Posts Tagged ‘być laowaiem’

Pan Ambasador tańczy (w mediach)

Ambasadorski taniec doczekał się wzmianki we wszystkich właściwie najważniejszych mediach elektronicznych (i nie tylko), zaś w znakomitej większości tych doniesień jedynym źródłem informacji był MSZ przedstawiający filmik jako “element promocji kraju” i porówujący klip do przedsięwzięć innych polityków chcących dotrzeć do ludzi za pomocą nowych mediów (np. tu i tu).

Specjalnego komentarza do klipu udzielił w CSPAtv! Radek Pyffel. Radek przytacza kilka argumentów wysuwanych przez różne osoby “przeciwko”, wśród nich także i mój i udziela swoich odpowiedzi na te argumenty, zachęcam do obejrzenia:

 

A tutaj poniżej moja odpowiedź, co ją wkleiłam jako komentarz na stronie CSPA. A niech sobie będzie i tu, jak już się w grypie tyle napisałam. Jeśli kto chętny, serdecznie zapraszam do dyskusji:

“Dziękuję za nawiązanie do mojej wypowiedzi. Zgadzam się w pełni z tym, że Polska to marka, jak każda i jestem jak najbardziej za tym, żeby Polskę uznawać za produkt, który jest do wypromowania i sprzedania a w promowaniu Polski wręcz trzeba używać dobrodziejstw nowoczesnego marketingu wizerunkowego, który zna także tzw. działania niekonwencjonalne. I szczerze mówiąc myślę, że tańczący Ambasador, jako element internetowej marketingu wirusowego (zwłaszcza, jeśli dobrze tańczy, a tu chyba nikt nie ma wątpliwości!) byłby (oczywiście po rozważeniu, czy wpisuje się w wizerunek, jaki chcielibyśmy tworzyć, mówię tu zarówno o wizerunku Polski jak i Ambasady) do rozważenia.

Tylko nadal nie bardzo rozumiem, jak to się ma do ozdabiania wizerunkiem Ambasady i Ambasadora klipu chińskiego podmiotu prywatnego. Bo z tym mamy moim zdaniem po prostu do czynienia, o czym napisałam w swoim wpisie. I jeszcze raz chcę podkreślić: nie chodzi mi o to, że kreskówkowy ambasador tańczy obok kreskówkowego konia w stajni. Tylko, że robi to na logo prywatnego chińskiego klubu, nieco za analogonem szefa tegoż klubu a koń wypuszcza komiksowy balonik z nazwą klubu. Czym filmik jest w oczach samego producenta, czyli klubu Be My Guest, może świadczyć chociażby nazwa, pod którą został wypuszczony przez tenże klub: 企业大佬年底压轴巨献《江南Style》, czyli „Wielcy szefowie przedsiębiorstw na koniec roku wypuszczają Gangnam style” – nie ma słowa o Polsce, podobnie jak i podczas całego filmiku.

Cieszenie się tym, że w filmiku promującym jakiś chiński klub wystąpił także i nasz Ambasador, żywienie nadziei, że w przekazie o takiej formule chiński odbiorca rozpozna Polskę po balkonie Ambasady, krakowskim stroju i fortepianie Calisia (jeśli ktoś na serio chce uważać, że jest to jest popularyzacja Polski – to w końcu chcieliśmy popularyzować, czy wyłapywać tych, co rozpoznają po szczegółach, których nie wyłapałby przeciętny Polak?) nie ma nic wspólnego z marketingiem wizerunkowym i kampanią na rzecz Polski i jak dla mnie jest nieporozumieniem. Szkoda, że nie tylko media (wzmianka pojawiła się we wszystkich najważniejszych mediach internowych i w Faktach), ale i MSZ, który ustami swoich urzędników tłumaczy, że „Polski ambasador w Pekinie tańczący Gangnam Style to element promocji kraju” a „dotarcie do odbiorców za pośrednictwem tych [nowych - bxy] mediów jest jednym z kluczowych zadań w budowaniu pozytywnego wizerunku Polski w Chinach”, jakoś tego nie widzą. Pierwsze pytanie marketingu wizerunku – jaki wizerunek chcę sprzedać? – w najlepszym razie nie ma tu w ogóle zastosowania, bo tu po prostu nie ma wizerunki Polski. Albo odpowiedź jest dość nieciekawa – daliśmy sygnał, że Polska i jej Ambasador chętnie wystąpią jako ozdobnik reklamówki chińskiego podmiotu, wypiszą zamaszyście jego logo (swoją drogą część moich polskich znajomych myślała, że tak Ambasador zaprasza do Polski, smutne), zatańczą (ładnie, więc możemy być spokojni) na na tle logo hitowy taniec, jeśli tylko w tle przewinie się postać w naszym stroju ludowym albo mignie raz polski fortepian.

Cóż pozostaje mieć nadzieję, że jak najmniej chińskich odbiorców to zauważy i że wśród spostrzegawczych nie będzie zbyt dużo odbiorców wpływowych i decyzyjnych. Pocieszające jest oczywiście, że klip – jak zaznaczył Radek – nie jest zbyt popularny (w końcu to tylko jedna z tysięcy chińskich przeróbek Gangnam), choć oczywiście należy pamiętać, że treść cyfrowa raz udostępniona zaczyna żyć własnym życiem i odtąd może pojawić się już zawsze, wszędzie i u każdego.

Oczywiście, że wszystko jest na sprzedaż. Tylko, czy to znaczy, że sprzedaż, byle sprzedać, nie ważne na rzecz kogo, jest „fajna” i należy szumnie nazywać każdy akt sprzedaży „promocją kraju”? Co do zadania pytania Chińczykom o odbiór tego występu – jak przecież doskonale wiesz, Radku i ci z Państwa, którzy z Chińczykami mieli do czynienia – jak to oni, będą starali się nie zrobić nam przykrości i pozwolić zachować nam twarz.

I tak, mamy większe problemy niż ten. Ale fajnie by było, gdybyśmy nie zbywali problemów, nawet jeśli uznamy, że nie są śmiertelne, tylko analizowali je i uczyli się w oparciu o nie.”

P.S. z dnia 05.01.2013. Pan Ambasador jednak tańczy dla…mnie. I wszystkich nas. Tekst pod filmikiem w miejscu, w którym został wypuszczony światu przez By My Guest, został ostatnio zmodyfikowany. Teraz, oprócz tego, że “spotkali się, aby radośnie melodeklamować, energetycznie tańczyć i dzielić radością” doklejony jest apel, żeby inwestować w Polsce i zachęta do kontaktowania się z Ambasadą. “Cele promocyjne [filmiku - bxy] to zachęcenie biznesmenów chińskich do kontaktu z Polską i do odwiedzenia strony Ambasady w celu uzyskania informacji o Polsce. Film spełnił swą rolę” – ogłosiło MSZ i objaśniło nam: ” W nowoczesnej dyplomacji publicznej trzeba sięgać po takie metody jak obecność w mediach społecznościowych czy filmy wideo”. I podsumowało: “Tak wygląda nowoczesna dyplomacja“.

Korzystając z okazji, jaką jest Nowy Rok, chciałabym naszemu polskiemu MSZ-owi życzyć, aby cel wszystkich jego działań wizerunkowych – obojętnie czy tych bardziej udanych czy mniej  -  był świadomym  założeniem, leżącym u podłoża projektu, przyświecającym projektowi na każdym etapie jego realizacji. A nie, dajmy na to, naprędce przygotowanym opisem post hoc do gotowego już projektu, doklejanym nerwowo, kiedy robi się gorąco. Pewnie się mylę, ale wydaje mi się, że “tak właśnie wygląda” nie tylko “nowoczesna dyplomacja“, ale i dyplomacja jako taka. Serdecznie Państwa pozdrawiam – 新年快乐!

 

30

12 2012

Pan Ambasador tańczy

 

Dla niezorientowanych: na powyższym filmiku Ambasador Polski w Chinach, J.E. Tadeusz Chomicki tańczy w takt koreańskiego megahitu “Gangnam Style”.

Spoglądam na Facebook, spoglądam na fora. Części się podoba – “ale fajny, wyluzowany ambasador!”, “tak należy Polskę promować!”, “Panie Ambasadorze, chapeau bas – marketingowy majstersztyk. “. Części nie: “kicz”, “pajacowanie”, “niepoważny wizerunek Polski”. A niektórzy podejrzliwie dociekają: za czyje to pieniądze?

Spoglądam raz jeszcze na filmik i w pełni do mnie dociera, co mnie w nim tak naprawdę poruszyło. I nie jest to bynajmniej kwestia, czy Ambasadorowi przystoi tańczyć Gangnam czy nie, czy to jest fajne czy niefajne, czy ambasadorski taniec to dobry sposób na promocję ojczyzny czy nie.  Jeśli coś spowodowało moje szybsze bicie serca, to to, że ten filmik to w istocie reklamówka dwóch chińskich podmiotów (a konkretnie jednego towarzystwa i jednej firmy), których szefowie przedstawiani są na początku filmiku i w których towarzystwie Pan Ambasador tańczy. Nazwę towarzystwa (angielską – “By My Guest”), tego, które wyprodukowało filmik (tak więc spokojnie, nie za nasze, uff…), nasz Ambasador w jednym z ujęć klipu pięknie wykaligrafuje. Tak, “By My Guest” to wcale nie nowe hasło do promowania Polski w Chinach, za pomocą którego teraz mielibyśmy zapraszać chińskich gości do siebie.

Jak możemy się dowiedzieć ze strony Be My Guest – 尚客私享家 – jest to jednostka, która zajmuje się organizowaniem eventow dla high society – “zagranicznych polityków, dziennikarzy, ludzi sztuki”. Co miesiąc By My Guest organizuje ekskluzywna imprezę, w której udział “może wziąć jedynie 30 do 40 najwyższej rangi ludzi polityki, sztuki czy mediów – zarówno z Chin, jak i z zagranicy”.  Ujęcia z wnętrza jakiejś europejskiej ambasady, roztańczonego ambasadora egzotycznego kraju (może nie potęgi, ale zawsze) i dziewczyn w europejskich strojach z pewnością dodają przekazowi wiarygodności. Przekazowi towarzystwa 尚客私享家 . Po angielsku Be My Guest. Mówiliśmy “zagraniczni politycy”? Lepiej po prostu popatrzcie, jak się z nami bawią!

