Posts Tagged ‘być laowaiem’

Zagraniczni badacze, demokracja i zachodnia cenzura internetu

Jak już pisam, nasz uniwersytet nawiedzają nieraz różne zagraniczne sławyzagraniczni badacze Chin. Ci pierwsi reguły nawet nie próbują specjalnie nawiązać w swych mowach do tego, gdzie się znaleźli i co z tego wynika, ograniczając się do jakichś paternalistycznych poklepań w rodzaju “powiedziano mi, że to jeden z najlepszych uniwersytetów w Chinach, to wspaniale mieć przed sobą taką ambitną młodzież” i po wyklepaniu swojego zaliczają kolejny przystanek tour de Azja. No i są zagraniczni badacze Chin – kategoria odmienna – mniej znani globalnie, wygłaszający swe wykłady po chińsku. O ubogacaniu mas w drodze występu zagranicznej sławy już kiedyś pisałam, to teraz będzie o zagranicznych badaczach Chin.

Zaczyna sięod plakatu ze zdjęciem delikwenta, listą dzierżonych przezeń stanowisk i uzyskanych osiągów (tutaj było “napisała kontrowersyjny artykuł, którego tezą jest, że komercjalizacja mediów umacnia chiński system polityczny”), no i oczywiście z tematem wystąpienia. Tym razem temat to: “Współczesne kierunki amerykańskich badań nad chińskimi mediami”.

Kobita może góra 33 lata, włosy jasne, akcent poprawny do bólu, jak z kaset z “Bambusów”. Oznajmia, że (coś takiego!) dominującą perspektywą badań mediów chińskich w USA jest perspektywa polityczna. “A czemu? Mam nadzieję, że po godzinie tego wykładu wszyscy będziecie wiedzieć”. Patrzę po zgromadzonych – właśnie przewracają oczami. Coż, traktowanie obcego (nawet będącego przedmiotem własnych badań) jak kretyna, nie jest wyłącznie domeną chińską.

Tu mała dygresja – przestało mnie wzruszać nieśmiertelne pytanie “czy umiesz już jeść pałeczkami?”. Wczoraj mialam zaszczyt spożyć obiad w towarzystwie profesora, który rok przebywal w Stanach. Restauracja “zachodnia”, z nożami i widelcami (swoją drogą struło mnie tak, że dziś ledwo trzymam się na nogach, moje lokalne, niby to “obskurne” knajpki, baraczki i wędrowne stoiska nigdy nie trują). Jakie było moje zdziwienie, gdy facet od razu poprosil o ….łyżkę. “Ja tam tym jesć nie potrafię, co się będę męczył” – wyjaśnił, po czym dodał, że w Nowym Jorku na szczęście jest mnóstwo restauracji chińskich, więc nie głodował.

No, ale wracając do wykładu.  Wymiana szerokich uśmiechów i wywrotek oczami. A pani zabiera się za wyjaśniania pojęcia demokracji – że to niezwisłe wybory, przynajmniej dwie partie, wolność zgromadzeń etc. Kaganek oświaty niesionej z Zachodu coś nie wypala (swoją drogą nie wiem, czemu myślała, że miałby wypalić). Ludzie zaczynają mocno szeptać. Znajomy XD robi zdziwioną minę i szepcze: “o, to już nie są rządy większości przy poszanowaniu prac mniejszości?” . W końcu pani rozdaje kserówki z tabelkami, w których różne kraje pogrupowane są wedle “demokratyczności”. Chiny są w ostatnim, najdalszym od demokratyczności bloczku razem z Koreą Północną, Afganistanem etc. Ludzie uśmiechają się nadal, ale z zakłopotania, że ktoś (laowaj!) ich wrzucił do jednego worka razem z Afganistanem i Rwandą. Tu przecież nikt nie dzieli krajów na demokratyczne i niedemokratyczne, ale, oczywiście – socialistyczne i kapitalistyczne, no i według tempa rozwoju (wiele osób jest zdziwionych, jak np. mówię, że kraje rozwinięte nigdy nie będą miały szybkiego tempa rozwoju). No ale ta tabelka – pani badaczka nawet nie wyjaśniła, kto i według jakiej metodologii dokonał takiego “stworzenia świata”. Ja rzucam okiem na drugi, dobry kraniec tabeli, widzę, że Polska różni się w punktacji od np. Kanady tylko o 0.10 punkta w skali 10 punktowej (co tu się zlicza, nikt nie powiedział), czyli tyle, co Chiny od KRLD.

