Posts Tagged ‘cywilizowanie’

Mur, morze, mur

Po wielu tygodniach podchodów i czyhania, udało nam się wreszcie wyrwać z Pekinu (“tego złego rekinu”, jak pisał Barańczak). Biały, delfinodzioby pociąg Harmonia uwozi nas starą, wytyczoną jeszcze za czasów półkolonialnych, trasą kolei Pekińsko-Mukdeńskiej (Mukden to dzisiejszy Shenyang), na Północny Wschód. W połowie drogi do Shenyangu znajduje się jedyna stacja, na której zatrzymuje się biała nitka Harmonii pomiędzy Pekinem a Shenyangiem – to małe miasteczko Shanhaiguan. Kolej dotarła tutaj w 1893 roku, tutaj Wielki Mur, trochę jak wielka rzeka – wpada do morza.

Widziałam już wiele miasteczek-wydmuszek, miasteczek, gdzie (re)konstruuje się “sztuczną” tradycję – bardziej kolorową, bardziej rzeźbioną, z większą ilością lampionów, ale z mniejszą (znikomą) ilością mieszkańców, życia. Przed przyjazdem do Shanhaiguan wiedziałam już, że miejsce to spotkało szczególnie straszny los – stare siheyuany, stare ulice zostały w 2006 dosłownie wyssane z miejsca, a na ich miejscu powstały 仿古建筑 – rozbuchane podróbki starej architektury. Pozostał tylko (oczywiście po odnowieniu) stary mur miejski (jedna ściana tego muru jest częścią Muru, który parę kilometrów dalej na wschód wpada do morza).

Wychodzimy z dworca przyozdobionego dwoma wieżami z zegarami wielkości karuzeli i doklejonym czerwonokolumnowym pawilonem na szczycie i idziemy w kierunku widocznego muru miejskiego. Widziałam wioski i miasteczka otoczone murami, taki mur to jak skóra zwierzęcia – chroni kompletny organizm o własnym porządku. W Shanhaiguan mur nie chroni już nic – wchodzimy przez wielką bramę i widzimy… rozległy trawnik, kilka wątłych drzewek, powieszone wzdłuż ulicy “tradycyjne” lampiony. Gdzieś dalej kilka starych-nowych budynków rzeźbionych i malowanych bogaciej niż Pałac Letni. Znowu mam poczucie, że się spóźniłam. Jednocześnie czuję wściekłość za zniszczenie miasteczka, choć go nigdy nie poznałam. Czuję też, że powinniśmy wynieść się szybko z powrotem przez bramę, bowiem biegnie do nas tłum naganiaczy, wykrzykując koślawym angielskim nazwy jakichś “atrakcji” do zwiedzenia i hoteli “w których laowaje się zatrzymują”. Boję się, że tym razem mój instynkt wycieczkowy zawiódł i że się przemordujemy zanim wrócimy do Pekinu.

Uciekamy więc z wydmuszki, znajdujemy hotel blisko dworca i, porzuciwszy graty, wyminąwszy nielegalne taksówki oferujące nam uwiezienie w kierunku najróżniejszych atrakcji, jedziemy podmiejskim autobusem na plażę, tam gdzie Mur wpada do morza. Problem w tym wszystkim taki, że Mur prawdziwy już dawno do morza wpadł, zaś to, co obecnie można zobaczyć, to rekonstrukcja z lat 80-tych. Ale chcemy przynajmniej usiąść na plaży i np. zobaczyć horyzont. Wymijamy kolejną porcję naganiaczy, którzy z całych sił chcą nas wepchnąć za jedyne 160 yuanów w obręb “Smoczej Głowy”, czyli końca czy tam początku Muru i idziemy kierując się głównie węchem na plażę. Prowadzi do niej tunel przez Mur.

Na plaży są muszle, są wodorosty, są też wyposzczone i niepojone konie dla turystów i kilku turystów. Na plaży jest rzecz jasna i Mur, z plaży jest widok na gigantyczny port towarowy (już w Liaoningu, czyli po barbarzyńskiej stronie Muru) i na zatokę Bohai. Horyzont usiany jest tankowcami czekającymi na wejście do portu. Patrzymy na majączące w oddali sylwetki portowych dźwigów, pobliską sylwetkę Muru, wrzucamy jeszcze żywe małże do wody.

Po wrzuceniu pewnej ilości małży do wody, znalezieniu muszli w kształcie pandziej głowy i wspięciu się na niebiezpieczne przybrzeżne skały, wracamy tunelem przez Mur, siadamy na przydrożnym murku i przyglądamy się ciężarówkom pędzącym przez tunel w stronę Liaoningu. Po lewej stronie drogi, po lewej stronie tunelu jest rekonstrukcja Muru idąca do morza. Postanawiamy sprawdzić, co jest po prawej stronie drogi i prawej stronie tunelu – czy z Muru cokolwiek zostało? Wspinamy się ścieżką w haszczach po nasypie wzdłuż drogi, odgarniamy jakieś małe akacje. Jeszcze trochę do góry i jesteśmy. Na wąskim, ciągnącym się w dal, w wioski, zielonym podłużnym pagórku o ściętym wierzchu. Skaczą sroki, latają muchy. I jakby nie słychać ciężarówek. Jesteśmy na prawdziwym Murze. Ponad 600-letnim. Wedle mapy, która zaznacza ten fragment charakterystyczną, ząbkowaną linią, że niby baszty, Mur biegnie na wschód, aż przerodzi się w mury miejskie “wydmuszki” a stamtąd pobiegnie jeszcze dalej na wschód, wespnie się na góry i dalej w Chiny, nad Pekinem, przez Shanxi, przez Shaanxi, aż po pustynie. Idziemy, według mapy do miasteczka jakieś 5 kilometrów. Mur rwie się wśród nadbrzeżnych wiosek, jest zasobnikiem piachu do budowania dla okolicznych mieszkańców, wysypiskiem śmieci, momentami ścieżką pomiędzy polami, rosną na nim konopie. Sylwetka portu-kolosa oddala się. Po “barbarzyńskiej” jak i po “cywilizowanej” stronie chlewiki, małe poletka. Od czasu do czasu nad nami huczy wojskowy samolot (za każdym razem jak przelatują, myślę o Lin Biao, który z tego samego lotniska, z którego startują, rozpoczął swoją tajemniczną i tragiczną ucieczkę).

Koniec Muru wyremontowanego, początek dzikiego, w oddali morze

Mur przecięty polną dróżką

…polną dróżką…

Od czasu do czasu Mur przecięty jest polną drogą, którą jadą trójkołówki, idą dzieci. Wtedy schodzimy po zółtym piachu, przechodzimy przez jezdnię/dróżkę/ścieżkę i wspinamy się z powrotem. Mam plażowe klapki, przez które przechodza ciernie od małych akacji. Chwasty tną nam skórę. A i tak nie możemy się powstrzymać, żeby iść dalej. Po każdym wymuszonym przez przecięcie Muru drogą zejściu, stwierdzamy, że jeszcze tylko do następnej dróżki/tylko zobaczymy, co za tym drzewem. I tak dochodzimy do miasta. Teraz po “barbarzyńskiej” stronie otaczają nas bloki, a po “cywilizowanej” chlewiki. Gdzieniegdzie pojawiają się zachowane ceglaste mury, zarysy baszt stają się coraz bardziej wyraźne. A droga coraz cięższa. Nogi mam pocięte przez trawy (ciekawskie kobity nigdy nie będą miały ładnych nóg!), zachodzi słońce a przed nami w oddali majaczą absurdalne wieże dworca. Na trawach Muru łopoczą plastikowe torby. Mur przecina szeroka ulica, trzeba zejść.

zarysy baszt są wciąż bardzo wyraźne

dalej się nie da

Miasteczko jest już blisko, klapki na szczęście nie rozpadły się, kolce wyciągam na bieżąco. Kierujemy się w stronę dworca, przy którym jest nasz hotel. Depresyjne bure osiedla, takie jak mogą być tylko w Dongbei. Mijamy wyglądające jakoś absurdalnie w tym wszystkim budynki. Czerwona cegła, kilkupiętrowe, drewniane okna z kratownicami. Niemieckie. Ale nie, nie takie jak w Niemczech, tylko bardziej jak na Śląsku. Pociemniałe, z dobudówkami, od lat nieremontowane.
“To Wasi to wybudowali” – rozlega się za nami głos, gdy tak patrzymy na te kilka domów – “tylko zejdźcie mi z ogórków”. Patrzę na własne brudne i pokaleczone trawami stopy w nieszczęsnych fioletowych japonkach – faktycznie, niby stoją na skrawku ziemi przy ulicy, ale jednak na mikroskopijnym poletku z kilkoma sadzonkami ogórka. “Tu ci wasi jak kolej budowali, to tutaj mieszkali robotnicy, tam inżynierowie. A tu mieli kościół” – pokazuje na budynek z gotyckimi oknami połatanymi szkłem zwykłym i we wzorki. “To wasi wszystko zrobili” – uśmiecha się.