Druga z jednostek zajmuje się obróbką kamieni szlachetnych, jej szef zostaje też przedstawiony jako prezes fundacji I Do, działającej na rzecz dzieci z grup nieuprzywilejowanych. Dzieci i szkoła pojawiają się w filmiku, natomiast próźno szukać gdziekowiek informacji, że filmik w jakikolwiek sposób jakiekolwiek dzieci wspomaga. Oficjalny podpis pod klipem: “zebrali się, aby radośnie melodeklamować, energetycznie tańczyć, jedynie po to, aby cieszyć się i przekazywać dalej swoją własną radość”.  I szef tej firmy, podobnie jak i szef Be My Guest, wywija radośnie w takt koreańskiego hiperprzeboju. Oni mają powód – reklamują swoje produkty i usługi.

A nasz Ambasador? Nasza Ambasada? Nasze tańczące dziewczyny? Oni są ilustracją do przekazu reklamowego. Dwóch chińskich podmiotów. Tak jak kiedyś białe twarze sączące drinki w witrynie chińskiego klubu?

Faktycznie majstersztyk. Szkoda tylko, że nie nasz.

Deser.pl: “Póki co, nie wiemy, kto i w jakim celu nagrał ten filmik. Ale pan ambasador prezentuje się w nim wyjątkowo godnie.“[podkreślenie jak w oryginale]

 

28

12 2012

Rozproszenie. Za Chiny Ludowe!

Gdy ostatni karton z pekińskimi rzeczami jest już zapakowany, SSL jest w Oslo. To dopiero kilka dni po zamachu, SSL idzie pod rządowy budynek i do pobliskiej świątyni. Widzi kwiaty i pluszaki na posadzce. Kiedy wsiadam po raz kilkunasty w moim życiu w samolot, który przewiezie mnie przez całą Azję, właśnie wtedy prawdopodobnie SSL patrzy na kawior, na wielką puszkę kawioru, która kosztuje tylko kilkanaście koron (tyle, ile posiłek w Mcdonaldsie). “Takie tanie, pewnie niedobre, musi być jakiś haczyk” – mówi do siebie i wędruje dalej. Chodzi po Oslo, podobnie, jak wcześniej po Barcelonie, Amsterdamie, Neapolu, Wiedniu na piechotę, żeby oszczędzić pieniądze. Od miesiąca śpi już tylko w salach wieloosobowych koedukacyjnych (czego nie znosi).
Kiedy samolot leci ponad Syberią, otwieram wreszcie jedną z gazet, które kupiłam wieczorem przed wyjazdem (wtedy, kiedy przy kiosku podszedł do mnie młody dziennikarz, który po kilku minutach rozmowy krzyknął “Boże, czemu ja Cię wcześniej nie spotkałem?!”). Autor tekstu dwoi się i troi, żeby tylko wytłumaczyć czytelnikowi, co to prawica, co to skrajna prawica, jak to jest, że ktoś porywa się na rząd i jego młodzieżówkę, bo jest za dużo emigrantów.

Gdy czekamy z J. na Dworcu Centralnym, komunikaty zlewają się w jedno. Berlin? Lublin? Odjedzie? Przyjedzie? Biegniemy po pojaśniałym, lecz wciąż spowitym w folie i usłanym pędzlami Centralnym, bo pociąg z Berlina właśnie wjechał, ale na zupełnie inny tor, niż mówili.
SSL wysiada. Plecak. Schudła od tego włóczenia się dwa miesiące po Europie, a skóra – o zgrozo – pociemniała do koloru skóry shan mama – mateczki z gór. Ale ta podróż była jej bardzo potrzebna. Z dala od zgiełku Taipei, stresów Szanghaju, chciała poczuć samotność. Rozważyć, czy chce piąć się wyżej (wyobrażam sobie, jak jej ojciec, polityk Kuomintangu, byłby dumny, gdyby tylko jakoś z wysokości mógł zobaczyć, jak ta młoda kobieta o bardzo długich oczach i dołeczkach w policzkach sobie radziła podczas ostatniej kadencji, jak stawiała czoło mafii i stawiała ławki dla starszych na skwerkach). Czy zostawić to teraz, przed progiem polityki ogólnotajwańskiej i iść w biznes? A ja? Ja przez te dwa miesiące chodziłam po łysych górach Mongolii Wewnętrznej, od jednego do drugiego kamiennego okrągłego ołtarza, a każdy z nich powiewał na stepowym wietrze tysiącem warstw wypłowiałych flag modlitewnych. Zastanawiałam się, jakie mam jeszcze możliwości. Potem po pustyni. Potem po Pekinie, żeby zamknąć jakoś to moje chińskie życie. Wyszło trochę niezgrabnie, koślawo, niezręcznie, jak i zresztą ono samo.

Nie wiem, że cena biletu komunikacji miejskiej przez te dwa lata wzrosła o 1.10 złotego. Nie wiem, czym się różnią koleje Mazowieckie od Regionalnych. Nie wiem, że bilety na autobus można kupić w automacie na przystanku. Gdy niemal wpadam na taki automat, wrzucam pieniądze i odchodzę. Zapomniałam biletu. Gdy chcąc wyjść z autobusu, gdy ten zbliża się do przystanku, wstaję i idę do właśnie otwierających się ostatnich drzwi (w Chinach to drzwi wyłącznie dla wysiadających) i wpadam na tłum wsiadających starszych pań, które zaczynają na mnie krzyczeć. Nie wiem, że przejście pod Centralnym jest w remoncie, nie wiem (a może wiem, tylko chciałam zapomnieć), że w święta religijne nie można kupić nawet chleba i boję się, że nie będę wobec tego w stanie zrobić dla SSL nawet najprostszego śniadania. A może podwieczorku. Mylą mi się godziny. “Jesteś jak laowaj mówiący nieźle po polsku, chociaż…jak to? Naprawdę nie rozumiesz komunikatów na dworcu?” – mówi SSL, gdy wreszcie udaje nam się dobrnąć do autobusu.

SSL bardzo podoba się Warszawa. Jest w przeciwieństwie do Włoch, w których zalegają w miastach góry śmieci – bardzo czysta, w przeciwieństwie do Francji gdzie w okienkach odburkują coś niegrzecznie, wszyscy mówią sobie dzień dobry, no i – w przeciwieństwie od miejsc, gdzie nie ma pięknego ciętego szkła – piękne cięte szkło jest w każdym sklepie z gospodarstwem domowym. Jak je tylko otworzą po tym święcie, musi kupić! Potem ostatniej nocy, popijając Gorzką Żołądkową, będziemy pakować w folię z bąbelkami 20 kieliszków z Syrenką, z panoramą Warszawy, z orzełkiem, który będzie się jakoś tak trzepotał, trochę zresztą tak, jak Syrenka ogonem.
Ale póki co…. “Wiesz, jutro być może tak nie będzie łatwo, jedziemy do jednego z najuboższych regionów Polski” – przygotowuję delikatnie grunt. “Będziemy pewnie jechać starym pociągiem, być może ludzie będą się na Ciebie trochę patrzeć. To znaczy oczywiście nie tak, jak na mnie w Chinach!” - uspokajam, widząc pytający wzrok.

Nie ma starego pociągu – jest pociąg nowiutki i nowoczesny, trochę przypomina tramwaj. Jedzie przez zielone pola i lasy. Nikt na SSL nie zwraca uwagi. Nawet, gdy SSL piszczy – zupełnie nie jak polityk, co z mafią walczył – na widok bocianiego gniazda. Nawet, gdy piszczy jeszcze głośniej na widok bociana-samego-w-sobie. Nikt nie reaguje, gdy na widok dwóch bocianów w gnieździe dziko wrzeszczy i wyrywa mi ramię (zapomniała puścić moją rękę, gdy rzuciła się w stronę okna, palce wbite w moje ramię na widok ptaszyska trzymają).
Gdy wreszcie docieramy na miejsce, leje deszcz. SSL podbiega do starszej pani bez parasolki i chroni ją przed wodą. “Kochanieńkie, nie przejmujcie się mną” – mówi kobieta – “ja tam przez las idę, pod samą granicę, będzie ze 20 minut, gdzie wam tam iść!”. SSL obstaje, że odprowadzamy. Trzyma parasolkę, ja siatkę z pomidorkami malinowymi, kupionymi przez starszą panią w Hajnówce. Gdy nieśmiało pytam, jak dojść do rezerwatu żubrów i paru jeszcze innych atrakcji, strasza pani lepiej się nam przygląda: “och, to wy chyba nie jesteście od nas?” “No nie, np. koleżanka jest z Tajwanu”. Jasne oczy patrzą zdezorientowane. “O, to faktycznie nie tutaj, pewnie aż spod Warszawy?”

Łazimy po starym wiatraku, zachęcamy żubry i łosia do pozowania, opracowujemy plan na wypadek ataku dzika, na tle wieczornego nieba widać sylwetki dwóch zapóźnionych bocianów. Nazywamy je odpowiednio kapitalistą – zibenjia (gniazdo na dachu banku) i obszarnikiem - dizhu (wielkie, ewidentnie dziedziczone w obrębie ptasiego rodu, gniazdo na przedwojennej willi). W nocy po miłej pogawędce ze sprzedawcą (kłania się szastając blond grzywką o ladę, niby po chińsku, żeby uhonorować pierwszego tajwańskiego gościa, któremu sprzedaje Żubrówkę), wracamy z małą latarką i wielką butelką, a kucharz naszego pensjonatu (mieszkał 6 lat, zaraz po wojnie, w Wietnamie) pyta, czy czegoś byśmy jeszcze nie zjadły (chętnie da szynkę z dzika…). Coś pohukuje (pewnie mi w głowie Żubrówka). “Ale wy pięknie potraficie chronić własną przyrodę” – mówi SSL i patrzy w czarne za oknem – w stronę białoruskiej granicy. Chwilę później, gdy pohukiwanie się nasili, opracujemy kilka planów, jak dyskretnie zasłonić Pałac Kultury, żeby przestał tak dominować (może przysłonić liśćmi?….dać na nim Mr Smileya? A może namiocik?… Chociaż mi tam się podoba, trochę jak Empire State Building, ale jestem tylko laowajem, z pewnością się nie znam”)

Na Dworcu w Białymstoku pusto. Od czasu do czasu podjeżdżają stare autosany, ale prawie nikt nie wsiada, choć strajk na kolei, a po torach obok zmyka jedynie w stronę zajezdni lokomotywa (“jak byłam w Mediolanie, strajk obejmował wszystkie środki komunikacji i nikt nikogo nie informował, kiedy się skończy, wszyscy tylko mówili „może”, mówili “proszę pytać około szóstej”). “Czemu one mają takie okrągłe tyły?” – dziwi się SSL patrząc na przyjeżdżające i odjeżdżające autosany. “Bo tak było modnie w latach 60-tych” – odpowiadam. Po nas przyjeżdża nowiutki busik mercedesa. “Co za piękny busik, mało gdzie widziałam takie ładne środki transportu. Tylko dlaczego muszę zapiąć pasy?” – dziwi się SSL. “Bo nie będziemy jechać po autostradzie, tylko po drodze z jednym pasem ruchu i drugim z naprzeciwka”. Strach w oczach. Pewnie miała mniejszy, jak szef lokalnej mafii przez pośredników zaproponował jej spotkanie w górach.

