Posts Tagged ‘architektura’

Banka hutongowa, Przewodniczacy i piekne dziewczeta z Qinghai

Zaczyna sie tak, ze ide szukac tego:

hutongpaopao2

Hutong Bubble__MG_9981_by ShuHeRzecz nazywa sie 胡同泡泡32号 - hutong paopao 32 hao, czyli hutongowa banka numer 32 i jest pomyslem rozwijajacej sie w atomowym tempie pekinskiej pracowni architektonicznej MAD – tej od dosc znanego chyba takze i w Polsce projektu Sztucznych Gor , autorow pomyslu wiezowca Miejski Las (z dorobionym dosc ciekawym manifestem, polecam klikniecie w link)  czy wreszcie pomyslodawcow  zamienienia placu Tian4nmen na gesto zadrzewiony park (rowniez polecam klikniecie w link). Hutong paopao jest pomyslem na rewitalizacje i tym samym moze i uratowanie kwartalu tradycyjnej zabudowy i ukladu przestrzennego starego Pekinu – czyli wlasnie hutongow.

I jak to zwykle bywa w tutejszej sieci – kopiowanych wzajemnie od siebie z roznych portali opisow “baniek” jest na peczki, powielanych 4 zdjec na krzyz rowniez na peczki, a realnego, niewirtualnego adresu, pod ktorym banki mozna znalezc, nie ma. Na stronie MAD lakoniczna informacja, ze hutong paopao znajduje sie – niespodzianka, cos takiego – w Pekinie! W koncu na jednej ze stron udaje mi sie znalezc jakis adres. Wyglada wiarygodnie – strona jako miejsce lokacji baniek wskazuje jeden z hutongow 西城 - xi cheng - zachodniej czesci starego Pekinu. No to jade.

Tak sie zaczyna. Placze sie po hutongu, zagladam. Ludzie siedza przed hutongami na malych stoleczkach, przez okna niskich, szarych domow widze stare szafy, pierzyny na lozkach. Jak to hutong – troche jak wies w srodku miasta, troche jak labirynt. Zaczyna chodzic za mna smieszny niski i dlugi pies z za duzymi uszami i za dlugim ogonem. Lasi sie, przymila, zacheca do zabawy. W ktora odnoge labiryntu nie skrece, stwor za mna. Ja w prawo – pies w prawo, ja do tylu i w nogi – zwierz pedzi wywijajac pozyczonym od jakiegos wiekszego stworzenia ogonem. Mowie do niego – “wybacz, nie zabiore Cie, nie moge”. Pies marszczy czolo. Obok przejezdza czlowiek – na oko szescdziesieciokilkuletni – na rowerze.  “On nie ma pana, moze jednak wezmiesz?” Patrze na psa: cieszy sie, skubany, na sama mysl. Placze sie znow po hutongu, baniek ani sladu. Obchodzimy z psiskiem ponownie caly kwartal i trafiamy ponownie do miejsca, w ktorym ruszyl za mna. Kiedy wyglaszam zwierzowi mowe, w ktorej podkreslam wage jego pozostania na miejscu (czyli na obgryzionym chodniczku pod sciana), wraca ten sam czlowiek na rowerze. Przystaje i zaczynamy rozmawiac. Najpierw o psie. A potem, jak to zwykle bywa w takich sytuacjach – o Polsce. Schodzi na rok 1968. A potem na ten sam rok w Chinach. I wtedy czlowiek na rowerze zaczyna opowiadac tragiczne losy swojej rodziny w czasie Rew Kult. Obok zatrzymuje sie mezczyzna w czerwonej kurtce. Slucha. “No, co tam, nie masz nic do roboty?” – mowi pan Sun, czyli czlowiek z ktorym rozmawiam, do tamtego, widac, ze sie znaja. Czerwonokurtkowy odjezdza. To, co pan Sun mowi, nadaloby sie na powiesc, ale nie o losach pana Sun i jego rodziny w czasie Rewolucji bede tutaj opowiadac. Mysle, ze pan Sun chcialby bardziej, zebym opowiedziala o nim jako o malarzu, artyscie. Nie jako np. o synu ofiary.

Pan Sun mieszka w hutongu obok. Miejsce, w ktorym mieszka to dawny siheyuan. Wchodzimy przez czerwone, metalowe drzwi. Pies zostaje na zewnatrz. Idziemy waskim przejsciem wzdluz muru. Dawna rezydencja podzielona zostala na niewielkie mieszkania, na dziedzincu dobudowano niskie pomieszczenia, w tym wspolna toalete. Pan Sun zajmuje dwa pomieszczenia – jedno w oryginalnym budynku, jedno w dobudowce. Do mieszkania prowadza odrapane zielone drzwi, przez wielkie okno widac lozko a na nim ksiazki, obok krzeslo, stolik. Na scianie tez zielono:

Mao Lin
Zielony mundur Mao i zielony mundur Lin Piao. Lin unosi w reku czerwona ksiazeczke, a Mao mu klaszcze. Obraz jest ogromny, zajmuje niemal cala przestrzen nad lozkiem.

Obrazy stoja wszedzie. Nieraz warstwami po kilka. Zaludniaja je rumiane Tyb3tanki i wsciekli hongwejbini. Powykrzywiane twarze proletariatu i posagowe twarze strzegacego go wojska – bedacego czyms pomiedzy Armia Terakotowa cesarza Qin Shi (armia strzegla grobowca Qin Shi) i Armia Ludowo-Wyzwolencza. Od czasu do czasu jakis (ja mam wrazenie, ze bardzo konkretny, choc nie widac twarzy) duch (?) przeszlosci (?) maszeruje samotnie bojowym, zdecydowanym krokiem w strone – no wlasnie czego? Raz wychodzi z hutongow w strone nowych budynkow, raz przejdzie przez brame w strone Mauzoleum Przewodniczacego Mao.

jy7ooiIMG0775A

Wsciekle twarze hongwejbinow (czasami zdarza sie im byc bez spodni, juz nawet nie w tych tutejszych dzieciecych gatkach z peknieciem na pupie, ale wlasnie bez spodni), brzydkie twarze, brzydkie ciala ludu.

rvrvrvgngngnRumiane, zywe twarze, zielone mundury i puste oczy terakotowych wojakow.

dmdmdmd
tbtbtb

A bohater ludowy nagle ma cukierkowo, slodko pomalowane usteczka i takiz jezyczek:

mmmmmm

“To juz Reformy i Otwarcie” – tlumaczy pan Sun. Jeszcze w robociarskiej czapce, ale usta juz pomalowane, slodsze jakby. I jezyk tez juz inny.

