Luigi sta cercando un’ appartamento

W agencji, poprzez którą wynajmowałam mieszkanie pracują sympatyczni ludzie. Przez te godziny oczekiwania na decyzje rozpieszczonych warunkami panującymi na mieszkaniowym hulajacym wolnym rynku Pekinu fangdongow (właścicieli mieszkań), podczas oglądania stosów mieszkań (w formie wieżowców wciśniętych pomiędzy trzy wielkie uczelnie, siedzibę Googla, Microsoftu i chińskiego portalu Sougou) zdążyliśmy się zbratać, zjeść razem obiad i milo pogadać. Każdy z nich to przyjezdny – np. Lm jest z Wenzhou, Lxw z dalekiego Gansu. Pracują bez przerwy, pracują w niedziele, każde z nich od świtu do nocy wisi na telefonie, kazde gada przez ten telefon z innym akcentem (Lm gdyby miała powiedzieć łopata, powiedziałaby wopata, Lxw powiedziałby raczej opata i z pewnością udałoby mu się przy tym jakimś cudem zaseplenić). I niestrudzenie podnoszą PKB stolicy. Parę dni temu Lxw zaofiarował się przytargać gigantyczne 5 paczek z moim szanghajskim dobytkiem, które przyszły poczta. Gdy wczoraj zadzwonil z prośbą o pomoc, odłożyłam artykuł o „krzewieniu cywilizowania w internecie”, zwlekłam się z mojego pasiastego hamaka zainstalowanego z powodzeniem na balkonie (z hamaka widać czerwony, krzywy neon i od dziesiątków lat nie używane schody pożarowe zapuszczonego hoteliku ale i górne pietra migocącej siedziby Microsoftu). Przeszłam się do biura uliczkę dalej.

Problem, który wymaga rozwiązania siedzi na środku biura. Nazywa się Luigi i jest z Rzymu. Oni nie rozumieją jego angielskiego, on nie rozumie ich. „Czy możesz się dowiedzieć, jakie ma wymagania w stosunku do mieszkania? Bo pokazaliśmy mu już tyle i nadal się nie podobają”. Va bene, ci stiamo, io posso tradurre, w końcu po włosku zem się w życiu nagadała swoje, zas tlumaczenia chinsko-wloskiego w zyciu nie robilam, chetnie na Was sprobuje. Luigi jest zdenerwowany, obgryzajac paznokcie, ze swoim ciężkim rzymskim akcentem mowi:“no wiec, to co oni mi pokazują, wygląda jak po wybuchu bomby podczas drugiej wojny światowej. Czy tu wszystko musi byc takie brzydkie? Powiedz im, ze ja chce ładne mieszkanie, ze ja mieszkam w Rzymie, w historycznym centrum, ze ja mam pieniądze, ze ja jestem przyzwyczajony do pewnej estetyki!”. Oho! Oczy ma, pomimo żeśmy w środku biura, nieprzeniknione, bo zasłonięte wielkimi raibanami. Wiec z braku kontaktu wzrokowego mój wzrok prześlizguje się na nazelowane włosy z grzywka. Tłumaczę, z pominięciem tego o bombie, o przywiązaniu do estetyki i ustępu o kasie. “Ale my mu pokazujemy najlepsze mieszkania w ramach tej ceny, ktora on chce zaplacic” – to Lm. “Powiedz im, ze mam mnóstwo pieniędzy, tzn mój ojciec ma mnóstwo pieniędzy, mogę zapłacić duzo, jezeli pokazecie mi cos, co mi sie spodoba”. A niech ma. Tłumaczę słowo w słowo. „Z czego się śmiejecie?” pyta Luigi.

Staje na tym, ze pokażą Luigiemu jeszcze jedno mieszkanie, na innym, nowiutkim i ładnym osiedlu. „Spodoba mu się” – mówi Lm. Proszę, pójdź ze mną, prosi Romano. Błagam, pójdź z nami, prosi Lxw, zaproszę Cie na taki gorący kociołek jaki tylko będziesz chciała.

Osiedle jest naprawdę śliczne – ma fontannę i strumyczek (!), ma zadbany ogród pomiędzy nowiusieńkimi wieżowcami. W oczach Lxw i Lm to zapewne najbardziej europejska i zachodnia rzecz jaka można znaleźć w naszej dzielnicy. I rozpieszczony fangdong zgadza się, żeby Luigi mieszkał tam tylko 5 miesięcy. Robie wielkie oczy, gdy widzę standard wykończenia na klatkach. Na osiedlu na którym mieszkam, tylko z zewnątrz budynki wyglądają jak apartamentowce, w środku – no dobra, może Luigi i ma trochę racji, rzecz wygląda jak bunkier. Nie po wybuchu, ale po intensywnym uzytkowaniu. Tutaj posadzka i kinkiety. “E bellissimo qui” – wyrywa mi się. “Dla mnie tutaj wszystko wygląda ohydnie, to nie jest ten standard, no ale skoro tak mówisz” – Luigi krzywi twarz, znowu nie widzę jaki ma wyraz oczu. “Ty pizzozerco” – mowie w myślach. “Co on mówi?” - dopytuje się Lxw. “Ze jest zmęczony” – tłumaczę na chiński.

Mieszkanie jak dla mnie świetne. Luigiemu się nie podoba. Choć nie, wydaje z siebie unikalny wloski dzwiek brzmiacy mniej wiecej: “boh” – oznaczajacy troche nielubienie, troche obojetnosc a troche zniecierpliwienie.“Właściwie to nie wiem, jakoś tak, no jakoś…boh. Mam pewne wymagania, z których nie zrezygnuje…chociaż gdyby było tańsze, to bym wziął…”. “Tak?” - to ja. “Tak”. Lxw dzwoni do właściciela, rozmawiają o obniżce. Staje na tym, ze fangdong mógłby ewentualnie opuścić 200 yuanow, jesli Luigi jeszcze dzis zaplaci. Ja przekazuje to Luigiemu. Uśmiecha się z politowaniem, ze niby my, ludzie Zachodu: „Wiesz, w sumie to nie jest sprawa pieniędzy, to w sumie i tak wszystko są grosze”. I dodaje: „Najwyżej będę mieszkał w hotelu. A tak w ogole, to chyba nie chce jednak mieszkać sam, wolałbym z innymi, ale żeby to nie byli Chińczycy, tylko ludzie z Zachodu. Najlepiej native-speakerzy angielskiego albo francuskiego”.“Ile płacisz za hotel?” – dopytuje się przez mnie Lxw. „500 yuanow na dzień” – to można zrozumieć bez tłumacza, zreszta Luigi doklada staran, zeby bylo to jasne. Lxw otwiera buzie. “A mówiłem Wam, ze mam mnóstwo pieniędzy” – powiada rzymska twarzy z mina, jakby udało mu się wszystkich przechytrzyć.

Wracamy na nasze osiedle – oni szukać dalej, ja po moje buty do joggingu – możne jak trochę pobiegam, przestane wreszcie mieć kłopoty z bezsennością. “A tak w ogóle czy możemy zrobić przerwę w tym oglądaniu, napiłbym się kawy, ja jestem Włochem, my bierzemy życie na luzie, po co tak latać w kolko” – mówi Luigi w miejscu gdzie można kupić kapustę z trójkołówki, żywą kurę, załatać oponę roweru, wszystko, tylko nie dostać małą, białą filiżankę espresso. Lxw znika na chwile w sklepiku, wynurza sie z 3 neskami w puszce. Jedna „te nong” – super mocna – Lxw jak pracował jako barman w knajpie dla laowajow na Chaoyangu, dowiedział się, ze Włosi lubią kawę malutka i skoncentrowana. Biorę jedna. “Nie pijam Nescafe” – dopada mnie glos z boku. Super – biorę druga. “Co on mówi?” – na twarzy Lxw znowu maluje się niepewność i podejrzenie. Mi kończą się pomysły na tłumaczenie. „To jest skandal i organizacja do niczego. Zeby tyle szukac mieszkania. Od rana z nim chodze. Jak ja bym sie za nich wzial… Chociaż w sumie mieszkać z kimś to tez jest problem – skąd mam wiedzieć czy będę się z tymi ludźmi dobrze dogadywać?”… Obawa w oczach Lxw: “Co on powiedzial?”. Luigi: “Co mu powiedzialas?”

„Boje się, ze będzie mi trudno znaleźć, coś, co mu się spodoba” – wzdycha Lxw - „rożnica kulturowa jest jednak ogromna”. Rożnica kulturowa? Czlowieku, z Wlochami jest zwiazany calkiem niemaly kawalek mojego zycia, ale takiego okazu jak żyję nie spotkalam. “Wiesz, chyba chciałbym się nauczyć trochę chińskiego – bo interesuje mnie ta kultura, to wszystko”– rzecze Luigi.

Dochodzimy do bramy, zegnamy się. Moje uczestnictwo w cudzie spotkania z żywym typem idealnym laowaja (dokładnie takim, jak opisywały go niby esencjonalistyczne, niby pełne uproszczeń zajęcia, na ktore tak strasznie sie zzymalam, a które przeszłam w tamtym roku na moim chińskim uniwersytecie) i w procesie kreowania obustronnych stereotypów dobiega końca. Chociaż nie. Ja przez te stereotypy nie raz jeszcze oberwę. Grazie mille.

12

09 2010

Karaluch a sprawa pekinska

Budzi mnie dzwonek domofonu. A scislej mowiac, jego sielankowa melodyjka, ktora, jakby sprobowac przelozyc ja na slowa, brzmialaby: “och, juz teraz wszystko dobrze, przyszla ta osoba, dotarla szczesliwie po burzach i naporach swiata zewnetrznego, do przystani zawinela, witamy w domu, bedziecie sobie siedziec, pic herbatke z rozowych kubeczkow etc….” Wypelzam z loza, biore sluchawke. “Pani LL przyslala mnie tu do sprzatania” - mowi damski glos. Dobrze, zgadza sie mniej wiecej, LL, wlascicielka mieszkania, mieszkanie ma potrzebe bycia wysprzatanym, wejdzze, dobra kobieto.

Na korytarzu jest ciemno, na korytarzu jest ponuro jak w wiezieniu, na korytarzu na srodku psychodelicznie dynda opajeczona zarowka na kabelku. Pani od sprzatania weszla juz przez drwi wejsciowe, na ktorych wisi kartka z tekstem (tlum. bxy):

“Szanowny mieszkancze, gdy mieszkaniec szanowny bedzie wyprowadzal swego psa na spacer, niechaj baczy, aby pies ow nie siusial na opony, karoserie zaparkowanych na osiedlu samochodow, gdyz to je uszkadza”.