Ostatkiem sił docieramy pod hotel. Obok miło wyglądająca knajpka. Ponieważ pekińskiego jedzenia mam powyżej uszu, rzucam sie na owoce morza, ryby. “Nie możecie tego nie spróbować” – rzecze szef i przynosi niepytany specjalność zakładu – krewetki z tofu. Rzucam się. Parę godzin później, już w nocy, przyjdzie pierwszy atak zatrucia, żołądek zacznie rzucać się w niepożądanych kierunkach, a zaraza unieruchomi mnie w pokoju hotelowym na następny dzień. No więc następnego dnia słońce świeci przez firanki, morze pewnie gdzieś tam migocze, a ja leżę zielona na twarzy i oglądam program pierwszego kanału CCTV, gdzie eksperci – krytycy sztuki – zjeżdzają do różnych chińskich miasteczek i oceniają autentyczność przedmiotów, które tłumnie znoszą do prowizorycznego studia mieszkańcy – waza z dynastii Yuan oczywiście okazuje sie podróbką, naczynie do picia wina z Shangów rzecz jasna też (“pewnie zaraz wniosą Arkę Przymierza” – kwituje J.). Kaligrafia wielkiego mistrza okazuje się być nędzną podróbką. Waza z bladozieloną emalią jest prawdziwa – oczywiście z Mingów. Oglądamy zachwycone twarze tych, którzy dowiadują się, że rzecz jest warta miliony i zrozpaczone twarze tych, którzy stracili właśnie majątki (skąd ci niepozorni starsi ludzie mają pieniądze?…). Prawdziwe, fałszywe. Tutaj kryteria sa proste. Waza “qingowska” zrobiona dwa lata temu nie jest prawdziwa. A Wielki Mur z lat 80-tych? A miasto, w którym już nic nie ma?

Wieczorem, w dresie, wyczołguję się na ulicę. Miasteczko-wydmuszkę konsekwentnie bojkotujemy, kręcimy się po paskudnej, ale za to żywej nowej części miasteczka. Pod ogłuszająco brzydkim, obłożonym zapyziałym szkłem refleksyjnym domem towarowym (bazarem?) imitującym…baszty Wielkiego Muru, gra muzyka – bębny, trąbki, stoją ludzie. Trzymając rękę na zmordowanym żołądku poddreptuję bliżej. Przy mdłej żarówce w takt hipnotycznej muzyki przesuwa się barwny korowód postaci w strojach z dynastii Qing. Starsze panie, panowie poruszają się dostojnie, majestatycznie trzepoczą wachlarzami. Na końcu korowodu pląsa facet w podkoszulku i damskim stroju z Qingów. Ani się spostrzegam wciągają mnie w środek. Przed chwilą jeszcze ledwie szłam po tym zatruciu, a teraz, proszę bardzo, z potem na czole, ale tańczę – w dresie i z wachlarzem (w tańcu czy tam w biegu kłaniając się publiczności i przepraszając naookoło, że psuję widok), ale tańczę! Ludzie – tak jak mnie zresztą zapewnili, zanim mnie wciągnęli – nie śmieją się, tylko radośnie uśmiechają, pokazują kciuki do góry, machają, krzyczą: “dalej! Super!”. Przyglądam się bliżej strojom “z epoki” – z taniutkich materiałów, koraliki na “koronach” z plastiku, gdzieniegdzie wystaje zwykły podkoszulek, zwykłe tenisówki.

Następnego dnia kolejny odcinek Muru. Tym razem wracamy z podnóża gór, tam, gdzie zaczyna sie “oficjalny” górski turystyczny odcinek Muru, który chcieliśmy zwiedzić jak ludzie, bez kolców i tnących skórę traw, ale był zamknięty. Do miasteczka. Znowu – przekleństwo – 6 kilometrów chaszczami, bo nie mogliśmy się powstrzymać. Na zdjęciach:

Polecam powiększenie zdjęcia, bowiem pokazuje oryginalny sposób sztukowania Muru

przed wejściem na dziki Mur wespniemy się jeszcze na tę basztę

Mur odnowiony spotyka się z dzikim – my pójdziemy dzikim

te białe punkciki to kozy

Mur przecina autostrada do Shenyangu, przy Murze na wysokości autostrady mała wioska ze szpitalikiem z lat 50-tych z rodzaju, który w miastach można oglądać tylko na filmach. Byłam w środku, ale mam wrażenie, że sympatyczni mieszkańcy wioski nie chcieliby, żebym zamieszczała zdjęcia na blogu

Niegdyś hala zebrań, dziś mały zakład naprawczy- z bramy po chwili wychodzi czterech pracowników i nas zagaduje

 

Mury miejskie – jednak tam weszliśmy. O miasteczku-wydmuszce mam nadzieje jeszcze napisać w oddzielnym poście

07

06 2011

Plaster “psia skóra”

Przydałaby mi się jakaś forma pośrednia pomiędzy blogiem a mikroblogiem. Bo np. to poniżej jest za krótkie i jakieś nie takie jak na wpis (przynajmniej w moim wyobrażeniu i zwłaszcza po takim temacie jak poprzedni) a za długie na mikroblog, ale za to, (równiez w moim wyobrażeniu) treściowo bardziej mikroblogowi odpowiadające. Tak czy inaczej, poniższy dialog miał miejsce w aptece obok mojego domu, tam gdzie zawsze kupuję leki.

Ja: dzień dobry, poproszę plaster z mrówkami (plaster na bolący kark i inne niedowłady, zawiera esencję z mrówek, rozgrzewa i łagodzi ból)

Farmaceutka (młoda, sympatyczna, uśmiecha się, podaje plaster z mrówek): bardzo polecam jeszcze wziąć ten tutaj, to plaster “psia skóra”.

Ja, tzn. mi: (miga przed oczami koszmarne wyobrażenie pluszowego, kilkunastocentymetrowego ucha mojego ukochanego beagle’a przylepionego do mojego karku, a dalej wyobrażenia wesołych, machających ogonami psiaków, które w nagrodę za wierną służbę, są odzierane z wierzchnich warstw swego jestestwa, a jeszcze dalej, tej miłej aptekarki jak ze świecącycmi oczami oprawia jakiegoś kundelka i trzyma w ręku jego jasnobrązową psią skórę)

Farmaceutka (nadal miła, nadal młoda, nadal się uśmiecha, widząc, że się zawiesiłam): to jak, dodać tę psią skórę?

Ja, tzn. mnie: (przebiegają przez głowę myśli typu – no tak trzeba być zawsze czujnym, nigdy nie wiadomo, gdzie się natrafi na to, czym się różnimy, ciekawe, czym ma w domu pieska, młoda, pewnie pudelka albo chihuahua i jeszcze – nigdy tutaj nie będę się czuć jak w domu, zawsze coś wylezie i jeszcze – czemu moje wychowanie sprawiło, że obłudnie nie wezmę nic z psa, a kuraka to owszem zjem…)

Farmaceutka: to jak?

