Posts Tagged ‘5.12’

Bracia

Czasem zdarza mi sie dac tutaj na blogu omowienie jakiegos ciekawego artykulu z chinskiej prasy (no dobra, dzis dodam od siebie zdjecia wlasnej roboty). Nie to, ze mam poczucie misji, tylko zdaje sobie sprawe, ze w naszym kraju raczej nie mozna za czesto liczyc na cos takiego (no bo przeciez, jak wiadomo “co moze niby byc ciekawego w takiej rezimowej prasie?”), a patrzac na Czytelnikow i komentujacych mojego bloga, mam dosc jasne wrazenie, ze odczuwaja brak takich informacji. Dzis – no tak, oczywiscie, wczorajszy Nanfang Zhoumo, czyli “Weekend Poludnia”. Artykul pod tytulem “释比兄弟”, czyli “Bracia shibi“.

Shibi? Czyli kto? Shibi to w jezyku narodu Qiang ktos, kto “rozumie sprawy duchow, swietosci, rozumie sprawy ludzi, odprawia czary, leczy choroby, czci gory, sprawuje kult”. Yang Guisheng (lat 65) jest shibi. Jego starszy brat Yang Shuisheng tez jest shibi. Jako nastolatkowie dostali przekaz od duchow we snie, odziedziczyli od starszych w klanie swiete przedmioty potrzebne do odprawiania obrzedow, leczenia – poczerniala ze starosci czaszke malpy i beben ze skory kozy. Tylko, ze swiete akcesoria mlodszego z braci, Yang Guishenga, plesnieja dzis na strychu nowego domu ze zbrojonego betonu. Akcesoria starszego z braci tez nie sa juz nikomu potrzebne. Ma 71 lat. Zostal w wiosce (a raczej w tym, co z niej zostalo) sam i czeka, zeby “polaczyc sie z przodkami”.

Wioske zmiotlo z powierzchni ziemi wielkie trzesienie z 12.05.2008, znane u nas pod nazwa trzesienia w Syczuanie albo trzesienia w Wenchuan. Prawie rowno 4 miesiace temu pojechalam do Wenchuan. Dotarlam tam nowiutka droga zbudowana posrod krajobrazu ksiezycowego – gory zostaly wynicowane przez trzesienie na druga strone. Do wioski braci Yang (a raczej miejsca gdzie byla) nie dojechalabym, nawet jakbym bardzo chciala. Nawet przed trzesieniem byla to jedyna wioska w prefekturze, do ktorej nie bylo normalnej utwardzonej drogi. Z “cywilizowania” (najblizszego miasteczka) dalo sie dojechac tylko koniem (oczywiscie wierzchem, nie wozem, lud Qiang jest drobny, czesto bylo tak, ze jechalo ich kilku na jednym). Nic dziwnego, ze wioska byla najbiedniejsza w regionie.

Najwiekszym szacunkiem cieszyli sie oczywiscie bracia Yang. To oni leczyli, sprawowali kult przodkow, kult przyrody, przekazywali wiedze o historii ludu. Tradycyjna religia Qiangow oparta jest na animizmie – jak zauwaza autor artykulu “nawet taboret ma swoja taboretowa dusze”. W czterech katach domow zbudowanych z lupka kamiennego ludzie Qiang rozmieszczaja cztery kamienie. Zeby okazac naturze wdziecznosc za podpowiedzienie ich praprzodkowi, ze ma pokonac wrogow za pomoca draga z kamieniem przytroczonym do jednego z koncow. Czyli – tlumaczac na jezyk antropologii – za pokazanie im jak wytwarzac narzedzia, czyli tworzyc kulture.

No wiec natura sprzatnela wioske z powierzchni ziemi. Dotarli ratownicy i zarzadzili ewakuacje tych, ktorzy przezyli. Niedlugo po tym, sto pare kilomentrow dalej (daleko od ducha kuchennego taboretu, daleko od czczonej gory, daleko od duchow przodkow) zbudowano dla nich osiedle w miasteczku w duzej czesci zamieszkalej przez Chinczykow Han – domy z pieterkiem, ze zbrojonego betonu, nie rozpadna sie w sekunde grzebiac ludzi w srodku, tak jak to stalo sie w przypadku domow z lupka.  Qiangowie z wioski musieli zaczac uczyc sie poslugiwac pieniedzmi. Jak mozna sie domyslec, nie zawsze dobrze to wychodzilo. To co bylo cenne, nagle stracilo wartosc. To, co powinno byc za darmo (np. przejazd w jakies miejsce) nagle zaczelo miec bardzo konkretna wartosc.