Co, jak, i po co, o co chodziło z tymi kierunkami badań, co z tą komercjalizacją mediów, w sumie się nie dowiedzieliśmy. Na sali jak podniósł się, tak już został szmer, jeszcze tylko grafika kluczowego slajdu (chiński system polityczny) nie odpaliła, pani wykładowczyni zapętliła się w chińszczyźnie i widać było, że miała ochotę z tej sali pełnej przedmiotów swych badań uciec. Tym razem, wykazując miłosierdzie (nie jak w przypadku poprzedniego badacza, zadowolonego z siebie Anglika, który wyjaśniał, że jego główną metodologią jest “walking method”, czyli chodzenie po ulicach), nikt się nad panią nie znęcał poprzez pytania i mogła w spokoju udać się do pokoju hotelowego, aby rozważać nad zasadnością tych wszystkich trudów i nad wieczną obcością badacza Chin w jednym i drugim świecie.

Ja też nie chcę się znęcać, tymbardziej, że sama wiem, jak trudno jest mówić o przedmiocie swych badań do przemiotu swych badań (przeszłam to kiedyś na Tajwanie i już nie chcę). To, co może i mające jakąś wartość i funkcję w USA czy w Polsce, nie musi (i z reguły nie jest), być takie tutaj. Problemem jest oszacowanie, od jakiego poziomu oczywistości trzeba zacząć – z reguły efekty są takie, jak powyżej (oczywiście, tu jeszcze doszedł ton laowajskiego kazania, rzeczy tutaj nie do strawienia). Swoją drogą, patrząc na cykliczne upokorzenia tych nieszczęsnych badaczy i porównując ze swoimi tutaj, cieszę się, że wybrałam opcję “advanced student” a nie “visiting scholar” (było taniej, a ja się bałam, że nie dostanę stypendium i bagatelną sumę 3600 RMB za miesiąc będę musiała sama płacić). Z dwojga złego wolę już być po drugiej stronie widowni.

A co do niezbadanych ścieżek wiedzy o świecie zewnętrznym i o zapętleniu problemu: na wykładzie dla doktorantów pan profesor, tym razem tutejszy, stwierdził, że “na Zachodzie jest bardzo surowa polityczna kontrola internetu” i cała sala pełna doktorantów zapisała bez najmniejszego szmeru, nie odrywając głów od notatników. Ja odłożyłam długopis i zaczęłam się rozglądać po sali, i nie zauważyłam dosłownie żadnej reakcji poza niepewnością w oczach wykładowcy, czy ten nieobliczalny laowaj na widowni nie zacznie gadać coś szalonego. Jako przykład profesor wymienił “urząd do politycznej cenzury internetu, jaki powołał Obama”. Też zapisali.

No tak, gdzieś dzwonią. Obama wysunął projekt tzw. “Cybesecurity act”, który  nadaje prezydentowi prawa do wyłączania pewnych obszarów sieci, w tym prywatnych, w razie “wyższej konieczności”. Obecnie toczy się o ten projekt walka - i rzecz jasna odzywają się głosy, nie tylko z konkurencyjnego obozu , o niedemokratyczne ograniczenia i cenzurę. Oczywiście w użyciu są też porównania do Chin.

Ale wracając do samej sytuacji wykładu – możnaby dedukować, że za gładkim łyknęciem stwierdzenia, że na Zachodzie jest polityczna kontrola internetu, musi się kryć cała masa innej niewiedzy – np. tej o wielopartyjności, o możliwości koabitacji, o tym, co może zrobić opozycja albo czwarta władza. A może z wiedzą czy niewiedzą ma to wszystko niewiele wspólnego, jako, że ci doktoranci będą niedługo musieli toczyć inne walki (w końcu muszą gdzieś się zakotwiczyć na etat), niż walka o (do tego nieco niewygodną, ale w sumie kto tam by o tym myślał) prawdę o jakimś tam odłegłym świecie. W każdym razie, jak patrzę na te dwie tak różne wykładowe sytuacje, to widzę, jak łatwo można tutaj wydobyć wiedzę z głowy, ale i doskonale uśpić, w zależności od potrzeby, i że – tym razem jak wszędzie w tzw. “nauce” – klucz to wiedzieć, czyje upupianie, prowadzone w imię jakich przesłanek, warto, a czyjego nie warto znosić.

12

12 2009

Co ma filozofia Marksa do Renmin Ribao czyli mój kurs marksizmu

Mój kurs marksizmu to niewyczerpane źródło inspiracji.
Tydzień temu grupka, do której należałam i ja, zainaugurowała serię prezentacji robionych przez samych studentów. Temat jaki dostaliśmy to „Demokratyczny socjalizm i jego losy w Chinach”. Na pierwszy i drugi rzut oka stwierdziłam, że to dość egzotyczne połączenie, ale nie przejęłam się zbytnio, tłumacząc sobie, że tak jak wiele pojęć, „demokratyczny socjalizm” ma najpewniej tutaj odmienne niż w tradycji zachodniej znaczenie. No bo ten demokratyczny socjalizm, o którym myślę – radykalniejsza (w deklaracjach) niż socjaldemokracja, porewizjonistyczna koncepcja akcentująca samorządność robotników etc., mająca swoje stabilne acz obecnie dość marginalne miejsce we współczesnej Europie to jedno, a wszelakie socjalizmy systemowe to drugie.