Ja: (zbieram się w sobie, spinam, z pompą i zadęciem): obawiam się, że nie mogę go kupić, widzi Pani, ja bardzo kocham psy, nigdy bym czegoś takiego…przepraszam, ale nie mogę, nie wezmę, tak kocham psy, no…

Farmaceutka (patrzy nierozumiejącym wzrokiem): Hę?……

Ja: (nierozumiejąc, czego ona nie rozumie): Hę?…. mówię, że ja nic z psa nie wezmę, bo bardzo lubię psy i….

Farmaceutka (oczy na wierzchu): Jakie psy? Przeciez tu nie ma nic z żadnego psa, to tylko taka nazwa, prosze popatrzec na skład, same ziółka…(pokazuje)

Ja (odkrywam, że same ziółka): bo w plastrze “mrówki” była esencja z mrówek, nawet po mrówczemu pachniało, więc myślałam, że i ten plaster, z psa, psiej…

Farmaceutka: nie, nie, psa i psiej nie ma tam…

Ja: Przepraszam, poproszę dwa, przepraszam (za ten moment, gdy w myślach zapaliłam jej ogniki w oczach na widok kundelka)

Farmaceutka: (pewnie myśli, że ja myślę, że ona jest takim Chińczykiem, co to z psów łupi skórę, takim klasycznym Chińczykiem z wyobrażeń laowajów, czyli pewnie i moich)

Kurtyna, wyjście z apteki z plastrem z prawdziwych mrówek (biednych) i plastrem “psia skóra”

06

05 2011

O seksie i naukowosci

Przez ostatnie tygodnie jedynie kupowałam co ciekawiej wyglądające gazety i składałam je na stosik. Od wczoraj powoli przeglądam. Na wierzchu stertki tygodnik Kan tianxia – “patrzeć na to, co pod niebem” – czyli na swiat. O wprowadzaniu reform na Kubie (tygodnik wypisuje szczególowo, ku pokrzepieniu zmordowanych inflacją chińskich serc, z czego składa się kubańska racja żywnosciowa na osobomiesiąc), o “moim ojcem jest Li Gang” (jak zaznacza tygodnik, z “pewnych przyczyn” nie ogłaszano tego swiatu wczesniej, ale Li Gang i rodzice zabitej dziewczyny zawarli ugodę). I o edukacji seksualnej w szkołach.

Artykuł w sumie nic szczególnego (a tytuł posta dałam, rzecz jasna, w celu zwiększenia czytelnictwa bloga :-D ). Nasuwa natomiast jedno ważne pytanie. Ale po kolei. Chiny, jak i Polska borykają się z problemem edukacji seksualnej w szkołach, niby trzeba, ale nie wiadomo, jak się zabrać. Tygodnik przedstawia pewną pekińską podstawówkę i szkołę srednią, w których – w ramach eksperymentu, zdecydowano się wdrożyć lekcje wychowania seksualnego. Patronem i inicjatorem programu jest seksuolog Fang Gang, postać wielce tu kontrowersyjna. Parę lat temu swoje badania do pracy doktorskiej prowadził w klubie nocnym, co oburzyło wówczas media i czytającą artykuły w rodzaju “doktor z Uniwersytetu Ludowego szpiegując w shenzheńskim nocnym klubie pisze rozprawę” publikę. Gdy parę lat później pisał o związkach homoseksualnych, społeczeństwo “oskarżyło go” o bycie homoseksualistą. Teraz gorszy dzieci w szkole. Artykuł opisuje, jak grupa nauczycieli kierowana przez dr Fanga uczy, jak otwarcie mówi rodzicom i nauczycielom, że negacja, potępianie, ucinanie rozmów, nauczanie o “strzeżeniu ciała niczym jadeitu” i nakłanianie młodzieży do złożenia przysięgi dochowania czystosci do nocy poslubnej (a i takie pomysly na edukację seksualną pojawiały się w innych szkołach) nie mają już racji bytu. Nie mają np. wobec faktu, że 8% dziewcząt w wieku 15-19 lat przyznało się do przejscia inicjacji seksualnej, a 21.3% (!!) z tych 8% ma za sobą doswiadczenie zajscia w ciążę (zas 4.9 % zachodziło w ciążę już kilkakrotnie), a pekińskie prywatne szpitale (tylko w prywatnych placówkach ciążę może usunąć osoba niezamężna) po wakacjach zanotowały 50% wzrost liczby nieletnich chcących dokonać aborcji. Bo, chociaż młodzież oburza się, gdy zaproponować im edukację seksualną (“czy chcecie zasugerować, że jestesmy niemoralni?” – trudno w sumie, by inaczej reagowali w szkole, która szpieguje uczniów, by o tym, że np. tworzą związki, donosić do rodziców) i choć wydawnictwa pornograficzne czy strony o takich tresciach są nielegalne (strony są blokowane, rozpowszechnianie pornografii karalne), to jednak młodzież i tak zdobywa w drugim obiegu tego typu wydawnictwa czy płyty i z nich czerpie wiedzę. Albo poszukuje tzw. wiedzy podwórkowej.

Rodzice uczniów poddanych “eksperymentowi”, to w większosci osoby urodzone w latach 60-tych i 70-tych. Ich dzieciństwo i młodosc upłynęły w atmosferze negacji, całkowitego usunięcia sfery płciowosci z oficjalnego dyskursu (zstąpiła oczywiscie do podziemia, a może raczej “podławcza”, pod pulpitami ławek z wypiekami na twarzach przeglądano odpisywaną nieskończoną ilosć razy w szarych zeszycikach anonimową “powiesc erotyczną” pt.: “Serce dziewczyny”, za jej posiadanie były surowe kary, organa wychowawcze uważały, że kto przeczyta, ten własciwie niejako od razu skazany jest na popełnianie przestępstw na tle seksualnym). Milosć, uczucie, seks, były klasowo podejrzane, piesni miłosne spiewane do Mao zhuxi a nie do pięknych dziewcząt, czy przystojnych chłopaków, a związki niesformalizowane najscislej ukrywane. Odkryte, karane i piętnowane. Przez wszystkich. Od najmłodszych, rzucających w osoby z takiej relacji czymkolwiek, co pod ręką i wrzeszczących w kierunku takich “dzikich gołębi” “klasowe” hasła, poprzez rodziców robiących wszystko, żeby taki, mogący zagrozić całej rodzinie związek, przerwać, aż po organizacje i aktywy, które zmuszały do samokrytyki i urządzały takim osobom “wiece krytyki i walki”. Z obrzucaniem starymi butami (po xie – stary, znoszony but to okreslenie kobiety utrzymującej pozamałżeńskie relacje erotyczne) włacznie.

Dzis, patrząc na te czasy, starsi czują nostalgię, młodsi tęsknotę za romantyczną miłoscią, która pokonuje wszystkie przeszkody, a artysci natchnienie. Skończony cynik, nieodżałowany Wang Xiaobo, nieco nostalgiczną historią (ale jak opisaną! Dosc powiedzieć, że musiał ją wydać na Tajwanie, tu nie szło) takiego “nielegalnego” związku otwiera swoją zjadliwą “Złotą erę”. A ostatni film Zhang Yimou, “Shanzha shu zhi lian” (cos mniej więcej jak “Milosc drzewa głogu”) opowiadający historię ukrywanego młodzieńczego związku z tamtych lat zarobił z powodzeniem pieniądze 20-latków jak i ich rodziców. Główna bohaterka w wieku lat 17-tu w pamiętniczku, broniąc się przed uczuciem, zapisuje: “niegdy nie ulegać drobnomieszczańskim, kapitalistycznym pokusom!” Czyli miłosci i pociągowi fizycznemu własnie. I zamartwia się, czy mogła zajsc w ciążę poprzez przytulenie jej przez chłopaka. Dziedzictwem na dzis jest nie tylko nostalgia, ale i ten cały pokoleniowy brak wiedzy, wstyd, poczucie, że erotycznosc to cos złego, co może zniszczyć przyszlosć. Zjawiska te przełożyły się oczywiscie na relację tej generacji z własnymi dziećmi – sfera seksualnosci traktowana jest do dzis jako zupełne tabu a rodzice mają tylko cichą nadzieję, że pomijana w rozmowach, przynajmniej do czasu studiów, erotyka nie będzie dla dzieci istnieć. Powszechny jest strach, że raz przez młodą osobę odkryta, przesłoni jej cel, jakim jest dostanie się na studia i nauka. I co? Jesli wierzyć “Kan tianxia”, to własnie rodzice przeżywający swoje młode lata w takich czasach w przytłaczającej większosci (90%) zgodzili się, aby, ich uczeszczające do objętej eksperymentem szkoły dzieci chodziły na lekcje “edukacji seksualnej i genderowej” opracowane przez dr Fanga. Czemu?