Ja szamocze sie z drzwiami wejsciowymi do mieszkania. Pani od sprzatania nacisnela juz guzik windy (przy guziku: “Szanowny mieszkancze, niechaj mieszkaniec usilnie stara sie nie wyrzucac niedopalkow przez okno, gdyz, spadajac na dachy zaparkowanych pod blokiem samochodow, niszcza one tychze samochodow karoserie, mieszkaniec wyrzucajacy bedzie pociagniety do opowiedzialnosci”. przyp. bxy: “tratatata”). Ja wciaz szamocze sie z drzwiami. Ona wysiadla juz z obskornej windy z…windziarka (polityka pelnego zatrudnienia, pani windziarka ma tam krzeselko, wentylatorek-wiatraczek i naciska takie normalne guziki jak to w windach i ladnie sie usmiecha), stoi pod drzwiami, z ktorymi ja sie mocuje. Wyobrazam sobie ja, jak stoi tam w egipskich ciemnosciach z kublem, szczotkami, szmatami i plynami do szorowania. Moze ma chustke na glowie? A ja glupi laowai, klasa prozniacza, do poludnia spiaca,  kilka dni wczesniej prozniaczo z Europy samolotem lecaca (jetlag), nie umiem nawet drzwi otworzyc. A czlowiek pracy stoi. Drzwi puszczaja. A mnie zatyka. Przede mna stoi pani w srednim wieku w bluzce z cekinami, spodniach w kancik, w sandalkach na obcasie. Ma pelny makijaz, koczek ze spineczkami i …lakier na paznokciach. Czego nie ma? Kubla, szmaty i w ogole niczego czym by mozna bylo sprzatnac cokolwiek.

Wchodzi do kuchni. Znajduje pod zlewem jakis martwy recznik, moczy w wodzie i wyciera leniwie stol, stannie omijajac zdechle pol ziemniaka lezace na blacie. Przecieram oczy. Na ustach pociagnietych czerwona szminka, w wytuszowanych oczach wyraz jakby to bylo…no jakby to bylo wszystko normalne.

Mieszkanie to znalazlam trzy dni temu. Zanim na nie trafilam, spedzilam poltora dnia chodzac po osiedlu wysokosciowcow, ktore z zewnatrz wygladaja jak apartamentowce, a w srodku maja rzeczone dydnajace lyse zarowki rzucajace cienie na obdrapane sciany i betonowe podlogi korytarzy. Naogladalam sie pokoikow wielkosci szafy, pokoikow ciemnych, pokoikow drogich, pokoikow tak brzydkich, tak przygnebiajacych, ze bezwiednie zaczynalam szukac zapadni w podlodze.  By obejrzec dwa z pokoi, wykurzylam z lozek lacznie trzy osoby. Jesli chodzi o te dwie ostatnie, chyba beda niestety mialy traume. Pod koniec dnia, gdy porzucilam juz wszelkie nadzieje, zaczelo sie przejasniac. Najpierw jasne, ladne mieszkanie nr 1. Zamieszkane jednakowoz przez 4 chlopa. Z Anglii, Niemiec, Szwajcarii i Austrii. “Uciesza sie, jak Cie zobacza” – powiada wlasciciel. Nie wiem czemu, ale zaczyna mi sie rysowac przed oczami obraz 4 blondynow w zielonych filcowych kapelusikach z piorkiem. Tak, juz, na pewno, poczekajcie tylko chwilke, chlopaki.

W mieszkaniu nr 2 wlasnie siedze.  Wielki, jasny pokoj, balkon (na hakach od stelaza na pranie zamontuje wkrotce TO:  no sami powiedzcie, ile osob w Pekinie moze miec TO na balkonie? He? Dzis zamawiam). W mieszkaniu nr 2 mieszka tajska Huaqiao (czyli Chinka urodzona tamze) i Koreanka. W mieszkaniu nr 2 mieszkaja tez karaluchy. “Ja nie moge zabijac, jestem buddystka” - powiada Tajka. “Ja tez nie moge, buddystka jestem” – mowi niewinnym glosikiem Koreanka. I wreczaja mi zabijacz, zebym ja sobie na odplate zarobila. O juz, na pewno. Drogie dziewczeta, co jest osia buddyzmu? Zrozumiec, ze kazdy skutek ma swoja przyczyne. Skutek to karaluchy w mieszkaniu. Przyczyna? Bo macie syf w kuchni. Idziemy we trzy do pobliskiego supermarketu, kupujemy plyny do mycia, chlory, rekawice i inne. Dziewczeta dziwia sie, ale nic nie mowia. To bylo wczoraj. W nocy, gdy bezsennie szwendam sie po mieszkaniu, widze jedna z buddystek w pizamce w misie z kubeczkiem z mydlinami w reku, chlapiaca na lezacego lapkami do gory i ruszajacego juz tylko jednym wasem karalucha. “Starsza siostra CLY (druga buddystka z pokoju obok) mnie nauczyla” - mowi niewinnym glosikiem. Gdy o 11:30 zwlekam sie z potwornym bolem glowy (jetlag!) i ide do kuchni, moj wzrok pada na druga z buddystek. “Dzis kupimy 硼酸 (kwas borowy) – oznajmia jeszcze bardziej niewinnym glosikiem, jakby masazystka prosila o rozluznienie, bo bedzie kark masowac – to taki proszek, posypiemy o tutaj przy rurze, za zlewem, przy kuchence i wszystkie beda – o tak” – buddystka robi gest lezenia na plecach z lapkami do gory. Dzis sprzatam living room. W przeciwienstwie do umalowanej sprzatajacej ayi z wczoraj, zamiast jezdzic szmata dookola stojacych tam figurynek Mile fo (Budda Maitreya) , podniose je i zetre kurz takze i spod nich. Pozdrowienia z Pekinu (tego zlego rekinu – jak dodawal Baranczak).

P.S. Moi drodzy stali Czytelnicy, wybaczcie, prosze. Po prostu. I dziekuje.

02

09 2010

Daktyle i trud wiecznego powrotu

Nie będzie chronologicznie, w kolejnych postach będe po prostu próbować odtworzyć moje spotkania z Chinami z ostatniego miesiąca. Zresztą chronologia nie ma już żadnego znaczenia. Jestem tutaj, w Polsce, dostają mi się jakieś kawałki mojego polskiego życia, z różnych jego etapów. Jestem w domu rodziców – mój w wynajmie. Patrze na obrazy i obrazki, które malowalam jako nastolatka, kiedy wszyscy wierzyli, że bedę artystką. Wiszą, stoją, leżą zrolowane zakurzone w moim starym pokoju. I tam już zostaną.

Podróż jest jak seria błysków. Błysk: przychodzi pan śmieciarz, zabiera resztę moich rzeczy i z wrażenia zaczyna nazywać mnie “cioteczką”. Błysk (dziwny, w moich oczach). Przechodzi mu na szczęście i znowu nazywa mnie xiao guniang. Błysk. Znosi moją walizkę. Błysk (jak by to piórko było). Sąsiadka z dołu, typowa szanghajska aiyi, czuje potrzebę pokazania mi, jak odnowiła mieszkanie. Kasetony jak u Ludwika XIV. Do nich tęczowe światło. Błysk. Sąsiad toczy moją walizkę. Kilka “do widzenia”, kilka uśmiechów, kilka “kiedy wrócisz”. Ostatni naleśnik szantuński, ostatnie mleko sojowe są za darmo. Sasiedzi i sprzedawcy machają na pożegnanie. Błysk. Dociera do mnie, że jednak, choć było to czasem tak trudne, to żołtowłosa laowajka wychodząca co czwartek po gazetę w piżamie i gadająca do wszystkich psów w okolicy w jakimś dziwnym narzeczu, była w jakiś sposob cześcią tego małego światka składającego się mniej więcej z:

a) kilkunastu obdrapanych blokow z milionem ohydnych dobudówek + mieszkańcy

b) targu, gdzie można, oprócz warzyw, przypraw, tofu, kupić żywą kurę, żywego gołębia, można też poprosić o zabicie ich na miejscu

c) pana sprzedającego żywe żaby w worku z żyłki (rano skaczące dynamicznie, później mniej dynamicznie)

d) pana sprzedającego nie-wiadomo-co, bądź świadczącego nie-wiadomo-jakie usługi (zawsze jak przechodziłam, w pojemniku obok niego nic już nie było, ulica przed nim spływała krwią, a on trzymał w ręku krwawe ostrze)

e)  Rady Ulicy i Hutongu (tak ich nazwałam, wymiennie z Radą Gerontów – siedzą na głównym skrzyżowaniu alejek i czuwają – siwe włosy, piżamy, karty do gry, “a tamten to od niej rano wyszedł, choć ślubu nie mają”)

f) pasiastej kotki (która podobno jak sasiad, pod którego drzwiami miauczała 2 dni, w końcu wpuścił do środka, natychmiast urodziła tam 6 kociąt). Błysk.

Lotnisko Pudong. Błysk – tym razem zwłowrogi – ważą i podręczny. Włożone na wagę wszystko razem waży o 10 kilo za dużo. Życzy sobie pani 1200 yuanów dopłaty? Czy wyrzucanie rzeczy? Wyciagam pudło darowanych daktyli (wielkości futerału na karabin), które wlokłam pociagiem z Hebei, czyli przez kilka prowincji. I tajwańskie czekoladki z galaretką. Mama by lubiła. Minus 3 kilo. Gdy wyciagam pierwszą książkę – traf chce, że o języku szanghajskim i kulturze z nim zwiazaną – i pytam, czy będą czytać, czy mam dać do kosza, obsługa się poddaje. Przechodzę z 7 kilo nadbagażu. Pesymista powie: no i na darmo żeś wlokła to straszne pudło daktyli i tak kto inny zje. Optymista: dobrze, żeś je miała, inaczej musialabyś zacząć od razu od ksiażek.

Błysk. Tym razem geniuszu różnorakiego: “proszę państwa tu kapitan Walerij X…… Wyruszymy z około godzinnym opóźnieniem. Niestety podczas naszego oczekiwania samoliot nie budet mial klimatyzacji, bo…, no bo…yy, on tak ma”. Chiny. Mongolia, Rosja, rudy dym nad Moskwą. Błysk. Błysk.