Coś mnie ściska, gdy wsadzam SSL do pociągu. Najpierw skończyło się moje chińskie życie. Ot tak, choć znaki jego końca widziałam od jakiegoś czasu. Teraz odjeżdża osoba tak podobna do mnie – chińska, ale laowajska. Rozumiejąca, ale obca. Obca u siebie, obca w Chinach, obca tutaj. Wracam do domu – teraz już idzie mi to lepiej – bilet, autobus, drzwi środkowe, tylko wcześniej stanąć przy nich, wysiąść, potem czekać na zielone, przechodzić na przejściu i nie na ukos. Gotowe!

Na mojej klatce wiele mieszkań zmieniło przez te dwa lata właścicieli. Zawieruszyli się gdzieś ci, którzy jako dwudziestokilkulatkowie wprowadzali się tutaj, gdy tylko polepiono z gruzów Getta wielkie cegły i zbudowano z nich – na piwnicach i fundamentach wypalonych kamienic osiedle – Muranów. “Pan mnie chamsko okłamuje!” – słyszę krzyk kobiecy dochodzący z mieszkania na parterze, tam gdzie mieszkało starsze małżeństwo. Teraz, przez niegdyś obstawione paprotkami, a dziś puste okna sypią się gruz i krzyki. “Co pan powiedział, hę? 300 złotych, tak, czy nie?”. “Ale kochanieńka, 300 na dzień, nie za dwa dni!”. “No nie, no!!….” “No przecież nie będę robił za 150 złotych na dzień, to jakieś kpiny” – rozlega się głos majstra.

Ja na razie tylko wiem, że strona tłumaczenia na chiński kosztuje połowę tego, co dwa lata temu. Żeby zarobić tyle, co ten majster, musiałabym tłumaczyć ok 6 stron na dzień. Przy założeniu, że w ogóle dostanę je do tłumaczenia, rzut okiem na polski internet uświadamia mi, że nie brakuje ludzi, którzy są skłonni odklepać cokolwiek za mniej. “A co to niby takiego, umowa spółki?” – poucza mnie szefowa biura tłumaczeń – “to prościusieńka sprawa – właśnie akurat na 60 brutto za stronę”. Zrobię? Nie zrobię? Czy mogę powiedzieć „za Chiny”?…

Wczoraj ostrzygłam połowę włosów na 4 milimetrowego jeża (druga połowa formuje nieco opadającego, ale bojowego grzywkopodobnego irokeza). Po raz pierwszy od chyba matury założyłam kupione kiedyś, a nigdy nie noszone arcywysokie szpilki. “Co to za szpile?” – patrzy w sposób zdezorientowany mój nagle zmalały ojciec. To? To mój strój wojenny.

21

08 2011

Plaster “psia skóra”

Przydałaby mi się jakaś forma pośrednia pomiędzy blogiem a mikroblogiem. Bo np. to poniżej jest za krótkie i jakieś nie takie jak na wpis (przynajmniej w moim wyobrażeniu i zwłaszcza po takim temacie jak poprzedni) a za długie na mikroblog, ale za to, (równiez w moim wyobrażeniu) treściowo bardziej mikroblogowi odpowiadające. Tak czy inaczej, poniższy dialog miał miejsce w aptece obok mojego domu, tam gdzie zawsze kupuję leki.

Ja: dzień dobry, poproszę plaster z mrówkami (plaster na bolący kark i inne niedowłady, zawiera esencję z mrówek, rozgrzewa i łagodzi ból)

Farmaceutka (młoda, sympatyczna, uśmiecha się, podaje plaster z mrówek): bardzo polecam jeszcze wziąć ten tutaj, to plaster “psia skóra”.

Ja, tzn. mi: (miga przed oczami koszmarne wyobrażenie pluszowego, kilkunastocentymetrowego ucha mojego ukochanego beagle’a przylepionego do mojego karku, a dalej wyobrażenia wesołych, machających ogonami psiaków, które w nagrodę za wierną służbę, są odzierane z wierzchnich warstw swego jestestwa, a jeszcze dalej, tej miłej aptekarki jak ze świecącycmi oczami oprawia jakiegoś kundelka i trzyma w ręku jego jasnobrązową psią skórę)

Farmaceutka (nadal miła, nadal młoda, nadal się uśmiecha, widząc, że się zawiesiłam): to jak, dodać tę psią skórę?

Ja, tzn. mnie: (przebiegają przez głowę myśli typu – no tak trzeba być zawsze czujnym, nigdy nie wiadomo, gdzie się natrafi na to, czym się różnimy, ciekawe, czym ma w domu pieska, młoda, pewnie pudelka albo chihuahua i jeszcze – nigdy tutaj nie będę się czuć jak w domu, zawsze coś wylezie i jeszcze – czemu moje wychowanie sprawiło, że obłudnie nie wezmę nic z psa, a kuraka to owszem zjem…)

Farmaceutka: to jak?

Ja: (zbieram się w sobie, spinam, z pompą i zadęciem): obawiam się, że nie mogę go kupić, widzi Pani, ja bardzo kocham psy, nigdy bym czegoś takiego…przepraszam, ale nie mogę, nie wezmę, tak kocham psy, no…

Farmaceutka (patrzy nierozumiejącym wzrokiem): Hę?……

Ja: (nierozumiejąc, czego ona nie rozumie): Hę?…. mówię, że ja nic z psa nie wezmę, bo bardzo lubię psy i….

Farmaceutka (oczy na wierzchu): Jakie psy? Przeciez tu nie ma nic z żadnego psa, to tylko taka nazwa, prosze popatrzec na skład, same ziółka…(pokazuje)

Ja (odkrywam, że same ziółka): bo w plastrze “mrówki” była esencja z mrówek, nawet po mrówczemu pachniało, więc myślałam, że i ten plaster, z psa, psiej…

Farmaceutka: nie, nie, psa i psiej nie ma tam…

Ja: Przepraszam, poproszę dwa, przepraszam (za ten moment, gdy w myślach zapaliłam jej ogniki w oczach na widok kundelka)

Farmaceutka: (pewnie myśli, że ja myślę, że ona jest takim Chińczykiem, co to z psów łupi skórę, takim klasycznym Chińczykiem z wyobrażeń laowajów, czyli pewnie i moich)

Kurtyna, wyjście z apteki z plastrem z prawdziwych mrówek (biednych) i plastrem “psia skóra”

06

05 2011

Eksperyment. Roznice kulturowe 2

Jakies 4 miesiace temu napisalam o moim sprytnym planie przeprowadzenia eksperymentu z roznic kulturowych. Eksperyment usilowalam wykonac na pewnej probie jednoosobowej. Osoba ta to Chinczyk, profesor, lat ok 45, szycha  pewnego znakomitego wydzialu pewnego znakomitego szanghajskiego uniwersytetu. Eksperyment polegal na wreczeniu mu pracy semestralnej z przedmiotu “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”, w ktorej wytykam bledy metodologiczne (nieuzasadnione generalizacje, bledny dobor proby etc.), esecjonalistyczne podejscie do kultury i takie tam w ksiazkach, ktore polecil studentom przeczytac, aby sie ubogacili. A nie sie madrzyli. Wynik mialam oglosic tutaj, na blogu. Jak zwykle rzeczywistosc napeczniala tak, ze przecisnela sie juz dawno przez siatke mozliwych rozwiazan  (hipotez badawczych), ktore przychodzily mi do glowy. Prawde mowiac napeczniala tak, ze az odechcialo mi sie ja zbierac w slowa. Wyrzucilam te historie z siebie wlasciwie raz, w emocjach, po zakupieniu 2 butelek produktow marki “Wielki Mur” i paczki prodktu marki “Zhongnan hai” (dzieki Ci, drogi sluchaczu, wiem, ze gdzies tak od poczatku drugiej butelki zrozumienie mnie bylo czyms na ksztalt rozwiazywania rownania ze 100 niewiadomymi). No i, co tu duzo mowic, jakos to wszystko bolalo, uwieralo. No i blog to niby zapis wrazen i doswiadczen, ale z doswiadczaniami polegajacycm na strzykaniu przez doswiadczanego zolcia, trzeba jednak uwazac. Bo co wystrzyknie, moze zastygnac np. w generalizacje. Wracajac do tej konkretnej sprawy – pisze teraz bo a) juz nie boli, raczej smieszy b) rozstrzygnela sie ona dopiero teraz. No wiec – wynik, owszem, mam, ale wszystko potoczylo sie zupelnie nie tak, jak sobie sprytnie  pomyslalam.

Droga z zawijasami zaczela sie od tego, ze w trakcie zajec profesor ow wymyslil, ze praca, co ja oddalismy, to nie wszystko, ze odbedzie jeszcze egzamin pisemny i ze ocena koncowa bedzie wypadkowa tychze. Dobrze, niech bedzie i egzamin pisemny.

Wyznaczonego dnia stawiam sie przed wyznaczona sala. To moj ostatni dzien, gdy widze wspolstudiujacych, ostatni dzien w tych salach, gdzie zima z wyziebienia krecilo mi sie w glowie na zajeciach pomimo kurtki puchowej i rekawiczek, to ostatnie odwiedziny w tym budynku, gdzie siedzialam przez rok popijajac z plastikowego kubka z przykrywka oferowana przez uniwersytet wode o smaku zawiesiny z dna akwarium. Patrze na wspolstudiujacych czekajacych na egzamin. Kazdy z nich ma wielka torbe ksiazek z listy lektur, w reku trzyma wydruk prezentacji w powerpoincie, ktore profesor wyswietlal na zajeciach.