Bohaterowie “Miłosci drzewa głogu” – nawet koszula założona na głowę w celu utrudnienia identyfikacji nie pomogła – w chwilę po jeździe para została złapana przez matkę dziewczyny, po czym wymuszono zerwanie

Jesli dalej wierzyć tygodnikowi, dr Fang i jego wspólpracownicy zdołali przekonać rodziców do tych nauk, chociaż metody i poglądy stosowane w raczkującej chińskiej edukacji seksualnej mogą uchodzić za kontrowersyjne w konserwatywnym obyczajowo społeczeństwie. Dr Fang postulował m in., aby w szkolnym gabinecie lekarskim znalazły się i prezerwatywy. Film, który dano do obejrzenia nastolatkom pokazywał nagie ciała, zas sam Fang przekonywał dzieci, że orientacja homoseksualna jest czyms całkowicie zwyczajnym i naturalnym. Niektóre z podejsc chińskiej seksuologii mogą wydać się kontrowersyjne w mniej konserwatywnych kręgach. Jedna z nielicznych na chińskim rynku książeczek dla młodszych uczniów dotycząca płciowosci definiuje dziewczynki jako nie mające xiao jiji i ukazuje chłopca, w którego oczach czyni je to w jakis sposób wybrakowanymi (o, Freudzie!). Wydawnictwo to ponadto chłopców prezentuje jako lubiących rywalizację i grę w piłkę brudaski, a dziewczynki jako preferujące zabawy w dom, lubiące warkoczyki i płacze przy byle okazji czyscioszki. Jesli dalej wierzyć tygodnikowi (można jednak przypuszczać, że ten celowo do pewnego stopnia pominął aspekt protestów rodziców, żeby nie dodawać kontrowersji, nie podkreslać tak tu nielubianego konfliktu), jedyne obawy rodziców dotyczyły wieku, w którym ich pociechy otrzymają edukację seksualną (dr Fang twierdzi, że im wczesniej, tym lepiej). Tak czy inaczej, edukacja seksualna w tej szkole jest. Jak więc to zrobili?
Cóż, dr Fang naprzmiennie szafował hasłami o naukowosci takich lekcji i cytatami z …. Zhou Enlaia.

“czemu ja lubię szmaciane lalki, a on strzelanie z karabinu?” “czemu ja mam krótkie włosy a ona dwa warkoczyki?” Czy to dziecko, czy dorosły, nie jestesmy tacy sami. Zobaczmy więc w czym się różnimy…

“mają krótkie włosy, mają dużo siły i czasami są troche brudni…”

“chłopcy siusiają na stojąco, a dziewczynki na siedząco? Czemu tak się dzieje?…”

Cytaty z Zhou Enlaia (oczywiscie to nie te powyższe, powyższe ze wspomnianych ksiązeczek są) i ich rolę w przekonywaniu kogokolwiek do czegokolwiek zostawmy może na inna okazje. A naukowosc? W oczach kogos, dla którego wiara w “naukowosć” już dawno została zdemaskowana jako jeszcze jeden mit nowoczesnosci, jako iluzja stałosci i oparcia, tam, gdzie ich w rzeczywistosci nie ma, ta chińska wiara w naukę, naukowosć wlasnie, wiara, że sama nauka może stać się swiatopoglądem (naukowym!), że możliwa jest wiedza obiektywna, takze ta humanistyczna, dotycząca ludzkiego życia i ludzkich wyborów i że przyczyniac się moze ona do szczęscia (jak mówi dr Fang, celem jego edukacji jest zdrowie i szczęscie dzieci), musi zadziwiac.

Pamiętam, jak w zeszłym roku na jednych z zajęć na moim szanghajskim uniwersytecie wywiązała się dyskusja o tym, czym jest naukowosc. Nauczyciel i studiujący przescigali się w mówieniu czym ona jest – rugowaniem mixin - przesądu (tutaj “przesąd” jest drugim biegunem naukowosci), postępem, rozwojem, wprowadzaniem nowoczesnosci etc. W końcu nauczyciel wpadł na pomysł, żeby zapytać jedynego laowaja na sali. Gdy zaczęłam mówić, że o naukowosci czegos przesądza zastosowana metoda, a nie wynik, że kluczem jest falsyfikowalnosc i możliwosc kontrolowania warunków eksperymentu, na sali zapanowało zdumienie, zas nauczający podsumował: “patrzcie, jak inaczej, jak osobliwie myslą ludzie Zachodu”.

W naszych oczach ta chińska wiara, ze nauka i “naukowosc” naprawi społeczeństwo, przyczyni się do jego szczęscia, że to, co uznane za “naukowe” nalezy po prostu przyjąć, bo takie są “prawa postępu”, to wysokie zaufanie do szkoły jako pasa transmisyjnego “postępu” i “naukowosci” moze jawić sie jako niezły mixin. Pewnie tak samo jak tutaj jawiłyby się nasze różne widniejące na sztandarach “wartosci”, kłótnie o podręczniki, o “wychowania do życia w rodzinie” vs “wychowania seksualne”, walki o szkolne krzyże etc. No więc pewnie to wszystko jawiłoby się jako straszny mixin. Pod warunkiem, że w ogóle udałoby się wytłumaczyć Chińczykom, o co w tym wszystkim mniej więcej chodzi.

Na zakończenie kilka fantastycznych odpowiedzi chińskich rodziców na pytanie: “mamo, tato, skąd się wziąłem”, jakie usłyszeli w przeszłosci obecni czytelnicy Kan tiaxia, a którymi podzielili się w sondzie (dzięki nim ma się wrażenie, że lekcje wspólpracowników dr Fanga w sumie to przydałyby się nie tylko dzieciakom). No więc: “mamo, tato, skąd się wziąłem?”

“Wyciągnęlismy cie ze smietnika…”

“Znaleźli mnie za górą. Gdy uciekali ze mną, gonił ich wilk, tata z tyłu go bił, a mam uciekała przodem ze mną na rekach…”

“Pani w warzywniaku nie dawała rady dłużej mnie utrzymywać, więc mam wróciła z zakupów i z warzywami i ze mną…”

“Ukradli mnie innym ludziom. A jak to mówili, to jeszcze pokazywali mi zdjęcie, jak mama trzymając mnie gdzies biegnie, mówiac, że to robione w momencie, gdy mnie kradła…”

“Kupili mnie w sklepie…”

“Zabrali od złomiarza, bo zawsze jak szli do wujka, mijali tego złomiarza, mama mówi, że ten złomiarz i jego żona to moi prawdziwi rodzice”

“Mówi, że wymieniła mnie za porcje kiszonych warzyw…”

“Z ZOO, zabrali mnie z pobliża klatki z niedzwiedziami”

“Mikołaj wrzucił mnie przez komin…”

19

01 2011

Bracia

Czasem zdarza mi sie dac tutaj na blogu omowienie jakiegos ciekawego artykulu z chinskiej prasy (no dobra, dzis dodam od siebie zdjecia wlasnej roboty). Nie to, ze mam poczucie misji, tylko zdaje sobie sprawe, ze w naszym kraju raczej nie mozna za czesto liczyc na cos takiego (no bo przeciez, jak wiadomo “co moze niby byc ciekawego w takiej rezimowej prasie?”), a patrzac na Czytelnikow i komentujacych mojego bloga, mam dosc jasne wrazenie, ze odczuwaja brak takich informacji. Dzis – no tak, oczywiscie, wczorajszy Nanfang Zhoumo, czyli “Weekend Poludnia”. Artykul pod tytulem “释比兄弟”, czyli “Bracia shibi“.