Udałam się do biblioteki (po tygodniach walk nie uzyskałam jeszcze co prawda prawa do wypożyczania książek, ale przynajmniej jak przyłożę moją kartę do bramki na wejściu do biblioteki, to ta nie buczy tak jak bramka w sklepie przy próbie kradzieży), odnalazłam lektury, jakie profesor zalecił do przygotowania tego tematu. No i coś zaczęło mi się nie zgadzać. Socjalizm demokratyczny wyłaniający się z tych publikacji to zasadniczo ten sam o którym pomyślałam, jak zobaczyłam temat naszego zadania. Polecone lektury opisywały historię rewizjonizmu, ruchu robotniczego w Niemczech, samorządności robotniczej, osłon socjalnych. No może tylko nie rozpisano się zbytnio (czyli w sumie nie napisano) o krytyce zachodniej lewicy w stosunku do socjalizmów „systemowych”. I ani słowa o Chinach. Przypudrowany bo przypudrowany, ale mówimy cały czas o tym samym zjawisku. Więc przydzielone nam zadanie żąda on nas powiązania tego wszystkiego z najnowszą historią Chin? W notatkach które sporządzam dla mojej grupy (każdy z nas pisze, a później mamy zrobić burzę mózgów) wypisuję tylko kilka punktów, dlaczego moim zdaniem nie można jak dotąd mówić o losach socjalizmu demokratycznego w Chinach. I duży znak zapytania. Jestem ciekawa, czy oni są w stanie zaproponować jakieś połączenie tych pojęć i jakich ewolucji myślowych przy tym dokonają.
Zbieramy się i zaczynamy rozmawiać. Kończymy po 4 godzinach jak nas pani ze szmatą w ręku ze stołówki gdzie siedzimy przepędza. Przy okazji wychodzą tematy tzw. poboczne. Dziwią się, gdy mówię im, że u nas nie dzieli się świata na kapitalistyczny i socjalistyczny, i że nikt Chin socjalistycznymi na Zachodzie raczej nie nazywa. Nie bardzo też chyba łapią, gdy mówię, że nikt w Europie nie nazwie też, dajmy na to Szwecji „krajem socjalistycznym”. No to gdzie według nas jest ten socjalizm?

Chiny a socjalizm demokratyczny. Teraz widac wyraznie, że to zadanie to tak naprawdę sprawdzian. Nie tyle tego, czy grupa przeczytała zadane książki i czy sprzeda to reszcie, ale czy jest w stanie – jako przyszła elita Chin, jako przyszli dziennikarze poruszać się sprawnie w meandrach dyskursu publicznego, mowic tak, aby spelnialo to bardzo zlozone wymogi, a zarazem nie ocierać się o jawny absurd. O absurd to by się otarło, gdybyśmy zaczęli strzeliscie udowadniać, że Chiny to miejsce działania socjalizmu demokratycznego. Nie spełniałoby wymogów, gdybyśmy zaczęli wygłaszać pochwały zachodniego socjalizmu demokratycznego i kontrastować go z Chinami. Musimy znaleźć – ha – drogę środka. I na tym polega właśnie całe to ćwiczenie. W brodziku, z deska i plywakami, bez wypływania na pełne wody dyskursu publicznego. Próba odczytywania granic.