W zyciu Yang Guishenga, mlodszego brata, byl jeden szzcegolnie wazny moment. Na dwa lata przed trzesieniem dostal certyfikat, ze faktycznie dziedziczy przekaz shibi, ze jest shibi. Jego certyfikat dumnie wisi na betonowo-zbrojonej scianie domu. Czasem zagladaja sasiedzi Hanowie i pytaja: “dziadku Yang, a co to jest shibi? A co to jest dziedziczenie przekazu?” Mowi im, ze shibi to taki czarownik, choc slowo “czarownik” nie oddaje nawet ulamka znaczenia i roli jaka gra shibi.

W niepismiennej kulturze Qiang to shibi recytujac, potwarzajac opowiesc o mitycznych poczatkach, spiewajac historie ludu i jego zwiazkach z przodkami, dba o utrzymanie w nim nalezytej orientacji. Czesc Hanow smieje sie z niepismiennego, ledwie dukajacego po chinsku specjalisty od “przesadow” (czyli przeciwienstwa tak tutaj kochanego “swiatopogladu naukowego”). A wladze prefektury, widzac usychanie przesiedlonych Qiangow, siedzacych w betonowych domach i gapiacych sie w telewizory (ktore kazda rodzina dostala w prezencie na dobry poczatek) i – jednoczesnie – upatrujac w nich srodek do mozliwego podniesienia prefekturalnego GDP, znalazly sposob. Yang Guisheng, mlodszy brat, ma dla publicznosci odprawiac “obrzedy” – tanczyc, bic w beben, recytowac swiete poczatki ludu Qiang. Za stowke od kazdego turysty. Takie “centrum kultury ludu Qiang” to magnes dla turystow.

W tym momencie Nanfang Zhoumo wsadza swoja nanfangowa szpile, za ktora tak go lubie. Plynnie przechodzi od dzisiejszych wystepow do wystepow z przeszlosci, czyli do doswiadczen braci z czasow Rewolucji Kulturalnej. Naturalnie, zostali oni wtedy uznani za 牛鬼蛇神  – “krowie upiory i wezowe duchy” (co ciekawe, samo okreslenie pochodzi z buddyzmu), sily niosace szkode. Mlodziutkiemu wowczas Yang Guishengowi zawieszono na glowie 7 kilogramowa glowe boddishatwy i oprowadzano po ulicach. Wiele swietych przedmiotow nalezacych do klanu zostalo zniszczonych. Przetrwala czaszka malpy, ktora obecnie plesnieje na strychu dawnego “wezowego ducha”.

Po trzesieniu drugi z braci tez zostal przesiedlony. A po roku wrocil na miejsce apokalipsy. Tlumaczyl, ze chce umrzec razem z przodkami. Jego dorosle dzieci zostaly w nowym osiedlu. Wnuczki mowia plynnie po chinsku. Powrot to bylo jak zamieszkac na golej gorze, jakby nigdy nie bylo cywilizacji. Do miejsca gdzie kiedys byla wioska, oczywiscie nie dochodzi juz linia elektryczna, jest problem z woda. Nie ma juz zwierzat (Qiang to lud pasterski). Zostala kamienna wiezyczka ku czci przodkow, starszy brat Yang osiedlil sie na przeciwko niej. Gdy zapada gorski zmrok idzie spac. Rano wyrusza na poszukiwanie leczniczyh ziol i korzeni w gorach.

Trzesienie spowodowalo w Chinach fale zainteresowania mniejszoscia Qiang. Jeden z pionierow badan tej mniejszosci znal starszego brata Yang wczesniej, czesto u niego bywal, zawsze na zasadzie czystej goscinnosci. Teraz starszy brat odwiedzajacym go naukowcom sugeruje zaplate za nocleg.

A mlodszy rzuca dziennikarzowi Nanfanga na odchodne: “mozecie od siebie zorganizowac jakas wycieczke? Stowa od glowy za pokaz i bedzie ok!”