Dokładnie siedem lat temu wyjechałam po raz pierwszy do Azji. Też Aeroflotem, dużą, wesołą grupą (cześć z tych osób podobnie jak mnie wtedy, połknęła Azja, jedna z nich prawie dwa lata temu w Azji zginęła). Gdy tym razem Airbus (już nie Ił-86) Aeroflotu spóżnił się o tę nieszczęsną godzinę, przez co nie zdążyłam na mój samolot do Polski, usiadłam w tym samym miejscu na lotnisku, co wówczas, podczas naszego 11-to godzinnego oczekiwania na Iła do Hanoi. I co? Przez te 7 lat na Szeremietiewie nic się nie zmieniło. Tak jak wtedy – łatwiej było kupić wódkę i perfumy niż wodę. Tak jak wtedy, nie było wózków do bagażu podręcznego, które przy takim nadbagażu jak mój są koniecznością. I tak jak wtedy, były tylko 4 krzesła przy gate transferowym. Nowością była awaria klimatyzacji. Ot, witamy w Jewropie. Przed zemdleniem z wrażenia ratuje mnie butelka wody bez ceny (kto pyta po angielsku, ile w końcu kosztuje woda i czy mozna zapłacić w euro, płaci w nich słono) i wachlarz, z wypisanym ręcznie klasycznym wierszem pasującym do sytuacji (tzn. nie do siedzenia bez klimy, ale do pożegnania), który dostałam od koleżanek – Chinek wieczorem dnia poprzedniego (wtedy pomyślałam – rany, gdzie ja to wetknę?). Siedzę na moskiewskiej podłodze, rysuję z nudów innych siedzących przy ścianie ludzi. Chińczyków, Rosjan, Polaków. Czyli, że na coś sztuki plastyczne się nieoczekiwanie w życiu przydają. Mniej więcej jak daktyle.

04

08 2010

ogloszenie drobne 3

Kochany pamietniczku,

Na wstepie przepraszam, ze tyle nie pisalam. Nie to, ze nie chcialam. Chcialam i to wiele razy. W kafejce w Pekinie, gdzie za kazdym razem trzeba wstukac numer paszportu i dac sobie zrobic mugshota, w kafejce gdzies w Shangdongu, gdzie zeby dac mi pouzywac sieci, uczynny chlopak z obslugi zalogowal mnie na swoj dowod osobisty (bo pamietniczku,sa takie miescja na ziemi, gdzie trzeba miec chinski dowod osobisty, zeby Cie dalej pisac, tudziez robic inne fajne rzeczy, typu grac w 7 godzin w Jinwutuana). A teraz – prosze – siedze w pustym mieszkaniu. Zostala juz tylko walizka i podreczny – przekladam z jednego do drugiego, moze cos od takich przekladanek zelzeje albo sie rozplyplynie w przestrzeni i bagaz zacznie sie miescic w limicie. Jutro rano przyjdzie jeszcze pan smieciarz i zabierze te kilka workow z rzeczami, ktore mu przygotowalam. Przyjdzie punktualnie, tak jak sie umowilismy, zabierze rzeczy bogatego laowaja na swoj recznie ciagniety wozek.

Mam nadzieje, pamietniczku, ze Aeroflot poprawil sie nieco od mojej pierwszej podrozy do Azji. Wtedy nie mieli jeszcze Airbusow. Mieli za to pasazerow, ktorych poalkoholowe problemy zoladkowe skupily sie w obrebie jedynego okienka dostepnego dla mnie, przez ktore mialam zamiar ogladac wschod slonca w Himalajach.

O tym wszystkim, co bylo, gdy mnie nie bylo, rzecz jasna napisze - tylko, ze juz lezac w hamaku w ogrodzie rodzicow, glaszczac od czasu do czasu posiwiala gebe psa, ktorego sama kupilam, sama przynioslam (byl wtedy kuleczka z oczami), a ktorego od 7 lat regularnie porzucam uciekajac do Azji.

Krotko mowiac, w nastepnych, pisanych pod lipa, odcinkach o:

a) lazeniu po zamknietym dla turystow odcinku chinskiego muru i napotkaniu ducha Mingow

b) lazeniu po starym cmentarzu w Qufu w trawie po kolana, wlazeniu na swieta gore Tai w pocie po kostki i o wstrzasajacym odkryciu poczynionym na szczycie tejze gory

c) naglym i niespodziewanym pojsciu w kalesonopodobnych gaciach i w koszulce od joggingu na spotkanie z wicedziekanem pewnej uczelni w Hebei i o rozowej jedwabnej koszulce nocnej z karczkiem, z falbankami, guziczkami (tak, to jest jedna ta sama opowiesc…)

d) o prawdziwym duchu Expo, o pawilonie polnocnokoreanskim, iranskim… (reportazo-esej)

e) o pekinskich hutongach karmiacych swoich oprawcow najlepszym makaronem swiata

O hutongach, pekinskosciach i innych polnocnosciach bedzie zreszta wiecej. Gdy wstane z hamaka, odloze talerzyk z pierogami ruskimi, blog zmieni troche profil. To bedzie moje pekinskie zycie. I inne niezrecznosci.

30

07 2010

Polska sie usmiecha c.d.- list od przedstawiciela PARP

Drodzy Czytelnicy,

Dostalam mail od przedstawiciela Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiebiorczosci (PARP) z prosba o umieszczenie go na blogu jako polemiki z moim wpisem pt.: Polska sie… usmiecha, w ktorym opisalam moje wrazenia po wizycie w Pawilonie Polskim na Expo. Do prosby sie przychylam. Oto on:

“Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości jest głównym organizatorem udziału Polski w Światowej Wystawie EXPO 2010 w Szanghaju – zrealizowała projekt wybudowania cieszącego się spektakularnym zainteresowaniem zwiedzających Pawilonu Polski oraz wyposażenie jego przestrzeni wewnętrznej. Przygotowała także obszerny program promocji Polski na  w tej Wystawie – program gospodarczy, kulturalny, program promocji regionów i miast polskich.”

E-mail zawiera opinie tworcow Pawilonu:

“Sklejka to duży walor pawilonu

Projekt od pierwszego, inicjalnego szkicu zakładał wykończenie elewacji Pawilonu odpowiednio zaimpregnowaną sklejką, jako materiałem naturalnym, odnawialnym, i spełniającym nasze estetyczne kryteria. Wykorzystanie w zamian blachy, co byłoby oczywiście wielokrotnie tańsze i prostsze, nie wyszło nigdy nawet poza proces myślowej weryfikacji.
Co ciekawe, zastosowanie brzozowej sklejki na pawilonie zostało odebrane przez krytykę, zarówno branżową, jak i spoza kręgu profesjonalistów, jako największy walor obiektu. Jako projektanci mamy uczucie, że dzięki temu wyraźniejsze są konotacje z polską tradycją, m.in. rękodziełem, a co chyba najistotniejsze, budynek wyróżnia się swoim ciepłym, naturalnym walorem wśród przeważającej ilości stalowych lub zbudowanych z tworzyw sztucznych elewacji. Na koniec wreszcie, prezentuje się świetnie w kontraście do szaro-burego  nieba nad Szanghajem, w towarzystwie innym drewnianych fasad, np. Hiszpanii i Norwegii, krajów które mają odwagę postawić na low-tech, klimat i swoja tradycję.
Istotna zmiana, którą niestety musieliśmy wprowadzić na etapie realizacji, to rezygnacja z penetracji wnętrza przez światło słoneczne. W obliczu ostrej redukcji budżetu przeznaczonego na budowę i lokalnego prawa ppoż. było to nieuniknione. Warto chyba porównać ile kosztował pawilon Polski – 20 mln PLN, a ile pawilon Arabii Saudyjskiej – 146 mln US lub Japonii – 140 mln US. Patrząc z tej perspektywy cieszymy się, że wystawa którą mieliśmy szansę zaprojektować we współpracy z wybitnym scenografem, Borisem Kudlicką, z oświetleniem autorstwa Holendra Marca Heinza i eksperymentalnymi animacjami warszawskiego studia Lunapark, cieszy się na tyle dużym zainteresowaniem  zwiedzających, że ustawiają się w długiej kolejce wokół budynku.

Marcin Mostafa, Natalia Paszkowska – twórcy Pawilonu Polski”

W e-mailu zawarta jest tez wypowiedz pana Tomasza Baginskiego, tworcy filmu o historii Polski prezentowanego na Expo:

“Historia Polski, jak zresztą historia każdego kraju, to ogrom wydarzeń, ludzi i dat. Mnogość danych. Nie tylko aktów, także rzeczy mniej uchwytnych.

To historia w dużej mierze stoi za tożsamością każdego narodu, do niej odnosimy się, mówiąc o rzeczach dla nas ważnych. Nawet skrótowe i z założenia banalne opracowania historyczne roją się od informacji.

Jak to wszystko zawrzeć w kilkuminutowym filmie, nazywanym „Historia Polski?”. Tego zrobić się nie da. Nijak w parę minut nie da się zawrzeć wszystkich ważnych faktów, w taki sposób, aby widzowie cokolwiek zarejestrowali.

Cofnąłem się więc w założeniach. Czy widzowie, którzy przyjdą obejrzeć ten film, rzeczywiście chcą lekcji historii? Ściągawki z faktów, wypracowania przekrojowego? Czy możemy narodowi, którego historia sięga parę tysięcy lat wcześniej niż nasza, zaimponować, pokazując parę dat? Nie, widzowie chcą wrażeń. Zaskoczeń. Odpłynięcia w inną rzeczywistość, zachwytu obrazem i muzyką, uczuć.

Jeśli nawet pragną wiedzy, to raczej chcą dowiedzieć się czegoś o wnętrzu Polaków, o tym, czym nasz kraj się wyróżnia. Chcą wiedzieć, dlaczego warto nas znać i co to za europejskie plemię Polacy.

Odszedłem więc od dosłownego traktowania tematu „Historia Polski”. W ośmiu minutach da się przekazać tylko wrażenia ogólne, nastroje i klimat, więc taki też powinien być nasz film. Wizualny poemat, wiersz opowiadany obrazem, zainspirowany przez polską historię. Ponieważ takich projektów praktycznie nie ma, doprecyzuję, o co chodzi.

Wyobraźmy sobie obraz przedstawiający wszystkie wydarzenia, bohaterów, ważne miejsca i ważne momenty naszej historii. Obraz, w którym owe momenty są wymieszane ze skojarzeniami, które przynoszą, z symbolami, prezentacjami miast, ludzi, charakterystycznych budowli. Gigantyczny kolaż najróżniejszych elementów, połączonych ze sobą bardzo płynnie.

Tomasz Bagiński , reżyser animowanej <<Historii Polski>>”

Autor listu (i ja tez) jest ciekawy Panstwa wpisow, zapraszam wiec do komentowania!