Grupa wykazuje się dużą dozą inwencji, ale i ekscentryzmu. Wytypowuje największe swe kurioza: Tajwankę i mnie do mówienia w swym imieniu. Obie się boimy, że się zapędzimy, że powiemy coś nie tak, co nawet nie tyle będzie podejrzane ideologicznie, bo profesor caly czas podkresla, ze to, co tutaj, to nie sfera publiczna, wiec to, co tu jest mowione rzadzi sie innymi prawami, ale ze wyrwie sie nam coś, co zdradzi naszą nieumiejętność poruszania się w tej rzeczywistości, potwierdzi przyjeta a priori naiwność i niewiedzę laowaja i Tajwanki. Albo  zostanie odczytane jako arogancja kogoś z kraju, który odrzucił socjalizm i kogoś z wyspy karmionej przez lata skrajną niechęcią do ChRL (SL boi sie podwojnie, bo nalezy do KMT i wszyscy o tym wiedza). Jako zabezpieczenie i poduszka bezpieczeństwa dołącza XD, chłopak oczytany, błyskotliwy i który na dobrą sprawie też jest osobliwością. Jako chiński Muzułmanin (ale nikt tego nie wie, ja wiem, bo jestem z innego świata, nie mam na plecach tego całego bagażu złożonych stosunków łączących/dzielących chińskie minzu i mi można – ale szeptem – powiedzieć) jest kimś spoza etnicznego mainstreamu. I tą jego peryferyjność czuję od razu, jeszcze zanim dowiaduję się, że jest z (tej właśnie) mniejszości, nasze doświadczenia bycia innym są w jakiś sposób podobne.
Nieszczęsny laowai, tajwańska tongbao i XD, erudyta z „problematycznej” mniejszości mamy pilnować, żeby to coś nie wylazło poza granice, których sami dobrze nie znamy.
Mam niezla treme. Nie tylko dlatego, że to pierwsze wystąpienie, gdzie wypróbowana będzie moja zdolność nie tyle do powiedzenia czegoś z sensem, ale do powiedzenia tak, aby nie powiedzieć niepoprawnie. Ale także dlatego, że to moja jedyna szansa udowodnienia 50 kilku osobom, że mam coś więcej do powiedzenia, niż tylko odpowiadanie monosylabami na te idiotyczne pytania typu „czy umiesz jeść pałeczkami”. Jak skopię, to drugiej szansy chyba już nie będzie. Zostanę tutaj 5 latkiem na zawsze. Grupa wrzuciła mnie na głęboką wodę, ale wiem, że robią to dla mnie, obmyślili to jako terapię po moich uniwersyteckich traumach (co je opisałam we wpisie „Upupianie”). No oczywiście też trochę pod publiczke, dla której gadający laowai to jak zajac dziergajacy se na drutach pokrowiec na uszy.
Jestem tej mojej grupie wdzięczna. Siedzieli w pierwszym rzędzie i robili miny pełne wsparcia. Chyba tylko dzięki temu poszło mi naprawdę super (podobnie jak czasem tylko dzięki temu, że słuchacz od razu przyjmuje minę jak do rozmowy z idiotą nieraz idzie potwornie), złapałam wiatr w żagle, przypomnialam sobie, ze moge po chinsku mowic plynnie, pelnymi zdaniami i na zlozone tematy, przypomniałam sobie, że w poprzednim, polskim życiu, zanim stałam się dziecinnym laowaiem, byłam nauczycielką, pracownikiem naukowym i czasami wykładowcą. Widok 50 kilku otwartych z wrażenia gęb (zając na ich oczach udziergal spory kawalek na drutach) był jedyny w swoim rodzaju. Kończymy tym, że problemem nie jest socjalizm, ale „demokracja” w jej zachodnim rozumieniu – idea ze względu na wielorakie uwarunkowania mało tutaj zrozumiała. Poszło. Profesor chwali część merytoryczną, ale odnosimy wrażenie, że jeśli chodzi o sprawdzian z ćwiczenia poruszania się w chińskim dyskursie publicznym powiedzieliśmy trochę za słabo, za bardzo niepewnie, mogliśmy trochę (trochę – tylko co to znaczy?) konkretniej (chociaż to jeszcze nie to słowo) i jeszcze by było ok.
Potem z SL, Tajwanką zastanawiamy się, jak można się nauczyć takiego wyczucia. Niby mnie powinno być łatwiej, bom z Polszczy. Choć wyczulenie na różne rejestry języka publicznego, w tym propagandowe, oraz poczucie jak delikatną i przedziwną są one materią mam pewnie i lepsze niż standardowy przedstawiciel jakiegoś kraju zachodniego, to jednak mam też wrażenie, że nie na wiele mi te polskie geny (i wychowanie) oraz pamięć schyłkowego PRL-u pomagają (choć jak ostatnio znajoma z pewnego kraju latynoskiego zadała chińskim znajomym pytanie o to, jak się ma filozofia “tego niemieckiego Zyda Marksa” do Renmin Ribao, to zrozumiałam, że mogło być ze mną zawsze jeszcze gorzej). To znaczy sa pomocne, ale tylko w okreslonym zakresie rzeczywistosci. Bo to, co jest tutaj, jest po pierwsze wielotorowe. Dangbao – gazeta partyjna – to gazeta partyjna. A media lokalne, media niecentralne i sciezki ktorymi sie poruszaja, jezyk ktorym pisza, bramki na ktore graja – to zupelnie inna sprawa. Studenci dziennikarstwa tego elitarnego uniwersytetu maja kilka lat, zeby to zrozumiec. Czesci na pewno sie uda.

04

11 2009

Upupianie (i dorabianie laowajskiej gęby)

a miało być o zabytkowej wiosce (Wuzhen, 乌镇), do której udałam się w weekend po tygodniu wypełnionym robotą i zmaganiami z rurą gazową. Ale niestety będzie o upupianiu właśnie (i dorabianiu laowajskiej gęby).

Wracając z tejże wioski, patrząc na jesienny krajobraz prowincji Zhejiang (znaki szczególne – dojrzałe “kłosy” na polach ryżowych, szarówka, dymy, melancholijnie i płasko niczym na jesiennym Mazowszu, ale domy w stylu pałacowo-disneyowsko-pagodowym), dotarło do mnie, że przez całe dwa dni, kiedy tam byłam, nikt mnie nie zdenerwował, nikt nie doprowadził do wrzenia, ani razu nie zacisnęłam pięści. W Szanghaju nie udało mi się jeszcze przeżyć tak dwóch dni.