Sierp i mlot podtrzymuja dwie rece – meska odziana w tradycyjny stroj przynalezny do “starych”, feudalnych Chin. I zenska, z jadeitowa bransoleta, z czerwonymi paznokietkami, jak z tych plakatow z lat 30-tych, z 老上海,starego Szanghaju (synonimu zepsucia, rozpusty i wielkich fortun),  gdzie takie raczki z paznokietkami w zalotnym gescie trzymaly papieroski. A tu trzymaja sierp. Cyk. A obok hutongi. Zima, jesienia. Pekinczycy mowia o tych swoich domostwach, ze nosza w sobie melancholie i smutek wsi. Na obrazach pana Sun ten smutek jest niemal namacalny, fizyczny. Hutongi na obrazach sie nie zmieniaja, zastygly, osiadly, zwarly sie w sobie (w rzeczywistosci tocza walke o przetrwanie, czsami tez w blizej niesprecyzowanym hutongu architekci z MAD stawiaja smieszne banki). Ale obrazy nasaczone sa staloscia, spokojem i specyficznym, tkankowo-kamiennym trwaniem hutongow przez setki lat. Na obrazach pana Sun nic sie zmienia, no moze tylko w pewnym momencie znikaja latarnie mieszczacych sie tam domow publicznych (” o tu dwie jeszcze sa, to bylo tutaj blisko”):

P1010983

ksssssKiedys zamieszkane przez gorne warstwy spoleczenstwa siheyuany dzis sa podzielone na male chaotyczne czastki, z masa dobudowek i zaulkow na dziedzincach, na ktorych niegdys rosly granaty (“obys mial tylu synow, co granat nasion”). I oczywiscie prozno szukac tam potomkow dawnych mieszkancow tych rezydencji. To co elitarne, zamkniete za czerwonymi drzwami ze zlotymi guzami stalo sie otwarte, wspolnotowe, powszednie, szeregowe. Pan Sun pokazuje mi jeszcze jeden obraz:

vbnjhg
To cesarskie zloto, cesarska zolc dachowki (zolty – byl kolorem cesarza, siheyuany choc nieraz mialy wymyslne i zdobne dachy, to jednak przeciez zawsze w szarosciach). “To jest bycie w sprzecznosci, plyniecie pod prad, smialosc i bezczelnosc w jednorodnej masie” – mowi pan Sun.

Pan Sun teraz juz malo kiedy maluje takie obrazy. Raz do roku bierze aparat i jedzie pociagniem do prowincji Qinghai, zamieszkalej w duzej czesci przez ludy tyb3tanskie. Wloczy sie po wioskach, po od namiotu do namiotu pasterskiego rozbitego gdzies na wyzynie, robi zdjecia, szkicuje, zapamietuje. Gdy wraca do hutongu, siedzi jesienia i zima w pracowni oswietlanej mdla zarowka, z wielkim oknem z odlazaca zielona farba, w tej plataninie domkow, domow, komorek, dobudowek, daszkow i maluje co widzial.

P1060645

P1070390

W kacie po kilkoma obrazami pieknych, barwnych jak ptaki Tyb3tanek stoi ten obraz:

rrrrrr

Ze co? Twarz Jiang Zemina i “Pilnie studiowac mysl o trzech reprezentacjach” charakterystyczna nerwowa kaligrafia z podpisem Mao? Jiang, jak wiadomo, przedstawil swoja “Wazna Mysl o Trzech Reprezentacjach” w 25 lat po smierci Mao. Trzy reprezentacje nazwano Wazna Mysla, w nawiazaniu do dorobku wielkich poprzednikow (“Mysl Mao”, “Teoria Denga”) zeby pokazac,  ze jest sa one filarem tego samego rozmiaru i zeby ukazac, ze tworza one kontynuacje, ciaglosc, etapy tej samej opowiesci. Pan Sun patrzy na wielkie, czerwone plotno. “Postmodernizm to taki stan, gdy fragmenty z roznych calosci, z roznych porzadkow skleja sie w jakas nowa calosc, gdzie jednoczesnie wszystko jest w jakis sposob kopia”.

Gdy wchodzilam z panem Sun przez metalowe drzwi siheyuanu slonce swiecilo jeszcze wysoko, gdy wychodze, jest noc. Pies z za dlugim ogonem zrezygnowal, poszedl, pewnie na swoj wytarty chodniczek pod murem. Pan Sun odprowadza mnie po ciemnej plataninie uliczek oswietlanych zasniedzialym, zielonkawym swietlowkowym swiatlem bijacym przez okienka i cmiacym przez pouchylane gdzieniegdzie drzwi. Przypominam sobie o hutongowych bankach. Czy one tu sa gdzies w poblizu? Widzial je pan? Slyszal pan o nich? Pan Sun kreci glowa – banki? Srebrzyste? Nic takiego tutaj nie ma. Musieli sie pomylic z tym adresem. Wychodze na “normalna” ulice. Rzeka samochodow, sklepy, restauracje.

Pan Sun Yirong zgodzil sie, abym zamiescila na blogu zdjecia kilku obrazow i opowiedziala o nich. Zazwyczaj rzadko sprzedaje. “Kiedys wyslalam jeden obraz do Stanow. Obraz wyslalem, pieniadze nigdy nie nadeszly” – usmiecha sie i rozklada rece. Ale gdy pytam sie, czy jakby komus z Czytelnikow jakis obraz sie spodobal, bylby zainteresowany kupnem, czy by sie zgodzil sprzedac, pan Sun usmiecha sie niesmialo. “No, nie wiem, moze?”

P.S. Dochodza do mnie glosy Czytelnikow, ktorzy stanowczo zadaja wiecej pieknych dziewczat z Qinghai(…ale ze nikt jakos nie zada wiecej mas rewolucyjnych…). Prosze:

P10701190

P1030078P1070863

05

10 2010

Różnica (i powtórzenie)

Zagadka (szalenie trudna): z jakiego kraju pochodzą poniższe zdjęcia?