Przychodzi. Moj obiekt badania. Wpuszcza do sali. Siadam w pierwszym rzedzie, czekam na rozdanie arkuszy. Sa. Kilka pytan dotyczacych tego, co bylo na zajeciach (jakie typy kultur wyroznil badacz X, jakie modele wspolpracy miedzykulturowej wyroznil Y), dwa pytania otwarte, polegajace na analizie zamieszczonego w arkuszu tekstu. Wyciagam olowek, probuje sobie przypomniec te nazwiska, klasyfikacje, podzialki, te wszystkie ubrane w “naukowe” paltka stereotypy “Innego”. Sieciowy, wielotorowy, srodowiskowy, niskokontekstowy, wysokokontekstowy…Niech Wam juz bedzie… Ogladam sie za siebie, bo szum wertowanych kartek nie ustaje. Doslownie kazdy z egzaminowanych zajety jest rozkladaniem dookola siebie przyniesionych podrecznikow i wydrukow ppt. W wiezyczki, w stertki, w wachlarzyki, w zakladeczki. Az powietrze drzy od tego zbiorowego poruszenia kartek. Kto rozlozy, w swoich wiezyczkach, wachlarzykach, stertkach odszukuje dokladnie ten slajd ppt co trzeba, przytrzymuje paznokietkiem gdzie trzeba i z wysunietym jezykiem rozpoczyna kopiowanie slowo w slowo – jakie typy kultur wyroznil badacz X. Jakie modele pracy miedzykulturowej wyroznil Y. Znak po znaku. Ja mam a) arkusz b) olowek z gumka c) dlugopis d) wybaluszone ze zdumienia oczy e) opadniete rece. Zastanawiam sie, czy 4 faza akulturacji wyrozniona przez badacza Z, tzn. “przystosowanie”, kiedys milosiernie na mnie zstapi. Na razie tkwie tak z opadnietymi rekoma w fazie drugiej, okreslanej przez tegoz badacza jako “calkowite odrzucenie”.

Trudno opisac wrazenie, ktore sie ma, gdy na oczach profesora 50 osob przepisuje slowo w slowo z wniesionych na sale materialow, zwlaszcza, gdy cale zycie mialo sie wtlaczane do glowy, ze sciagac jest zle, a juz na pewno jest zle, gdy nauczyciel TO WIDZI. A teraz te 50 osob z elitarnego wydzialu elitarnego uniwersytetu po prostu przepisuje, siedzac bezpiecznie w okopach podrecznikow, notatek, wydrukow wykladow. 50 Chinczykow plci obojga paznokietkiem przytrzymuje, glowke przechyla, spisuje znak po znaku, a ja, jedyny laowaj na sali, ktory nieraz musi napisac jeden znak na marginesie kilka razy, zeby miec pewnosc, jak sie go zapisuje poprawnie (pozostalosc po nauce znakow tradycyjnych zamiast stosowanych w ChRL uproszczonych i latach pisania na komputerze zamiast recznie) siedze z arkuszem i olowkiem. Startujemy w tej samej konkurencji? Nie startujemy. Pamietam, mam usmiech zazenowania i krece glowa, gdy wstaje i zaczynam mowic (jak glupia) do profesora: “przepraszam, ale czemu oni nie chowaja ksiazek?” . On: “bo tak mozna, Ty tez mozesz wyjac”. I rosnaca wscieklosc: “To to w takim razie jest w ogole egzamin? Czemu mi nikt nie powiedzial, ze to tak bedzie sie odbywac?”. Szycha wydzialu widzi co sie swieci (“zhuyi anquan, laowaje potrafia nie zwazajac na hierarchie i zaleznosci okazywac wlasna zlosc i krytyke”!) i prosi mnie o wyjscie na rozmowe.

“Nie ma sie co denerwowac” - zaczyna na korytarzu – “napisz tylko odpowiedzi na pytania otwarte, polegajace na analizie tekstu, a ja Ci to uznam”. Po czym pada sakramentalne pytanie: “ale rozumiesz chinski pisany?”. Przyzwyczajona, ze tutaj nawet po oddaniu przeze mnie kilku parutysiecznoznakowych esejow, po wygloszeniu kilku referatow wylacznie po chinsku moze w kazdej chwili pasc to pytanie, “ktore jest wyrazem troski o mojej tutaj dobre samopoczucie”, po prostu je ignoruje. “Ale mi nie o to chodzi, zeby mi pan teraz dawal taryfe ulgowa pozwalajac czegos nie pisac – usiluje tlumaczyc – tylko o to, dlaczego mi nikt nie powiedzial, ze to bedzie sie tak odbywalo”. Odpowiada: “To bylo na stronie internetowej tych zajec”. Aha, tej do ktorej nie mam dostepu, bo nie jestem w systemie, dzieki czemu zawsze prosilam Pana o zaladowanie mi materialow na USB? “Jesli czegos nie wiesz, albo nie rozumiesz, to moglas sie zapytac” – przechodzi do ataku profesor.  I dodaje: “To jest specjalny rodzaj egzaminu, kaijuan —- 开卷儿, dzieki temu, ze maja materialy, moga sie skupic na poglebionej analizie”. Jakiej do cholery analizie, w ktora strone poglebiona, skoro widze, ze pisza znak w znak to, co bylo podczas wykladu? Czy to w ogole jest w takim razie egzamin? Profesor ze smiechem: “To nie tak, to nie tak. Moze kiedys zrozumiesz nasz system edukacji. No ale przeciez powiedzialem, zebys nie pisala tamtych odpowiedzi i tez Ci to uznam”. A ja czuje, ze wlasnie skumulowalo mi sie wszystko – zlosc za ten rok upupiania, za ten rok, gdzie nikt nawet nie zapytal, czym ja sie zajmuje, przyjmujac za oczywiste ze zajmuje sie nauka jedzenia paleczkami, za ten rok, gdzie profesor, inna slawa wydzialu, moje okupiony duzymi nerwami pierwszy referat (o Shumpeterze) skwitowal: “o , i nawet laowaj cos powiedzial”. Rok, gdzie obecnie patrzacy na mnie z usmieszkiem profesor nauczal: “laowaje maja w zwyczaju…”, “laowaje nie potrafia…” nie zapytawszy nigdy jedynego siedzacego w sali laowaja o odczucia (o opiniach nie mowiac). Rok kogos, kto nie byl tam nikomu potrzebny. Czuje jak zolc doslownie podchodzi mi pod oczy, mowie, a wlasciwie sycze to wszystko jedno po drugim. Takze i to, ze nigdy raczej nie poznam tej kultury edukacji, poniewaz nigdy nie zechcieliscie nawet ze mna porozmawiac. W pewnym momencie dociera do mnie, ze wlasciwie to teraz od syku przeszlam do darcia sie, do rugania naczelnej szychy wydzialu, ze stracilam kontrole nad gniecionymi tyle czasu negatywnymi emocjami i ze zwyczajnie wylewam na tego czlowieka zal i frustracje calego roku. Miedle nerwowo jakas kartke w dloni i trzaskam nia dla podkreslenia tego, co mowie w porecz krzesla, ktore stoi obok. Rzucam okiem na kartke . To arkusz egzaminacyjny. Rozkladam, chwila milczenia z obu stron. Zeby wrocic do rzeczywistosci skanuje niemal bezwiednie tekst przeznaczony do analizy. Teskt nosi tytul: “Bycie zona laowaja to nic latwego”. Przeslizuje sie po tekscie. Autorka opisuje “beztroskie”, “powierzchowne” zachowanie swego brytyjskiego wybranka. Cenil romantyczne gesty, a w domu nie chcial pomagac. Na koniec wykonczona dziewczyna wnosi sprawe o rozwod. Polecenie: “Zinterpretuj to, co wydarzylo sie autorce z perspektywy roznic kulturowych”. “Moze kiedys zrozumiesz nasz system edukacji” – powtarza profesor. To moze pan kiedys tez cos zrozumie. Ja pana tez na koniec czegos naucze. Prosze zapamietac,  ze jak w klasie bedzie siedzial choc jeden cudzoziemiec, to niech pan nie mowi przy nim <<laowai>> , a juz na pewno nie podczas kursu “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”. Unosi brwi, jakbym zamienila sie w zupelna wariatke, taka co ma urojenia i tanczy na stole. Jestem zmeczona, wszystko we mnie dygoce, przestalo mi juz zalezec na napisaniu tego egzaminu, chce juz tylko rzucic tym wszystkim, wyjsc i isc przed siebie. No ale tlumacze. A  wiec laowaj – 老外 — (dosl. stary zewnetrzny) podkresla tylko i wylacznie moja wzgledem Was obcosc, zewnetrznosc, wazne jest tylko to, ze w waszych oczach jestem inna niz Wy. I prosze sobie darowac tlumaczenia, jak to wyraz stary “w chinskiej kulturze” podkresla szacunek. Drugie ze stosowanych w Chinach wyrazen – ktorego niestety pan nigdy podczas zajec nie zastosowal to 外国人. 外 – zewnetrzny, 国 – kraj, 人 — czlowiek. Czlowiek z zewnetrznego kraju. Ma swoj kraj, tylko inny niz Kraj Srodka.  No i jest co, badz co badz, czlowiek., a nie stary zewnetrzny. Czlowiek, tylko po prostu z organizmu panstwowego ulokowanego gdzies indziej.

Wychodze. Ide troche jak otumaniona ta sama droga, ktora chodzilam przez ten rok codziennie dwa razy. Cukiernia, rodzinna knajpka mniejszosci Hui, zaklad fryzjerski. Fryzjer ma dzis fioletowa fale nad czolem. 2 butelki Wielkiego Muru. Poczta i bank. Paczka Zhongnanhai. Moje osiedle. Ludzie w pizamach. Pieski z farbowanymi uszami. Odrapana klatka.

P.S. Gdy wyjezdzalam, poinformowano mnie, ze oceny z tego przedmiotu, jak i innych egzaminow beda wystawione dopiero jesienia. Wlasciwie to juz tylko dla siebie chcialam zobaczyc, co na tej karcie bedzie, bo niespecjalnie licze, ze ktos mi kiedys w Polsce te cuda uzna w poczet zajec. Jako, ze mamy jesien, zaczelam do mojej, bylej juz, szanghajskiej uczelni pisac. Odpowiedz pierwsza – jedynym sposobem, zebym dostala karte ocen jest osobisty przyjazd do Szanghaju, znalezienie kazdego z nauczycieli z osobna (jeden odszedl na emeryture, jeden przestal uczyc z dosc ciekawych powodow, prawie nikt z nich nie czyta ani nie odpowiada na maile ani nie pojawia sie na dyzurach) i poproszenie o wpis. Odpowiadam grzecznie, ze mnie juz w Szanghaju nie ma i ze prosze o sprawdzenie, czy juz sa oceny. Brak odpowiedzi. Przypominam sie uprzejmie. Brak odpowiedzi. To samo potwarza sie x 3. Pisze mniej uprzejmie. Odpowiedz: ocen jeszcze nie ma w systemie, nie mozemy przyslac. Zbieram sie w sobie i pisze “po szanghajsku”: ze w zyciu nie spotkalam takiego braku kompetencji i zrozumienia, zeby lepiej, zeby na razie w ogole nie przyjmowali zagranicznych studentow, bo to tylko dla nas potem klopot etc. Odzwyczailam sie przez te kilka miesiecy od takiego rugania, besztania i nadymania, znowu czuje znajome “szanghajskie” gniecenie w zoladku, znowu czuje absurd tego mojego samotnego tluczenia glowa o sciane. Po doslownie 20 minutach przychodzi skan dokumentu. To lista ocen. Napisana recznie, ale ze stemplem, tak jak chcialam. Przejezdzam wzrokiem oceny. Szukam jednego przedmiotu. Jest. “Komunikacja miedzynarodowa i roznice miedzykulturowe”. Ocena: B. Czyli czworka. To tak, jakbym skopiowala te wszystkie odpowiedzi z powerpointowej wersji wykladu, ale nie dosc dokladnie. Jakbym nie dosc dokladnie rozrysowala mape przeciwienstw pomiedzy kolektywistycznie, sieciowo nastawiona i zorientowana na wysokokontekstowy jezyk chinska dziewczyna a indywidualistycznym, egoistycznym, niskokontekstowym laowajem, z ktorym tak strasznie trudno byc.

