musimy dbać, żeby <moim ojcem jest Li Gang> nie wywoływało śmiechu, ale refleksję. Co sprawia, że takie słowa są możliwe?”

31

10 2010

W i poza tlumem. “China is a …”

 

Wsiadam do metra. Drzwi sie zamykaja, rozlega sie glos: “Drodzy pasazerowie, witamy. To pociag lini nr 2 jadacy w kierunku Xizhimen, nastepny przystanek to…” Te komunikaty tak wchodza do glowy, ze czy chce czy nie, powtarzam je z glosem za kazdym razem, gdy jade metrem. Ale ten tutaj brzmi jakos dziwnie, niby podobny, ale dzwiek troche inny, no i przede wszystkim nie dochodzi z glosnikow nad glowami, tylko spod drzwi, gdzies na wysokosci kolan i  tobolow rozlozonych na podlodze przez 农民工 - nongmin gong. Nongmin gong to robotnicy (w ogromnej liczbie) migrujacy ze wsi do miast. Teraz, tym popoludniowym kursem linii numer 2 jedzie ich kilku – w wyswieconych granatowych marynarkach i wytartych, znoszonych tworzywowych butach z czubem. Zmarszczki dookola oczu na ogorzalych twarzach. I ten szczegolny jakby zawieszony wyraz twarzy, gdy widzi sie cos nowego, wielkiego i oniesmielajacego za razem.

Kieruje wzrok w kierunku, skad dochodzi glos. To chlopak na wozku, ma podreczny mikrofonik i glosnik na podporce na stopy (stopy w sandalach, zdeformowane, powykrecane). Troche sie dziwie, ale tylko troszke. W moim budynku, dosc zwyczajnym czternastopietrowcu z pierwszej polowy lat 90-tych, sa panie windzarki. Mlode dziewczyny, codziennie podczas osmiogodzinnej zmiany jezdza w gore i w dol, maja uniformy (uniform jest przeciez dowodem przydatnosci dla spoleczenstwa) i naciskaja te zwyczajne, najzwyczajniejsze przyciski, takie jak w kazdej windzie. No wiec moze ten chlopak jest tutaj w ramach jakiegos nowego planu bedacego elementem polityki powszechnego zatrudnienia? “Nastepny przystanek to Fuxingmen, a teraz zapraszam do wysluchania piosenki”. Palcami z wykreconymi stawami wybiera z fioletowej mp3 podklad muzyczny, mp3 tez jest podlaczone do glosnika. Spiewa piosenke o milosci, wszyscy maja miny takie jak zawsze sie ma w metrze, ale jak przyjrzec sie blizej, sa zasluchani. I panie na obcasach (rzucaja 5 i 10 kuajowki do tekturowego pudelka u stop wozka) i rozlozeni w przejsciu w otoczeniu workow z dobytkiem ogorzali nongmin gong.