DSC02396

DSC02373

DSC02393DSC02407

DSC02310

Jeśli jeszcze się ktoś nie zorientował, to ostatnie zdjęcie w nieco innym kadrowaniu:

DSC02310

A jeśli jest wśród czytających szczęśliwiec, któremu niebieskie coś wyskakujące z boku zdjęcia nic nie mówi, to śpieszę (neutralnie) donieść, że to (wszędobylskie) Haibao, (pokraczna) maskotka szanghajskiego Expo 2010.

Podobno już nie ma oryginalnych i dubbingowanych wersji nowoczesności. A jak się patrzy na Chiny, to można szczególnie łatwo zrozumieć, że podział na kopie i oryginały stracił ostrość i sens i to na wielu wymiarach. W najprostszym wcieleniu: podróbki towarów – coraz trudniej powiedzieć, co jest oryginałem, a co podróbą. Przy czym nawet nie chodzi już o to, że nie da się na oko rozróżnić, tylko o problem eeee… ontologiczny. No dobrze, telefon marki NCIKIA i SVMSVNG są po prostu podróbami. Ale przy całej gamie rzeczy typu:

a) oryginalny materiał wyprowadzony z fabryki, wykonane gdzie indziej + logo wykonane na boku

b) trochę oryginalnego, trochę nieoryginalnego materiału + logo na boku

c) towar robiony na lewo (a czasem i nie koniecznie) na tych samych maszynach i tym samym know-how w fabryce oryginałów + nowe logo

d) oryginalny towar z odrzutu + lewe logo

e) i tak dalej, i tak dalej, kombinacji może być jeszcze dużo

rozróżnienie takie przestaje mieć sens.

Są jednak takie kopie, co do których nie ma wątpliwości, że kopiami są, ale ze strzępiącą się po dwóch użyciach NCIKIĄ mają niewiele wspólnego. Np. miejsce, w którym byłam dziś, a z którego pochodzą powyższe zdjęcia – to osiedle Thames Town w Songjiang (miasteczko – obecnie fragment aglomeracji Szanghaju, ma kilka wspaniałych zabytków: np. Kwadratową Pagodę, której duże fragmenty pochodzą z dynastii Song). Ale właśnie na takich kopiach dokładnych jak Thames Town widać wyraźnie, że kopiowanie wcale nie musi być wyrazem zależności kopiującego od „oryginalnej wersji”, tylko konkretną strategią marketingową, mocą wykrawania z „oryginału” kawałka i sprzedawania go ku korzyści i wzrostowi kawałka własnego. Mówiło się niegdyś (zwłaszcza w Japonii), że takie „zarządzanie obcością” to specjalność Kraju Kwitnącej Wiśni (nawet w takich miejscach, gdzie wydawałoby się, że to obcość zarządza Japonią, np. jak w Disneylandzie – polecam klasyk takiego podejścia: Re-Made in Japan, J. Tobin). Ale jak spojrzeć na Thames Town i miasteczko przedstawione parę postów wcześniej – bliźniacze w pomyśle, ale szwedzkie, to widać, że i Chiny się tej sztuki właśnie uczą. Inna sprawa, że jak pokazuje przykład tych dwóch osiedli, jeśli chodzi o budownictwo, chyba jeszcze się za dobrze nie nauczyły. Podobnie jak w przypadku “Szwecji” inwestor Thames Town również poniósł spektakularną klapę i osiedle – wybudowane 4 lata temu – świeci pustkami, może w jednym na 30 okien widać oznaki życia.

Pomijając powszechny tutaj problem przeinwestowania, może tenże inwestor zrobił nieudaną ekstrapolację pędu do nauki angielskiego (“skoro kują słówka, wmuszają w dzieci od najmłodszych lat yingyu, będą chcieli mieszkać w małej Anglii”), zapominając, że ta całą nauka jest na użytek wewnętrzny i tym, co na zewnątrz Chin ma niewiele wspólnego.

Może próbował sprzedawać nostalgię. Faktycznie, sprzedawanie nostalgii – nawet (a może zwłaszcza) za tym, czego publiczność nie doświadczyła – jest dziś dobrym pomysłem marketingowym (np. na nim zasadza się wielomiliardowodolarowa obecna miłość Japonek do koreańskich telenowel). W Thames Town na każdym kroku jeszcze nowe, ale już zestarzałe tablice głoszą:

DSC02315

…enjoy your life & holiday. Dreaming of Britain live in Thames Town!

Jeśli tak, to rozumowanie znowu niefortunne. To, co jest dobrym pomysłem na sprzedaż telenoweli czy utworu muzycznego, nie musi być dobre przy sprzedaży całego kompletnego entourage’u do życia. Krótko mówiąc inne wybory człowiek czyni, gdy jest publiką, a inne gdy ma być aktorem. Może po prostu nikt z praktycznych Szanghajczyków nie chce przeżyć życia marząc i tęskniąc do nieznanej, dalekiej Brytanii? Tudzież zwyczajnie dzisiejsze chińskie nostalgie mają inny kierunek (gdyby chcieć jedną z nich, nostalgię za czasami Rewolucji Kulturalnej, ubrać w postać architektoniczną, trzeba by pewnie zaraz po wybudowaniu wybić okna, zerwać podłogę, albo coś w tym stylu). Nostalgia europejska dobrze za to wychodzi na fotografii ślubnej, na tej akurat widać 50% dziś fotografujących się w Thames Town par (nb. na witrażach “kościoła” Jezus ukrzyżowany, zstąpienie Ducha Świętego, krzyże, ciekawe co jest w środku):

DSC02354

Ale wracając do kopii i oryginałów – czy telefon NCIKIA, czy Louis Vuitton w 32% składający się z oryginalnych materiałów, czy kopia szwedzkiego, czy angielskiego miasteczka, jak dla mnie, każda z tych rzeczy ma inne znaczenie, inną wymowę, a wszystkie razem paradoksalnie składają się na unikatowość chińskiej wersji nowoczesności.