Tags: ,

09

07 2010

tu przejscia nie ma

Blog to jest jednak fajna forma pisarska. Kazdy wpis to kolejny wycinek ukladanki, ktora oczywiscie z wielu powodow nigdy nie bedzie tworzyc calosci. Ale moze tworzyc np. ciagi – chociazby taki: od nostalgii przez melancholie po przygnebienie.

Wracamy wczoraj z beztroskiego dnia w parku (lazenie jak malpa po dziwnej konstrukcji z lian, puszczanie latawca, rozplatywanie prawie 40 minut z pomoca miejscowych fanatykow tegoz sportu sznurka od mojego latawca, fajne rozmowy, picie kawy nad brzegiem Jangcy), jestesmy juz prawie w domu, niose zwinieta karimate, w srodku zrolowany latawiec, co chwila z karimaty wypada mi kolowrotek. Swiezo przybyla do Szanghaju A. niesie ksiazki, kremy do opalania i przenosny wiatraczek na baterie w ksztalcie swinki.

Przed znajomym skrzyzowaniem, tuz przed moja ulica, niedaleko szpitala pulmonologicznego, na chodniku stoi starsza kobieta z jakimis papierami w dloni. Dopiero jak juz przechodzimy, dociera do mnie jej pytanie: “gdzie tu mozna cos odbic na ksero?” Odwracamy sie. Kobieta stoi, trzyma te papiery. Na to ja: “na xx 路 przejsc przez skrzyzowanie i po lewej”. Odpowiedzia jest dezorientacja. Patrze na oczy starszej kobiety – jedno prawie calkowicie biale od zacmy, drugie jakby za mgla. Pewnie nawet nie zauwazyla, ze pyta cudzoziemki. Bierzemy ja pod reke, mowie, ze zaprowadze. Jest z Xinjiangu. Przyjechala do syna, ktory tydzien temu znalazl sie w szpitalu. Idziemy powoli, widac, ze jest zagubiona w tej przestrzeni. Rzucam okiem na kartki, ktore starsza pani sciska w dloni i nagle porazaja mnie. Badanie na HIV. Wynik – pozytywny. Pacjent ma 28 lat.

“Moj syn ma tylko 28 lat” – mowi kobieta. “Lekarze mowia, ze ma jakas straszna chorobe i ze trzeba zaplacic dziesiec tysiecy juanow za leczenie , inaczej wypisza ze szpitala”. Przyjechal tutaj dorabiac, ale nigdy nie powiedzial, co to za praca. Zadzwonil przed tygodniem. Ze bardzo zle sie czuje, ze potrzebuje pomocy, ze jest w szpitalu. “Wsiadlam w pociag i przyjechalam tutaj z Xinjiangu, zeby go dogladac”. Patrze na jej biale oczy i nie wiem, jak tego dokonala. Jak znalazla ten szpital, jaka musi miec sile, ze zdobyla sie na taki wyczyn. Teraz on mieszka na szpitalnym korytarzu a ona od kilku dni w marniutkim pokoiku wynajmowanym za ciezkie pieniadze rodzinom chorych. Pieniadze (w sumie to te, ktore on wysylal) sie koncza. Wiekszosc poszla na bilet i noclegi.

“Czy wiesz, gdzie jest siedziba telewizji szanghajskiej?” – pyta starsza pani. “Chce tam pojechac i opowiedziec o naszym nieszczesciu“. W wyobrazni widze, jak starsza pani wspina sie po schodach prowadzacych do stacji, szuka zamglonymi oczami wejscia, jak straznik pyta czy jest z kims umowiona na spotkanie.

Kserujemy ten straszny wyrok. Jej trzesa sie rece, kartki sie rozsypuja. Prosze o zszycie. W reku trzymam karimate, latawiec i niesforny kolowrotek. Wychodzimy. Pytam sie, czy cos jadla. Ona: “ja nic nie zjem”. Biore znowu pod reke i wracamy w kierunku szpitala. “Jak myslisz, czy mozliwe, ze ta choroba sama sie cofnie?” - pada pytanie. A mnie wiele kosztuje, zeby powiedziec, ze trudno mi powiedziec, ze nie jestem lekarzem, ale ze chlopak przeciez jest mlody, wiec organizm bedzie z pewnoscia walczyl z choroba. Kiwa glowa, bedzie walczyl z choroba. Po drodze ujgurska knajpa. Tlumacze starszej pani, ze musi jesc, bo musi miec teraz sily, sadzamy ja, kartki z wyrokiem kladziemy obok. Patrzy sie na menu, ale bez wyrazu. “To jedzenie z Xinjiangu” – mowie. Jest ok, nie ma wieprzowiny.  Gdy podchodzi kelnerka starsza pani prosi o “zwykle biale kluski”. I kleik z wolowina dla syna na wynos. “Bo ja tak jak wy, tez jestem z Xinjiangu” - mowi kobieta.  Zero odpowiedzi, nawet kiwniecia glowa ze strony kelnerki. “Chodzcie ze mna, odwiedzcie mojego syna” – roluje kartki. Wyobrazam sobie chlopaka na korytarzu. Patrze na jego drobna matke. Za pol godziny mamy sie stawic na moim pozegnalnym przyjeciu. Konczy sie moj rok w Szanghaju i na tym moim nieszczesnym uniwersytecie.

Gdybysmy poszly do szpitala, ta nierozwiazywalna, absolutnie beznadziejna sprawa stalaby sie nasza sprawa. Sprawa, w ktorej nie mozemy zrobic wlasciwie nic. Bo nie jest jednostkowa, bo jest, choc tak tragiczna z bliska, tylko elementem pewnej ukladanki. Jej elementem jest chlopak na szpitalnym korytarzu, ktory zglosil sie tam dopiero wtedy, gdy choroba byla juz w pelni rozwinieta. Jej elementem jest drobna kobieta z zamglonymi oczami, ktora przejechala pare tysiecy kilometrow pociagiem. Zegnajac sie sciskamy sie serdecznie, mowimy sobie wiele cieplych slow, usiluje jej dodac otuchy, wciskam jej w reke tyle, zeby przez najblizsze dni mogli oboje jesc cieple posilki. Kelnerki patrza na scene pozegnania jak na cyrk, a na dwie blondynki z karimata jak na wariatki.

Przyjecie pozegnalne urzadzaja znajomi Tajwanczycy. Na stol wjezdzaja golebie, wielkie kraby i potrawka z zolwia. Wesole szczebiotanie moich wspolstudiujacych. Wszystkie macaja wlosy A. i nie moga sie nadziwic, jakie miekkie. I skora taka biala – jakie kremy stosuje?

P.S. Poniewaz zycie A. , podobnie jak moje wlasne, to takze porzadna porcja niezrecznosci, przeto A. jedzac kosztujaca mniej niz jedna dwusetna tego, co ta nieszczesna kolacja, ale – w naszej zgodnej opini – o niebo lepsza, rybe z syczuanskiej osiedlowej knajpy, dlawi sie oscia. Tzn. scislej biorac, osc ta osadza sie jej gdzies w przelyku i tylko uparcie wlazi coraz glebiej, nijak nie chcac wyjsc. Jedziemy do znajomego mi juz szpitala. I znowu to samo – wchodzimy do krystalicznie czytego hallu, pobieramy numerek, placimy kilkanascie yuanow, siadamy w estetycznej poczekalni czekajac az chinskie imie A. (ktore jej kiedys w przyplywie weny poetyckiej nadalam), pojawi sie na ekranie. I znowu -   dostajemy szybka i mila pomoc. Lekarz zartuje, czy wyjeta osc chcemy zapakowac i wziac na pamiatke, czy moze juz wyrzucic do kosza. Slyszac, ze jestesmy z Polski, zza kotary wychodzi inny z lekarzy (rozpoznaje go, jego zdjecie wraz z opisem dokonan w leczeniu raka przelyku mignelo na jednym  z ekranow w poczekalni) i pyta sie, czy jestesmy zadowolone z nowego prezydenta. Odpowiadamy. Wszyscy sie smieja i ogolnie jest bardzo sympatycznie. A ja od wczoraj mysle o nich.

07

07 2010

Bracia

Czasem zdarza mi sie dac tutaj na blogu omowienie jakiegos ciekawego artykulu z chinskiej prasy (no dobra, dzis dodam od siebie zdjecia wlasnej roboty). Nie to, ze mam poczucie misji, tylko zdaje sobie sprawe, ze w naszym kraju raczej nie mozna za czesto liczyc na cos takiego (no bo przeciez, jak wiadomo “co moze niby byc ciekawego w takiej rezimowej prasie?”), a patrzac na Czytelnikow i komentujacych mojego bloga, mam dosc jasne wrazenie, ze odczuwaja brak takich informacji. Dzis – no tak, oczywiscie, wczorajszy Nanfang Zhoumo, czyli “Weekend Poludnia”. Artykul pod tytulem “释比兄弟”, czyli “Bracia shibi“.

Shibi? Czyli kto? Shibi to w jezyku narodu Qiang ktos, kto “rozumie sprawy duchow, swietosci, rozumie sprawy ludzi, odprawia czary, leczy choroby, czci gory, sprawuje kult”. Yang Guisheng (lat 65) jest shibi. Jego starszy brat Yang Shuisheng tez jest shibi. Jako nastolatkowie dostali przekaz od duchow we snie, odziedziczyli od starszych w klanie swiete przedmioty potrzebne do odprawiania obrzedow, leczenia – poczerniala ze starosci czaszke malpy i beben ze skory kozy. Tylko, ze swiete akcesoria mlodszego z braci, Yang Guishenga, plesnieja dzis na strychu nowego domu ze zbrojonego betonu. Akcesoria starszego z braci tez nie sa juz nikomu potrzebne. Ma 71 lat. Zostal w wiosce (a raczej w tym, co z niej zostalo) sam i czeka, zeby “polaczyc sie z przodkami”.

Wioske zmiotlo z powierzchni ziemi wielkie trzesienie z 12.05.2008, znane u nas pod nazwa trzesienia w Syczuanie albo trzesienia w Wenchuan. Prawie rowno 4 miesiace temu pojechalam do Wenchuan. Dotarlam tam nowiutka droga zbudowana posrod krajobrazu ksiezycowego – gory zostaly wynicowane przez trzesienie na druga strone. Do wioski braci Yang (a raczej miejsca gdzie byla) nie dojechalabym, nawet jakbym bardzo chciala. Nawet przed trzesieniem byla to jedyna wioska w prefekturze, do ktorej nie bylo normalnej utwardzonej drogi. Z “cywilizowania” (najblizszego miasteczka) dalo sie dojechac tylko koniem (oczywiscie wierzchem, nie wozem, lud Qiang jest drobny, czesto bylo tak, ze jechalo ich kilku na jednym). Nic dziwnego, ze wioska byla najbiedniejsza w regionie.