Przypomina mi sie zakonczony w niedziele pierwszy sezon chinskiego “Mam talent” (中国达人 , Zhongguo Daren, chinski daren , czyli ktos biegly, majacy rozeznanie, profesjonalista, mistrz). Zadziwil mnie duzy odsetek niepelnosprawnych uczestnikow. W chinskim Mam Talent biora udzial: para gimnastykow – on bez nogi, ona bez reki, 25 letnia dziewczyna o wzroscie 6 latki, wreszcie chlopak bez rak, ktory gra na fortepianie stopami i spiewa. Jury zachwycalo sie kazdym z nich, malenka dziewczyne okreslilo “czystym aniolem”, gimnastykom rzeklo, ze “nie byliby piekniejsi i lepsi nawet z ta reka i czy noga, zreszta maja skrzydla”, chlopakowi bez ramion oznajmili: “masz wnetrze piekniejsze od kazdego z nas”. Wystepuje tez czlowiek-paw (zwany w programie starszym bratem pawiem), ktory, zeby dostarczyc rozrywki swojej chorej, poruszajacej sie na wozku zonie, domowym sposobem zmontowal migoczacy, barwny i ogolnie nieziemski stroj pawia . Zaklada go, tanczy – najpierw dla zony, zeby ja rozweselic, a teraz pokazuje  sie Chinom – zeby tez sie posmialy, ale i zeby pokazac, jak kocha niepelnosprawna zone. Starszy brat paw odpada, ale dostaje specjalne wyroznienie za bycie wzorem milosci. Zhongguo daren zostaje  chlopak bez rak. Pokonuje chinska Susan Boyle, tlusciutkiego chlopaka spiewajacego falsetem, niepelnosprawnych gimnastykow, imitacje Jaya Chou (pop z udawaniem rapowania pod smyczki) i 6 letnia dziewczynke – cudowne dziecko, kabareciarke. Para niepelnosprawnych gimnastykow obejmuje zwyciezce (ktory nie podniesie przeciez rak w gescie tryumfu ani nie odwzajemni uscisku). Blyszczace kurtyny, brawa i owacje, wzruszenia, a on stoi stoi posrodku w bialej wykwintnej marynarce i modnych okularach. Cos tak bardzo odwrotnego od kontekstow w jakich mozna zobaczyc niepelnosprawnego na co dzien w przestrzeni publicznej. Jesli w ogole mozna go zobaczyc – niepelnosprawnych nie widac w niej wlasciwie w ogole, jesli juz, to sa to osoby wykluczone – np. zebrzacy niewidomi starzy ludzie w metrze, stopy w materialowych butach niepewnie stapaja po podlodze wagonika, za pergaminowa reke prowadzi dziecko – moze wnuk?. Chinski niepelnosprawny jako chinski daren i nie taki zwykly daren, ale jako naj naj daren, w jakis sposob reprezentant wspolczesnego ChRL, to cos zupelnie nowego. To nie ofiara, ale czlowiek z pasja, o silnej woli i artysta. A teraz ten chlopak w metrze. Usmiechniety, ladnie ubrany, dobrze spiewa i przede wszystkim ma fajny pomysl. Dojezdzamy do stacji przesiadkowej, glos z glosnika w stopach wozka: “zblizamy sie do stacji przesiadkowej Xizhimen, prosze pamietac o swoich rzeczach” – i dodaje od siebie: “请慢走“ – dosl. “prosze wolno isc” – to zyczenie gosciowi spokojnego powrotu. Tak jakby metro nalezalo do niego.

Wysiadaja takze i rolnicy-robotnicy. Z pradem plyna worki po ryzu, tlumoki z przescieradel, bokiem wystaje z nich jakis koc, jakis garnek. Ramiona w granatowych, wytartych marynarkowych rekawach, w roboczych sweterkach potrzymuja pakunki. Tanie plastikowe mokasyny z czubami podazaja w strone ruchomych schodow. Worki i tlumoki plyna w tym bezkresie glow ufryzowanych i ufarbowanych na kolor kafei (czyli kawowy), w morzu paznokci lakierowanych, rzes podkrecanych, bialych sluchawek od iPhoneow. Wlosy nongmin gongow sa jakby czarniejsze (nieliczne glowy niepofarbowane?). Odwrotnosc wodospadu – ruchome schody dwiema struzkami wynosza ludzi na gore, do kolejki naziemnej. Pakunki i tobolki – jak jakies klaczki bawelny czy liscie – unosza sie ponad te blyskajaca, pnaca sie do gory tafle. Wyciagam kieszonkowy aparat, pstrykam zdjecie. Ze strumyka obok dochodzi mnie glos: “China is a rich country”. Dyskretnie zerkam. Dziewczyna z ufryzowanymi “na koreansko” wlosami, z rozowymi ustami, tipsy, trzyma telefon z brylancikami, jedzie z kolezankami, jednak oczywiscie nie do nich mowi. “Don’t take pictures”. Robotnicy rozkladaja pakunki w wagonie naziemnej kolejki.