15

01 2010

Trzeci Najwyższy

Semestr, który rozpoczął się od pytań o to, czym wiem, kim był Mao, skończył się na wypomnieniu mi publicznie przez pana od konfucjańskich narzekań literówki, jaką popełniłam w mailu do niego (edytor trzasnął 皇帝 cesarz zamiast 黄帝 Żółty Cesarz – wprowadza się tak samo – a ja, jako, że ledwie na oczy widzę ze zmęczenia, nie zauważyłam). Oczywiście reakcją sali był śmiech, a pan od konfucjańskich miał przyjemność tłumaczyć mi publicznie, kto zacz Żółty Cesarz, że to takie 黄 huang, jak kolor żółty. Oboje utwierdziliśmy się w swoim przekonaniu dotyczącym tej drugiej strony i tak się rozeszliśmy. Jednym słowem nic nowego. No, ale ja nie o tym tutaj. Tylko o najwyższych budynkach świata, jako, że  w ramach odreagowywania wyrobniczego i taśmowego pisania prac semestralnych wybrałam się do Trzeciego Najwyższego, Szanghajskiego Światowego Centrum Finansowego, alias Wielki Otwieracz . Tutaj nieco za panem ćwiczącym taiji quan:

otwieracz

W Dubaju z pompą otworzono Burj Khalifa. No, zaiste, jest wysoki/gigantyczny/przeogromny/wielgaśny, ale jakoś trudno (przynajmniej mi) powiedzieć coś o nim w kategoriach czysto architektonicznych. Mam wrażenie, że rzecz każdym swym fragmentem komunikuje tylko jedno: „do góry, do góry, byle wyżej, jeszcze trochę” i ani na chwilę nie wykracza poza to dosyć monotonne samo-odniesienie i obsesję na własnym punkcie. Oczywiście, jak to z terytoriami, które pragną konstruować „alternatywne nowoczesności”, a co za tym idzie szukają sposobu wyrażania tychże poprzez architekturę, Dubaj wieści, że cudak ma podstawę na trzy dzieloną, że to takie islamskie etc.

Jak patrzę na trzy obecnie najwyższe budynki świata, to nie mogę oprzeć się wrażeniu, że tylko nasz szanghajski Otwieracz prezentuje sobą jakąś architekturę. Gdy z Drugim, tajwańskim Taipei 101 tak wirtualnie stoją obok siebie (np. tutaj) na jakimś neutralnym gruncie, bez całych „stosunków przez cieśninę”i reszty to widać, że Taipei 101, choć projektowo młodszy od Otwieracza, zestarzał się błyskawicznie (choć pamiętam, że już w roku swego otwarcia jawił mi jakoś cepeliowato). To pewnie kara za naiwność, za dosłowność, za powiększanie do monstrualnych rozmiarów „typowych elementów kultury chińskiej” jako środka ekspresji architektonicznej (o tym przemyślnym i subtelnym sposobie na architekturę pisałam już trochę kilka postów wcześniej). Dopiero przy trzecim miejscu, tj. przy Otwieraczu wraca sens operowania podstawowymi kategoriami architektonicznymi – proporcjami bryły, linią, detalem (no, chyba, że detalem nazywamy obwieszanie budynku “symbolicznym” treściami jak choinkę – Taipei 101). Otwieracz z każdej strony wygląda inaczej i z każdej ciekawie:

otwieracz4

Czasami tylko nieco osobliwie wpisuje się w krajobraz:

otwieracz1

Tu np. lepiej by się w krajobraz wpisały jakieś warzywa, oczywiście mniejsze:

otwieracz2

Ale skąd by nie wychynął, nie traci proporcji, równowagi, czystości linii, ma w sobie jakiś spokój i – pomimo rozmiarów – skromność.

A jego losy wcale spokojne nie były. Przeciwnie – to, co się działo z Otwieraczem od momentu narodzin projektu, to jakby trochę historia regionu w ostatnich latach w pigułce. W przeciwieństwie do drugiego (Taipei 101), czwartego i piątego budynku świata (Petronas Towers z Kuala Lumpur i Willis Tower z Chicago) nasz Otwieracz nigdy nie zaznał zaszczytu bycia najwyższym. Chociaż gdy go projektowano (projekt był gotowy w 1997 roku) rzecz jasna mierzono najwyżej. 460 metrów, jakie wyznaczyli architekci w pierwotnym projekcie, wystarczało spokojnie do pobicia Petronasu i zapisania się w annałach. Ale gdy wbito w grząską ziemię Pundongu kilkaset głębokich na 80 metrów pali i rozpoczęto spektakularną budowę, przyszedł kryzys azjatycki, wielki plany pozamieniały się w równie wielkie klęski, japoński inwestor popadł w tarapaty, przedsięwzięcie przerwano, a kikut Otwieracza smutno straszył. Gdy wreszcie po 6 dlugich latach (na Pudongu to cala epoka) możliwa była kontynuacja, gdy znowu zaczęto podejmować śmiałe wizje, okazało się, że japoński kolos już wcale nie jest najwyższy, najlepszy i w ogóle nie jest już naj. I trzeba było wysupłać jeszcze więcej kasy i wycisnąć z projektu jeszcze dodatkowe 30 metrów, żeby się w ogóle w powodzi architektonicznej regionu się nie rozpłynął. Więcej się nie dało, bo z racji jego formy to nie sprawa dostawienia wyższej iglicy czy iglicowieży (jak w przypadku 30% Burj Dubai), ale budowy całych ciężkich pięter (kuszono zresztą projektantów wizją dostawienia wieżyczki, ale się nie dali). W rezultacie Otwieracz przegrał zaistnienie w kronikach i księgach z Taipei 101 o głupie 16 metrów (i nieważne, że w 101 ostatnie 50 metrów to iglica, a w Otwieraczu można wjechać dosłownie pod sam dach).

W międzyczasie, jak to tutaj, odezwały się demony przeszłości i pierwotny projekt, który przewidywał otwór okrągły (do zobaczenia tutaj, skrajnie po prawej) został oskarżony o podstępne a bezczelne przypominanie japońskiej flagi. Flaga japońskiego imperium w najwyższym skonstruowanym przez człowieka punkcie Chin, co z kolan powstały – no pasara w żaden sposób! I na nic się zdały tłumaczenia, że nie mieli nic zdrożnego na myśli, że to bardziej miała być chińska księżycowa brama, że to wedle tutejszych prastarych założeń: prostokąt reprezentuje ziemię a okrąg niebo…Zmieniono na prostokątny. Teraz więc przypomina kształtem dowolną flagę. Ale dobrze się stało, bo ta wesoła, okrągła dziurka wyglądałaby, jakby przeleciała przez nią czerwona kula pobliskiej Wieży Perłowej przed ostatecznym utknięciem na tejże wieży (patrzac po trajektorii, rzecz leciala – no tak, oczywiscie - z Okinawy i miala wyladowac gdzies w tych szemranych salonach masazu przy Shanghai Mansions). Z tą śmieszną dziurką Otwieracz pewnie lepiej by się wpasował w nieco infantylną architekturę Pudongu (kolorowe szkło odbijające światło, kolumienki, stożkowate dachy). A tak wyznacza wciąż niedościgniony standard (co przy jakosci wiekszosci dokonan architektonicznych na Pudongu nie jest znowu az takie trudne). Swoją drogą taka czerwona kuleczka Wieży Perłowej, to dopiero wygląda jak z flagi japońskiej, a dwie takie kule, to właściwie jak dwie takie flagi.

