Posts Tagged ‘być laowaiem’

Upupianie (i dorabianie laowajskiej gęby)

a miało być o zabytkowej wiosce (Wuzhen, 乌镇), do której udałam się w weekend po tygodniu wypełnionym robotą i zmaganiami z rurą gazową. Ale niestety będzie o upupianiu właśnie (i dorabianiu laowajskiej gęby).

Wracając z tejże wioski, patrząc na jesienny krajobraz prowincji Zhejiang (znaki szczególne – dojrzałe “kłosy” na polach ryżowych, szarówka, dymy, melancholijnie i płasko niczym na jesiennym Mazowszu, ale domy w stylu pałacowo-disneyowsko-pagodowym), dotarło do mnie, że przez całe dwa dni, kiedy tam byłam, nikt mnie nie zdenerwował, nikt nie doprowadził do wrzenia, ani razu nie zacisnęłam pięści. W Szanghaju nie udało mi się jeszcze przeżyć tak dwóch dni.

Owszem, pod koniec drugiego dnia w Wuzhen zaczęłam mieć omamy słuchowe. Omamy takie charakteryzują się tym, że wydaje się człowiekowi, że wszyscy dookoła niego mówią “老外” laowai albo “外国人“ waiguoren (oba oznaczają “cudzoziemiec”). I przeważnie mówią. Omamy zaczynają występować pod koniec dnia, podczas którego co najmniej 20 osób, na widok “obcego” wyda z siebie właśnie taki okrzyk i wskaże kuriozum palcami. W Wuzhen współczynnik wyniósł ok. 25 razy na dzień. Choć to i tak nic w porównaniu z Huangshan, gdzie po prostu przestałam liczyć i gdzie po wykrzyknieniu dodatkowo następowała prośba o wspólną fotografię (wyrażona unoszeniem aparatu do twarzy i naśladowaniem naciskania spustu migawki), przez co nie mogłam się ruszyć ze szczytu. Ludzie, z którymi tam wędrowałam, na początku byli ubawieni, później zmęczeni “sławą”, która także i na nich spływała, a na koniec przerażeni, gdy dotarło do nich, że tak wygląda moje życie tutaj.

Wydaje się to trudne do zniesienia (mnie szczególnie boli ten podkreślany z taką częstotliwością, że ani na chwilę nie da się o nim zapomnieć, dystans, “dziwność”, która dla mówiącego trwa tyle, ile zajmuje wypowiedzenie słowa laowai, albo cyknięcie zdjęcia, a dla mnie układa się w wizję siebie samej jako śmiesznego kuriozum, ciekawostki przyrodniczej). W Wuzhen – czy to chodzi o tubylców czy większość turystów, mogłam jednak łatwo wyczuć, że za tymi wołaniami nie stoją żadne złe intencje, bo to odruch poza intencjami, niekontrolowany. Że to coś podobnego do impulsu, który każe mi wykrzyknąć spontanicznie: “O, bawół wodny!” (chyba pierwsze zwierzę nie będące farbowanym pudelkiem, ani strzyżonym niczym żywopłot bobtailem, jakie dane mi było zobaczyć od 3 miesięcy, co za kojący widok).

Pokazywanie sobie kuriozum palcami to jedno. Ale dla mnie ważne jest to, że rikszarz w Wuzhen nie próbował mi wmówić, że przejazd kosztuje 20 RMB zamiast normalnych 5 (nauczona szanghajskim doświadczeniem zawsze pytam się wcześniej w pobliskim sklepie, ile powinna wynieść normalna cena, byłam strasznie zdziwiona, że rikszarz po prostu od razu wymienił normalną cenę). Że sprzedawczyni na bazarze nie próbuje mnie pouczać, że ostatecznie niezdecydowanie się na dobro, które ona sprzedaje, oznacza mój “brak zrozumienia chińskiej kultury” etc.   – tylko z uśmiechem odpowiada “mei guanxi” (nie szkodzi). Po raz kolejny dopiero na wsi widzę i czuję, że Chiny naprawdę są starożytną cywilizacją (i że to miastowe wenming – “bycie cywilizowanym”, reklamowane i promowane na każdym rogu, to ledwie podróbka, a może nawet karykatura). To wiejskie, a może raczej nie-szanghajskie „cywilizowanie” wprawiło mnie na tyle dobry humor, że na okrzyki „laowai!” robiłam zdziwioną minę i oglądając się powtarzałam „Gdzie, gdzie? Nie widziałam” co wywoływało salwy radości.