Shibi? Czyli kto? Shibi to w jezyku narodu Qiang ktos, kto “rozumie sprawy duchow, swietosci, rozumie sprawy ludzi, odprawia czary, leczy choroby, czci gory, sprawuje kult”. Yang Guisheng (lat 65) jest shibi. Jego starszy brat Yang Shuisheng tez jest shibi. Jako nastolatkowie dostali przekaz od duchow we snie, odziedziczyli od starszych w klanie swiete przedmioty potrzebne do odprawiania obrzedow, leczenia – poczerniala ze starosci czaszke malpy i beben ze skory kozy. Tylko, ze swiete akcesoria mlodszego z braci, Yang Guishenga, plesnieja dzis na strychu nowego domu ze zbrojonego betonu. Akcesoria starszego z braci tez nie sa juz nikomu potrzebne. Ma 71 lat. Zostal w wiosce (a raczej w tym, co z niej zostalo) sam i czeka, zeby “polaczyc sie z przodkami”.

Wioske zmiotlo z powierzchni ziemi wielkie trzesienie z 12.05.2008, znane u nas pod nazwa trzesienia w Syczuanie albo trzesienia w Wenchuan. Prawie rowno 4 miesiace temu pojechalam do Wenchuan. Dotarlam tam nowiutka droga zbudowana posrod krajobrazu ksiezycowego – gory zostaly wynicowane przez trzesienie na druga strone. Do wioski braci Yang (a raczej miejsca gdzie byla) nie dojechalabym, nawet jakbym bardzo chciala. Nawet przed trzesieniem byla to jedyna wioska w prefekturze, do ktorej nie bylo normalnej utwardzonej drogi. Z “cywilizowania” (najblizszego miasteczka) dalo sie dojechac tylko koniem (oczywiscie wierzchem, nie wozem, lud Qiang jest drobny, czesto bylo tak, ze jechalo ich kilku na jednym). Nic dziwnego, ze wioska byla najbiedniejsza w regionie.

Najwiekszym szacunkiem cieszyli sie oczywiscie bracia Yang. To oni leczyli, sprawowali kult przodkow, kult przyrody, przekazywali wiedze o historii ludu. Tradycyjna religia Qiangow oparta jest na animizmie – jak zauwaza autor artykulu “nawet taboret ma swoja taboretowa dusze”. W czterech katach domow zbudowanych z lupka kamiennego ludzie Qiang rozmieszczaja cztery kamienie. Zeby okazac naturze wdziecznosc za podpowiedzienie ich praprzodkowi, ze ma pokonac wrogow za pomoca draga z kamieniem przytroczonym do jednego z koncow. Czyli – tlumaczac na jezyk antropologii – za pokazanie im jak wytwarzac narzedzia, czyli tworzyc kulture.

No wiec natura sprzatnela wioske z powierzchni ziemi. Dotarli ratownicy i zarzadzili ewakuacje tych, ktorzy przezyli. Niedlugo po tym, sto pare kilomentrow dalej (daleko od ducha kuchennego taboretu, daleko od czczonej gory, daleko od duchow przodkow) zbudowano dla nich osiedle w miasteczku w duzej czesci zamieszkalej przez Chinczykow Han – domy z pieterkiem, ze zbrojonego betonu, nie rozpadna sie w sekunde grzebiac ludzi w srodku, tak jak to stalo sie w przypadku domow z lupka.  Qiangowie z wioski musieli zaczac uczyc sie poslugiwac pieniedzmi. Jak mozna sie domyslec, nie zawsze dobrze to wychodzilo. To co bylo cenne, nagle stracilo wartosc. To, co powinno byc za darmo (np. przejazd w jakies miejsce) nagle zaczelo miec bardzo konkretna wartosc.

W zyciu Yang Guishenga, mlodszego brata, byl jeden szzcegolnie wazny moment. Na dwa lata przed trzesieniem dostal certyfikat, ze faktycznie dziedziczy przekaz shibi, ze jest shibi. Jego certyfikat dumnie wisi na betonowo-zbrojonej scianie domu. Czasem zagladaja sasiedzi Hanowie i pytaja: “dziadku Yang, a co to jest shibi? A co to jest dziedziczenie przekazu?” Mowi im, ze shibi to taki czarownik, choc slowo “czarownik” nie oddaje nawet ulamka znaczenia i roli jaka gra shibi.

W niepismiennej kulturze Qiang to shibi recytujac, potwarzajac opowiesc o mitycznych poczatkach, spiewajac historie ludu i jego zwiazkach z przodkami, dba o utrzymanie w nim nalezytej orientacji. Czesc Hanow smieje sie z niepismiennego, ledwie dukajacego po chinsku specjalisty od “przesadow” (czyli przeciwienstwa tak tutaj kochanego “swiatopogladu naukowego”). A wladze prefektury, widzac usychanie przesiedlonych Qiangow, siedzacych w betonowych domach i gapiacych sie w telewizory (ktore kazda rodzina dostala w prezencie na dobry poczatek) i – jednoczesnie – upatrujac w nich srodek do mozliwego podniesienia prefekturalnego GDP, znalazly sposob. Yang Guisheng, mlodszy brat, ma dla publicznosci odprawiac “obrzedy” – tanczyc, bic w beben, recytowac swiete poczatki ludu Qiang. Za stowke od kazdego turysty. Takie “centrum kultury ludu Qiang” to magnes dla turystow.

W tym momencie Nanfang Zhoumo wsadza swoja nanfangowa szpile, za ktora tak go lubie. Plynnie przechodzi od dzisiejszych wystepow do wystepow z przeszlosci, czyli do doswiadczen braci z czasow Rewolucji Kulturalnej. Naturalnie, zostali oni wtedy uznani za 牛鬼蛇神  – “krowie upiory i wezowe duchy” (co ciekawe, samo okreslenie pochodzi z buddyzmu), sily niosace szkode. Mlodziutkiemu wowczas Yang Guishengowi zawieszono na glowie 7 kilogramowa glowe boddishatwy i oprowadzano po ulicach. Wiele swietych przedmiotow nalezacych do klanu zostalo zniszczonych. Przetrwala czaszka malpy, ktora obecnie plesnieje na strychu dawnego “wezowego ducha”.

Po trzesieniu drugi z braci tez zostal przesiedlony. A po roku wrocil na miejsce apokalipsy. Tlumaczyl, ze chce umrzec razem z przodkami. Jego dorosle dzieci zostaly w nowym osiedlu. Wnuczki mowia plynnie po chinsku. Powrot to bylo jak zamieszkac na golej gorze, jakby nigdy nie bylo cywilizacji. Do miejsca gdzie kiedys byla wioska, oczywiscie nie dochodzi juz linia elektryczna, jest problem z woda. Nie ma juz zwierzat (Qiang to lud pasterski). Zostala kamienna wiezyczka ku czci przodkow, starszy brat Yang osiedlil sie na przeciwko niej. Gdy zapada gorski zmrok idzie spac. Rano wyrusza na poszukiwanie leczniczyh ziol i korzeni w gorach.

Trzesienie spowodowalo w Chinach fale zainteresowania mniejszoscia Qiang. Jeden z pionierow badan tej mniejszosci znal starszego brata Yang wczesniej, czesto u niego bywal, zawsze na zasadzie czystej goscinnosci. Teraz starszy brat odwiedzajacym go naukowcom sugeruje zaplate za nocleg.

A mlodszy rzuca dziennikarzowi Nanfanga na odchodne: “mozecie od siebie zorganizowac jakas wycieczke? Stowa od glowy za pokaz i bedzie ok!”