Otwieracz został otwarty (no…tak) w ubiegłym roku. I choć jest nowoczesny, piękny i bardzo, bardzo wysoki, już nigdy nie będzie naj – przynajmniej w sposób wymierny. Bo jego czas jako giganta minął, zanim na dobre nadszedł. Profesor od konfucjańskich narzekań mówi, że to wszystko (np. i ten pożar, co wybuchł w 2007 w prawie ukończonym budynku i to, że jeden z głównych inwestorów nie doczekał i przeniósł się podobno z powodu raka na łono Izanami, czy gdzie tam się przenoszą Japończycy) dlatego, że fengshui jest złe i w ogóle kto w takim miejscu (ha!), w takim otwarciu na wiatr buduje. No, ale ten sam profesor mówi, że wszystkie nieszczęścia jakie spotkały Koreę, to dlatego, że mają na fladze tylko cztery z ośmiu trygramów i to do tego na pokręconych pozycjach i że taijitu leży u nich na boczku no i nie ma kropek – zalążków. I za każdym razem jak to mówi, to radzi…koreańskim studentom chodzącym na wykład rozważenie zmiany flagi. A oni kiwają głowami, że ok, że zrobią.

A nasz Otwieracz – może to i dobrze, że nie jest naj– dzięki temu można spokojnie cieszyć się architekturą. Ale zwolennicy japońskiego Cesarza czuwają i od czasu do czasu podtykają miastu (w zakamulfowaniu, jeśli można mówić o kamuflażu w przypadku 580 metrowego czegoś) jakieś jego drobiazgi. Tutaj na szczęście zaczęło się i skończyło na mrzonakch. Podobnie jak w przypadku Wielkiego Żółtego Psa. No, a Otwieracz dominuje dopóki nie skończą budować rzeczy, która przysłoni wszystkie inne budynki Pudongu. Oto konstrukcja, wedle słów architekta (tego samego co od Burj Khalifa), prawdziwie oddająca “dynamiczny charakter chińskiego ducha”. Bez japońskiej flagi ani innych takich. Oto  największy kieł sojowy świata.

Póki nic (no, oprócz lekkiej nieprzeźroczystości powietrza) jeszcze nie zasłania widoku:

DSC02210 I widok na Jin Mao, osobliwą (acz o dziwo relatywnie znośną) kombinację stylu pagodowo-bambusowego, secesji i.. sztuki islamu (czego rzecz jasna tu nie widać, wejścia do budynku są w ksztalcie mihrabu w stylu mauretańskim):

otwieracz3

09

01 2010

Akomodacja oka

Nie chce ubogacać sieci stutysięcznym tekstem typu „jakie to są straszne różnice społeczne w Chinach”i jak to „bogacze żyją obok/na plecach biedaków”, ale te różnice są frapujące juz na poziomie kategorii poznawczych – mozg notuje za duże skrajności w zbyt krótkim odstępie czasu – problem jak akomodacja oka, które wariuje przy probie natychmiastowego przestawienia się z „makro” na obserwacje dalekiego krajobrazu i z powrotem.

To tak po wizycie u znajomych, którzy zajmują dwa ostatnie pietra apartamentowca na osiedlu nad brzegiem dopływu dopływu – czyli rzeczki Suzhou. Po ostatnich dwóch tygodniach prawie bez przerwy spędzonych pomiędzy uczelnia a moim zwyczajnym, pizamowo, targowo, rowerowym osiedlu pełnym parujących straganów z jedzeniem, umorusanych dzieciaków i starszych ludzi wysiadujących na rogu, zapomniałam, ze w ogóle mieszkam w mieście, i to takim.

Ale ten kontrast to jeszcze nic. Nasza wizyta skłoniła gospodarzy do zmuszenia nas do zostania na kolacje (oni grzecznie zmuszali, a my grzecznie odmawialysmy, choc od poczatku bylo wiadomo, ze pan domu gotuje tak, ze nie trzeba nikogo zmuszać, a raczej wypędzać i ze mamy ochote sie najesc tego wszystkiego). Żeby nam się nie dłużyło podczas gotowania, gospodyni zachęciła nas do zwiedzenia okolicy. Najpierw zrobiliśmy rozpoznanie z loggi apartamentu (20 piętro). Dookoła wszystko poznawczo pasuje do tego, co w mieszkaniu – apartamentowce, przynależny do nich klub fitness, parczki, wyreżyserowane kawałeczki zieleni, tylko z jednej strony jakby wcinający się w to wszystko nieregularny obszar ciemnych dachów, dymiących kominów, słabo migoczących światełek, wszystko z odległości 20 pietra i w zapadającym mroku jakieś takie organiczne i splatane. Stary Szanghaj. Apartamentowce od skrawka starocia oddziela pas gruzów – część starych domów została już wyburzona pod następne apartamentowce.