Dwoch braci, dwie decyzje, jedna prefektura i – z niczyjej winy – brak dobrego rozwiazania. Folkloryzacja to rzecz jasna nie tylko domena Chin kontynentalnych. Nigdy nie zapomne wizyty w “wiosce aborygenskiej” na Tajwanie, gdzie facet przedstawiony nam jako “krol plemienia” byl w “wiosce” czyli parku tematycznym kierowca meleksa wozacego turystow. Naprawde nie wiadomo, co w takiej sytuacji powiedziec. Tak czy inaczej nie zdziwie sie, jesli w niedalekiej przyszlosci bedzie tak, ze zarowno ludowe ubrania tajwanskich Atayal jak i blekitno-granatowe stroje Qiangow szyte beda w tej samej fabryce gdzies w Jiangsu. Choc moze juz nie w Jiangsu, bo tutaj, na wybrzezu coraz mniej ludzi godzi sie na prace w fabrykach, rosna koszty. Fabryki trzeba przeniesc gdzies wglab Chin.

Zdjecia. Jakos dlugo nie moglam sie zdobyc, zeby pokazac zdjecia tych przenicowanych gor. To gory w dolinie rzeki Min, w drodze do Wenchuan (z autobusu, wiec kiepskiej jakosci). Szczyty maja ok 3 do 4 tysiecy metrow.

Po tej stronie doliny byla droga, w momencie, gdy nastapilo trzesienie, budowano tez autostrade:

DSC07373Nie wiem, jaka wysokosc moze miec to rumowsko:

DSC07386DSC07414Powyzej – teraz resztki mostu wystaja prosto z gory. Obok ruiny szkoly. Zdjecie ponizej – trzeba powiekszyc, zeby zobaczyc resztki trakcji elektrycznej powyzej rumowiska:

DSC07420DSC07427Powyzej: resztki mostu przez rzeke Min pozostawione jako pamiatka. Ponizej: tam byla droga i wioski:

DSC07443DSC07512Powyzej – Tybetanczycy i Qiang tworza razem prawie polowe mieszkancow prefektury. Jezyk Qiang jest jezykiem mowionym. Skrypt tybetanski mozna spotkac czesto, tak, jak na tej tablicy powyzej.

Ponizej: sklep ze strojami Qiang w Wenchuan:

DSC07526Ulica w Wenchuan. Kobiety Qiang przygladaja sie pracy ulicznego 拔牙 – wyrywacza zebow. Naturalnie na stoliku, jako reklama, leza juz wyrwane zeby:

DSC07470Kobieta z ludu Qiang:

DSC07549

02

07 2010

Wenchuan 21 miesiecy pozniej

Moja “wedrowka na Zachod” rozpoczela sie troche ponad miesiac temu w samolocie do Kunmingu. Na ekranach samolotowych lecial wtedy wyciskacz lez i patriotycznych uczuc o syczuanskim trzesieniu ziemi. Czarny charakter byl tylko jeden – zla natura. Nawet zbuntowany nastoletni syn jednego z oficerow w koncu sie naprawil i w ramach pokuty przywiozl na miejsce do pomocy reprezentatywna grupke laowajow: Amerykanina, Rosjanke i Japonczyka.  Film byl tak naprawde o poswieceniu sie PLA, ratownikow, naukowcow, dzialaczy partyjnych, ktorzy stojac na gruzach, przy grupkach poszkodowanych w kataklizmie, prowadzili dialogi w rodzaju: “pani profesor, jakie sa prognozy?”, pani profesor: “wierze w nauke i idee naukowego rozwoju, jest bardzo prawdopobodne, ze…” . Albo: zolnierz PLA w zagrozonym wstrzasami wtornymi budynku: “w 1976 zostalem uratowany przez PLA, dlatego teraz nadchodzi czas, zeby splacic dlug”, poszkodowani: “dziekujemy Wam, PLA, odpocznijcie troche”. PLA: “brak odpoczynku to czesc naszej dyscypliny”. A w tle pani burmistrz odgarniajaca wlasnymi rekoma gruzy. Sposob krecenia, ujecia, chwyty identyczne jak w megaprodukcach amerykanskich. Pamietam z tego filmu jeszcze, jak ekipa ratujaca leci helikopterem nad miejscem katastrofy – dookola i ponizej zielona dzungla.