Najwiekszym szacunkiem cieszyli sie oczywiscie bracia Yang. To oni leczyli, sprawowali kult przodkow, kult przyrody, przekazywali wiedze o historii ludu. Tradycyjna religia Qiangow oparta jest na animizmie – jak zauwaza autor artykulu “nawet taboret ma swoja taboretowa dusze”. W czterech katach domow zbudowanych z lupka kamiennego ludzie Qiang rozmieszczaja cztery kamienie. Zeby okazac naturze wdziecznosc za podpowiedzienie ich praprzodkowi, ze ma pokonac wrogow za pomoca draga z kamieniem przytroczonym do jednego z koncow. Czyli – tlumaczac na jezyk antropologii – za pokazanie im jak wytwarzac narzedzia, czyli tworzyc kulture.

No wiec natura sprzatnela wioske z powierzchni ziemi. Dotarli ratownicy i zarzadzili ewakuacje tych, ktorzy przezyli. Niedlugo po tym, sto pare kilomentrow dalej (daleko od ducha kuchennego taboretu, daleko od czczonej gory, daleko od duchow przodkow) zbudowano dla nich osiedle w miasteczku w duzej czesci zamieszkalej przez Chinczykow Han – domy z pieterkiem, ze zbrojonego betonu, nie rozpadna sie w sekunde grzebiac ludzi w srodku, tak jak to stalo sie w przypadku domow z lupka.  Qiangowie z wioski musieli zaczac uczyc sie poslugiwac pieniedzmi. Jak mozna sie domyslec, nie zawsze dobrze to wychodzilo. To co bylo cenne, nagle stracilo wartosc. To, co powinno byc za darmo (np. przejazd w jakies miejsce) nagle zaczelo miec bardzo konkretna wartosc.

W zyciu Yang Guishenga, mlodszego brata, byl jeden szzcegolnie wazny moment. Na dwa lata przed trzesieniem dostal certyfikat, ze faktycznie dziedziczy przekaz shibi, ze jest shibi. Jego certyfikat dumnie wisi na betonowo-zbrojonej scianie domu. Czasem zagladaja sasiedzi Hanowie i pytaja: “dziadku Yang, a co to jest shibi? A co to jest dziedziczenie przekazu?” Mowi im, ze shibi to taki czarownik, choc slowo “czarownik” nie oddaje nawet ulamka znaczenia i roli jaka gra shibi.

W niepismiennej kulturze Qiang to shibi recytujac, potwarzajac opowiesc o mitycznych poczatkach, spiewajac historie ludu i jego zwiazkach z przodkami, dba o utrzymanie w nim nalezytej orientacji. Czesc Hanow smieje sie z niepismiennego, ledwie dukajacego po chinsku specjalisty od “przesadow” (czyli przeciwienstwa tak tutaj kochanego “swiatopogladu naukowego”). A wladze prefektury, widzac usychanie przesiedlonych Qiangow, siedzacych w betonowych domach i gapiacych sie w telewizory (ktore kazda rodzina dostala w prezencie na dobry poczatek) i – jednoczesnie – upatrujac w nich srodek do mozliwego podniesienia prefekturalnego GDP, znalazly sposob. Yang Guisheng, mlodszy brat, ma dla publicznosci odprawiac “obrzedy” – tanczyc, bic w beben, recytowac swiete poczatki ludu Qiang. Za stowke od kazdego turysty. Takie “centrum kultury ludu Qiang” to magnes dla turystow.

W tym momencie Nanfang Zhoumo wsadza swoja nanfangowa szpile, za ktora tak go lubie. Plynnie przechodzi od dzisiejszych wystepow do wystepow z przeszlosci, czyli do doswiadczen braci z czasow Rewolucji Kulturalnej. Naturalnie, zostali oni wtedy uznani za 牛鬼蛇神  – “krowie upiory i wezowe duchy” (co ciekawe, samo okreslenie pochodzi z buddyzmu), sily niosace szkode. Mlodziutkiemu wowczas Yang Guishengowi zawieszono na glowie 7 kilogramowa glowe boddishatwy i oprowadzano po ulicach. Wiele swietych przedmiotow nalezacych do klanu zostalo zniszczonych. Przetrwala czaszka malpy, ktora obecnie plesnieje na strychu dawnego “wezowego ducha”.

Po trzesieniu drugi z braci tez zostal przesiedlony. A po roku wrocil na miejsce apokalipsy. Tlumaczyl, ze chce umrzec razem z przodkami. Jego dorosle dzieci zostaly w nowym osiedlu. Wnuczki mowia plynnie po chinsku. Powrot to bylo jak zamieszkac na golej gorze, jakby nigdy nie bylo cywilizacji. Do miejsca gdzie kiedys byla wioska, oczywiscie nie dochodzi juz linia elektryczna, jest problem z woda. Nie ma juz zwierzat (Qiang to lud pasterski). Zostala kamienna wiezyczka ku czci przodkow, starszy brat Yang osiedlil sie na przeciwko niej. Gdy zapada gorski zmrok idzie spac. Rano wyrusza na poszukiwanie leczniczyh ziol i korzeni w gorach.

Trzesienie spowodowalo w Chinach fale zainteresowania mniejszoscia Qiang. Jeden z pionierow badan tej mniejszosci znal starszego brata Yang wczesniej, czesto u niego bywal, zawsze na zasadzie czystej goscinnosci. Teraz starszy brat odwiedzajacym go naukowcom sugeruje zaplate za nocleg.

A mlodszy rzuca dziennikarzowi Nanfanga na odchodne: “mozecie od siebie zorganizowac jakas wycieczke? Stowa od glowy za pokaz i bedzie ok!”

Dwoch braci, dwie decyzje, jedna prefektura i – z niczyjej winy – brak dobrego rozwiazania. Folkloryzacja to rzecz jasna nie tylko domena Chin kontynentalnych. Nigdy nie zapomne wizyty w “wiosce aborygenskiej” na Tajwanie, gdzie facet przedstawiony nam jako “krol plemienia” byl w “wiosce” czyli parku tematycznym kierowca meleksa wozacego turystow. Naprawde nie wiadomo, co w takiej sytuacji powiedziec. Tak czy inaczej nie zdziwie sie, jesli w niedalekiej przyszlosci bedzie tak, ze zarowno ludowe ubrania tajwanskich Atayal jak i blekitno-granatowe stroje Qiangow szyte beda w tej samej fabryce gdzies w Jiangsu. Choc moze juz nie w Jiangsu, bo tutaj, na wybrzezu coraz mniej ludzi godzi sie na prace w fabrykach, rosna koszty. Fabryki trzeba przeniesc gdzies wglab Chin.

Zdjecia. Jakos dlugo nie moglam sie zdobyc, zeby pokazac zdjecia tych przenicowanych gor. To gory w dolinie rzeki Min, w drodze do Wenchuan (z autobusu, wiec kiepskiej jakosci). Szczyty maja ok 3 do 4 tysiecy metrow.

Po tej stronie doliny byla droga, w momencie, gdy nastapilo trzesienie, budowano tez autostrade:

DSC07373Nie wiem, jaka wysokosc moze miec to rumowsko:

DSC07386DSC07414Powyzej – teraz resztki mostu wystaja prosto z gory. Obok ruiny szkoly. Zdjecie ponizej – trzeba powiekszyc, zeby zobaczyc resztki trakcji elektrycznej powyzej rumowiska:

DSC07420DSC07427Powyzej: resztki mostu przez rzeke Min pozostawione jako pamiatka. Ponizej: tam byla droga i wioski:

DSC07443DSC07512Powyzej – Tybetanczycy i Qiang tworza razem prawie polowe mieszkancow prefektury. Jezyk Qiang jest jezykiem mowionym. Skrypt tybetanski mozna spotkac czesto, tak, jak na tej tablicy powyzej.

Ponizej: sklep ze strojami Qiang w Wenchuan:

DSC07526Ulica w Wenchuan. Kobiety Qiang przygladaja sie pracy ulicznego 拔牙 – wyrywacza zebow. Naturalnie na stoliku, jako reklama, leza juz wyrwane zeby:

DSC07470Kobieta z ludu Qiang:

DSC07549

02

07 2010

Nostalgia, warstwy przeszlosci i duch yananski

Mialo byc o Yananie. Musi byc o Yananie. Ale jesli o Yananie, jesli w ogole o Shaanxi, to przy okazji musi byc troche i o nostalgii. I w ogole o spotkaniach z przeszloscia – ta niedawna, ta dawna, ta mityczna i ta konstruowana na uzytek tego, co dzisiaj.

Na moj trzeci festiwal Smoczych Lodzi w Chinach ucieklam do Shaanxi – prowincji trzech mitycznych poczatkow – jest tam kurhan legendarnego Zoltego Cesarza, Grob Qinshi Huangdi, cesarza, ktory zjednoczyl Chiny i wlasnie Yanan – mityczny poczatek komunistycznych Chin. Ucieczka nie byla tak szybka jak sie spodziewalam (ze niby godzina na Pudong, dwie godziny samolotem do Xianu i po sprawie). Kiedy skierowano nas, pasazerow, do jakiegos bocznego gate’u a na tablicy zaczelo sie pojawiac coraz wiecej czerwonych znakow (lot skasowany, opozniony, skasowany, opozniony), juz wiedzialam, ze nie bedzie dobrze. Gdy po dwoch godzinach rozdano lunchowe pudeleczka i wode, wiedzialam, ze bedzie zupelnie kiepsko. Sprytnie przewidzialam te okolicznosc i zabralam ksiazke - coz by innego - Red Star Over China Edwarda Snowa, osoby, ktora ma niepodwazalne zaslugi w budowaniu legendy Mao na Zachodzie i na Wschodzie (“jak zauwaza wasz znany dziennikarz Snow…”). Snow opisuje swoja podroz do Yananu (miala miejsce w 1937 roku). Robi to jednak (czego mniej sprytnie nie przewidzialam) tak, ze 5 godzin oczekiwania na Pudongu uplynelo mi glownie na spaniu z ksiazka ta pod glowa. I rozmawianiu przez telefon z tymi, ktorzy mieli wiecej szczescia, jesli chodzi o loty i udalo im sie do Xianu dostrzec wczesniej (“mowie Ci, linia X tak ma, oni zielonego pojecia nie maja, co sie tam zespulo, teraz probuja na chybil-trafil, jesli w ogole wyleci, to doleci albo nie doleci…”). W hali odlotow wpada mi w oko reklama:

DSC08712 Tak, karty kredytowe z Transformersami. To pokolenie, ktore liznelo kolorowych, plastikowych dobr gdzies w latach 90-tych, to ktore dorastalo z pierwszymi grami komputerowymi wyhodowalo juz wlasna, osobna nostalgie.  I zaczelo  za pierwsze pensje nabywac produkty do jej podkarmiania. Jak pisze 人物周刊 w cenie (bo nostalgia to jest, jak wiadomo, wielki biznes) u dziesiejszych 25-latkow sa rzeczy tak rozne jak: pierwsze mangi, guma do skakania, ubrania sportowe marki 梅花,(polecam przejrzec cala zalinkowana strone, takze zdjecia ponizej zdjecia samej bluzy), piorniki z klapkami, gra w szklane kulki,znaczki z Mao i torby hongweibinskie. A teraz jeszcze te transformersy. Czyli jak to zwykle - pamiec, ta wlasna i ta zbiorowa zajmuje sie glownie nie przechowywaniem, ale rekonfigurowaniem, sklejaniem, przygotowywaniem paczek z prezentami, ktore maja pomoc oswajac to, co jest dzisiaj.