Dwoch braci, dwie decyzje, jedna prefektura i – z niczyjej winy – brak dobrego rozwiazania. Folkloryzacja to rzecz jasna nie tylko domena Chin kontynentalnych. Nigdy nie zapomne wizyty w “wiosce aborygenskiej” na Tajwanie, gdzie facet przedstawiony nam jako “krol plemienia” byl w “wiosce” czyli parku tematycznym kierowca meleksa wozacego turystow. Naprawde nie wiadomo, co w takiej sytuacji powiedziec. Tak czy inaczej nie zdziwie sie, jesli w niedalekiej przyszlosci bedzie tak, ze zarowno ludowe ubrania tajwanskich Atayal jak i blekitno-granatowe stroje Qiangow szyte beda w tej samej fabryce gdzies w Jiangsu. Choc moze juz nie w Jiangsu, bo tutaj, na wybrzezu coraz mniej ludzi godzi sie na prace w fabrykach, rosna koszty. Fabryki trzeba przeniesc gdzies wglab Chin.

Zdjecia. Jakos dlugo nie moglam sie zdobyc, zeby pokazac zdjecia tych przenicowanych gor. To gory w dolinie rzeki Min, w drodze do Wenchuan (z autobusu, wiec kiepskiej jakosci). Szczyty maja ok 3 do 4 tysiecy metrow.

Po tej stronie doliny byla droga, w momencie, gdy nastapilo trzesienie, budowano tez autostrade:

DSC07373Nie wiem, jaka wysokosc moze miec to rumowsko:

DSC07386DSC07414Powyzej – teraz resztki mostu wystaja prosto z gory. Obok ruiny szkoly. Zdjecie ponizej – trzeba powiekszyc, zeby zobaczyc resztki trakcji elektrycznej powyzej rumowiska:

DSC07420DSC07427Powyzej: resztki mostu przez rzeke Min pozostawione jako pamiatka. Ponizej: tam byla droga i wioski:

DSC07443DSC07512Powyzej – Tybetanczycy i Qiang tworza razem prawie polowe mieszkancow prefektury. Jezyk Qiang jest jezykiem mowionym. Skrypt tybetanski mozna spotkac czesto, tak, jak na tej tablicy powyzej.

Ponizej: sklep ze strojami Qiang w Wenchuan:

DSC07526Ulica w Wenchuan. Kobiety Qiang przygladaja sie pracy ulicznego 拔牙 – wyrywacza zebow. Naturalnie na stoliku, jako reklama, leza juz wyrwane zeby:

DSC07470Kobieta z ludu Qiang:

DSC07549

02

07 2010

Homo viator sinensis i atak bzdury

Po przejechaniu 320 kilometrow w sumie w 12 godzin, po zatrzymaniu sie na 2 dni w miasteczku przy pograniczu wietnamsko-laotansko-chinskim (trojjezyczne napisy na sklepach, jak sie dowiedzialam bynajmniej nie dlatego, ze te trzy narody razem tam zyja, tylko dlatego ze latem narody pozostale przyjedzaja na gigantyczny festiwal, przy okazji zaopatrzajac sie w chinskie dobra), po kilkakrotnym zatrzymywaniu autobusow, ktorymi jechalam przez kilka patroli policyjnych przycupnietych za kurniczkiem przy stoliczku (Birma, Birma! prochy!):

DSC03982

… po przejechaniu nastepnych 180 kilometrow w 8 godzin (calkowicie zerwana nawierzchnia gorskiej drogi, koparki ryja gory zeby poszerzyc droge, nieraz trzeba bylo czekac godzine, zeby zepchnely ziemie do wawozu, to ponizej to nie pustynia Gobi, tylko yunnanska droga):

DSC04113

… jednym slowem po ciezkej podrozy dotalam do regionu zwanego Xishuangbanna. Ta nazwa dlatego brzmi srednio chinsko, ze jest kalka fonetyczna z jezyka dajskiego (czyli jezyka 傣族 daizu, czyli ludu Dai) zamieszkujacego region. Pierwsze miejsce z regionu, do jakiego dotarlam to miasteczko, ktore choc ma tylko 3 ulice, to jednak ma tez najwiekszy w Chinach ogrod botaniczny roslin tropikalnych. Przechodzi sie mostem podwieszanym doplyw Mekongu (na zdjeciu ow doplyw)

DSC04252zeby znalezc sie w olbrzymim, wypielegnowanym ogrodzie, gdzie rosna cuda jak z innego swiata. Poszlam z samego rana, gdy jeszcze mgla sie nie podniosla. Wyjawszy to,  ze z zza krzaka (przeegzotycznego) leciala skrycie Sonata Ksiezycowa, to bylam zachwycona ogromem dziela, pajeczynami wielkosci, ksztaltu i gestosci siatki na zakupy, mnogoscia kwiatow, owocow no i calym natlokiem przyrody. No bo np. taki listek ponizej,  dla lepszego oddania skali, na listku polozony jest paszport Rzeczpospolitej Polskiej:

DSC04325

No wiec bylo milo, dopoki nie pojawil sie gatunek niezwykly, acz coraz szczerzej rozpowszechniony – chinski turysta (homo viator sinensis ):

DSC04360

DSC04339

 Chinski turysta wystepuje gromadnie, przemieszcza sie w stadach od kilku do kilkunastu osobnikow. Gatunek ten wybiera czesto srodek transportu jakim jest bialy meleks-autobusik. Dzwiek jaki towarzyszy pojawieniu sie stada tego gatunku to glos znieksztalcony tubo-megafonem. Chinski turysta ma tez przy sobie szczegolna bron, przy pomocy ktorej poluje na ladne obrazki – aparat fotograficzny wielkosci wiadra. Gdy osobnik alfa wyda ryk bojowy, np. “aaa, motylek na kwiatkuuu!!”, stado galopem udaje sie w kierunku  wskazanym przez przewodnika stada, z broni zas padaja szybkie strzaly migawki (motylek ucieka w panice, zostaje sam kwiatek).

Chinski turysta nie zamieszkuje zwyklych hotelikow – te sa dobre dla robotnikow. Chinski turysta w rzeczonym miasteczku juz niebawem zamieszka w ociekajacym zlotem, pseudotajskim hotelu nad brzegiem rzeki (na wykonczeniu). Tam bedzie mogl wybierac do woli w zachodach i wschodach slonca nad rzeka – robic zdjecia zachodu slonca swietlistego, ale z cieniami, wschodu troche z mgla, ale nie bardzo, miec kontrole nad chmurami, zeby mialy ksztalt ten, co ladnie wychodzi na zdjeciach etc. 

Pojawienie sie stad gatunku homo viator sinensis u innych gatunkow powoduje natychmiastowa chec ucieczki z zawladnietego przez chinskiego turyste ekosystemu. Nie inaczej tez bylo ze mna. Wymknelam sie z ogrodu i jelam zastanawiac sie, gdzie by tu konstruktywnie uciec. Ze (zdradziecka, jak sie pozniej okazalo) pomoca przyszly mi przewodniki – Lonely Planet i przewodnik chinski. Oba jednoznacznie wskazaly na miejsce o niewinnej nazwie “Dolina Lasu Deszczowego” – jako “niewielki ale doskonale zachowany fragment - cos takiego, niespodzianka- lasu deszczowego”. Niewielki, ale doskonale zachowany fragment lasu deszczowego okazal sie wyjatkowo dobrze zachowanym kawalkiem bzdury tak strasznej, kitu tak zenujacego,  ze problemem nie bylo juz nawet, jak to zwykle przy ataku ze strony bzdury bywa, smiac sie czy plakac, ale jak (i dokad??) uciec.