Owszem, pod koniec drugiego dnia w Wuzhen zaczęłam mieć omamy słuchowe. Omamy takie charakteryzują się tym, że wydaje się człowiekowi, że wszyscy dookoła niego mówią “老外” laowai albo “外国人“ waiguoren (oba oznaczają “cudzoziemiec”). I przeważnie mówią. Omamy zaczynają występować pod koniec dnia, podczas którego co najmniej 20 osób, na widok “obcego” wyda z siebie właśnie taki okrzyk i wskaże kuriozum palcami. W Wuzhen współczynnik wyniósł ok. 25 razy na dzień. Choć to i tak nic w porównaniu z Huangshan, gdzie po prostu przestałam liczyć i gdzie po wykrzyknieniu dodatkowo następowała prośba o wspólną fotografię (wyrażona unoszeniem aparatu do twarzy i naśladowaniem naciskania spustu migawki), przez co nie mogłam się ruszyć ze szczytu. Ludzie, z którymi tam wędrowałam, na początku byli ubawieni, później zmęczeni “sławą”, która także i na nich spływała, a na koniec przerażeni, gdy dotarło do nich, że tak wygląda moje życie tutaj.

Wydaje się to trudne do zniesienia (mnie szczególnie boli ten podkreślany z taką częstotliwością, że ani na chwilę nie da się o nim zapomnieć, dystans, “dziwność”, która dla mówiącego trwa tyle, ile zajmuje wypowiedzenie słowa laowai, albo cyknięcie zdjęcia, a dla mnie układa się w wizję siebie samej jako śmiesznego kuriozum, ciekawostki przyrodniczej). W Wuzhen – czy to chodzi o tubylców czy większość turystów, mogłam jednak łatwo wyczuć, że za tymi wołaniami nie stoją żadne złe intencje, bo to odruch poza intencjami, niekontrolowany. Że to coś podobnego do impulsu, który każe mi wykrzyknąć spontanicznie: “O, bawół wodny!” (chyba pierwsze zwierzę nie będące farbowanym pudelkiem, ani strzyżonym niczym żywopłot bobtailem, jakie dane mi było zobaczyć od 3 miesięcy, co za kojący widok).

Pokazywanie sobie kuriozum palcami to jedno. Ale dla mnie ważne jest to, że rikszarz w Wuzhen nie próbował mi wmówić, że przejazd kosztuje 20 RMB zamiast normalnych 5 (nauczona szanghajskim doświadczeniem zawsze pytam się wcześniej w pobliskim sklepie, ile powinna wynieść normalna cena, byłam strasznie zdziwiona, że rikszarz po prostu od razu wymienił normalną cenę). Że sprzedawczyni na bazarze nie próbuje mnie pouczać, że ostatecznie niezdecydowanie się na dobro, które ona sprzedaje, oznacza mój “brak zrozumienia chińskiej kultury” etc.   – tylko z uśmiechem odpowiada “mei guanxi” (nie szkodzi). Po raz kolejny dopiero na wsi widzę i czuję, że Chiny naprawdę są starożytną cywilizacją (i że to miastowe wenming – “bycie cywilizowanym”, reklamowane i promowane na każdym rogu, to ledwie podróbka, a może nawet karykatura). To wiejskie, a może raczej nie-szanghajskie „cywilizowanie” wprawiło mnie na tyle dobry humor, że na okrzyki „laowai!” robiłam zdziwioną minę i oglądając się powtarzałam „Gdzie, gdzie? Nie widziałam” co wywoływało salwy radości.

No właśnie. Ale wraz z powrotem do Szanghaju i na uczelnie (ostoję wenming) przyjemności się skończyły i to, co czuję dziś, najlepiej da określić dwoma słowami – 羞辱 xiuru (upokorzenie) i 迷惘 (mi – zagubienie, wang – przygnębienie).

M. in. ze względu na dużą liczbę studentów, egzaminy z wszelkich zajęć mają formę prac pisemnych. Prace z jednego seminarium będą ponoć zebrane w tom i wydane. Przyznaję, że bardzo mnie to ucieszyło, bo po przeszło 20-tu latach nauki nie chce mi się specjalnie pisać po próżnicy. Jako, że, rzecz jasna, nie wszystkie tematy wyznaczone przez profesora byłabym w stanie opracować, i też więszkość nijak się nie ma do tego, co robię, przeto zgłosiłam się od razu do 班长 banzhang (przewodnicząca klasy, pośredniczy pomiędzy profesorami a studentami) mówiąc, czym się zajmuję i prosząc, żeby, gdy tylko tematy zostaną opracowane, “zaklepała” dla mnie najbardziej pokrewny temat. Zgodziła się, obiecała powiadomić, jak tylko coś będzie wiadomo.

Tymczasem gdy wczoraj banzhang puszcza w obieg po klasie listę już przyznanych tematów, rzucam okiem, i widzę, że nie ma mnie na niej, a “mój” temat już jest rozdzielony pomiędzy innych ludzi. Zagryzam wargi i dopisuję się ręcznie obok tematu. Lista jeszcze chwilę krąży, po czym banzhang wychodzi na środek i odczytuje, co komu zostało przydzielone.