14

10 2010

Banka hutongowa, Przewodniczacy i piekne dziewczeta z Qinghai

 

Zaczyna sie tak, ze ide szukac tego:

hutongpaopao2

Hutong Bubble__MG_9981_by ShuHeRzecz nazywa sie 胡同泡泡32号 - hutong paopao 32 hao, czyli hutongowa banka numer 32 i jest pomyslem rozwijajacej sie w atomowym tempie pekinskiej pracowni architektonicznej MAD – tej od dosc znanego chyba takze i w Polsce projektu Sztucznych Gor , autorow pomyslu wiezowca Miejski Las (z dorobionym dosc ciekawym manifestem, polecam klikniecie w link)  czy wreszcie pomyslodawcow  zamienienia placu Tian4nmen na gesto zadrzewiony park (rowniez polecam klikniecie w link). Hutong paopao jest pomyslem na rewitalizacje i tym samym moze i uratowanie kwartalu tradycyjnej zabudowy i ukladu przestrzennego starego Pekinu – czyli wlasnie hutongow.

I jak to zwykle bywa w tutejszej sieci – kopiowanych wzajemnie od siebie z roznych portali opisow “baniek” jest na peczki, powielanych 4 zdjec na krzyz rowniez na peczki, a realnego, niewirtualnego adresu, pod ktorym banki mozna znalezc, nie ma. Na stronie MAD lakoniczna informacja, ze hutong paopao znajduje sie – niespodzianka, cos takiego – w Pekinie! W koncu na jednej ze stron udaje mi sie znalezc jakis adres. Wyglada wiarygodnie – strona jako miejsce lokacji baniek wskazuje jeden z hutongow 西城 - xi cheng - zachodniej czesci starego Pekinu. No to jade.

Tak sie zaczyna. Placze sie po hutongu, zagladam. Ludzie siedza przed hutongami na malych stoleczkach, przez okna niskich, szarych domow widze stare szafy, pierzyny na lozkach. Jak to hutong – troche jak wies w srodku miasta, troche jak labirynt. Zaczyna chodzic za mna smieszny niski i dlugi pies z za duzymi uszami i za dlugim ogonem. Lasi sie, przymila, zacheca do zabawy. W ktora odnoge labiryntu nie skrece, stwor za mna. Ja w prawo – pies w prawo, ja do tylu i w nogi – zwierz pedzi wywijajac pozyczonym od jakiegos wiekszego stworzenia ogonem. Mowie do niego – “wybacz, nie zabiore Cie, nie moge”. Pies marszczy czolo. Obok przejezdza czlowiek – na oko szescdziesieciokilkuletni – na rowerze.  “On nie ma pana, moze jednak wezmiesz?” Patrze na psa: cieszy sie, skubany, na sama mysl. Placze sie znow po hutongu, baniek ani sladu. Obchodzimy z psiskiem ponownie caly kwartal i trafiamy ponownie do miejsca, w ktorym ruszyl za mna. Kiedy wyglaszam zwierzowi mowe, w ktorej podkreslam wage jego pozostania na miejscu (czyli na obgryzionym chodniczku pod sciana), wraca ten sam czlowiek na rowerze. Przystaje i zaczynamy rozmawiac. Najpierw o psie. A potem, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach – o Polsce. Schodzi na rok 1968. A potem na ten sam rok w Chinach. I wtedy czlowiek na rowerze zaczyna opowiadac tragiczne losy swojej rodziny w czasie Rew Kult. Obok zatrzymuje sie mezczyzna w czerwonej kurtce. Slucha. “No, co tam, nie masz nic do roboty?” – mowi pan Sun, czyli czlowiek z ktorym rozmawiam, do tamtego, widac, ze sie znaja. Czerwonokurtkowy odjezdza. To, co pan Sun mowi, nadaloby sie na powiesc, ale nie o losach pana Sun i jego rodziny w czasie Rewolucji bede tutaj opowiadac. Mysle, ze pan Sun chcialby bardziej, zebym opowiedziala o nim jako o malarzu, artyscie. Nie jako np. o synu ofiary.