No ale zjeżdżamy na dol i udajemy się w stronę poplątanych uliczek. Z poziomu ulicy trudniej sobie w ogole zdac sprawe, ze za niepozornym wejsciem przy sklepie obuwniczym w ogole znajduje sie jakas inna galaktyka. Uliczki wąskie na najwyżej dwa metry, nieregularne, domki, choć pełne dobudówek (w gore, w bok, w przód, jak wyjdzie, dobudówki często tak małe, ze chyba mieści się w nich tylko łózko) nie przekraczają wysokości regularnego jednopiętrowego budynku. Pokładzione pod najróżniejszymi katami dachy stykają się tak, ze jak się spojrzy w gore, to światła apartamentowców-gigantów ledwo gdzieś tam majaczą. Pomiędzy dachami ze starej dachówki jeszcze płachty, folie, dykty, blachy faliste – żeby nie padało na stragany, klatki z kurami, perliczkami, na baterie, grzebienie i inne dobra. Krolestwo plastikowych misek, cerat i szczotek na kiju. I cala plątanina drutów. Domy nie odnawiane od co najmniej kilkudziesięciu lat. Okienka przebijane w ścianach gdzie akurat byla potrzeba. Gdzieniegdzie zwisa gola żarówka i tak oświetla uliczkę. Choć w sumie to trudno nieraz powiedzieć, gdzie jeszcze jest uliczka, a gdzie zaczyna się mikroskopijny sklepik, jadłodajnia, mini zakład fryzjerski czy mieszkanie. Przez niziutko umieszczone zaparowane okna widać wnętrza – łózka ze spiętrzonymi pierzynami, zwisające z sufitu gole żarówki, jarzące na zimno świetlówki, na brudnych ścianach stare wyblakłe portrety ślubne, przy stolach, na pierzyniastych łózkach ludzie w kurtkach (tu akurat nic nowego – w apartamentowcu znajomych tez trzeba siedzieć w kurtce, ciekawe czy szkodzi to np. sprzętowi grającemu za ciężkie dziesiątki tysięcy). Ciemne uliczki odgałęziają się jedna od drugiej, domki piętrzą się nieregularnie do góry – trochę nad głową malutkie okienka ze słabym światem w środku. Na zewnątrz kamienne zlewy i krany z woda. Wchodzimy do ciemnej, niemiłosiernie brudnej i mikroskopijnej jadłodajni – za 6 kuajow (niecałe 3 złote) w 4 osoby podjadamy (nie za bardzo, żeby się jeszcze zmieściło to, co się w tym czasie przygotowuje 20 pieter wyżej) trochę tang yuan (coś jak kluseczki z nadzieniem z masy z czarnego sezamu). Jeszcze tylko sprzedawca ryb robi nam mini wykład o tym, jak sie nazywają ryby, która sprzedaje (oczywiście inaczej niż na Tajwanie a nawet inaczej niz Północy, skąd oprócz mnie, wywodzi się nasza ekipa) i robimy krok na powierzchnie – z mikroświata do makroświata – czyli w stronę 20 piętrowego apartamentowca najeżonego elektronika, designerskimi meblami, dziełami sztuki i z rozpieszczanym labradorem na spacer ubieranym w kurteczkę z kapturem.

A tak w ogóle ta dzisiejsza wyprawa zaczęła się w szpanerskich loftach, gdzie powstało zagłębie sztuki nowoczesnej, do którego się udałyśmy w celu dopingowania koleżanki, która szla tam na rozmowę kwalifikacyjna. W galerii z dziełami za ciężkie dziesiątki tysięcy RMB (duża część to odmienianie mega ikony, Mao Zedonga, przez wszystkie przypadki i rodzaje – Mao w porcelanie pomalowany we wzory jak za Qingow, Mao przerobiony na Buddę Maitreje, Mona Liza z opaska Hongwejbinow na reku i dzierżąca Czerwona Książeczkę, Mao jak bóstwo drzwi etc. – widać nostalgie klasy wyższej za czasami Rewolucji Kulturalnej) wpadł mi w ręce album ze zdjęciami z Chin niejakiego Edwarda Burtynsky’ego (Kanadyjczyk pochodzenia ukraińskiego), któremu raczej bez nachalności, ale za to z widoczna fascynacja estetyczna, udało się tak ustawić obiektyw, ze zmieściły się na nim i jeden i drugi świat (i dużo pomiędzy) i uchwycić schyłek, kurczenie sie i obumieranie tego starego świata. Zdjęcia z albumu (zakladka ‘China’) trzeba koniecznie oglądać w maksymalnym powiększeniu.

05

12 2009

Expo 2010 – cesarskie korony i blaszaki

Expo się zbliża, Expo się buduje. Wszędzie na mieście elektroniczne zegary odliczające ile jeszcze dni zostało do rozpoczęcia (teraz chyba coś około 170). Wszędzie coś rozkopane, wszędzie się robi, a duch Haibao unosi się nad całą sytuacją:Szanghaj Expo i Haibao

Haibao pojawia się na wszystkim (także tym rozkopanym). Jak szłam z klubu sportowego do domu (10 minut, rozkopanie niezłe, bo robi się nowa linia metra) Haibao mignęło kolejno: jako rzeźba ku ku czci samego siebie (x3), jako 2 metrowa naklejka na drzwi do lokalnego centrum handlowego (x 6), jako pluszowa zabawka na straganie ulicznym (x nie wiem ile), a przed samym domem przedefilowało narysowane na śmieciarce w towarzystwie nieśmiertelnego napisu: „Przoduj w byciu kulturalnym”. Haibao pojawił(o) się też na tym oto plakacie zawieszonym na lokalnym kinie i przedstawione jest tym razem chyba jako dumny ojciec (no bo ta zaczeska, karnacja, poza tym wzrok Haibao na tym zdjęciu mówi wszystko):Haibao i potomek

Jak się człowiek tyle na to napatrzy…..

DSC01053…napatrzy…..DSC01056

… to potem widzi ten niemiły oku kształt nawet w przypadkowej kępce krzaków:

Haibao

Drugi z wszechobecnych kształtów to ten (oczywiście nie chodzi o jakąś tam Pearl Tower, tylko o to, co na ogrodzeniu przesłaniającym przebudowywany Bund):DSC00146 To pawilon chiński. Na moim wydziale nawet kwietniki są w jego kształcie:

DSC02077

Jest wysoce prawdopodobne, że, tak jak marzy projektant, prof. He Jingtang, budynek stanie się nowym symbolem Szanghaju. Dzieło nawiązuje swym kształtem do 斗拱 dougong (wielkie brawa dla naszych polskich wikipedystów – polski jest jednym z czterech niechińskich języków, w których jest przedstawiony ten element architektoniczny). Przechrzczono też dzieło “cesarską koroną”. Niektórym kojarzy się też z nakryciem głowy cesarskich urzędników. Rzecz pokryta jest materiałem w różnych odcieniach czerwieni (tutaj to widać), ale z daleka wydaje się, że odcień jest tylko jeden (ciekawie, czy tych odcieni jest 56, jak grup etnicznych?). Jak przedstawia się tutaj ten projekt, mówi się o wydobyciu, podkreśleniu i zintensyfikowaniu chińskich elementów narodowych: czerwieni, dougongu etc. Mam wrażenie, że jest to raczej podniesienie do którejś potęgi. A ja mam problem (zresztą opisany w poprzendnim poście) z traktowaniem podnoszenia do którejś potęgi jako środka ekspresji architektonicznej. Ale wydaje się, że we współczesnej architekturze chińskiej - zwłaszcza w wielkich, pokazowych dziełach, to norma.