W wenchuanskim trzesieniu ziemi (nazwanym tak od okregu Wenchuan, gdzie bylo epicentrum wstrzasow, choc najsilniejsze wstrzasy ciagnely sie wzdluz pasma gorskiego Longmen dosiegajac i inne okregi, a trzesienie bylo odczuwalne w niemal calych Chinach i nie tylko) zginelo ponad 80 tysiecy osob, w samym okregu 24 tysiace (na 100 000 mieszkancow okregu).

Wczoraj, po 21 miesiacach od apokalipsy, wsiadlam w autobus relacji Chengdu-Wenchuan (miasto-stolica okregu). Pierwsza polowe drogi jedzie sie po terenie plaskim jak talerz, trzypasmowa autostrada. Mija sie Dujiangyan – wielki system irygacyjny z 3 wieku p n.e , dzielo administratora regionu z ramienia krolestwa Qin i legendarnego inzyniera-hydrologa w jednym, Li Binga, ktore ujarzmilo dzika i czesto wylewajaca rzeke Min (te sama, ktorej nurty, laczace sie z nurtami 2 innych rzek w okolicy Leshan byly tak dzikie i niebezpieczne, ze przeszlo 9 wiekow po powstaniu systemu irygacyjnego Li Binga, zdecydowano sie tam na innego rodzaju srodek zaradczy - wykucie w skalistym zboczu, w miejscu spotkania sie Min z dwiema innymi rzekami Wielkiego Buddy, ktory mial dziki nurt uspokajac). Po minieciu Dujiangyan – pomnika ludzkiej mysli inzynieryjnej i udanego ujarzmiania natury (system do tej pory dziala i jest rozbudowywany, choc zostal uszkodzony podczas trzesienia), wjezdza sie w czterokilometrowy tunel. Gdy sie z niego wyjezdza, jest sie juz w innym swiecie – swiecie po apokalipsie nie do wyobrazenia.

To, co wylania sie za tunelem, nie ma nic wspolnego z obrazkami z filmu, tymi, gdy helikopter leci nad zielonymi wzgorzami. I nie jest tez czyms, na co przygotowany jest ktos kto nawet sledzil cale wydarzenie na biezaco w telewizji. Bylam wtedy w Hongkongu, a potem w Guanxi, gdzie z racji spedzania 5 dni pod rzad w szpitalu z 4 kroplowkami dziennie (gdy toczylam po drodze zepsuty motor, opadal mnie deszcz, nie bylo sie gdzie schronic, a gdy po kilku godzinach dowloklam sie wreszcie do miasta, cale cialo – nawet powieki – pokrywala palaca opuchlizna, najwidoczniej deszcz przyniosl jakies uwolnione ze znizczonych syczuanskich zakladow chemikalia) pozostawalo mi tylko gapienie sie w telewizor. Przekaz telewizyjny ukazywal najpierw glownie zniszczone budynki i fale solidarnosci przetaczajca sie przez kraj (Hongkong przezyl wtedy pierwsza chyba taka fale wiazacego go z macierza uczucia, druga przyszla podczas Olimpiady). Po kilku dniach ciezar transmisji przeniosl sie z oddolnej solidarnosci na pokazanie pomocy systemowej – ratownikow, PLA, oficjeli zjezdzajacych na miejsce i niosacych wspolczucie i nadzieje (kulminacja to pamietne pojawienie sie premiera Wen na miejscu katastrofy). Program wypelnialy tez wywiady z poszkodowanymi. Tzn. niekoniecznie z rodzicami ktorzy stracili swych jedynakow w – dosl. “szkolach z serwatki z tofu”, ktorych to rodzicow despreacja zaczela zwracac sie w strone administracji centralnej (kto ciekawy niech sobie poczyta… gdziendziej). Poszkodowani, mieszkajacy teraz w wielkich namiotach, opowiadali ze lzami w oczach o tym, jak bardzo dziekuja PLA i Partii i ze koce, ktore od tychze dostali, sa cieple i mile. A korespondentki radosnie szczebiotaly: “rzeczywiscie, i lozka polowe wygladaja na wygodne!”