I to jest juz koniec eksperymentu. I koniec zupelny mojej przygody z szanghajska uczelnia. Pozostali uczestnicy egzaminu, przyszli dziennikarze, dostali kolejne pozytywne wzmocnienie – przepisuj slowo w slowo, a czeka Cie nagroda. Ja dostalam po wspomnianym zestawie produktow porzadnego kaca. Chociaz nie, chwilka, to jeszcze nie koniec! Gdy dostaje przedwczoraj skan wykazu ocen (jest niekompletny, bo niektorych ocen wciaz nie ma) odpisuje dziekujac i prosze o wyslanie kompletnego wykazu na moj polski adres. Przychodzi odpowiedz – “konwencja szkoly jest aby zagraniczny student sam zalatwil sprawe wykazu ocen (学校惯例是留学生自己办 理) - ale szkola zgadza sie Ci pomoc i wysle Ci dokument”. Padam na twarz i szepcze slowa wdziecznosci, a rece ukladaja mi sie same w… chinski gest podziekowania!

To moze nastepnym razem opisze moja pekinska uczelnie? Nie, nastepnym razem zostawie na chwile sprawy mego edukowania sie w Chinach i napisze o mojej dzisiejszej wyprawie w hutongi, ktora niespodziewanie zakonczyla sie w malutkim domku z gliniana dachowka pelnym rozwrzeszczanych hongweibinow i …rumianych Tybetanek.

26

09 2010

Luigi sta cercando un’ appartamento

W agencji, poprzez którą wynajmowałam mieszkanie pracują sympatyczni ludzie. Przez te godziny oczekiwania na decyzje rozpieszczonych warunkami panującymi na mieszkaniowym hulajacym wolnym rynku Pekinu fangdongow (właścicieli mieszkań), podczas oglądania stosów mieszkań (w formie wieżowców wciśniętych pomiędzy trzy wielkie uczelnie, siedzibę Googla, Microsoftu i chińskiego portalu Sougou) zdążyliśmy się zbratać, zjeść razem obiad i milo pogadać. Każdy z nich to przyjezdny – np. Lm jest z Wenzhou, Lxw z dalekiego Gansu. Pracują bez przerwy, pracują w niedziele, każde z nich od świtu do nocy wisi na telefonie, kazde gada przez ten telefon z innym akcentem (Lm gdyby miała powiedzieć łopata, powiedziałaby wopata, Lxw powiedziałby raczej opata i z pewnością udałoby mu się przy tym jakimś cudem zaseplenić). I niestrudzenie podnoszą PKB stolicy. Parę dni temu Lxw zaofiarował się przytargać gigantyczne 5 paczek z moim szanghajskim dobytkiem, które przyszły poczta. Gdy wczoraj zadzwonil z prośbą o pomoc, odłożyłam artykuł o „krzewieniu cywilizowania w internecie”, zwlekłam się z mojego pasiastego hamaka zainstalowanego z powodzeniem na balkonie (z hamaka widać czerwony, krzywy neon i od dziesiątków lat nie używane schody pożarowe zapuszczonego hoteliku ale i górne pietra migocącej siedziby Microsoftu). Przeszłam się do biura uliczkę dalej.

Problem, który wymaga rozwiązania siedzi na środku biura. Nazywa się Luigi i jest z Rzymu. Oni nie rozumieją jego angielskiego, on nie rozumie ich. „Czy możesz się dowiedzieć, jakie ma wymagania w stosunku do mieszkania? Bo pokazaliśmy mu już tyle i nadal się nie podobają”. Va bene, ci stiamo, io posso tradurre, w końcu po włosku zem się w życiu nagadała swoje, zas tlumaczenia chinsko-wloskiego w zyciu nie robilam, chetnie na Was sprobuje. Luigi jest zdenerwowany, obgryzajac paznokcie, ze swoim ciężkim rzymskim akcentem mowi:“no wiec, to co oni mi pokazują, wygląda jak po wybuchu bomby podczas drugiej wojny światowej. Czy tu wszystko musi byc takie brzydkie? Powiedz im, ze ja chce ładne mieszkanie, ze ja mieszkam w Rzymie, w historycznym centrum, ze ja mam pieniądze, ze ja jestem przyzwyczajony do pewnej estetyki!”. Oho! Oczy ma, pomimo żeśmy w środku biura, nieprzeniknione, bo zasłonięte wielkimi raibanami. Wiec z braku kontaktu wzrokowego mój wzrok prześlizguje się na nazelowane włosy z grzywka. Tłumaczę, z pominięciem tego o bombie, o przywiązaniu do estetyki i ustępu o kasie. “Ale my mu pokazujemy najlepsze mieszkania w ramach tej ceny, ktora on chce zaplacic” – to Lm. “Powiedz im, ze mam mnóstwo pieniędzy, tzn mój ojciec ma mnóstwo pieniędzy, mogę zapłacić duzo, jezeli pokazecie mi cos, co mi sie spodoba”. A niech ma. Tłumaczę słowo w słowo. „Z czego się śmiejecie?” pyta Luigi.

Staje na tym, ze pokażą Luigiemu jeszcze jedno mieszkanie, na innym, nowiutkim i ładnym osiedlu. „Spodoba mu się” – mówi Lm. Proszę, pójdź ze mną, prosi Romano. Błagam, pójdź z nami, prosi Lxw, zaproszę Cie na taki gorący kociołek jaki tylko będziesz chciała.

Osiedle jest naprawdę śliczne – ma fontannę i strumyczek (!), ma zadbany ogród pomiędzy nowiusieńkimi wieżowcami. W oczach Lxw i Lm to zapewne najbardziej europejska i zachodnia rzecz jaka można znaleźć w naszej dzielnicy. I rozpieszczony fangdong zgadza się, żeby Luigi mieszkał tam tylko 5 miesięcy. Robie wielkie oczy, gdy widzę standard wykończenia na klatkach. Na osiedlu na którym mieszkam, tylko z zewnątrz budynki wyglądają jak apartamentowce, w środku – no dobra, może Luigi i ma trochę racji, rzecz wygląda jak bunkier. Nie po wybuchu, ale po intensywnym uzytkowaniu. Tutaj posadzka i kinkiety. “E bellissimo qui” – wyrywa mi się. “Dla mnie tutaj wszystko wygląda ohydnie, to nie jest ten standard, no ale skoro tak mówisz” – Luigi krzywi twarz, znowu nie widzę jaki ma wyraz oczu. “Ty pizzozerco” – mowie w myślach. “Co on mówi?” - dopytuje się Lxw. “Ze jest zmęczony” – tłumaczę na chiński.

Mieszkanie jak dla mnie świetne. Luigiemu się nie podoba. Choć nie, wydaje z siebie unikalny wloski dzwiek brzmiacy mniej wiecej: “boh” – oznaczajacy troche nielubienie, troche obojetnosc a troche zniecierpliwienie.“Właściwie to nie wiem, jakoś tak, no jakoś…boh. Mam pewne wymagania, z których nie zrezygnuje…chociaż gdyby było tańsze, to bym wziął…”. “Tak?” - to ja. “Tak”. Lxw dzwoni do właściciela, rozmawiają o obniżce. Staje na tym, ze fangdong mógłby ewentualnie opuścić 200 yuanow, jesli Luigi jeszcze dzis zaplaci. Ja przekazuje to Luigiemu. Uśmiecha się z politowaniem, ze niby my, ludzie Zachodu: „Wiesz, w sumie to nie jest sprawa pieniędzy, to w sumie i tak wszystko są grosze”. I dodaje: „Najwyżej będę mieszkał w hotelu. A tak w ogole, to chyba nie chce jednak mieszkać sam, wolałbym z innymi, ale żeby to nie byli Chińczycy, tylko ludzie z Zachodu. Najlepiej native-speakerzy angielskiego albo francuskiego”.“Ile płacisz za hotel?” – dopytuje się przez mnie Lxw. „500 yuanow na dzień” – to można zrozumieć bez tłumacza, zreszta Luigi doklada staran, zeby bylo to jasne. Lxw otwiera buzie. “A mówiłem Wam, ze mam mnóstwo pieniędzy” – powiada rzymska twarzy z mina, jakby udało mu się wszystkich przechytrzyć.

Wracamy na nasze osiedle – oni szukać dalej, ja po moje buty do joggingu – możne jak trochę pobiegam, przestane wreszcie mieć kłopoty z bezsennością. “A tak w ogóle czy możemy zrobić przerwę w tym oglądaniu, napiłbym się kawy, ja jestem Włochem, my bierzemy życie na luzie, po co tak latać w kolko” – mówi Luigi w miejscu gdzie można kupić kapustę z trójkołówki, żywą kurę, załatać oponę roweru, wszystko, tylko nie dostać małą, białą filiżankę espresso. Lxw znika na chwile w sklepiku, wynurza sie z 3 neskami w puszce. Jedna „te nong” – super mocna – Lxw jak pracował jako barman w knajpie dla laowajow na Chaoyangu, dowiedział się, ze Włosi lubią kawę malutka i skoncentrowana. Biorę jedna. “Nie pijam Nescafe” – dopada mnie glos z boku. Super – biorę druga. “Co on mówi?” – na twarzy Lxw znowu maluje się niepewność i podejrzenie. Mi kończą się pomysły na tłumaczenie. „To jest skandal i organizacja do niczego. Zeby tyle szukac mieszkania. Od rana z nim chodze. Jak ja bym sie za nich wzial… Chociaż w sumie mieszkać z kimś to tez jest problem – skąd mam wiedzieć czy będę się z tymi ludźmi dobrze dogadywać?”… Obawa w oczach Lxw: “Co on powiedzial?”. Luigi: “Co mu powiedzialas?”