Tak potraktowany został np. motyw bambusa (aż dziw, że tego “nieśmiertelnego” motywu nikt nie napakował do pawilonu, no nic, może będzie w środku) np. w  Taipei 101, do niedawna najwyższym wieżowcu świata. W wersji trochę subtelniejszej (choć nie na tyle, aby nie zaburzyć równowagi wspaniałego skyline’u miejsca) w przypadku 国际金融中心 (International Finance Centre) w Hongkongu.

Ale w odniesieniu do wielkiego dougonga mam jeszcze jeden problem. Dougong  w oryginale jest czymś, co pozwala na podtrzymanie dachu, łączy, spaja budynek z jego zadaszeniem – górę z dołem. W pawilonie ten wielki dougong pozostawiony jest sam sobie - nie spaja budynku (bo tego prawie nie ma, są tylko 4 cieniutkie w porównaniu z całością nóżki) z dachem (bo tego też nie ma, no chyba, że za dach uznać niebo). Krótko mówiąc z punktu widzenia harmonii góry z dołem, wierzchołka z podstawą, jest jakoś…osobliwie.

W każdym razie wczoraj nadarzyła mi się okazja odwiedzenia terenów budowy Expo osobiście. Oczywiście nie ma mowy o łażeniu sobie luzem, bo to faktycznie gigantyczy plac budowy:

Szanghaj Expo budowa Jeździmy więc wolniutko autokarem, a pan z biura prasowego Expo opowiada, przed czyim pawilonem właśnie się znaleźliśmy.  Tutaj oczywiście wiadomo:

szanghaj expo chiński pawilonszanghaj expo chiński pawilonszanghaj Expo chiński pawilonRzecz jako bodaże jedyna jest z zewnątrz właściwie ukończona i w sposób absolutny i niepodważalny dominuje nad całą resztą. Pawilony Stanów czy Rosji choć wieglaśnie, nie sięgają nawet cienkich nóżek wielkiego dougonga.

Pawilony poszczególnych krajów są pogrupowane według kontynetów. Bogate kontynenty, jak Europa, to właściwie całe miasto, w którym poszczególne budynki reprezentują konkretne kraje. Nasz pawilon jest wciśnięty pomiędzy gigantyczny pawilon niemiecki a (niespodzianka!)… francuski. I prezentuje się na razie tak (to pośrodku, na drugim planie):Expo polski pawilon

Generalnie, choć może z tego szkieletu jeszcze dużo nie widać, jest to fajny pawilon, również zwielokratniający coś dla Polski tradycyjnego: wycinanki, koronki, pisanki, ale robiący to w nienachalny, lekki, przyciągający sposób. Tutaj w Szanghaju zdecydowanie uznawany za jeden z atrakcyjniejszych – czego dowodem może być prezentowanie go we wszelkich spotach reklamowych czy na banerach na równi z multimedialnym pawilonem Anglii czy nieziemskimi kształtami pawilonu Emiratów Arabskich. A na poniższym plakacie dostąpił nawet zaszczytu wystąpienia przy budynku - gospodarzu:Szanghaj Expo polski i chiński pawilon Czego ten baner (litościowie) nie oddaje, to tego, że wielki dougong jest od naszej wycinanki jakieś 15 razy wiekszy (choć w sumie proporcja i tak dla nas korzystna).

No więc kraje zasobniejsze snują jakieś tam własne - mniej lub bardziej udane – opowieści architektoniczne na temat własnej cudowności. Na kontynenty i obszary ubogie – Afrykę, ale i Amerykę Łacińską (z wyjątkami np. Chile i Meksyku) -  już czekają wielkie, zbiorowe blaszaki. Po wielkim dougongu, pozerskiej Europie, Stanach, Kanadzie, po nadymającej się Rosji, przykro było patrzeć na fioletowy hangar z blachy falistej pomalowany w pomarańczowe słońca, żyrafy i słonie. Tu nie będzie żadnej architektonicznej niespodzianki - hangar jest już wybudowany, w porównaniu z japońską wielką komórką nerwową/amebą czy nawet polskimi ażurami, nie było to skomplikowane. Żyrafka i słoń robią przy tych wszystkich złożonych projektach odbijających trendy “dorosłej” architektury i narodowe dyskusje o symbolice, dziecinne wrażenie.

Znajoma Kostarykanka mówi, że to Chiny opłacą urządzenie i utrzymanie kostarykańskiego stoiska (w zbiorowym pawilonie Ameryki Łacińskiej). Nie wiem, jak w przypadku Afryki-blaszaka, ale podejrzewam, że bardzo podobnie.

27

11 2009

Estetyka protestancka i duch kapitalizmu (chińskiego)

To małe szwedzkie miasteczko  położone jest na północnych peryferiach Szanghaju. Dalej już tylko zakurzone drogi, ciężarówki, świeżo wykarczowane pola i magazyny zaorane pod jeszcze nie powstałe osiedla, a na końcu Jangcy.

Wsiadam w metro lini 3  (jest już 10, robią 11 tą),  jadę do końca. Oczywiście nie znam konkretnego adresu, wiem tylko, że to część osiedla Xin Luodian. Opisuję taksówkarzowi, to, co widziałam na zdjęciach (Mariusz, wielkie dzięki za te linki!):  no więc rzecz ma przypominać Skandynawię, ma być czerwona kościelna wieża z zegarem, kamieniczki z dachówkami. A taksówkarz nadal nie bardzo wie, gdzie to, więc jedziemy na czuja. Po 15 minutach kierowca skręca w drogę przez pola, mówi, że to pewnie tutaj, bo tam dalej wdłuż tej dróżki “są te wszystkie takie osiedla”. Mam nadzieję, że poszukiwana wieża z zegarem po prostu zaraz wychynie i będzie wiadomo. Tymczasem, gdy zbliżamy się do domniemanego celu  zaczynam rozumieć, dlaczego facet po prostu nie mógł mieć jasności.

“Wieża ceglasta? To to?” – pyta się taksówkarz:

DSC01955Nie, nie to. Fakt, nie mogę wymagać przecież od taksówkarza z dzielnicy Baoshan, żeby odróżniał kopię Europy od kopii kopii Europy, jak przeciętny Europejczyk też nie odróżnia.