Dzisiejsi 50-latkowie: ogladanie telenowel migajacych burymi mundurkami i czapkami z gwiazdkami. Dzisiejsi 50-latkowie z pieniedzmi: kolekcjonowanie sztuki. Migajacej burymi mundurkami i czapkami z gwiazdkami (zdjecie zrobione ukradkiem w jednej z modnych szanghajskich galerii, radze zwrocic uwage na rekwizyty tla, w szczegolnosci na pagode na gorce, jeszcze bedzie o niej mowa):

DSC02110

W Chinach trzeba byc przygotowanym na to, ze spotykaja sie ze soba rzeczy, ktore na pozor sie wykluczaja, nie lacza sie, niby nie pasuja. Ale Shaanxi nawet kogos przygotowanego (kto przeszedl szkole “szanghajska”, gdzie generalnie malo co sie z soba laczy) moze przyprawic o zawrot glowy.

Armia terakotowa pierwszego cesarza, ktory zjednoczyl Chiny (Qinshi Huangdi), spotyka sie z cesarzem ostatnim:

DSC09709

Dzisiejsi Chinczycy spotykaja sie z Chinczykami z przeszlosci:

DSC09606

DSC09615

…Chinczycy z przeszlosci spotykaja sie ze szmatami z terazniejszosci:

DSC09544

…Chinczycy dzisiejsi spotykaja sie z legendarnymi Chinczykami z przeszlosci (grobowiec Zoltego Cesarza, chlopak powtorzyl poklon, bo zle na zdjeciu wyszedl):

DSC09495 Przyszywani Chinczycy w swiatyni czczacej wszystkie klany Chin przy kopcu (kurhanie) Zoltego Cesarza spotykaja sie ze swoim przyszywanym klanem i przyszywanymi przodkami:

DSC09513 Posrod rzedow tabliczek z chinskimi nazwiskami odszukuje  ”moja”. Tabliczka zostaje umieszczona na oltarzu, od lampki z napisem “szczescie” zapalam trociczki i zaczyna sie. “Pierwszy poklon!” - pada komenda. Robie. “Drugi poklon!”. Trzeci. “Pierwszy ketou! (kowtow)” etc. Jak normalnie trudno mi w takich sytuacjach uderzyc czolem o ziemie, to przed tymi pokoleniami ludzi o nazwisku Bai jakos latwo mi to przychodzi.

No, ale w Shaanxi naprawde kazde spotkanie jest mozliwe. Idziemy dalej:

Mao i mandaryni:

DSC09806

Stopien trudnosci rosnie: 弥勒佛 —Budda Maitreja, 财神—Bog Bogactwa i generalicja pod przewodnictwem Zhu De na przysklepowym oltarzu:DSC09810

Generalicja w podobnym skladzie osobowym przychodzi z odsiecza zwiedzajacym w niemilosciernym skwarze kwatere armi terakotowej:

DSC09634

Shaanxi to nie tylko spotkanie Chinczykow z roznych epok, z roznych bajek i o roznych statusach ontologicznych. To takze spotkania z laowajami (z rownie roznych bajek i o roznych statusach ontologicznych). Obrazek pierwszy – Obama, Mao i Beckham (chwilowo daruje tu sobie wstawki o kulcie Obamy czy Obamao). Drugi obrazek – stopien trudnosci ponownie wzrasta, jako, ze nastepuje dodatkowo spotkanie tych wszystkich szacownych postaci (polecam powiekszenie) z pania w dolnym rzedzie, druga od lewej. Trzeci obrazek, ech, te laowaje…

DSC09802DSC08886

DSC08733

W samym Yananie wyjatkowych spotkan jest jeszcze wiecej:

DSC09108

DSC09124

DSC09121

Nie, to nie sceny z krecenia ktorejs z popularnych telenowel o czasach wojny z Japonia. To spotkanie komunistow sprzed 70 lat z wycieczka kandydatow na czlonkow Partii z Henanu. Stroje wypozyczyli za 15 kuajow od osoby na stoisku przed wejsciem. Przyjechali do zrodel, poszukac korzeni tego, do czego aspiruja, wypowiedziec przysiege w miejscu mocy, popstrykac wielkimi aparatami te kilka miejsc - symboli:

DSC09137
A to miejsce, ktore jest tlem dla zdjec to symbol jeszcze innego rodzaju spotkania. Kiedys kosciol, po przybyciu komunistow do Yananu zamieniony na miejsce obrad. Na (bylym?) oltarzu Mao i Zhu De:

DSC09111

DSC09100

Nad otlarzem haslo (wyznanie?) “Pod szandarem Mao do zwyciestwa”:

DSC09103 Po bokach oltarza czterech ee…ojcow rewolucji:

DSC09104DSC09112

Niedaleko stare kwatery Mao, Zhou Enlaia, Zhu De. Wszystkie wydrazone w miekkim, zoltym lessie:

DSC09050DSC09150

Hanowie wspolczesni zagladaja z ciekawoscia. Wielkie aparaty cykaja zdjecia. Kilka drewnianych mebli, na lozku Przywodcy rozsypane papierosy. Drewniana miska, dokumenty. To wszystko. Cos faktycznie jest z tej atmosfery skromnosci, zwyczajnosci, dostepnosci, o ktorej pisal Snow (ktorego zdjecie z Mao wisi w jednej z sal wystawowych urzadzonych w jednej z jaskin). Ach, kiedys to bylo autentycznie, romantycznie. Kiedys to wszyscy mieli po rowno. Kiedys to wszyscy byli mlodzi. Dzis juz tak nie ma. Dzis to kopia i produkcja masowa. Dzis duch upadl. Ale zrodla mamy dobre, gdyby wrocic na chwile… Mowi Nostalgia. I pokazuje obity kubeczek Mao i talerzyk Zhou Enlaia w muzeum.

Skoro duch upada, trzeba go szukac na wszelkie sposoby. W Yananie niemal na kazdym kroku a to wygrawerowana kaligrafia Hu a to Jianga, a to slowa Denga. “Trzeba pielegnowac duch yananski” . “Duch yananski nigdy nie zginie”. Co ciekawe, duch ten przebywa w “Yananie (tzn nie to ciekawe, to oczywiste) – swietej ziemi Chinskiej Rewolucji (o, to ciekawe)”. Tablica w yananskim Muzeum Rewolucyjnym, choc to okreslenie mozna w miescie spotkac powszechnie:

DSC09185

Po drugiej stronie miasta kolejne spotkanie. “… i dochowac wiernosci Partii, strzec sekretow Partii…” dochodzi do nas ze szczytu wzgorza, gdyt zblizamy sie do stojacej na nim pagody  (tak, tej zza Mony Lizy, oswieconej sloncem, do ktorej zmierzal Dlugi Marsz, rowniez przedstawiony na dziele). Pagoda to inne jeszcze, oprocz dawnego kosciola, ale nawet bardziej owiane legenda, miejsce spotkan komunistow sprzed 70 lat. Henanczycy i tutaj zdecydowali sie powtorzyc swoja przysiege:

DSC09229 Wracamy powoli do miasta. Na zboczu gory wydrazone domki – takie same, jak te w ktorych 70 lat temu mieszkali Mao i Zhu De. Nic sie nie zmienilo. Najlepszym chlodzeniem jest lessowa ziemia, najlepszym ogrzewaniem w zimie – takze lessowa ziemia. Nawet brudna wode wylewa sie wciaz przed dom. Przed domami malwy i psy, w domach drewniane lozka, na drzwiach tradycyjne chunliany – zyczenio-wiersze na chinski nowy rok.

DSC09429DSC09262DSC09366DSC09347DSC09270P.S. Ale dzisiejszy Yanan to wcale nie wydmuszka po dawnym, wspanialym swiecie. Dzisiejszy Yanan ma cos, w czym  przechowalo sie cos z tej mitycznej dziarskosci, energicznosci, radosci zycia, entuzjazmu. Czyli…yananskiego ducha wlasnie. Ma Yananczykow.

Kiedys przyjda jeszcze takie czasy, ze ludziom nie bedzie chcialo sie tanczyc na ulicy, ze nie bedzie im sie chcialo grac. Ze gdy zabraknie ozdobnej parasolki, nie bedzie chcialo sie plasac ze zwyczajna. Wtedy bedzie mozna ogladac te filmiki ponizej i tesknic za Chinami, ktore w roku 2010 byly energiczne, roztanczone i jakie tam jeszcze Nostalgia podetknie okreslenia. Ja juz tesknie.

yanan4

yanan3

P.P.S. przepraszam za kiepska jakosc filmikow. Kompresowalam na wpol spiaco.

28

06 2010

O wyborach i o nodze

Wiem, ze mialo byc o Shaanxi, o Yananie. I jeszcze bedzie, bo sie w miejscu zakochalam. Po powrocie do Szanghaju, majac w pamieci yannanskie  domy wydrazone w lessowych gorach, yannanskie hipnotyzujace tance na ulicach, yannanskie daktyle wielkosci piastki dziecka, siegnelam na polke po zakurzony Lonely Planet po Chinach i otworzylam na stronie 436 – by dowiedziec sie, ze “for most foreign travellers Yannan does little more than elicit long yawns and drooping eye-lids”. Ciekawe, mam identyczne symptomy czytajac Lonely Planet. No ale dzisiaj nie o tym. Bo dzisiaj – no tak – o wyborach i nodze (a co?).