Gdy dochodzi do mojego nazwiska, krzywi się, mówi, że ja przecież jestem 留学生 liuxue shengstudent zagraniczny, i że to jest tylko dla “prawdziwych studentów” i że mogę napisać “coś prostszego, nie do publikacji”, bo “wymagania takiego artykułu są dla mnie za wysokie”. Czuję, jak zaczyna mi coś huczeć ze wściekłości w głowie. Mówię, że obowiązują mnie takie same wymagania. Banzhang myśli chwilę, mówi coś (nie wiem, już co, bo gdy jestem wściekła, nie jestem w stanie zrozumieć niemal nic ani nic powiedzieć) i cała grupa wybucha histerycznym śmiechem. Chcę wstać i wyjść, ale nie jestem wstanie się ruszyć.

Potem jest już tylko gorzej. Próbuję rozmawiać z profesorem, ale słowa stają mi w gardle. Profesor prowadzi mnie do dziekanatu, żeby „wyjaśnić mój status” (który wyjaśniałam już milion razy). Pani z dziekanatu głosem takim, jak kiedy relacjonuje się poczynania dziecka, gdy próbuje jeść tak, jak dorośli, ale mu nie wychodzi, oświadcza: “To taka pilna uczennica, no proszę, też by chciała pracę napisać jak inni” i zwraca się do mnie: “chiński jest taki trudny, he?” W tej chwili chiński jest już dla mnie bardzo trudny i w zasadzie nie jestem w stanie wydusić ani słowa, mam tak zaciśnięte szczęki. Wspominam tylko, że może faktycznie napisanie pracy zajęłoby mi dłużej niż chińskim studentom, to jednak, nie uważam, żeby zasadniczo było poza moim zasięgiem. Na to wszyscy wybuchają serdecznym śmiechem.

Potem próbuję jeszcze rozmawiać z kilkoma (jak wydawało mi się, życzliwymi mi) osobami, wytłumaczyć im, jak się poczułam i po raz kolejny wytłumaczyć, że ja też gdzieś robię badania, piszę artykuły, uczę innych i czytam książki i że to, czego tu doświadczam, to jest upokorzenie. Za każdym razem rozmówcy śmieją się serdecznie, tak jakbym opowiedziała właśnie jakąś radosną historyjkę, albo jakby zobaczyli właśnie dziecko, które tak uroczo (可爱 keai) tupie nóżką, bo nie dostało cukiereczka. Żegnam się i wychodzę – nie idę na następne zajęcia, wieczorem opuszczam też mój chiński-koreański, bo czuję, że i tak nie byłabym w stanie wydusić z siebie ani słowa. Wspomnienie jesiennego Wuzhen ostatecznie trafia szlag. Gęba dorobiona taka, że sama już ją w lustrze widzę.

Ten śmiech przypomniał mi inną sytuację, gdy kiedyś w Polsce, robiąc za tłumacza i przewodnika, opowiedziałam chińskiej delegacji z jakiejś fabryki o obozach koncentracyjnych i Zagładzie. Reakcją też był wybuch śmiechu. Wiem, że to jest śmiech zakłopotania, reakcja na nieprzewidzianie kłopotliwy temat, ale jest to coś, z czym nie jestem w stanie się emocjonalnie pogodzić. Co budzi moją agresję i przerażenie.

Wracając do upupiania. Te wszystkie pytania, czy wiem, kim był Konfucjusz i Sun Yat-sen i czy umiem już posługiwać się pałeczkami (kto był u mnie w domu w W-wie, ten wie czym i co się u mnie je). Albo inna jeszcze sytuacja. Znajduję doktora z mojego tutejszego wydziału, który zajmuje się tym, co i ja. Pisze do niego. Najpierw sam proponuje spotkanie, ale później zaczyna stosować uniki. Po kilku wreszcie dochodzi do spotkania. Rozmowa toczy się nawet miło, zaczynamy rozmawiać o niespodziewanych przetasowaniach na interesującym nas oboje rynku. I kiedy już zaczynam czuć się normalnie, rozmówca nagle sobie przypomina, że jestem laowaiem i podsumowuje: “O, to jednak masz jakąś najbardziej podstawową 最基本 zui jiben wiedzę na temat Chin”. Tu mało kto zdaje sobie sprawę, że wiedza o tym, w jakich okolicznościach wszedł na rynek serwis społecznościowy dla białych kołnierzyków – Kaixin, jak nazywał się nieślubny syn Czang Kaisheka (i że był on zabójczo przystojny, tzn. ten syn, a nie Fistaszek), czy jak jest po chińsku Sherlock Holmes (Xialuoke Fuermusi) etc. to są rzeczy, których trzeba się uczyć przez ładnych parę lat, aby utworzyły jakiś najbardziej nawet podręczny zestaw codziennych kontekstów. Nie tak jak jedzenia pałeczkami, które można jako tako opanować w 5 minut.