Pan Sun mieszka w hutongu obok. Miejsce, w ktorym mieszka to dawny siheyuan. Wchodzimy przez czerwone, metalowe drzwi. Pies zostaje na zewnatrz. Idziemy waskim przejsciem wzdluz muru. Dawna rezydencja podzielona zostala na niewielkie mieszkania, na dziedzincu dobudowano niskie pomieszczenia, w tym wspolna toalete. Pan Sun zajmuje dwa pomieszczenia – jedno w oryginalnym budynku, jedno w dobudowce. Do mieszkania prowadza odrapane zielone drzwi, przez wielkie okno widac lozko a na nim ksiazki, obok krzeslo, stolik. Na scianie tez zielono:

Mao Lin
Zielony mundur Mao i zielony mundur Lin Piao. Lin unosi w reku czerwona ksiazeczke, a Mao mu klaszcze. Obraz jest ogromny, zajmuje niemal cala przestrzen nad lozkiem.

Obrazy stoja wszedzie. Nieraz warstwami po kilka. Zaludniaja je rumiane Tyb3tanki i wsciekli hongwejbini. Powykrzywiane twarze proletariatu i posagowe twarze strzegacego go wojska – bedacego czyms pomiedzy Armia Terakotowa cesarza Qin Shi (armia strzegla grobowca Qin Shi) i Armia Ludowo-Wyzwolencza. Od czasu do czasu jakis (ja mam wrazenie, ze bardzo konkretny, choc nie widac twarzy) duch (?) przeszlosci (?) maszeruje samotnie bojowym, zdecydowanym krokiem w strone – no wlasnie czego? Raz wychodzi z hutongow w strone nowych budynkow, raz przejdzie przez brame w strone Mauzoleum Przewodniczacego Mao.

jy7ooiIMG0775A

Wsciekle twarze hongwejbinow (czasami zdarza sie im byc bez spodni, juz nawet nie w tych tutejszych dzieciecych gatkach z peknieciem na pupie, ale wlasnie bez spodni), brzydkie twarze, brzydkie ciala ludu.

rvrvrvgngngnRumiane, zywe twarze, zielone mundury i puste oczy terakotowych wojakow.

dmdmdmd
tbtbtb

A bohater ludowy nagle ma cukierkowo, slodko pomalowane usteczka i takiz jezyczek:

mmmmmm

“To juz Reformy i Otwarcie” – tlumaczy pan Sun. Jeszcze w robociarskiej czapce, ale usta juz pomalowane, slodsze jakby. I jezyk tez juz inny.

Sierp i mlot podtrzymuja dwie rece – meska odziana w tradycyjny stroj przynalezny do “starych”, feudalnych Chin. I zenska, z jadeitowa bransoleta, z czerwonymi paznokietkami, jak z tych plakatow z lat 30-tych, z 老上海,starego Szanghaju (synonimu zepsucia, rozpusty i wielkich fortun),  gdzie takie raczki z paznokietkami w zalotnym gescie trzymaly papieroski. A tu trzymaja sierp. Cyk. A obok hutongi. Zima, jesienia. Pekinczycy mowia o tych swoich domostwach, ze nosza w sobie melancholie i smutek wsi. Na obrazach pana Sun ten smutek jest niemal namacalny, fizyczny. Hutongi na obrazach sie nie zmieniaja, zastygly, osiadly, zwarly sie w sobie (w rzeczywistosci tocza walke o przetrwanie, czsami tez w blizej niesprecyzowanym hutongu architekci z MAD stawiaja smieszne banki). Ale obrazy nasaczone sa staloscia, spokojem i specyficznym, tkankowo-kamiennym trwaniem hutongow przez setki lat. Na obrazach pana Sun nic sie zmienia, no moze tylko w pewnym momencie znikaja latarnie mieszczacych sie tam domow publicznych (” o tu dwie jeszcze sa, to bylo tutaj blisko”):

P1010983

ksssssKiedys zamieszkane przez gorne warstwy spoleczenstwa siheyuany dzis sa podzielone na male chaotyczne czastki, z masa dobudowek i zaulkow na dziedzincach, na ktorych niegdys rosly granaty (“obys mial tylu synow, co granat nasion”). I oczywiscie prozno szukac tam potomkow dawnych mieszkancow tych rezydencji. To co elitarne, zamkniete za czerwonymi drzwami ze zlotymi guzami stalo sie otwarte, wspolnotowe, powszednie, szeregowe. Pan Sun pokazuje mi jeszcze jeden obraz:

vbnjhg
To cesarskie zloto, cesarska zolc dachowki (zolty – byl kolorem cesarza, siheyuany choc nieraz mialy wymyslne i zdobne dachy, to jednak przeciez zawsze w szarosciach). “To jest bycie w sprzecznosci, plyniecie pod prad, smialosc i bezczelnosc w jednorodnej masie” – mowi pan Sun.