No właśnie. Ale wraz z powrotem do Szanghaju i na uczelnie (ostoję wenming) przyjemności się skończyły i to, co czuję dziś, najlepiej da określić dwoma słowami – 羞辱 xiuru (upokorzenie) i 迷惘 (mi – zagubienie, wang – przygnębienie).

M. in. ze względu na dużą liczbę studentów, egzaminy z wszelkich zajęć mają formę prac pisemnych. Prace z jednego seminarium będą ponoć zebrane w tom i wydane. Przyznaję, że bardzo mnie to ucieszyło, bo po przeszło 20-tu latach nauki nie chce mi się specjalnie pisać po próżnicy. Jako, że, rzecz jasna, nie wszystkie tematy wyznaczone przez profesora byłabym w stanie opracować, i też więszkość nijak się nie ma do tego, co robię, przeto zgłosiłam się od razu do 班长 banzhang (przewodnicząca klasy, pośredniczy pomiędzy profesorami a studentami) mówiąc, czym się zajmuję i prosząc, żeby, gdy tylko tematy zostaną opracowane, “zaklepała” dla mnie najbardziej pokrewny temat. Zgodziła się, obiecała powiadomić, jak tylko coś będzie wiadomo.

Tymczasem gdy wczoraj banzhang puszcza w obieg po klasie listę już przyznanych tematów, rzucam okiem, i widzę, że nie ma mnie na niej, a “mój” temat już jest rozdzielony pomiędzy innych ludzi. Zagryzam wargi i dopisuję się ręcznie obok tematu. Lista jeszcze chwilę krąży, po czym banzhang wychodzi na środek i odczytuje, co komu zostało przydzielone.

Gdy dochodzi do mojego nazwiska, krzywi się, mówi, że ja przecież jestem 留学生 liuxue shengstudent zagraniczny, i że to jest tylko dla “prawdziwych studentów” i że mogę napisać “coś prostszego, nie do publikacji”, bo “wymagania takiego artykułu są dla mnie za wysokie”. Czuję, jak zaczyna mi coś huczeć ze wściekłości w głowie. Mówię, że obowiązują mnie takie same wymagania. Banzhang myśli chwilę, mówi coś (nie wiem, już co, bo gdy jestem wściekła, nie jestem w stanie zrozumieć niemal nic ani nic powiedzieć) i cała grupa wybucha histerycznym śmiechem. Chcę wstać i wyjść, ale nie jestem wstanie się ruszyć.

Potem jest już tylko gorzej. Próbuję rozmawiać z profesorem, ale słowa stają mi w gardle. Profesor prowadzi mnie do dziekanatu, żeby „wyjaśnić mój status” (który wyjaśniałam już milion razy). Pani z dziekanatu głosem takim, jak kiedy relacjonuje się poczynania dziecka, gdy próbuje jeść tak, jak dorośli, ale mu nie wychodzi, oświadcza: “To taka pilna uczennica, no proszę, też by chciała pracę napisać jak inni” i zwraca się do mnie: “chiński jest taki trudny, he?” W tej chwili chiński jest już dla mnie bardzo trudny i w zasadzie nie jestem w stanie wydusić ani słowa, mam tak zaciśnięte szczęki. Wspominam tylko, że może faktycznie napisanie pracy zajęłoby mi dłużej niż chińskim studentom, to jednak, nie uważam, żeby zasadniczo było poza moim zasięgiem. Na to wszyscy wybuchają serdecznym śmiechem.