Choć wczoraj nie było mi do śmiechu (i nadal specjalnie nie jest), dzisiejsza rozmowa ze znajomymi (Korea, Tajlandia, Tajwan) utwierdza mnie w przekonaniu, że jeszcze nie zwariowałam, i że reakcją na widok czyjejś wykrzywionej z upokorzenia twarzy nie musi być śmiech. Dopytują się, co się stało, pocieszają i wkurzają się razem ze mną, po czym stwierdzamy, że to się właśnie nazywa poznawać Chiny, i że to w sumie cenniejsze (choć oczywiście bolesne) niż to wszystko, co moglibyśmy nawypisywać w tych nieszczęsnych wypracowaniach. Oni – choć nie dzwoni im w uszach nieszczęsny laowai (a niektórym dzwoni wręcz tongbao 同胞, czyli dosłownie “z jednego łona matki”, jak się tu określa Tajwańczyków), i choć ich chińszczyzna jest absolutne świetna (tudzież jest ich ojczystym językiem), to również często doświadczają upupienia i lekceważenia.

Po pogaduchach (no i oczywiście ogromnym gorącym kociołku) robi mi się lepiej. Idę do uczelnianego Biura Elektronizacji – legitymacja jest kartą elektroniczną, za pomocą której można wypożyczać książki, surfować po sieci i płacić w stołówce. Niestety, z moją kartą ewidentnie jest coś nie tak – nie da się za jej pomocą wejść do biblioteki, wypożyczyć książek, nie można się też w oparciu o nią zalogować do uniwersyteckiego internetu. Mozna tylko doładować i za to jeść w stołówce. Pan w biurze najpierw komplementuje mój chiński, sprawdza kartę, po czym stwierdza “przykro mi, ale jest pani studentką zagraniczną z wymiany, i jako taka nie ma prawa dostępu do sieci uniwersyteckiej. Może pani wystąpić do biura ds. studentów zagranicznych o specjalne pozwolenie”. Obcy, obcy!!!

P.S. Rozmawiałam o tym wszystkim z koleżanką z Tajwanu, która studiowała w Polsce. Jej odczucia (nie mówię sytuacje i konteksty, bo te oczywiscie zawsze są inne) z początków studiowania u nas były właściwie bliźniacze.

13

10 2009

różnice kulturowe…

…to słowo, którego wyjątkowo nie lubię. Tak samo jak słowa “westernizacja” i hasła “安全第一”, anquan diyi , czyli “po pierwsze bezpieczeństwo” wywieszanego w formie transparentów na najbardziej chybotliwych budowach i ogólnie wszędzie tam, gdzie w wyjątkowo rażący sposób ignorowane są przepisy BHP  (pewnie największe było na tym budowanym wieżowcu, co to się parę miesięcy temu przewrócił).

A “rożnice kulturowe” – jak przydarza się za granicą coś dziwnego i nie wiadomo, o co poszło, to żeby nie zagłębiać się za bardzo, i żeby nie wyszło, że”innych kultur” nie szanujemy, można po prostu z zadumą rzec: “ot, różnice kulturowe”. I pokiwać głową.

Tylko, że niektóre zdarzenia jakoś nie da się za bardzo inaczej określić, niż właśnie “różnice kulturowe”.

Bo tak - wychodzę dziś głodna z biblioteki (siedziałam tam prawie sama, pisałam kolejny artykuł, wszyscy już pouciekali z racji świąt – jutro 60 rocznica ChRL, a za 3 dni Festiwal Środka Jesieni), chwiejnie idę zjeść. Wchodzę do knajpy, biorę menu, wybieram, podchodzę do pani w kasie, a ta gada przez telefon. Patrzę na nią a ona nic – gada. “I 50 jinów ryżu zamówilismy i mniej przyszło i nienajlepszego”. Czekam i nic. Przeglądam bezradnie ponownie menu. “Ale weźcie teraz więcej przywieźcie, no bo to przyszło to nie było 50 jinów”. Przyglądam się jej intensywnie, próbuję zajrzeć w oczy i nic. No to znowu patrzę tępo w menu. I tak chyba ze 4 minuty. Aż nagle przypominam sobie, że to nie Tajwan, tylko kontynent i że tu można głos podnosić i okazać złość (na Tajwanie to duży wstyd i utrata twarzy dla krzyczącego). No więc podniesionym głosem ze złością mówię: “To ładnie o klientów dbacie! Takie ignorowanie, idę do konkurencji!” i teatralnym gestem zabieram torbę i ruszam do wyjścia. Kobieta nagle odkłada słuchawkę, zbiegają się kelnerki i zaczynają wszyscy zbiorowo przepraszać. Bo ja tak stałam i nic nie mówiłam, tak tę kartę bezradnie oglądałam, myśleli, że po prostu jestem jakaś wybitnie niezdecydowana. No to ja na to: “a co miałam robić, jak tak gadała? Śpiewać i tańczyć?”. Śmieją się, złość topnieje (tutaj tak jest, że złość i podnoszenie głosu szybko przychodzi, ale też szybko mija bez śladu). Ojej, tak im przykro, nie, nie, nigdzie nie idź, gratis sałatkę z ogórka dodamy.