Mniej pokazywano to, co budzi najwieksze przerazenie (co skadinad zrozumiale), bo pokazuje bezmiar ludzkiej bezsilnosci. Gory w regionie trzesienia to nie zielone pagorki. To  cztero, nawet i pieciotysieczniki z nachyleniem stoku ok. 60-70% (wrazenie tym bardziej szokujace, ze Chengdu lezy na wysokosci ledwie 600 metrow n p.m , te skaliste piony wyrastajace nagle z zielonych pol to miejsce zetkniecia sie plyty indo-australijskiej i euroazjatyckiej, ktorych scieranie utworzylo Himalaje i powoduje napiecia). Gdy moj autobus wyjezdza z tunelu za Dujiangyan, odslaniaja sie nagle pokruszone, jakby wynicowane na druga strone, swiezo przeorane, ukazujace niezabliznione, rozplatane, biale wnetrza gory. Tam nie ma nic zielonego. Ze szczytow poodpadaly cale kawaly wielkosci polowy albo i wiecej ich powierzchni i utworzyly ciagnace sie i kilometr w gore (zreszta nie wiem, ile, bo oko wariuje i sie traci miare przy czyms takim), jedno przy drugim, jedno przy drugim, rumowiska z kamieniami wielkosci autobusu. Czerwony Zloty Smok jedzie wzdluz doliny rzeki Min, a przez okno tylko te gory glazow – cos jak kupki zwiru, ktorymi ktos sie bawil przesypujac, powiekszone do niebotycznych rozmiarow. Wszedzie kolor kredowo bialy i szary – zadnych kolorow zycia (do tego tam gdzie zostalo odrobine roslinnosci wszystko martwe i zolte, zima, a do tego susza, nawet w zlej rzece Min, ktorej koryto pozawalane jest bialymi glazami, ledwo cos plynie). Po drugiej stronie rzeki polamany, konczacy sie w wodzie most, ktory wystaje z rumowiska. Potem drugi. I odgruzowywany wlasnie tunel prowadzacy donikad. Droga przed trzesieniem ziemi byla po drugiej stronie rzeki, teraz mozna to poznac tylko po okazjonalnie wystajacych z gigantycznych zwalow kamieni mostach, przezierajacych z rumowiska resztkach umocnienia brzegu. I po kilku wrakach samochodow wystajacych fragmentarycznie spod glazow i wiszacych nad korytem rzeki. Gdzies poza gorna granica rumowisk fragmenty powykrzywianej, niegdys  poteznej, trakcji elektrycznej – a raczej poprzekrzywiane na kazda strone, juz bez okablowania, slupy, niektore pogiete jak drucik w nerwowych rekach. Podczas trzesienia spadajace lawiny glazow pozatykaly koryto rzeki Min, utworzyly sie zbiorniki ktore zalaly domy (ktore jakims cudem przetrwaly w jednym acz powykrzywianym kawalku, teraz tkwia na srodku rzeki). Teraz jest na nich czarna tabliczka z data, ktora pamieta kazdy Chinczyk i z napisem: “pozostalosci wielkiego trzesienia”.

Polamane jak tekturka mosty, ruiny budynkow i nawet chyba te samochody sa pozostawione celowo. Dopiero podczas jazdy powrotnej dochodze do siebie na tyle, ze jestem w stanie dostrzec przy tych zniszczonych mostach brazowe tablice informacyjne (takie, jak sie w Chinach stawia na drodze do atrakcji turystycznej). Jest tez taka sama brazowa tablica kierujaca na boczna droge, do “epicentrum trzesienia”. Mi wystraczy z nawiazka to, co widzialam podczas tej drogi.