Ze cos  durnego sie swieci, dotarlo do mnie juz na wstepie (niestety juz po zaplaceniu za bilet jak Cygan za matke albo za kogo tam). Dajska przewodniczka (akcent arcyciekawy, tyle ze trudny do zrozumienia, slychac, ze jezyk dajski jest nie tylko jezykiem tonalnym, ale ma tych tonow mnostwo, a najpewniej jeszcze – podobnie jak tajski – i rejestry, co owocuje swoistym “plumkaniem” gdy taki native speaker gada po mandarynsku) wyjawia mi z tajemnicza mina, ze w Dolinie Lasu Deszczowego zyje plemie, ktore nie mowi po mandarynsku (no, takich plemion to ja moge wskazac na peczki nawet bez biletu za 120 kuajow) i trzeba je, znaczy to plemie, pozdrawiac wnoszac do gory  piesc i krzyczac “hu-ha”. Kazala mi przecwiczyc na trzy-cztery. Potem moja blada geba zostaje pomalowana jakims mazidlem, a potem to juz bzdura jela przyrastac w tempie geometrycznym. Nad naszymi glowami przelatuja na lianach ucharakteryzowani na dzikich mlodziency (wiadomo najlepiej wychodzi sie “na dziko” po rozczochraniu i usmarowaniu policzkow sadza). Za jedyne 10 kuajow zostaje zmuszona do zalozenia wianka i chodzenia za raczke z “plemieniem” zawodzacym smetna piesn (pewnie spiewaja “dalej razem, wszyscy spolem, chodzimy z turysta-matolem”, albo cos w tym stylu), wszedzie leza pomalowane czerwonym sprayem krowie czaszki, bo “krowa to ich totem” (i tak sie wala??). Kiedy zostaje usadzona w lesnym amfiteatrze w celu ogladania “tancow plemiennych”, obok mnie siada, w celu przysporzenia mi egzotycznych doznan, rozczochrany mlodzieniec w barwach wojennych (pewnie po pracy zaraz zmyje, no bo jak tak pojdzie do kafejki internetowej?) i klaszcze – dla wiekszej dzikosci i egzotyki – stopami (szkoda, ze nie uszami za to bym jeszcze doplacila chetnie z 50 kuajow) . Siedze chwile, po czym zwyczajnie nie wytrzymuje, wymawiam sie, ze droga daleka, a przed zmrokiem musze do miasteczka wrocic i zwiewam…Katem oka widze jeszcze tylko, ze za mna siedza, czekajac na wystepy, osoby o minach miejskich wyksztalciuchow, na miejskich glowach maja wianki, w rekach te swoje aparaty wielkosci miski i gladko lykaja te bzdury, ktore serwuja im “dzicy” swa dzikoscia i przewodniczki swa mowa. Coz, gdzie w gre wchodzi mozliwosc poplawienia sie w dumie z wlasnego “cywilizowania”, “postepu”, sposobnosc obejrzenia wlasnej cywilizowanej postaci w oczach i na tle “dzikiego”, tam chwilowo zostaje zawieszony chinski uniwersalizm roznych “rozwojow”, “cywilizowan”,  “harmonii spolecznych”, “naukowych podstaw”. Zapomina sie, ze tymi wszystkmi dobrodziejstwami powinien zostac objety takze i ten usmarowany sadza, klaszczacy stopami blizni. Ja nie wytrzymuje i pytam wracajac (uciekajac?) do wyjscia, co wsrod “dzikich” z obowiazkiem szkolnym. Przewodniczka na to gladko: “Rzad chcial ich edukowac, ale oni sie nie zgadzaja na edukacje”. No wiec przestaje zadawac glupie pytania i zwiewam ostatecznie.

Dodam tylko tyle, ze po tych upokorzajacych zdarzeniach i ogolnym przygnebieniu spowodowanym wpadnieciem ze swiata tarasowych pol do swiata piramidalnej bzdury, oraz po kolejnych paru godzinach jazdy, udalo mi sie wreszcie wyrwac w miejsce piekne i sympatyczne. Jestem pare kilometrow od birmanskiej granicy. Jezdze wyjatkowo antycznym rowerem po dajskich wsiach – dookola drzewa kauczukowe, we wsiach drewnane domy na palach, hinajanistyczne swiatynie, stupy z odpadajaca pozlotka, przy nich zlozone jak trzeba ofiary, nastoletni mnisi w pomaranczowych szatach i adidasach robia sobie proce… Gatunek chinski turysta jakos tu nie wystepuje. Za malo cywilizowanie zeby zaszpanowac byciem tutaj, za bardzo cywilizowanie, zeby kontynuowac rozkosze przegladania sie w oczach dzikiego. Dla mnie w sam raz – ale o tym nastepnym razem. Dzis po wczorajszej calodziennej jezdzie moim “dziadkowym” rowerem z trudem moge przybrac pozycje siedzaca.

07

02 2010

Powitaj Expo – bądź przodownikiem dobrych manier

文明 wenming (cywilizacja w znaczeniu “ucywilizowanie”) to jedno z tutejszych słów-kluczy. Cała przestrzeń publiczna jest dosłownie bombardowana pouczeniami, zaleceniami, hasłami i „przyjacielskimi radami”: „Przechodź tylko na pasach, ustępuj miejsca potrzebującym”(autobus), „Mów w putonghua”(czyli w tym, co u nas potocznie nazywa się chińskim, wszelkie instytucje publiczne), „Nie pchaj się w autobusie”(moja klatka schodowa), „Nie daj szansy złodziejowi, pilnuj swoich rzeczy”(w knajpach, złodziej na rysunku czemuś bardzo przypomina przedstawicieli pewnej dużej i ostatnio szczególnie kłopotliwej mniejszości), „Nauczycielu, ścieraj tablicę po zajęciach”(uczelnia), „Spuszczaj wodę”(wiadomo). Kolejne wielkie wydarzenia – olimpiada, a teraz Expo, są okazją, aby rzecz nieco pokrzewić. Wysiłek musi być po coś, mieć jakiś cel, plan, to musi być mobilizacja. Tutejsze wysiłki w celu osiągnięcia relatywnego wenming mają rzecz jasna na celu odpowiednie powitanie Expo. Na zdjęciu wjazd do parkingu. Napis: “Cywilizowane parkowanie. Witamy Expo. Uprzejma obsługa” (zdjęcie trochę niewyraźne, ale chyba nie szkodzi, bo to nie artystyczne): parking

Jak patrzę na obojętność, z którą te wszelkie hasła i rady są traktowane, to raczej skłaniam się do wniosku, że to jest średnio skuteczna metoda. Chyba o wiele pożyteczniejszą było coś (przedziwnego), co widziałam (jak dotąd jedyny raz) na jednej z głównych szanghajskich ulic w ubiegłym roku, na krótko przed olimpiadą. Policjant, na oczach tłumu stojącego mniej lub bardziej posłusznie na światłach, ukarał mandatem osobę przechodzącą na czerwonym. Chłopak był tak zdziwiony, że w ogólnie nie wiedział o chodzi. 杀鸡骇猴 shaji haihou – zabić kurczaka, żeby przestraszyć małpy. Choć te wszystkie hasła i rady wyglądają na rzucanie grochem o ścianę, to jednak znajomi, którzy mają porównanie, jeśli chodzi o Pekin sprzed i po Olimpiadzie, mówią, że się poprawiło, że to cała abiorowa akcja wenming jednak czegoś ludzi nauczyła, może pokazała, że można trochę inaczej.

Tu w pouczaniu prym wiedzie Haibao – niebieskie, radośnie uśmiechnięte …no właśnie. Chyba najlepszą kategorią, jaką można je opisać to “coś tam, coś tam…”. Na poniższym zdjęciu Haibao daje “przyjacielskie rady” odnośnie do zachowań w środkach transportu (przepuszczanie starszych, ustępowanie miejsca, ogólnie warto powiększyć zdjęcie, żeby zobaczyć tę utopię). Witamy Expo, ale i w domyśle zagranicznych gości i media, które się zjadą. Własne cywilizowanie trzeba zobaczyć odbite w oku Innego. Hasło: “Szahajskie Expo – Chiny patrzą na świat, świat patrzy na Chiny”. Hasło pomniejsze: “Wspaniałe Expo — bądź w awangradzie (jak kto woli – bądź przodownikiem) w byciu cywilizowanym”:

DSC01382

Haibao firmuje też swoją gębą (czy tam nogą, u niego to chyba wszystko jedno) serię broszurek „Powitanie Expo – poradnik dla mieszkańców”, które można dostać za darmo w niektórych punktach publicznych. Niestety, strasznie żałuję, że broszurki pt. „Wykorzenianie złych nawyków” już nie udało mi się dostać (może rozchwycili ją, żądni pokuty i nękani moralnym kacem, ci, którzy plują na podłogę w knajpie i wysadzają dzieci na kupę do kosza na śmieci w hali targowej?). Na szczęście udało mi się dostać książeczkę z pozytywnym przesłaniem: „Nauka etykiety”:

DSC01894

Urywki (w leniwym tłumaczeniu) poniżej.