“Z zegarem, europejskie? To to!” – wskazuje taksówkarz:

DSC01961

No nie, to to raczej Bund naśladuje. Po drodze mijamy jeszcze zamek krzyżacki:

DSC01958I ja też powoli przestaje się łapać w bogactwie kopii, kopii kopii i architektonicznych bajań na temat dalekiej Europy. No, ale jak już zamek krzyżacki, to znaczy w dobrym kierunku jedziemy. W końcu taksówkarz wypatruje baner reklamowy z napisem: “Żyj w stylu północnoeuropejskim! Sprzedaż mieszkań, atrakcyjne ceny!” Jedziemy w kierunku wskazanym przez baner, aż znajdujemy to, czego szukałam.

Osiedle ponoć zostało zainspirowane wyglądem najstarszego miasteczka Szwecji – Sigtuny. Pierwsze wrażenie, jak dla mnie, jest powalające (trochę jak omamy):

DSC01899Ide więc rączo w stronę fatamorgany, a tam tak:

DSC01898DSC01908DSC01915DSC01928Nie wiem, czy to rzeczywiście kopia Sigtuny (M. jeśli w końcu zdążyłeś wtedy na autobus do rzeczonego miasteczka, to weź się wypowiedz), ale to miasteczko to nie tyle kolejna chińska fantazja na temat stylów architektonicznych Europy, ale po prostu transplantacja – proporcji, kolorów, układu ulic i budynków.

Tylko, że ja znowu mam wrażenie, że znalazłam się, podobnie jak w przypadku Wuzhen, w miasteczku duchów. Wszystko się zgadza – jest jakaś z pietyzmem odrestaurowana/wybudowana na wzór przeszłości/europejskości do bólu spójna całość, wszystko jest dopracowane w najdrobniejszych szczegółach, tylko jakoś życia nie ma. Tak jak w Wuzhen zaglądałam przez zmurszałe okiennice do pustych zamkniętych na głucho wnętrz kamiennych chatek, tak teraz zaglądam w okna budynków wzdłuż głównej jie gatan, do “kościoła” – wszędzie pusto, chyba tylko jedne okna sprawiają wrażenie, że ktoś tam mieszka. Osiedle ukończono w 2007 i ewidentnie tak do do tej pory stoi. Jak się bliżej przyjrzeć, na dobrą sprawę wymaga już remontu, barierki pordzewiałe, zacieki z rynien, framugi okien poczerniałe. “Bary” i “kawiarnie”, które pozakładano jako element europejskości pozamykane na głucho, witryny puste:

DSC01936odbicie budynków w witrynie sklepu do wynajęcia:

DSC01926

DSC01937

wszędzie nagie okna, i tylko reklama akupresury stóp działa (czyje stopy i kto tam masuje? Może ludzie z miasta przyjeżdzają specjalnie, żeby w okolicznościach skandynawskich stopy wymasować, bo mają takie wyrafinowane upodobanie?):

DSC01913No właśnie. Kto? Oprócz mnie na osiedlu zauważyłam chyba  jeszcze tylko dwie modelki w sukniach, parę ślubną i fotografów tychże. Kilku chłopaków, chyba z wioski, którą mijało się w drodze do metra, gra w siatkówkę. Jeszcze jeszcze pan pucujący uliczne rzeźby. Czyli, że na zdjęcia ” w stylu europejskim” to tak, ale żeby tak mieszkać, to już nie? Jak jechaliśmy, taksówkarz mówił, że to dojazd fatalny (do centrum będzie ok godziny metrem+ 20 minut samochodem) i ceny bardzo wysokie.

Ale myślę, że to nie tylko to. Gdy wracam na piechotę do drogi głównej (nie ma taksówek na tym pustkowiu, poza tym wreszcie piękna pogoda, powietrze świeże, więc idę) z biednego porzuconego, zanim na dobre zajętego, chińskiego skandynawskiego miasteczka, mijam po drodze różne osiedla – tym razem nie wierne kopie, ale lokalne wariacje na temat zachodniości. A tam domy zamieszkane, samochody na podjazdach, a dojazd do miasta dokładnie ten sam, po prostu 400 metrów dalej:

DSC01957Mijam  ponownie “Bund” w szczerym polu. Obok niego wre praca, powstaje gigantyczne osiedle w stylu “art deco-wiktoriańskie rokoko-modernizm-pałac francuski-kamienica angielska”, pierwsze z brzegu już ukończone (polecam powiększenie):

DSC01964Wcale nie bliżej centrum, pewnie jeszcze drożej, no bo tyle kolumn, rzeźbień, to wszystko drogie. A praca wre, “gargamelki” poustawiane w kilka rzędów:

DSC01965Czy znowu inwestor się przeliczy? Nie sądzę. Mam wrażenie, ci, którzy mogą sobie pozwolić na drogie mieszkanie za miastem, to zwyczajnie ostatni w kolejce do poszukiwań purytańskich, prostych wzorów, umiaru i skromności. Szukają czegoś dokładnie przeciwnego – wyrażanego przez kolumny, marmury, rzeźbienia. I czy te marmury i złote lwy to kopia dokładna, czy wariacja na temat obrazów luksusu Europy, to  nie ma dla nich najmniejszego znaczenia. W sumie brzmi i wygląda to wszystko trochę znajomo, nie?

P.S. Jeśli luksus mierzyć ilością kolumn (coż, miara to znana z polskich przedmieść, wsi i miasteczek), to wygrywa (chyba i międzynarodowo) ten dopiero co wykończany budynek na Pudongu (Pudong – dzielnica-symbol chińskiego odrodzenia ekonomicznego). W takich przypadkach naprawdę nie wiem, co artysta miał na myśli. Czy to próba zdyskontowania napakowanego zachodnią architekturą Bundu po przeciwnej stronie rzeki? Czy próba pokazania, że jest się bardziej, więcej i lepiej niż Ateny i Rzym razem wzięte? A może odwrotnie – hołd europejskiej architekturze (coś jak powtórzenie 1200 razy “niech żyje”)? W każdym razie mnie takie wyrwania z kontekstu (żeby jeszcze, jak przewiduje teoria hybrydyzacji, te nieszczęsne kolumny lądowały w jakimś innym, twórczym kontekście…) nie przestaną chyba nigdy zadziwiać. Polecam kliknięcie celem zbliżenia :

DSC01120

21

11 2009