To najpierw o tym drugim. No wiec po bieganiu po lessowych wzgorzach i swietych miejscach rewolucji w Yananie (w klapkach japonkach), po wspinaniu sie na kilka 60 metrowych pagod (w klapkach japonkach), po objechaniu xianskiego muru miejskiego rowerem na tempo (13.7 km w klapkach japonkach) boli mnie stopa. Stopa ta boli mnie troche, ale constans, uniemozliwiajac mi dluzsze chodzenie (nie mowiac o joggingu) i w ogole uprzykrza mi zycie. No wiec powloczac owa stopa powloklam sie wczoraj do najblizszego szpitala.

Opisze po prostu wizyte. Jest sobota, wchodze z upalu do klimatyzowanego, czysciutkiego hallu. Szpital jest gigantyczny, jest w nim mnostwo specjalizacji. Na srodku okragla recepcja, w niej pielegniarki. Podchodze i wyznaje, ze…niespodzianka! – boli mnie stopa.  Dostaje druczek z napisem “ortopedia” i ide do jednego z kilkunastu okienek dokonac oplaty z wizyte. Pani w okienku przejezdza moja karta szpitalna przez terminal (karte juz mam, ale o tym za chwile), na ekranie skierowanym w moja strone wyskakuja moje dane. Place, dostaje wydruk z numerkiem i numerem oddzialu na ktory mam sie zglosic. Szpital jest krystalicznie czysty, ma mnostwo zieleni. Na korytarzu kraniki z woda do picia. Kustykajac ide na ortopedie, siadam w jasnej, przestronnej poczekalni. Obserwuje ekran, na ktorym przesuwaja sie numerki i nazwiska pacjentow wraz ze wskazaniem, do ktorego gabinetu maja sie zglosic. Informacje te sa tez czytane na wypadek, gdyby pacjent mial nienajlepszy wzrok.

Pacjentow jest mnostwo, ale lekarzy ortopedow tez. Chyba co najmniej siedmiu. Na drugim z ekranow przewijaja sie ich zdjecia (wszyscy wojskowych mundurach, to oficerowie, szpital jest wojskowy, ale jak widac, korzystac moze kazdy), opis ich specjalizacji, dokonania naukowe (jezdza po swiecie, pisza ksiazki), godziny przyjec. Po 15 minutach jestem juz w gabinecie. Lekarz obmacuje i wygina nieszczesna stope, wypytuje co robilam, jakie buty nosilam. Na moje opowiesci o bieganiu po Shaanxi w 人字拖鞋  (“klapki w ksztalcie znaku czlowiek” , czyli 人, no jak tu nie lubic chinskiego?) ma chyba ochote popukac sie w czolo, ale sie opanowuje. Mowi, ze rzecz wyglada na nadwyrezenie laczenia pomiedzy koscmi srodstopia, przepisuje leki (recepta drukowana! Nie ma zadnego bazgrolenia, jest za to cena leku), kaze isc do domu i noge przez najblizsze dni oszczedzac. I wrocic, jakby jednak nie mijalo.

Z recepta ide znowu do okienka platniczego, place za lek (cena znowu wyswietla sie na ekraniku skierowanym w moja strone), dostaje numerek okienka do wydawania lekow (okienka te znajduja sie tuz obok okienek – kas). Staje przed swoim okieneczkiem, nazwiska pacjentow przewijaja sie na ekranie u gory (XYZ – po odbior lekow, BXY – prosze sie przygotowac do odbioru lekow, ok to sie przygotowuje). Biore leki w garsc, opuszczam szpital. Od momentu wejscia wprost z ulicy do szpitala wizyta u specjalisty wraz z kupieniem leku zajela mi lacznie moze 40 minut.

Tym razem obylo sie bez bardziej zlozonych badan. Ale kiedys juz bylam w tym szpitalu (stad mam karte) i lekarz zlecil badanie USG. Wszystko odbylo sie na indentycznej zasadzie. Po prostu lekarz zamiast recepty napisal skierowanie, poszlam oplacic badanie (niestety nie pamietam juz ile, ale chyba ok 40 kuajow, to, jesli chodzi o sile nabywcza, odpowiednik 40 zlotych), dostalam numerek, usiadlam w poczekalni i patrzylam w ekran, czy juz wyswietla sie moja kolejka. Dostalam do reki wynik, wrocilam do lekarza, ktory na miejscu go zinterpretowal (czyt. uspokoil mnie).

Widzialam szpitale w tzw. starej Europie,  w tym i w jednej z najzasobniejszych czesci Europy, czyli we wloskiej Gornej Adydze, ale czegos takiego jak ten szpital nigdy. No chyba, ze na filmie. Organizacja tego szpitala, ilosc dostepnych serwisow i badan w jednym miejscu, to poczucie bezpieczenstwa wynikajace z pewnosci dostania natychmiastowej pomocy, to wszystko jest dla przecietnego Polaka nie do wyobrazenia.

Wiem, wiem i nie mam zadnych zludzen, ten szpital jest wyjatkowy w skali Chin, w samym Szanghaju tez bynajmniej nie wszedzie jest tak cudnie (wojskowa dyscyplina no ale i wojskowe standardy i wzgledy).  W Chinach widzialam tez i inne szpitale, w dwoch sie nawet znalazlam. Jeden z nich byl w malenkiej wsi, do ktorej jeszcze wtedy (rok 2008) wlasciwie nie bylo normalnego dojazdu, tylko rozmyta blotnista droga z jakiegos zapyzialego miasta (teraz, dwa lata pozniej jest juz zapewne inaczej, wtedy robiono autostrade obok wioski – po miejscu zapewne kraza teraz tlumy turystow z aparatami wielkosci tlustego jamnika).

Pamietam jak wczoraj, gdy w tej malutkiej wioseczce kobiety z wezelkami na plecach (w srodku najczesciej niemowle), otaczajac grupa (w gabinecie z metalowym wiatrakiem na suficie i rozgniecionymi muchami na scianach) biureczko rumianej lekarki mowily jedna przez druga. Mezczyzni spluwali na podloge. Lekarka ze swieta cierpliwoscia (nazwalam ja w myslach Stasia Bozowska) odpowiadala w lokalnym narzeczu, zagladala w podtykane jej dzieciece uszy i nosy, ogladala wybite palce. Obok stal potworny, kilkudziesiecioletni zardzewialy fotel ginekologiczny z rownie pordzewialym kublem pod spodem. Niestety, lekarstwa, ktorego potrzebowalam nie bylo, probowali innych, ale srednio pomagaly. Codziennie przyk(l)uta do 3 kroplowek z rzedu (normalna w Chinach praktyka, nie trzeba byc wcale obloznie chorym, zeby zarobic kroplowke), odganiajac muchy, ogladalam barwny korowod pacjentow i niestrudzona Stasie.

Chiny obecnie tez zmagaja sie z reforma sluzby zdrowia – glownym problemem jest oczywiscie wies i problem ubezpieczen zdrowotnych dla jej mieszkancow. Chinski system opieki zdrowotnej jest – jak wszelkie systemy tutaj – bardzo zlozony i zroznicowany, majacy mnostwo podregul. O ile pracownicy sektora panstwowego moga cieszyc sie darmowa sluzba zdrowia a czlonkowie ich rodzin moga korzystac z opieki za minimalna oplata, o tyle inni moga korzystac np. z ubezpieczenia oferowanego przez pracodawce (jesli maja takie szczescie), spolecznosc, w ktorej mieszkaja, sami je wykupic czy wreszcie, tak jak ja – po prostu wejsc z ulicy i zaplacic (no dobra, mam jakies ubezpieczenie, ale dla 8 kuajow nie chcialo mi sie robic problemu).

Nie chce tutaj prawic o reformach systemu opieki zdrowotnej (na ktore spojrzenie tak wdziecznie i merytorycznie poroznilo ostatnio naszych glownych kandydatow), bo sie na tym zwyczajnie nie znam. Pewnie, ze inaczej rzecz wyglada, gdy wchodzi w gre operacja, powazna, dlugotrwala choroba, lezenie w szpitalu przy braku obowiazkowego ubezpieczenia (zwlaszcza, jesli sie jest ubogim rolnikiem z konca swiata), a inaczej, gdy sie idzie z jakas blahostka. Ale w tych moich dwoch przypadkach wizyt w szanghajskim szpitalu ten pokaz sprawnosci, kompetencji, szybkosci i synergii sprawiaja, ze z wdziecznoscia zostawilam swoje pieniadze w okienku kasy.

No, to bylo o nodze, to bedzie o  wyborach. Dzis powloczac stopa (yy, no dosc o nodze) powloklam sie do punktu wyborczego – polskiego Konsulatu w Szanghaju. Po raz pierwszy (no dobra, po raz drugi, ale pierwszy sie nie liczy, bo wtedy bylam tam jako gosc a nie petent) stojacy w bramie chinscy zolnierze na moje niezmiennie radosne “nimen hao!” nie zahaltowali mnie pokazujac gestem nie znoszacym sprzeciwu lini na chodniku, ktora wlasnie przekroczylam , tylko odwzajemnili powitanie i usmiech i gestem zaprosili do srodka. Ciekawa jestem czy to dlatego, ze wreszcie zaczeli mnie po roku mniej lub bardziej regularnych odwiedzin kojarzyc, czy to jakis inny powod (no dobra, tak naprawde to jestem ciekawa, co i czy w ogole mysla widzac grupki blondynow idacych w niedzielne popoludnie na wybory prezydenta). W kazdym razie o naszej chinskiej 14:30 z ok. 240 osob, ktore zglosily chec glosowania w konsulacie, zaglosowalo ok 25-30%  (musialam zapytac z zawodowej ciekawosci).

Wracajac, w metrze przegladam nowy numer mojego ulubionego Nanfang Zhoumo. Oprocz tekstu o tym, jak badac nierownosci spoleczne w Chinach i dlaczego wyliczenia wspolczynnika Ginniego w Chinach sa zanizone, wpada mi tez w oko krociutki komentarz jednego z publicystow dziennika, zatytulowany “Demokracja to rodzaj regul gry”. Publicysta pisze o swojej niedawnej wizycie w Delhi i odwiedzinach w indyjskim Muzeum Narodowym. Po wejsciu dziennikarza czekalo bezgraniczne dziwienie – ekpozycja jest stara, zarowno sposob prezentacji jak i jej stan zdradzaja, ze nie byla zmieniana od czasow kolonialnych. Pozolkle tabliczki, stary sposob opowiadania. Gdy pyta sie znajomych indyjskich dziennikarzy, jak to mozliwe, zeby ten relikt kolonializmu przechowywac pod nazwa Muzeum Narodowego w niepodleglym kraju, otrzymuje taka oto odpowiedz: prob zmodernizowania muzeum bylo mnostwo, ale to rzecz nielatwa. Za kazdym razem, gdy powstaje jakas propozycja, jednoczesnie podnosi sie wiele roznorodnych glosow i protestow. Co wiecej, dyskusje tocza sie i tocza, az projekt w koncu upada albo sie dezaktualizuje.