Potem próbuję jeszcze rozmawiać z kilkoma (jak wydawało mi się, życzliwymi mi) osobami, wytłumaczyć im, jak się poczułam i po raz kolejny wytłumaczyć, że ja też gdzieś robię badania, piszę artykuły, uczę innych i czytam książki i że to, czego tu doświadczam, to jest upokorzenie. Za każdym razem rozmówcy śmieją się serdecznie, tak jakbym opowiedziała właśnie jakąś radosną historyjkę, albo jakby zobaczyli właśnie dziecko, które tak uroczo (可爱 keai) tupie nóżką, bo nie dostało cukiereczka. Żegnam się i wychodzę – nie idę na następne zajęcia, wieczorem opuszczam też mój chiński-koreański, bo czuję, że i tak nie byłabym w stanie wydusić z siebie ani słowa. Wspomnienie jesiennego Wuzhen ostatecznie trafia szlag. Gęba dorobiona taka, że sama już ją w lustrze widzę.

Ten śmiech przypomniał mi inną sytuację, gdy kiedyś w Polsce, robiąc za tłumacza i przewodnika, opowiedziałam chińskiej delegacji z jakiejś fabryki o obozach koncentracyjnych i Zagładzie. Reakcją też był wybuch śmiechu. Wiem, że to jest śmiech zakłopotania, reakcja na nieprzewidzianie kłopotliwy temat, ale jest to coś, z czym nie jestem w stanie się emocjonalnie pogodzić. Co budzi moją agresję i przerażenie.

Wracając do upupiania. Te wszystkie pytania, czy wiem, kim był Konfucjusz i Sun Yat-sen i czy umiem już posługiwać się pałeczkami (kto był u mnie w domu w W-wie, ten wie czym i co się u mnie je). Albo inna jeszcze sytuacja. Znajduję doktora z mojego tutejszego wydziału, który zajmuje się tym, co i ja. Pisze do niego. Najpierw sam proponuje spotkanie, ale później zaczyna stosować uniki. Po kilku wreszcie dochodzi do spotkania. Rozmowa toczy się nawet miło, zaczynamy rozmawiać o niespodziewanych przetasowaniach na interesującym nas oboje rynku. I kiedy już zaczynam czuć się normalnie, rozmówca nagle sobie przypomina, że jestem laowaiem i podsumowuje: “O, to jednak masz jakąś najbardziej podstawową 最基本 zui jiben wiedzę na temat Chin”. Tu mało kto zdaje sobie sprawę, że wiedza o tym, w jakich okolicznościach wszedł na rynek serwis społecznościowy dla białych kołnierzyków – Kaixin, jak nazywał się nieślubny syn Czang Kaisheka (i że był on zabójczo przystojny, tzn. ten syn, a nie Fistaszek), czy jak jest po chińsku Sherlock Holmes (Xialuoke Fuermusi) etc. to są rzeczy, których trzeba się uczyć przez ładnych parę lat, aby utworzyły jakiś najbardziej nawet podręczny zestaw codziennych kontekstów. Nie tak jak jedzenia pałeczkami, które można jako tako opanować w 5 minut.

Choć wczoraj nie było mi do śmiechu (i nadal specjalnie nie jest), dzisiejsza rozmowa ze znajomymi (Korea, Tajlandia, Tajwan) utwierdza mnie w przekonaniu, że jeszcze nie zwariowałam, i że reakcją na widok czyjejś wykrzywionej z upokorzenia twarzy nie musi być śmiech. Dopytują się, co się stało, pocieszają i wkurzają się razem ze mną, po czym stwierdzamy, że to się właśnie nazywa poznawać Chiny, i że to w sumie cenniejsze (choć oczywiście bolesne) niż to wszystko, co moglibyśmy nawypisywać w tych nieszczęsnych wypracowaniach. Oni – choć nie dzwoni im w uszach nieszczęsny laowai (a niektórym dzwoni wręcz tongbao 同胞, czyli dosłownie “z jednego łona matki”, jak się tu określa Tajwańczyków), i choć ich chińszczyzna jest absolutne świetna (tudzież jest ich ojczystym językiem), to również często doświadczają upupienia i lekceważenia.