Samo Wenchuan jest niepodobne do zadnego z innych miast Chin, ktore widzialam. Jest calkowicie nowe, jeszcze ze swieza, niepobrudzona farba na budynkach (maja tez wesole wzorki). Szerokie ulice, parki, zielone skwerki. Dworzec na razie w baraku, tymczasowy. Na srodku miasta szkola, ktora wyglada troche jak forteca, przeniesiona w te lokacje aby byla najdalej od otaczajacyh miasto z kazdej strony zboczy. Nowy szpital – tez przeniesiony. Nowa policja, nowe budynki administracyjne (pozniej sie dowiem, ze to od nich rozpoczeto odbudowe: najpierw budynki administracyjne, policja, potem szkoly, na koncu domy). Nowe, ladne, pomalowane na pastelowo osiedla. Tylko gdzieniegdzie jeszcze niewyburzony, popekany jak skorupka od jajka budynek ziejacy pustka z usunietych okien. Gdy pytam sie, czy w miescie jest jakas tablica, pomnik, miejsce upamietniajace ofiary, ludzie kreca glowami. Nie ma niczego takiego (za to w Anren jakies 40 km od Chengdu powstalo muzeum trzesienia). Miasto Wenchuan chyba chce zatrzec slady, zapomniec. Ale slady rzecz jasna sa. Na skwerku jedna z dwoch w Wenchuan rzezb ulicznych (druga to ptak rozwijajacy skrzydla i wyfruwajacy z otwartej ksiazki) - grupa metalowych, pomalowanych na czerwono drzew, ktore zamiast lisci maja serca. Na zboczu cementarze. Co dla Chin nietypowe – groby sa umieszczone w prostych liniach, ciasno obok siebie, wszystkie takie same – jak cmentarz wojskowy.

Chodze po miescie. Buzuje zyciem, ma targi, sklepy i nieproporcjonalnie wielka liczbe robotnikow budowlanych. Chodza w kaskach i radosnie sie do mnie usmiechaja (i nie wolaja laowaj!). Uliczny dentysta (a raczej wyrywacz zebow) zaglada, trzymajac swe straszne sprzety, do ust kobiety narodowosci Qiang. Kilka innych kobiet Qiang (granatowe turbany, czarne albo granatowe wyszywane tuniki, spodnie) zaglada baya z ciekawoscia przez ramie. Ta narodowosc wraz z Tybetanczykami tworzy ponad polowe mieszkancow okregu. Skrypt tybetanski mozna w Wenchuan spotkac okazjonalnie na sklepach, widnieje tez jako drugi skrypt na tablicach informacyjnych na budynku Policji i administracji- okreg lezy w koncu w Ngawa – Autonomicznej Prefekturze Tybetanczykow i Qiang (przepraszam za koslawe tlumaczenie: 阿坝藏族羌族自治州 ). Po godzinie spaceru scisniety przez to, co zobaczylam na drodze, zaladek rozkurcza sie na tyle, ze moge wreszcie cos zjesc. Ide na obiad. W telewizji kanal informacyjny CCTV – obszerny reportaz o trzesieniu ziemi w Chile. Obserwuje klientow knajpy. Jest mala grupka, ktora patrzy w telewizor, ale ma rozluznione twarze, komentuje, nawet sie smieje. Czesc nie podnosi na telewizor nawet glowy. Majac okazje obserwowac przejecie, z jakim ludzie w Szanghaju sledzili trzesienie na Haiti (fakt, ze glowna czesc tego przejecia byla zarezerwowana na smierc 8 chinskich policjantow wyslanych jako sily pokojowe do stolicy Haiti, na ich podniosly pogrzeb jako narodowych bohaterow oraz na spogladanie na siebie z duma jako szczodrego wspolczujacego donatora i dobroczynce w nieszczeciu biednego Haiti) nie sadze, ze to obojetnosc, tylko jednak cos innego.

Ide na tymczasowy, barakowy dworzec, kupuje bilet powrotny. Juz za chwile jade z powrotem do Chengdu. Wspolpasazer obok okazuje sie byc bardzo sympatycznym, otwartym mezczyzna z wsi niedaleko miasta Wenchuan. Jego rodzina uratowala sie w calosci tylko dlatego, ze, jako rolnicy, byli na polu, pracujac (trzesienie mialo miejsce o drugiej po poludniu). Gdy zatrzesla sie ziemia, powstal taki pyl, ze nie widzieli doslownie nic (i tak bylo przed dwa dni). W pyle szli po omacku w strone domu. Zostala z  niego kupka gruzow. Pytam sie z czego byl zbudowany ten dom. Mezczyzna usmiecha sie i pokazuje reka za okno. Byl z lupka kamiennego – przed trzesieniem najpowszechniejszego materialu w dolinie (teraz kroluje beton i zbrojenia). Rodzinie nic sie nie stalo. Ale stado koz liczace 60 zwierzat, wielkie stado krow i kilka koni zginely co do jednego, jako, ze byly wtedy w budynkach gospodarczych. Po dwoch dniach pojawila sie – pieszo – ekipa ratownicza. Niosla zywnosc, wode i lopaty. Po dotarciu natychmiast zabrala sie za zakopywanie padlych zwierzat. Rodzina – skoro zwierzeta i tak juz nie zyja – chciala oprawic krowe i zjesc troche jej miesa, ale ratownicy nie pozwolili na uszczkniecie miesa zadnego z martwych zwierzat i zakopali wszystkie jedno po drugim (co swoja droga musialo byc potworna praca).