„Boje się, ze będzie mi trudno znaleźć, coś, co mu się spodoba” – wzdycha Lxw - „rożnica kulturowa jest jednak ogromna”. Rożnica kulturowa? Czlowieku, z Wlochami jest zwiazany calkiem niemaly kawalek mojego zycia, ale takiego okazu jak żyję nie spotkalam. “Wiesz, chyba chciałbym się nauczyć trochę chińskiego – bo interesuje mnie ta kultura, to wszystko”– rzecze Luigi.

Dochodzimy do bramy, zegnamy się. Moje uczestnictwo w cudzie spotkania z żywym typem idealnym laowaja (dokładnie takim, jak opisywały go niby esencjonalistyczne, niby pełne uproszczeń zajęcia, na ktore tak strasznie sie zzymalam, a które przeszłam w tamtym roku na moim chińskim uniwersytecie) i w procesie kreowania obustronnych stereotypów dobiega końca. Chociaż nie. Ja przez te stereotypy nie raz jeszcze oberwę. Grazie mille.

12

09 2010

Daktyle i trud wiecznego powrotu

Nie będzie chronologicznie, w kolejnych postach będe po prostu próbować odtworzyć moje spotkania z Chinami z ostatniego miesiąca. Zresztą chronologia nie ma już żadnego znaczenia. Jestem tutaj, w Polsce, dostają mi się jakieś kawałki mojego polskiego życia, z różnych jego etapów. Jestem w domu rodziców – mój w wynajmie. Patrze na obrazy i obrazki, które malowalam jako nastolatka, kiedy wszyscy wierzyli, że bedę artystką. Wiszą, stoją, leżą zrolowane zakurzone w moim starym pokoju. I tam już zostaną.

Podróż jest jak seria błysków. Błysk: przychodzi pan śmieciarz, zabiera resztę moich rzeczy i z wrażenia zaczyna nazywać mnie “cioteczką”. Błysk (dziwny, w moich oczach). Przechodzi mu na szczęście i znowu nazywa mnie xiao guniang. Błysk. Znosi moją walizkę. Błysk (jak by to piórko było). Sąsiadka z dołu, typowa szanghajska aiyi, czuje potrzebę pokazania mi, jak odnowiła mieszkanie. Kasetony jak u Ludwika XIV. Do nich tęczowe światło. Błysk. Sąsiad toczy moją walizkę. Kilka “do widzenia”, kilka uśmiechów, kilka “kiedy wrócisz”. Ostatni naleśnik szantuński, ostatnie mleko sojowe są za darmo. Sasiedzi i sprzedawcy machają na pożegnanie. Błysk. Dociera do mnie, że jednak, choć było to czasem tak trudne, to żołtowłosa laowajka wychodząca co czwartek po gazetę w piżamie i gadająca do wszystkich psów w okolicy w jakimś dziwnym narzeczu, była w jakiś sposob cześcią tego małego światka składającego się mniej więcej z:

a) kilkunastu obdrapanych blokow z milionem ohydnych dobudówek + mieszkańcy

b) targu, gdzie można, oprócz warzyw, przypraw, tofu, kupić żywą kurę, żywego gołębia, można też poprosić o zabicie ich na miejscu

c) pana sprzedającego żywe żaby w worku z żyłki (rano skaczące dynamicznie, później mniej dynamicznie)

d) pana sprzedającego nie-wiadomo-co, bądź świadczącego nie-wiadomo-jakie usługi (zawsze jak przechodziłam, w pojemniku obok niego nic już nie było, ulica przed nim spływała krwią, a on trzymał w ręku krwawe ostrze)

e)  Rady Ulicy i Hutongu (tak ich nazwałam, wymiennie z Radą Gerontów – siedzą na głównym skrzyżowaniu alejek i czuwają – siwe włosy, piżamy, karty do gry, “a tamten to od niej rano wyszedł, choć ślubu nie mają”)

f) pasiastej kotki (która podobno jak sasiad, pod którego drzwiami miauczała 2 dni, w końcu wpuścił do środka, natychmiast urodziła tam 6 kociąt). Błysk.

Lotnisko Pudong. Błysk – tym razem zwłowrogi – ważą i podręczny. Włożone na wagę wszystko razem waży o 10 kilo za dużo. Życzy sobie pani 1200 yuanów dopłaty? Czy wyrzucanie rzeczy? Wyciagam pudło darowanych daktyli (wielkości futerału na karabin), które wlokłam pociagiem z Hebei, czyli przez kilka prowincji. I tajwańskie czekoladki z galaretką. Mama by lubiła. Minus 3 kilo. Gdy wyciagam pierwszą książkę – traf chce, że o języku szanghajskim i kulturze z nim zwiazaną – i pytam, czy będą czytać, czy mam dać do kosza, obsługa się poddaje. Przechodzę z 7 kilo nadbagażu. Pesymista powie: no i na darmo żeś wlokła to straszne pudło daktyli i tak kto inny zje. Optymista: dobrze, żeś je miała, inaczej musialabyś zacząć od razu od ksiażek.

Błysk. Tym razem geniuszu różnorakiego: “proszę państwa tu kapitan Walerij X…… Wyruszymy z około godzinnym opóźnieniem. Niestety podczas naszego oczekiwania samoliot nie budet mial klimatyzacji, bo…, no bo…yy, on tak ma”. Chiny. Mongolia, Rosja, rudy dym nad Moskwą. Błysk. Błysk.

Dokładnie siedem lat temu wyjechałam po raz pierwszy do Azji. Też Aeroflotem, dużą, wesołą grupą (cześć z tych osób podobnie jak mnie wtedy, połknęła Azja, jedna z nich prawie dwa lata temu w Azji zginęła). Gdy tym razem Airbus (już nie Ił-86) Aeroflotu spóżnił się o tę nieszczęsną godzinę, przez co nie zdążyłam na mój samolot do Polski, usiadłam w tym samym miejscu na lotnisku, co wówczas, podczas naszego 11-to godzinnego oczekiwania na Iła do Hanoi. I co? Przez te 7 lat na Szeremietiewie nic się nie zmieniło. Tak jak wtedy – łatwiej było kupić wódkę i perfumy niż wodę. Tak jak wtedy, nie było wózków do bagażu podręcznego, które przy takim nadbagażu jak mój są koniecznością. I tak jak wtedy, były tylko 4 krzesła przy gate transferowym. Nowością była awaria klimatyzacji. Ot, witamy w Jewropie. Przed zemdleniem z wrażenia ratuje mnie butelka wody bez ceny (kto pyta po angielsku, ile w końcu kosztuje woda i czy mozna zapłacić w euro, płaci w nich słono) i wachlarz, z wypisanym ręcznie klasycznym wierszem pasującym do sytuacji (tzn. nie do siedzenia bez klimy, ale do pożegnania), który dostałam od koleżanek – Chinek wieczorem dnia poprzedniego (wtedy pomyślałam – rany, gdzie ja to wetknę?). Siedzę na moskiewskiej podłodze, rysuję z nudów innych siedzących przy ścianie ludzi. Chińczyków, Rosjan, Polaków. Czyli, że na coś sztuki plastyczne się nieoczekiwanie w życiu przydają. Mniej więcej jak daktyle.

04

08 2010

Eksperyment. Roznice kulturowe

Z pierwszej ksiazki (崔婷《全球化与当代中国. 跨文化交流》Cui Ting, “Globalizacja i wspolczesne Chiny. Wymiana miedzykulturowa”. Rok wydania 2009):

“Bezposrednim efektem globalizacji jest fenomen konwergencji kulturowej. Sprawia ona, ze zachodnia (glownie amerykanska) kultura i wartosci przenikaja do innych krajow. Fenomen konwergencji kulturowej zaciera tozsamosc i cechy charakterystyczne przyrodzonej kulturze narodowej. Zachodnia przewaga informacyjna powoduje rdzewienie ducha narodowego krajow rozwijajacych sie, ich przekonan politycznych i moralnosci”

“Wymiana kulturowa w internecie zniosla granice geograficzne pomiedzy Chinami a Zachodem, bariery odnoszace sie do kraju pochodzenia.”

“Jaka kultura korzystnie jest eksportowac? Ewidentnie kulture postepowa, harmonijna, odbijajaca nowy etap rozwoju ludzkiej cywilizacji, tylko ona jest konkurencyjna, ma moc przyciagania[...] Przygotowujac chinska kulture, ktora ma pojsc w swiat, konieczne jest miec mysl przewodnia. [....] Przewodnia mysla dla przygotowywanej do pojscia w swiat chinskiej kultury jest marksizm-leninizm, mysl Mao Zedonga, teoria Deng Xiaopinga, wazna mysl o Trzech Reprezentacjach i idea rozwoju naukowego”

Z drugiej ksiazki (史蒂夫•莫滕生编选《跨文化传播学——东方的视角》, S. Morteson (red.), “Komunikowanie miedzykulturowe- perspektywa wschodnia”. Rok wydania 1999):

“Zachod charakteryzowany jest przez indywidualizm, Wschod zas przez orientacje kolektywne”

“O ile ludzie Zachodu traktuja siebie samych jako centrum, o tyle Chinczycy za centrum uwazaja otoczenie”

“Wielu Chinczykow szybko sie westernizuje, wielu juz zmienilo nastawienie z nastawienia na otoczenie jako centrum w nastawienie na siebie jako centrum”

“Badanie to ma na celu zbadanie roznic w wyrazaniu wlasnych uczuc przez Amerykanow i Chinczykow, przede wszystkim roznic pomiedzy dwoma kulturami w aspekcie doboru tematow i slownictwa […] Badaniem zostala objeta grupa amerykanskich studentow oraz chinskich studentow pochodzacych z Tajwanu[…]Czas przebywania chinskich studentow w Stanach Zjednoczonych wyniosl srednio trzy lata i trzy miesiace

Przedmiot: 国际传播与跨文化传播 – Komunikacja miedzynarodowa i komunikowanie miedzykultorowe

Prowadzacy: szycha Wydzialu, byl 10 lat w Japonii. Specjalizuje sie w roznicach kulturowych (czy ja juz gdzies nie pisalam o tym, jak wielce kocham to wyrazenie?) i w ramach tego na wykladach np. opowiada godzinami, “jak laowaje mysla“.