Gdy chinski publicysta pyta ponownie, czy tego rodzaju spetujaca nogi i rece demokracja nie budzi aby ich sprzeciwu, dostaje kolejna dziwna odpowiedz (swoja droga ciekawe czy szczera, czy na potrzeby zaprezentowania sie przed “chinskim Innym”?). Owszem, niesie ona pewne niebezpieczenstwa, ale sa one duzo mniejsze niz te wynikajace czyjegos 凌驾 – wywyzszania sie ponad spoleczenstwo i recznego sterowania.

Publicysta przywoluje luxunowskiego (Lu Xun) “pana De” – czyli “Pana Demokracje”(德先生, byl jeszcze 赛先生, “pan Sai”, od science, czyli “pan Nauka”). Pisze, ze w przeciagu tych blisko stu lat od przedstawienia go Chinom, pan De bywal czesto przestawiany w sposob wykrzywiony, wylacznie jako walka, konflikt, spor. Publicysta konczy artykul wlasnym credem: demokracja to reguly gry, ktorych musimy sie nauczyc, tak aby kazdy mial sposobnosc wyrazenia wlasnego glosu, zeby nikt nie  wywyzszal sie ponad spoleczenstwo, zeby nikt nie musial placic rachunkow za czyjes wywyzszanie sie czy reczne sterowanie.  Zdaniem autora, taka sytuacja, choc nie gwarantuje natychmiastowego efektu, pozwala jednak uniknac niezrecznosci (tak, pisze wlasnie “niezrecznosci” – 尴尬)wyniklych z dokonywanych raz po raz gwaltownych zmian.

Ech, chcialabym zyczyc dzis nam, Polakom, zebysmy do takiego idealu choc w malej czastce sie (kiedys) przyblizyli. I zeby drugi z panow przywolanych przez Lu Xuna - pan Sai, czyli pan Nauka, zwlaszcza ten od medycyny, zaczal kiedys choc troche przypominac tego,  ktorego dostrzeglam w odwiedzonym przeze mnie wczoraj szpitalu.

20

06 2010

Chinska Republika Parkowa

Chinska Republika Parkowa (zwana dalej ChRP) ma przyczolki rozlokowane  w obrebie znacznej czesci Chinskiej Republiki Ludowej (ChRL). Podobnie jak ChRL, ChRP jest zroznicowana geograficznie i kulturowo. Piszaca te slowa za kazdym razem, gdy jest w jakims zakatku ChRL odleglym od Udzielnego Ksiestwa Hu (Hu 沪 – Szanghaj) stara sie przeprowadzac obserwacje zachowan populacji ChRP na danym terenie (vide post Kunming-obserwacja uczestniczaca czy – czesciowo  - ten post)

W zasadzie okreslenie “populacja ChRP” jest nieprawidlowe. Ludnosc ChRP to ludnosc w calosci naplywowa. Sredni czas pozostawania na terenie ChRP wynosi okolo kilku godzin. Granice ChRP zazwyczaj przekraczane sa przez ludnosc ChRL masowo w weekendy. Ale nawet wtedy czas oczekiwania na granicy nie jest zbyt dlugi. Ot, dajesz przygotowane 15 czy 10 kuajow, dostajesz, z reguly zielony, bilecik i przekraczasz granice. Nikt nie pyta o wiek, o status spoleczny, ilosc drobnych w kieszeni, co zamierzac w ChRP robic.

Nie masz walizki. No chyba, ze targasz w niej sprzet fotograficzny. Mozesz miec namiot, torbe piknikowa a nawet przygotowane juz szaszlyki i rozen. Mozesz miec tez sprzet do przekraczania powietrznej granicy ChRP - latawiec. Przyczolki ChRP to prawdopodobnie jedyne miejsce na swiecie, w ktorym do lotu wzbijaja sie pingwiny a nawet zlote rybki.

ChRP ma flage podobna do flagi ChRL. Choc moze to zolte to kwiaty?

DSC08564

Poszczegolne przyczolki ChRP cechuja sie bogatym zroznicowaniem geograficznym: obecne sa jeziora, wodospady, rzeczki, gorki a nawet bagna. Na terenie ChRP mozna spotkac powszechnie rosnace maki - Papaver somniferum (nawet w przyczolku ChRP ktory kiedys byl bastionem obrony Chin w wojnach opiumowych – park Paotai Wan nad Jangcy). Maki te rosna sobie jak gdyby nigby nic. Na terenie ChRP mak jest makiem… jest makiem… jest makiem:

DSC08512

Pomimo bogactwa form uksztaltowania terenu, orientacja w  ChRP jest zazwyczaj bardzo prosta – centrum kazdego z przyczolkow ChRP znajduje sie w miejscu, nad ktorym unosza sie latawce.

Transport w ChRP. ChRP posiada zroznicowane srodki transportu. Od roweru wzmacniajacego wiezi rodzinne/partnerskie:

DSC08664

przez rower wzmaniajacy poczucie indywidualizmu:

DSC08542

po meleksy i inne takie tam, az po transport kolejowy (w wybranych osrodkach)

DSC08605

i lodz piratow. Piszaca te slowa wybrala srodek traportu, ktory wydal jej sie najbardziej eksytujacy - wielka wsciekle machajaca lape, na koncu ktorej znajdowal sie jakby wiatrak, na ktorego skrzydlach znajdowaly sie krzeselka. Wiatrak machal rownie wsciekle co lapa i to we wszystkich mozliwych plaszczyznach. Piszaca te slowa leciala bokiem, do gory nogami, twarza do dolu, nad drzewami, w kierunku “pnia” potwornego urzadzenia. Po zakoneczniu podrozy, po oddaleniu sie kilka metrow od miejsca kazni  zaobserwowala, ze ciagle jest w tym samym miejscu, nadal w ChRP, tylko tym razem w pozycji polklecznej, przewieszonej przez barierke. Zaobserwowala tez, ze stan w jakim sie znalazla po tej podrozy wywoluje smiech politowania ludnosci ChRP i chec utrwalenia stanu piszacej za pomoca aparatow fotograficznych.

Ludnosc ChRP reprezentuje wszystkie warstwy spoleczne i przedzialy wiekowe. Podstawowe formy organizacji rodzinnej i spolecznej:

I. Klasyczny model 2+1:

DSC08659

II. 2+2:

DSC08665

III. Model kolektywny (tak, flaga z tylu to flaga Partii):

DSC08598

Typem nadprezentowanym na terenach ChRP jest

IV. Podstawowa komorka spoleczna in statu nascendi:

DSC08626

DSC08630

DSC08632

tzn nie mloda para + fotografowie+ ciagnik+ ogrodnik, tylko mloda para po prostu. Jak w przypadku kazdej komorki in statu nascendi - moze z niej jeszcze wyrosnac wszystko.

Na podstawie obserwacji przeprowadzonej w dniach 5-6.06.2010 na terenie dwoch przyczolkow ChRP (park Paotai Wan na rzeka Jangcy i Park Lesny w dzielnicy Yangpu) na terenie Ksiestwa Udzielnego Hu, mozna zaobserwowac, ze ludnosc populujaca ChRP trudni sie wieloma zajeciami, np.

1. Lowiectwem. Grupy lowieckie sa z reguly male, rodzinne.

DSC08519

Zaobserwowano tez mezczyzn, ktorzy w celu wykazania sie zwinnoscia i zaradnoscia (czyli cechami pozadanymi w organizacji rodzinnej na terenie ChRL), poluja samodzielnie pod okiem wybranej kobiety.

DSC08514

2. Puszczaniem latawcow. Wyniki eksperymentu, jaki przeprowadzila piszaca te slowa,  polegajacego na samodzielnych probach puszczania latawca, wykazaly, ze czynnosc ta moze jednoczesnie stanowic dobra namiastke zarowno zeglowania jak i wyprowadzania (niezbyt grzecznego) psa na spacer.

3. Konstrowaniem prowizorycznych domostw odzwierciedlajacych podstawowe struktury spoleczne ChRL (formy organizacji spolecznej: od komorek dwuosobowych po kolektywy):

DSC08560DSC08541

4. Zbieractwem zdjec (kwiatkow, motylkow etc.)

ChRP - jak niegdysiejsze cesarstwo chinskie, cechuje sie duza zdolnoscia do asymilacji przybyszow z zewnatrz. Np. piszaca te slowa po obserwacjach prowadzonych na terenie ChRP poczula prawdziwie przemozna, wprost nie do zwalczenia chec nabycia i puszczania latawca (czyli przeprowadzenia w/w wspomnianego eksperymentu). Tutaj nalezy zauwazyc, ze proces asymilacji, pomimo zyczliwego nastawienia trudniacej sie wypasem latawcow czesci populacji ChRP, w tym konkretnym przypadku nie przebiegal szczegolnie pomyslnie. Podczas eksperymentu dalo sie zaobserwowac trzy czynniki odrozniajace puszczanie latawca w wykonaniu piszacej te slowa od wykonywania tej czynnosci przez ludnosc regularnie przkerajaczaja granice ChRP:

1. O ile stali przybysze podczas puszczania latawca przyjmowali pozycje statyczna, o tyle piszaca te slowa latala jak glupia po calej lace gubiac buty

2. Latawce stalych bywalcow ChRP  szybowaly wysoko i stabilnie. Latawiec piszacej te slowa nie szybowal, tylko wykonywal ruchy Browna (czyt. latal na wszystkie strony w 3D), czesto w locie korkociagowym w kierunku ziemi, dziobem do dolu.

3. Stali bywalcy nie byli cali oplatani linka, tylko jakims cudem nawijali ja na kolowrotek…

W kazdym z przypadkow ChRP sasiaduje z ChRL. Tutaj np. granica na rzece Jangcy:

DSC08569

Czasami obie Republiki dzieli mur, ktory nie od razu pozwala dostrzec z terenow ChRP republike przylegla.  Jednak srodki przedsiewziete przez piszaca te slowa, w postaci podskokow i ustawiania kamieni jeden na drugim pozwolily mimo wszystko na pobiezna obserwacje terenu po drugiej stronie granicy:

DSC08636

Tak, jednej Republiki nie byloby bez drugiej.

08

06 2010