Po pogaduchach (no i oczywiście ogromnym gorącym kociołku) robi mi się lepiej. Idę do uczelnianego Biura Elektronizacji – legitymacja jest kartą elektroniczną, za pomocą której można wypożyczać książki, surfować po sieci i płacić w stołówce. Niestety, z moją kartą ewidentnie jest coś nie tak – nie da się za jej pomocą wejść do biblioteki, wypożyczyć książek, nie można się też w oparciu o nią zalogować do uniwersyteckiego internetu. Mozna tylko doładować i za to jeść w stołówce. Pan w biurze najpierw komplementuje mój chiński, sprawdza kartę, po czym stwierdza “przykro mi, ale jest pani studentką zagraniczną z wymiany, i jako taka nie ma prawa dostępu do sieci uniwersyteckiej. Może pani wystąpić do biura ds. studentów zagranicznych o specjalne pozwolenie”. Obcy, obcy!!!

P.S. Rozmawiałam o tym wszystkim z koleżanką z Tajwanu, która studiowała w Polsce. Jej odczucia (nie mówię sytuacje i konteksty, bo te oczywiscie zawsze są inne) z początków studiowania u nas były właściwie bliźniacze.

13

10 2009

różnice kulturowe…

…to słowo, którego wyjątkowo nie lubię. Tak samo jak słowa “westernizacja” i hasła “安全第一”, anquan diyi , czyli “po pierwsze bezpieczeństwo” wywieszanego w formie transparentów na najbardziej chybotliwych budowach i ogólnie wszędzie tam, gdzie w wyjątkowo rażący sposób ignorowane są przepisy BHP  (pewnie największe było na tym budowanym wieżowcu, co to się parę miesięcy temu przewrócił).

A “rożnice kulturowe” – jak przydarza się za granicą coś dziwnego i nie wiadomo, o co poszło, to żeby nie zagłębiać się za bardzo, i żeby nie wyszło, że”innych kultur” nie szanujemy, można po prostu z zadumą rzec: “ot, różnice kulturowe”. I pokiwać głową.

Tylko, że niektóre zdarzenia jakoś nie da się za bardzo inaczej określić, niż właśnie “różnice kulturowe”.

Bo tak - wychodzę dziś głodna z biblioteki (siedziałam tam prawie sama, pisałam kolejny artykuł, wszyscy już pouciekali z racji świąt – jutro 60 rocznica ChRL, a za 3 dni Festiwal Środka Jesieni), chwiejnie idę zjeść. Wchodzę do knajpy, biorę menu, wybieram, podchodzę do pani w kasie, a ta gada przez telefon. Patrzę na nią a ona nic – gada. “I 50 jinów ryżu zamówilismy i mniej przyszło i nienajlepszego”. Czekam i nic. Przeglądam bezradnie ponownie menu. “Ale weźcie teraz więcej przywieźcie, no bo to przyszło to nie było 50 jinów”. Przyglądam się jej intensywnie, próbuję zajrzeć w oczy i nic. No to znowu patrzę tępo w menu. I tak chyba ze 4 minuty. Aż nagle przypominam sobie, że to nie Tajwan, tylko kontynent i że tu można głos podnosić i okazać złość (na Tajwanie to duży wstyd i utrata twarzy dla krzyczącego). No więc podniesionym głosem ze złością mówię: “To ładnie o klientów dbacie! Takie ignorowanie, idę do konkurencji!” i teatralnym gestem zabieram torbę i ruszam do wyjścia. Kobieta nagle odkłada słuchawkę, zbiegają się kelnerki i zaczynają wszyscy zbiorowo przepraszać. Bo ja tak stałam i nic nie mówiłam, tak tę kartę bezradnie oglądałam, myśleli, że po prostu jestem jakaś wybitnie niezdecydowana. No to ja na to: “a co miałam robić, jak tak gadała? Śpiewać i tańczyć?”. Śmieją się, złość topnieje (tutaj tak jest, że złość i podnoszenie głosu szybko przychodzi, ale też szybko mija bez śladu). Ojej, tak im przykro, nie, nie, nigdzie nie idź, gratis sałatkę z ogórka dodamy.

No więc sie uspokajam, odkładam torbę i zaczynamy rozmawiać. Że Chińczyk po prostu by krzyknął (głównie to warknął): “chcę zamówić!” a nie tak czekał. A ja na to, że u nas to raczej ten przy kasie by przerwał bez moich krzyków. I dalej, mówię, że nigdy jeszcze się tutaj nie przemogłam, żeby przez całą salę wrzasnąć “Kelner! Rachunek”, a dyskretne znaki, które ku kelnerom czynię prawie nigdy nie są dostrzegane.  Kelnerki się śmieją. A ja nie potrafię wrzasnąć ani klasnąć. Po wzajemnych przeprosinach siadam i jem swoje.