Czym wzbudzil moja niechec: powyzszym (tzn nie Japonia, tylko tym, ze wie, jak mysle) oraz usmiechaniem sie glupio przy wspominaniu o katastrofie smolenskiej (“hehe, tam u was, hihi, samolot z oficielami i prezydentem, hehe, sie rozbil, haha, prawda?” Ja wiem, ze to, hehe, taka roznica kulturowa, ze to zaklopotanie, a nie smianie sie w twarz, hehe, ale i tak mi sie, hehe, zrobilo przykro i antypatie do tego znawcy zwyczajow laowajow poczulam. Laowaje zle mysla o kims, kto wie, co laowaje mysla, a mimo wszystko sie laowajom tym chichocze z katastrofy samolotowej).

Polecenie: ksiazki, z ktorych cytaty powyzsze pochodza przeczytac i napisac o swoich wrazeniach po lekturze. No to przeczytalam i napisalam. Co sadze o mysleniu dualistycznym, antynomicznym, o traktowaniu wszelkich zmian jako okcydentalizacji, o wrodzonych duchach narodowych, no i w ogole o esencencjonalizmie w odniesieniu do tozsamosci, kultury, narodu, no i o autoorientalizacji. I w ogole o pisaniu w roku 2009 tak jakby byl 1970. O stereotypowym i przeciwnym faktom mysleniu o mediach, internecie. I o bledach metodologicznych (w najlepszym wypadku pars pro toto), nieuzasadnionym wnioskowaniu etc. Wyrazanie tego, co mysle o ekportowaniu kultury postepowej z kilku dosc oczywistych wzgledow sobie darowalam.

Ksiazka numer dwa jak i sam profesor podkreslaja, ze ludzie Zachodu posluguja sie logika liniowa, sa nastawieni indywidualistycznie, jawnie wyrazaja krytyke i traktuja siebie jako centrum (w dokladnych przeciwienstwie do Chinczykow ktorzy – co za mily przypadek ! odpowiednio – posluguja sie logika obrazowa, sa nastawieni kolektywnie, krytyke wyrazaja niebezposrednio albo tez nie wyrazaja i jako centrum traktuja otoczenie). Mam nadzieje, ze moja praca i wyrazone w niej opinie jak i bezposrednio wyrazona krytyka dobrze wpisuje sie w taki obraz “czlowieka Zachodu”.

Napisawszy, dalam znajomej Chince do zczytania. Czyta, czyta (hurra -chyba opanowalam wreszcie pisanie socjologicznej sieczki, dziewczyna zmienia raptem 4 wyrazy w calej pracy i dostawia pare przecinkow), kiwa glowa, ze racja, ze dobrze mowie, po czym dociera do niej, ze ja depce ksiazki, co slawny profesor kazal przeczytac jako szczegolnie cenne. “Dlaczego tak napisalas? Przeciez on chcial zebyscie zachwycali sie tymi ksiazkami! Zebyscie podeszli jak uczniowie do mistrzowskich tekstow!”. No, “ten tekst uswiadomil mi ze…”, “autor ukazuje nam wazny problem…” i takie tam…Dlaczego tak nie napisalam? No, to sa wlasnie te eeee, wiesz, roznice kulturowe. Bezposrednia krytyka, maly dystans do wladzy, koncentracja na samym sobie…Robimy do siebie glupie miny, znajoma 6 razy sie upewnia, czy jak tylko dostane ocene, aby na pewno zaraz jej powiem, co dostalam. Jeszcze na ulicy do mnie wola. Ona nie jest w stanie przewidziec.

Tak wiec robie eksperyment z roznic kulturowych. Na jednym profesorze z Szanghaju. Obiecuje nie rozciagac wnioskow na caly kontynent ani tez na ich podstawie wnosic, ze ludnosc innego kontynentu a wlasciwie to 4 kontynentow (autorka ksiazki nr 1: kultura Ameryki Lacinskiej jest podkultura kultury zachodniej) z pewnoscia postapilaby dokladnie odwrotnie. Wyniki zostana oglaszone tutaj na blogu.

Tak, jeszcze troche i konczy sie semestr. I moj rok na chinskiej uczelni. 哎。。。Przez ten tydzien dla odmiany…Expo. Moze uda mi sie wreszcie pojsc do chinskiego pawilonu.

31

05 2010

6 scen syczuanskich

Scena 1 – Leshan

Ide zobaczyc Wielkiego Budde (wykuty w zboczu gory schodzacej do rzeki, 71 metrow wysokosci w pozycji siedzacej, strach pomyslec, ile by mial, jakby wstal). Srednio co minute ktos z (tlumnie zwiedzajacych) odwraca glowe od Buddy, rozdziawia gebe, gapi sie jak ciele w namalowane wrota i wola  niesmiertelne: “O, laowaj!”. Matki sztorcuja dzieci: “patrz, cudzoziemiec, powiedz hello!” . Dzieci wrzeszcza “hello!” Przylepiam wymeczony usmiech na twarz i odpowiadam. Dla dzieci to fajna zabawa – cos jak pociaganie pajacyka za sznurek (kiedys takie byly). Zabiegaja mi droge (ide do swiatyni na gorce obok Buddy) i co sekunda wrzeszcza: “hello!”. Okolo 20 razy. Rodzice zachwyceni – wychowuja dzieci na obywateli swiata.

Dziewczynka pokazuje mnie palcem rodzicom, powtarzajac kilkakrotnie: “mamo patrz, waiguoren”. Rodzice sie gapia z rozdziawionymi gebami, dziecko trzyma wyciagniety palec.

Mloda kobieta mowi do mnie “hello”.  To 16-ta osoba tego dnia, wliczajac w to te wrzeszczace dzieciaki i piszczacych falsecikiem podrostkow (to jakas ogolnonarodowa moda – to samo jest w Szanghaju. Widzac laowaja najpierw poszturchuja sie z rozbawieniem, potem zmieniaja glos na falset i strojac miny “na stara paniusie”, piszcza to cholerne “hello” – ze niby to jest odpowiedni ton w jakim mowi sie do obcokrajowca). Gdy – umordowana – nie odpowiadam, dziewczyna mowi urazonym, obrazonym glosem do znajomych: 她不礼我啦!- ona mnie nie uszanowala!

Scena 2 – Jaskinie Tysiaca Buddow (30 km na zachod od Leshan)

W przeciwienstwie do tych dzikich tlumow przy leshanskim Buddzie, tu nie ma zadnych turystow. Miejsce wyjatkowe – tonie w porannej przyrzecznej mgle, kazdy ze skalnych obrazow z – podobnie jak leshanski Budda -  dynastii Tang, opowiada inna historie. Te z nich, ktore sa w zasiegu ludzkiej reki opowiadaja jeszcze inna historie: wszystkim plaskorzezbom brakuje glow. Zostaly skute przez szabrownikow, zanim Chiny sie zorientowaly, ze to jest cos, co warto otoczyc opieka (swoja droga duzo bym dala, zeby sie dowiedziec, gdzie obecnie sa te wszystkie glowy, gdzie sa ci wszyscy milosnicy sztuki). Na drodze stoi straznik, gdy mnie dostrzega, trzy razy glosniej niz do normalnego czlowieka rzecze: “O keeeej???”  Po czym do stojacego obok niego drugiego faceta: “ona tu byla rok temu”. Ja na to, ze jestem tu pierwszy raz w zyciu. Nastepuje rytualna przepytywanka  (odbywam ja codziennie od kilku do kilkunastu razy, bez wzgledu na miejsce w ktorym jestem, w Szanghaju tez) : skad jestem? Ile juz jestem w Chinach? Potem nieuchronnie nastepuje stwierdzenie, ze moj chinski jest bardzo dobry (na to trzeba sie machinalnie usmiechnac i powiedziec “alez skad”) i czy – to juz opcjonalnie – 中国好玩儿 (cos w stylu czy dobrze bawie sie w Chinach). Po przepytywance straznik rzecze: “no to w takim razie byl tu ktos kompletnie identyczny, jak ty. A wlasciwie to byla ich nawet piatka, kobiet i mezczyzn”

Scena 3 – Sanxingdui (muzeum z przedmiotami z krolestwa Shu – ok 1300 lat p.n.e)

Na wejsciu do muzeum info, ze studenci placa polowe (ceny biletow wstepu w Chinach sa zawrotne, ten kosztuje 80 kuajow, to tak, jakby u nas bilet wstepu do muzeum kosztowal 80 zlotych). Pokazuje legitymacje mojej szanghajskiej uczelni – identyczna jak kazda inna legitymacja w tym kraju. Pani na to sie krzywi, i mowi, ze zagraniczni studenci chinskich uczelni musza kupic caly bilet. Pytam sie, na jakiej podstawie odroznia cudzoziemca. Pani sie smieje, ze takie idiotyczne pytanie, przeciez wiadomo. No wiec sie pytam, jak odrozni Koreanczyka – wygladem zblizony, w legitymacji imiona i nazwiska Koreanczykow zapisywane sa znakami. Sa tez tak samo “skonstruowane” jak chinskie:  najpierw jednoznakowe nazwisko, potem dwuznakowe imie, nazwiska tez te same – koreanski Kim to chinski Jin etc.. Prosze o rozmowe z szefem. Szef jest bardzo grzeczny. Ostroznie sugeruje, ze ”wielu cudzoziemcow w Chinach pracuje i w weekendy sobie chodzi na jakies kursy” . Pyta sie tez, czy moze zobaczyc moja wize. Osoby z obslugi tez zerkaja i robia uwagi, ze w takim wieku 还没毕业 – jeszcze nie ukonczyla studiow (wiekszosci osob nie miejsci sie w glowach, ze mozna studiowac cokolwiek dalej niz licencjat, nie mowiac oczywiscie o doktoracie).   Po godzinie od przyjazdu pod muzeum wchodze do srodka. Mam dosyc i wlasciwie nie chce juz ogladac zadnego muzeum, wydaje mi sie to w tej chwili smieszne a krolestwo Shu jeszcze odleglejsze. Z biletem za pol ceny, lykajac lzy upokorzenia i zmeczenia. W srodku sa rzeczy nieprawdopodobne – czterometrowe “kosmiczne drzewo” z brazu, setki niepokajacyh masek z brazu i zlota. W innych warunkach pewnie piszczalabym z zachwytu. Na zewnatrz – tablice pamiatkowe – kto z wielkich zwiedzal muzeum. Najwieksza na Towarzysza Hu Jintao: “Towarzysz Hu Jintao z uwaga zwiedzil ekspozycje, po czym na koniec, poruszony, powiedzial z uczuciem: Ta wystawa jest naprawde niezla. Konstrukcja budynku (hala wystawowa w formie wiezy, po ktorej sie wspina zwiedzajacy – K.P.) ukazuje postep i rozwoj narodu chinskiego” .