No więc sie uspokajam, odkładam torbę i zaczynamy rozmawiać. Że Chińczyk po prostu by krzyknął (głównie to warknął): “chcę zamówić!” a nie tak czekał. A ja na to, że u nas to raczej ten przy kasie by przerwał bez moich krzyków. I dalej, mówię, że nigdy jeszcze się tutaj nie przemogłam, żeby przez całą salę wrzasnąć “Kelner! Rachunek”, a dyskretne znaki, które ku kelnerom czynię prawie nigdy nie są dostrzegane.  Kelnerki się śmieją. A ja nie potrafię wrzasnąć ani klasnąć. Po wzajemnych przeprosinach siadam i jem swoje.

A jeśli już o “różnicach kulturowych” mowa, to tę pomiędzy ChRL a Tajwanem odnoszącą się do przyzwolenia na okazywanie złości przyjęłam z ulgą (oczywiście wielką masę tajwanizmów wspominam z rozrzewnieniem).  Tutaj te złości, których do tej pory byłam świadkiem i adresatem (mam nadzieję, że także te, których byłam nadawcą), są przeważnie (oczywiście nie zawsze, czasem po prostu ktoś się na kimś wyżywa, jeszcze kiedyś opiszę, jak się nade mną pani doktor w Biurze Kwarantanny znęcała!) ubrane w pewne formy, czasem wręcz mam wrażenie, że złoszczący się zmusza, aby złość okazać, aby stało się zadość porządkowi rzeczy. I że taka “złość rytualna” przy cichym porozumieniu, jakie tutaj panuje co do jej form, przebiegu i zakończenia, jest czymś cennym. Szczególnie jak np. w mieście mieszka 25 milionów ludzi.

Parę tygodni temu nawrzeszczał na mnie konduktor. Krzyczał, bo w puściutkim pociągu wlazłam na środkowe, a nie najniższe – jak wynikało z biletu – łóżko i nie chciałam zejść argumentując m in. pustotą całkowitą pociągu i tym, że tu mi bardziej się podoba. No więc z niejakim zmęczeniem i z urzędu wykrzesał z siebie złość:

On: “Co, było w bilecie, co nie widać? Wlazła i pościel brudzi! Złazić stamtąd natychmiast i tę pobrudzoną pościel zamienić!”

Ja: “O, to jednak pan mówi po chińsku?”. Wcześniej, przy wsiadaniu, chociaż się go pytałam kilka razy, dlaczego mam iść do 6 zamiast 7 wagonu, jak było w bilecie, nie podpowiedział ani słowa tylko pokazywał uparcie na migi na 6 wagon nawet na mnie nie patrząc.

On: “Złazić! Pościel zabierać!” .

Ja: “Proszę przestać wrzeszczeć, to zejdę”.

On (wrzeszcząc): “Nie wrzeszczę!!”

Po czym jak wrzeszczał, tak się zaraz uspokaja, ja schodzę, on daje mi spokój. Musiał okazać władzę należną mundurowi.

A ja wolę takie krzyki niż milczenie, chowanie urazy i nagłe wybuchy, których doświadczałam niekiedy na Tajwanie, a będące przeciwieństwem tej kontynentalnej “złości rytualnej”.

Byłam raz adresatem takiej szczególnie bezradnej i niekontrolowanej złości. Złoszczący najpierw zrobił uwagę o jakiejś codziennej błahostce (typu niepozmywany talerz czy nie odłożona na miejsce rzecz), potem ogólniej - o cudzoziemcach jako takich, potem o młodszych (2 lata, ale zawsze) kobietach, które go nie respektują, i o tym, że właściwie nikt go nie respektuje. Raz otworzony worek ze złością nie dał się już zamknąć. Zakończył, siedząc na podłodze, krzycząc przez łzy, że całe jego życie jest porażką i jeszcze parę innych przeraźliwie smutnych rzeczy. Ta złość faktycznie była tego rodzaju, że krzyczący, gdy raz się pojawiła, nie mógł już nic zrobić, a już z pewnością zachować twarzy, a ja nie mogłam na nią odpowiedzieć. Oczywiście nie wiedziałam tego i wyciągnęłam do płaczącego dłoń, proponując rozmowę. Co było najgorszym z niewielu rozwiązań, jakie w tej sytuacji zostały i skończyło ucieczką nieszczęsnego w jesienny deszcz tak jak stał – w szortach i koszulce. Potem zachowywał się, jakby mnie nie było i  już nigdy się nie odezwał.

01

10 2009