Nowy dom powstal z rzadowa pomoca. Nowe zwierzeta rowniez kupiono z wykorzystaniem pomocy. Mezczyzna gdy o niej mowi, zmienia na ton pelen czci i wdziecznosci. Laczy dwa kciuki razem – “o, takie sa w scianach zbrojenia”. I dodaje: “tyle betonu to widzialem tylko, gdy pojechalem dorabiac do Japonii”. Mowi, ze sie boi, jak idzie na pole, ze jak jedzie ta droga to sie boi, cos go dusi. Opowiadam mu o Warszawie po drugiej wojnie swiatowej. Ze byla takze zniszczona, ze rozwazano, zeby zostawic gruzowisko i zalozyc stolice od nowa gdzies dalej. Slucha  z uwaga, zadaje pytania. W koncu pyta: “I co przeniesliscie?“. Ja: “nie, to by bylo jak poddanie sie, odbudowalismy tam, gdzie bylo”. Mezczyzna podchwyca, widac, ze doskonale rozumie, o co chodzi: “O, wlasnie, dokladnie tak samo myslelismy. Ze to masz dom, ze nie  mozemy tego tak zostawic, poddac sie”.

W drodze powrotnej jestem w stanie oprocz patrzenia w oslupieniu na rumowiska wysokosci kilometra spojrzec i na droge, ktora jedziemy. Okolo 50 kilometrow, wybudowano ja w skrajnie trudnych warunkach, na zasypanym glazamibardzo stromym zboczu, w zdruzgotanej dolinie rzeki Min, w rok od trzesienia byla ukonczona. Prace obejmowaly takze wydrazenie tunelu dlugosci 3700 metrow i drugiego nieco krotszego. Jak duza czesc chinskich tuneli, pierwszy z nich nie ma zadnego wietrzenia, powietrze w srodku calkowicie ieprzezroczyste od spalin (kiedys chcialam cos takiego przejechac rowerem, nie dalam rady, trzeba bylo zawrocic). Ale jest. Nad droga umocnienia – beton, siatki. Przy drodze tablice: “budujemy nowe, harmonijne Wenchuan, jeszcze piekniejszy dom, konstruujemy autostrade wenchuanska”. Wiec bedzie i autostrada.

Zarowno w drodze do, jak i z Wenchuan w autobusie (tym samym czerwonym Zlotym Smoku) leci w pokladowym telewizorze kabareton. Na poczatku drogi i gdy wjezdzam w miejsce kataklizmu, wydaje mi sie to conajmniej nie ma miejscu. Ale pasazerowie jak jeden maz patrza w telewizor i zasmiewaja sie z ekranowych dowcipow o facecie w ciazy etc. W drodze powrotnej ja tez nie wytrzymuje i z ulga zaczynam sie patrzec w telewizor. Leci skecz o jakajacym sie chlopaku, ktory usiluje poderwac dziewczyne. Co otworzy usta, to zdola wymowic tylko pierwsza sylabe wyrazu, ktora przypadkowo ma rozne podejrzane podteksty. Najlagodniejsze: chlopak chce powiedziec, ze dziewyczna ma ladny sweterek – maoyi, dosl. “wlochate ubranie”, a zdola wypowiedziec tylko mao – wychodzi wiec “masz ladne futro” (mao - to samo od Przewodniczacego, to rozne futra, klaki i inne wlosy na ciele). Ani sie spostrzegam, ja tez sie zasmiewam ze skeczu i tak wjedzamy z powrotem do tunelu laczacego swiat po apokalipsie ze swiatem normalnym.

P.S. Nie daje zdjec, bo jakos mi sie to wydaje bardziej ma miejscu przy atrakcjach turystycznych, poza tym, zdjecia nie sa w stanie oddac tego, co jest w dolinie rzeki Min.

Grupka kobiet Qiang zaglada  wyrywaczowi przez ramie.
Tags: ,

01

03 2010