A jeśli już o “różnicach kulturowych” mowa, to tę pomiędzy ChRL a Tajwanem odnoszącą się do przyzwolenia na okazywanie złości przyjęłam z ulgą (oczywiście wielką masę tajwanizmów wspominam z rozrzewnieniem).  Tutaj te złości, których do tej pory byłam świadkiem i adresatem (mam nadzieję, że także te, których byłam nadawcą), są przeważnie (oczywiście nie zawsze, czasem po prostu ktoś się na kimś wyżywa, jeszcze kiedyś opiszę, jak się nade mną pani doktor w Biurze Kwarantanny znęcała!) ubrane w pewne formy, czasem wręcz mam wrażenie, że złoszczący się zmusza, aby złość okazać, aby stało się zadość porządkowi rzeczy. I że taka “złość rytualna” przy cichym porozumieniu, jakie tutaj panuje co do jej form, przebiegu i zakończenia, jest czymś cennym. Szczególnie jak np. w mieście mieszka 25 milionów ludzi.

Parę tygodni temu nawrzeszczał na mnie konduktor. Krzyczał, bo w puściutkim pociągu wlazłam na środkowe, a nie najniższe – jak wynikało z biletu – łóżko i nie chciałam zejść argumentując m in. pustotą całkowitą pociągu i tym, że tu mi bardziej się podoba. No więc z niejakim zmęczeniem i z urzędu wykrzesał z siebie złość:

On: “Co, było w bilecie, co nie widać? Wlazła i pościel brudzi! Złazić stamtąd natychmiast i tę pobrudzoną pościel zamienić!”

Ja: “O, to jednak pan mówi po chińsku?”. Wcześniej, przy wsiadaniu, chociaż się go pytałam kilka razy, dlaczego mam iść do 6 zamiast 7 wagonu, jak było w bilecie, nie podpowiedział ani słowa tylko pokazywał uparcie na migi na 6 wagon nawet na mnie nie patrząc.

On: “Złazić! Pościel zabierać!” .

Ja: “Proszę przestać wrzeszczeć, to zejdę”.

On (wrzeszcząc): “Nie wrzeszczę!!”

Po czym jak wrzeszczał, tak się zaraz uspokaja, ja schodzę, on daje mi spokój. Musiał okazać władzę należną mundurowi.

A ja wolę takie krzyki niż milczenie, chowanie urazy i nagłe wybuchy, których doświadczałam niekiedy na Tajwanie, a będące przeciwieństwem tej kontynentalnej “złości rytualnej”.

Byłam raz adresatem takiej szczególnie bezradnej i niekontrolowanej złości. Złoszczący najpierw zrobił uwagę o jakiejś codziennej błahostce (typu niepozmywany talerz czy nie odłożona na miejsce rzecz), potem ogólniej - o cudzoziemcach jako takich, potem o młodszych (2 lata, ale zawsze) kobietach, które go nie respektują, i o tym, że właściwie nikt go nie respektuje. Raz otworzony worek ze złością nie dał się już zamknąć. Zakończył, siedząc na podłodze, krzycząc przez łzy, że całe jego życie jest porażką i jeszcze parę innych przeraźliwie smutnych rzeczy. Ta złość faktycznie była tego rodzaju, że krzyczący, gdy raz się pojawiła, nie mógł już nic zrobić, a już z pewnością zachować twarzy, a ja nie mogłam na nią odpowiedzieć. Oczywiście nie wiedziałam tego i wyciągnęłam do płaczącego dłoń, proponując rozmowę. Co było najgorszym z niewielu rozwiązań, jakie w tej sytuacji zostały i skończyło ucieczką nieszczęsnego w jesienny deszcz tak jak stał – w szortach i koszulce. Potem zachowywał się, jakby mnie nie było i  już nigdy się nie odezwał.

01

10 2009