Pan Sun teraz juz malo kiedy maluje takie obrazy. Raz do roku bierze aparat i jedzie pociagniem do prowincji Qinghai, zamieszkalej w duzej czesci przez ludy tyb3tanskie. Wloczy sie po wioskach, po od namiotu do namiotu pasterskiego rozbitego gdzies na wyzynie, robi zdjecia, szkicuje, zapamietuje. Gdy wraca do hutongu, siedzi jesienia i zima w pracowni oswietlanej mdla zarowka, z wielkim oknem z odlazaca zielona farba, w tej plataninie domkow, domow, komorek, dobudowek, daszkow i maluje co widzial.

P1060645

P1070390

W kacie po kilkoma obrazami pieknych, barwnych jak ptaki Tyb3tanek stoi ten obraz:

rrrrrr

Ze co? Twarz Jiang Zemina i “Pilnie studiowac mysl o trzech reprezentacjach” charakterystyczna nerwowa kaligrafia z podpisem Mao? Jiang, jak wiadomo, przedstawil swoja “Wazna Mysl o Trzech Reprezentacjach” w 25 lat po smierci Mao. Trzy reprezentacje nazwano Wazna Mysla, w nawiazaniu do dorobku wielkich poprzednikow (“Mysl Mao”, “Teoria Denga”) zeby pokazac,  ze jest sa one filarem tego samego rozmiaru i zeby ukazac, ze tworza one kontynuacje, ciaglosc, etapy tej samej opowiesci. Pan Sun patrzy na wielkie, czerwone plotno. “Postmodernizm to taki stan, gdy fragmenty z roznych calosci, z roznych porzadkow skleja sie w jakas nowa calosc, gdzie jednoczesnie wszystko jest w jakis sposob kopia”.

Gdy wchodzilam z panem Sun przez metalowe drzwi siheyuanu slonce swiecilo jeszcze wysoko, gdy wychodze, jest noc. Pies z za dlugim ogonem zrezygnowal, poszedl, pewnie na swoj wytarty chodniczek pod murem. Pan Sun odprowadza mnie po ciemnej plataninie uliczek oswietlanych zasniedzialym, zielonkawym swietlowkowym swiatlem bijacym przez okienka i cmiacym przez pouchylane gdzieniegdzie drzwi. Przypominam sobie o hutongowych bankach. Czy one tu sa gdzies w poblizu? Widzial je pan? Slyszal pan o nich? Pan Sun kreci glowa – banki? Srebrzyste? Nic takiego tutaj nie ma. Musieli sie pomylic z tym adresem. Wychodze na “normalna” ulice. Rzeka samochodow, sklepy, restauracje.

Pan Sun Yirong zgodzil sie, abym zamiescila na blogu zdjecia kilku obrazow i opowiedziala o nich. Zazwyczaj rzadko sprzedaje. “Kiedys wyslalam jeden obraz do Stanow. Obraz wyslalem, pieniadze nigdy nie nadeszly” – usmiecha sie i rozklada rece. Ale gdy pytam sie, czy jakby komus z Czytelnikow jakis obraz sie spodobal, bylby zainteresowany kupnem, czy by sie zgodzil sprzedac, pan Sun usmiecha sie niesmialo. “No, nie wiem, moze?”

P.S. Dochodza do mnie glosy Czytelnikow, ktorzy stanowczo zadaja wiecej pieknych dziewczat z Qinghai(…ale ze nikt jakos nie zada wiecej mas rewolucyjnych…). Prosze:

P10701190

P1030078P1070863

05

10 2010