Scena 4 – Chengdu 

Po upokorzeniach Sanxingdui wracam do Chengdu. Chce kupic jablko. Dziewczyna bierze, wazy i mowi cene: 5 yuanow. Jablka w Chinach sa drogie, ale jedno to maksymalnie 2.5 kuaja. Mowie jej to. Zdziwienie: “przeciez wy Amerykanie macie mnostwo pieniedzy”.

Jalbka oczywiscie nie kupie, wracam do hotelu. A tam przy lozku koszyk – a w srodku 2 banany i pomarancza. Z tabliczka: “darmowe owoce od hostelu”.

Scena 6 – tez Chengdu

Jade do centrum hodowli pandy wielkiej – w nadziei, ze chociaz moze zwierzeta beda sie inaczej zachowywac. Wysiadam na gigantycznej petli przesiadkowej, brak oznaczen przystankow. Mam dosc i lapie taksowke.

Taksowkarz, autorytatywnie: Chengdu jest najfajniejszym miastem Chin.

Ja: taaak? (真的吗?)

Taksowkarz: A nasz mandarynski jest najpoprawniejszy w calych Chinach. Mowi to kaleczac wszystkie koncowki wyrazow – np. Meiguo, Ameryka ( taksowkarz bowiem jest przekonany, ze z niej wlasnie pochodze) to w jego ustach “meigui” – “roza”

Ja: Ale cudzoziemcow to u was chyba nieduzo?

Taksowkarz: Nie, przeciwnie, bardzo duzo.

Ja: Ale co chwile ktos wola:”o , laowaj” wiec chyba sa nieprzyzwyczajeni

Taksowkarz, smieje sie: nie, nie, sa przyzwyczajeni, tu jest bardzo duzo obcokrajowcow.

Ja: Jak tak wolaja, to czuje sie jak mapla w zoo, a nie czlowiek

Taksowkarz, zasmiewa sie: to niby co maja wolac?? 

Gdy dojezdzam, ogarnia mnie jeszcze wieksze przygnebienie. W naturze zostalo mniej niz 1000 pand – za malo, zeby przetrwaly – szczegolnie, ze nie moga poruszac sie swobodnie pomiedzy poszczegolnymi, poodzielanymi ludzkimi konstrukcjami, siedliskami. W centrum jest ich okolo 50-ciu, reintrodukcja pandy wychowanej w niewoli do srodowiska naturalnego jeszcze nigdy sie nie powiodla. Po centrum chodza grupki ”laowajow” i seplenia do pand: “jestem taaaki slicny, taki slodziutki, oj, oj, jak siobie lezie i jem, ciu, ciu” . Ogladam tez film dokumentalny o pandach w centrum. Na filmie pandy uspione badane na okolicznosc najbardziej rozniacego sie materialu genetycznego przyszlych rodzicow,  pandy sztucznie zapladniane, panda-matka rodzaca przy 4 kamerach swoje pierwsze dziecko. Zupelnie zdezorientowana patrzy w oslupieniu na malenkie, nowonarodzone zwierzatko, bije raz po raz pazurzasta lapa piszczace rozowe stworzenie wielkosci myszy. Jedna z badaczek wpada do klatki i nie zwazajac na rozwscieczona matke-pande, chwyta “niemowle”, tuli jak dziecko i wybiega z klatki.   

Scena 6 – tez Chengdu

Ide do…klasztoru (jakkolwiek ladnie by to nie brzmialo). Mam nadzieje, ze tam znajde cisze i swiety spokoj, mam nadzieje tez zjesc cos w przyklasztornej jadlodajni i poczytac ksiazke w herbaciarni. Gdy czekam na posilek, pojawia sie 85 letni (sam mowi), ubrany w stary plaszcz Armi Ludowo-Wyzwolenczej mezczyzna, ktory zagaduje do mnie po angielsku, po czym sie przysiada. Prawie nic nie rozumiem, ale ewidentnie opowiada historie swojego zycia. Co chwila zapomina, co juz powiedzial, a czego jeszcze nie, mowi od poczatku to samo, jedzenie tryska na wszystkie strony. Chce temu 大爷 okazac szacunek, odpowiadam kilkakrotnie na te same pytania, slucham, kiwam glowa. Tak naprawde chcialabym sie gdzies ukryc w kacie, tak, zeby nikt mnie nie widzial, zebym mogla w spokoju sobie posiedziec. Gdy posilek dobiega konca, wstaje, zycze wszystkiego dobrego i wymykam sie – do herbaciarni na drugim koncu klasztorengo kompleksu. Siorbie herbate, czytam ksiazke. Ech, szkoda tylko, ze nie wzielam zadnych 瓜子 (pestek) do skubania. No, ale nie mozna miec wszystkiego. Zaglebiam sie w ksiazke, po czym znowu slysze nad soba glos 大爷: “Miss, Miss!”. Podnosze glowe. Dziadek stoi nade mna, a w reku trzyma torebke pestek slonecznika: “przynioslem Ci troche pestek. Pasuje do herbaty”. Kladzie paczke na stole i oddala sie, kustykajac i postukujac laseczka. 

Za dwa dni wracam do Szanghaju.

27

02 2010

Wrzeszcze, wiec jestem

Ze cos sie ze mna dzieje, podejrzewalam, gdy przestaly mna wstrzasac mdlosci za kazdym razem, gdy ktos obok mnie charcząc plunal na ulice. Po prostu przeszly jak reka odjal, moge nawet w czasie takich charchow, gromadzenia, formowania i odpluwania swobodnie jesc, nie musze wykonywac nadludzkich wysilkow, zeby rzecz zatrzymac w buzi.

Moje podejrzenia, ze cos sie zmienia, wzmocnila sytuacja sprzed tygodnia. Gdy moja regularna oprawczyni, banzhang (gospodarz klasy) studiow doktoranckich uraczyla mnie kolejnym klamstwem, ktore mialo uratowac jej kolege przed pisaniem artykulu ”razem z tym laowajem” (oklamala mnie co do woli profesora w tej sprawie, zwalajac nieuchronny problem, jaki bym miala postępując wedle jej wskazowek, na moje “nierozumienie chinskiego”), poszlam do niej i zaczelam sie drzec. Na poczatku miala swoja zwykla arogancko-znudzona mine, to zaczelam sie drzec jeszcze glosniej i z jeszcze wieksza wsciekloscia. Akurat przyszlo mi latwo, bo zlosci uzbieralo mi sie tyle, ze ledwo widzialam na oczy i po raz drugi chyba w zyciu doświadczyłam, że wyrazenie “zolc zalewa” nie jest metaforą, ale opisem tego, co ma przed oczami czlowiek ogarniety skrajna wsciekloscia. Arogancka dziewucha, ktora traktowala mnie zawsze jak pozbawiony odczuc opozniony w rozwoju chodzacy problem i mafan, pod wplywem wrzasku stopniala i poryczala sie. I zaczela przepraszac. Dopiero jak sie wydarlam, dotarlo chyba do niej, ze pomimo dziwnego wygladu jestem…istotą ludzką (tytulowe wrzeszcze, wiec jestem). Ale najdziwniejsze bylo to, ze po takim wrzasku wszedzie indziej (w Polsce, nie mowiac o Tajwanie, gdzie taki darcie twarzy to ekspresowy sposob na jej utrate) spalilabym sie ze wstydu, miala wyrzuty sumienia i wdawalabym sie w inne podobne niuanse. A tu po prostu wyszlam i poszlam do biblioteki (pewnie tylko za pare dni wypadnie mi resztka wlosow, ktora jeszcze sie ostala po przedostatnim seansie upupiania).

Ale, świadomość, że coś się naprawdę zmieniło, uderzyła wczoraj, gdy zanoslam  do reklamacji buty, ktorych obcasy po miesiacu od kupna ulegly rozkladowi zupelnemu. Kobieta w sklepie na sam dzwiek slowa “reklamacja” zaczela machac rekoma, robic skrajnie znudzona mine, zajmowac sie czym innym, udawac, ze nie slyszy i odganiac mnie jak natretna muche i mowic, ze to nie ich problem, ze to ja pewnie zle po ulicy chodzilam. Wtedy stanelam na srodku sklepu i rzucilam tymi butami o ziemie, co juz dało pewien efekt, jako, ze wszyscy zaczeli sie patrzec.  Po czym wydarlam sie tak, ze nigdy bym sie o to nie podejrzewala. “To sa buty? To smieci, nie buty! Prosze popatrzec (do innych klientow) co tutaj sprzedaja, (do obslugi) sami sobie w tym chodzcie” i inne zenujace bazarowe teksty. Efekt byl natychmiastowy, im bardzej bylam chamska i przekupkowata, tym oni badziej grzeczni. Stanelo na tym, “ze nie trzeba sie tak denerwowac, buty oddadza do naprawy, zmienia obcas na zrobiony z innego lepszego materialu, a jak nie bede zadowolona, to zastanowimy sie nad innym rozwiazaniem”. Ciekawe, czy do nich w dziecinstwie tez rodzicie szczekali, a nie mowili (vide: dwa posty nizej), ze teraz trzeba zaszczekac, zeby zobaczyli/usłyszeli w czlowieku czlowieka. Albo przynajmniej sprawę do załatwienia.

Jak opowiedzialam o tym ostatnim zdarzeniu znajomej Tajwance (0 stopni, a ja przyszlam w trampkach, no bo przeciez cholerne buty w naprawie, wiec musialam skladac geste wyjasnienia, pic gaoliang w duzych ilosciach celem rozgrzania i takie tam), posluchala, pokiwala glowa, uścisnęła moja dloń i powiedziala: “gratulacje, zostalas zharmonizowana”.

P.S. H4rmonijne spol3czenstwo - jeden z centalnych konceptow dzisiejszej polityki chinskiej, bardzo lansowany. Na plakatach promujacych tenze, splecione rece z wystajacymi mankietami mniejszosciowych strojow ludowych, przepuszczanie z usmiechem starszych osob w autobsach, podnoszenie papierkow i wrzucanie ich do kosza, ogolna milosc wszystkich do wszystkich. Samo slowo “harmonia” znajduje sie jednak na liscie slow filtrowanych w internecie, po tym, gdy ludzie zmodyfikowali jego znaczenie i wyrazeniami typu “ten serwis internetowy zostal zharmonizowany” zaczeli okreslac zamykanie i blokowanie stron i internetowych.

21

12 2009