Rozdział pierwszy: kultura osobista.

Paragraf 2. Wygląd – najbardziej podstawowe wymagania

Fryzura: stosowna do wieku, profesji, czesana

Wyraz twarzy: pokojowe i życzliwe spojrzenie, usta w lekkim uśmiechu

Paznokcie w czas obcięte (tylko, ze dla niektórych ten czas, zwłaszcza odnośnie małego palca u ręki chyba głównie lewej, nie następuje nigdy, paznokieć ma urosnąć na tyle, żeby móc pełnić wiele pożytecznych funkcji, o których pewnie była mowa w książeczce „Wykorzenianie złych nawyków”.)

Paragraf 4. Ubranie – najbardziej podstawowe wymagania

Nie wolno pokazywać ramion, zawijać nogawek, nosić piżamy (niee! Na chińskie bogi, już pal licho jakieś ramiona, nogawki jakichś tam głupich spodni, tylko nie odbierajcie ludowi piżam! Niestety w prawdziwym Szanghaju piżam faktycznie na ulicy prawie się już nie uświadczy. U nas na peryferiach to powszechny widok. Piżamy te są estetyczne, góra z dołem zawsze do kompletu, materiał stosowny do pory roku – teraz, jak zrobiło się zimno, to są flanelowe albo polarowe. Jak dla mnie piżamy stały się symbolem swojskości, lokalności, domowości tego miejsca. Widok osób w piżamach, jak żadna terapia, przyczynia się do łagodzenia stresów związanych z wyścigiem szczurów i tym podobnych życiowych frustracji. To tak, jakby każda z tych osób mówiła – “zobacz, masz prawo do przełażenia całego dnia w piżamie i świat się nie zawali”)

Paragraf 6. Bary i knajpy „samoobsługowe” (czyli takie, gdzie trzeba zamawiać samemu)

Ustawić się w kolejce (jakiej kolejce?), zgodnie z jej kierunkiem (jakim kierunkiem??). Nie wolno w kierunku odwrotnym, nie wolno też się wpychać (czemu nie dodali „torując sobie drogi tacą z jedzeniem”?)

Dalej następują jakieś pomniejsze wyjaśnienia typu jak się kłaniać Japończykowi i jak nie pytać laowajów o wiek, liczbę dzieci i mężów (powinni jeszcze dodać zakaz wypowiedzi typu: „ojej, w taaaakim wieku, jeszcze nie ma dzieci, u nas tu już byś miała takie – tutaj pokazanie mniej więcej do pasa —dziecko, musimy ci kogoś znaleźć. Bo mój syn….”). No, ale to wszystko nic w porównaniu z „etykietą” na ulicy – bo tu chodzi nie o jakieś tam obrażenie Japończyka (najwyżej dostanie nerwicy) albo starej polskiej baby, tu chodzi o życie.

Rozdział 2 – Zachowania publiczne

Paragraf 8. Jazda rowerem

Nie przejeżdżać na czerwonym, nie jeździć pod prąd. Przepuszczać pieszych (nawet nie chce mi się na ten temat nic pisać)

Paragraf 9. Prowadzenie pojazdów

Nie wyrzucać śmieci przez okno, nie pluć przezeń, w nocy na światłach jeździć (jak to, przecież żarówki się zużywają?)

Paragraf 10. Jazda publicznym środkiem transportu

Nie palić, nie pluć, ustępować miejsca kobietom w ciąży, starszym i niepełnosprawnym oraz osobom z małymi dziećmi (byłam świadkiem, jak nikt nie ustąpił miejsca dziewczynie z noworodkiem, chyba prosto ze szpitala, chyba zbyt biednej, żeby wziąć taksówkę. Ustąpiono dopiero, gdy zaczęła się osuwać, o mało nie uderzając główka dziecka o poręcz. A siedzieli sami młodzi faceci i grali na mini konsolach).

Paragraf 11. Toaleta publiczna

Rożne oczywistości oraz….

Dobrze zamykać drzwi za sobą.

Wydalanie przez bardzo wielu ludzi nie jest traktowane jako czynność wstydliwa, wymagająca chwilowej izolacji od świata, drzwi często nie są zamykane. Do tego osoba znajdująca się w środku może przy tym w międzyczasie np. prowadzić swobodnie konwersacje z osoba na zewnątrz. Ale jakoś się nie dziwie. Trzeba pamiętać, że jeszcze całkiem niedawnej przeszłości – np. podczas Rewolucji Kulturalnej, wydalanie bywało często czynnością publiczną (np. toaleta we wszelkich kolektywach, zwłaszcza tych bardziej karnych– dół z deską przez środek, na której trzeba przycupnąć). I w ogole intymnosci jakiegokolwiek typu specjalnie nie dalo sie uswiadczyc. Dziś poza dużym miastami toalety bez żadnych przegródek – tylko otwarta przestrzeń na kilka/kilkanaście osób, z kanałkiem pośrodku, którym płynie woda i nieczystości, to dość powszechny widok. Doświadczenia Rewolucji doświadczeniami Rewolucji, ale chyba chodzi o coś jeszcze innego. Na Tajwanie, który pod wieloma względami od kontynentu dzieli przepaść, np. wizyta u lekarza (nawet takiego jak ginekolog) też nie jest traktowana jako sprawa prywatna, intymna. W gabinecie kreci się wiele osób, pielęgniarki, inni pacjenci, drzwi do gabinetu są ciągle otwierane, bądź (najczęściej) w ogóle nie są zamykane. Nie mówiąc już o postrachu dentystycznym – absolutna większość gabinetów stomatologicznych to miejsca, gdzie fotele z nieszczęsnymi są tak ustawiane, aby z ulicy było dokładnie widać tzw. jamę i czynności na niej wykonywane. Tutaj też się na coś takiego natykam, ale bardzo sporadycznie, bo w ogóle gabinety prywatne to wielka rzadkość.

No ale wracając bo broszurki: na końcu mini rozmówki —-jak miło odpowiedzieć cudzoziemcowi („Thank you. I’ve enjoyed talking with you”, „Eat a little more fish, please, Robert”)

14

11 2009

重新启动 -restart i brzydka córka cesarza

Podniosłam się po uniwersyteckiej zniewadze (wcześniejszy post). Powiedzieć, że się cieszę, że nastąpiła, to może za dużo, ale już widzę, co mi, m. in. dała:

…应该先头弄清楚什么是人民,什么是敌人  (Trzeba najpierw się zorientować, kto jest lud, a kto wróg) .

Nie wiem, czy słyszeliście kiedykolwiek o Mao Zedongu (proszę się nie denerwować za to pytanie, bo nie trzeba się denerwować, tym, że nie słyszeliście, bo pouczycie się u nas trochę, to usłyszycie. Nie mogłam się powstrzymać, upupianie jest jak fala w wojsku :) ). To uniwersalne zdanie pochodzi z “Czerwonej książeczki” będącej – pewnie nie wiedzieliście, bo niby skąd – zbiorem cytatów Wielkiego Sternika i po raz kolejny pasuje mi jak ulał.

Sytuację, którą opisałam w poprzednim poście oprócz tego, że zabiegałam na bieżni w moim ulubionym klubie sportowym (któremu zresztą należy się następny post), to jeszcze zaczęłam opowiadać, wyrzucać z siebie. I efekt jest taki, że teraz mam znacznie lepszy pogląd, kto z otaczających mnie osób jest lud. Moja nauczycielka chińskiego-koreańskiego (pochodzi z maleńkiej wioski w Heilongjiangu, czyli północnego Wschodu) jak mnie zobaczyła (musiałam mieć chyba wyjątkowo skwaszoną minę), to zmusiła niemalże do powiedzenia, co się stało, potrafiła wysłuchać, doradzić. I nawet moi przebywający zazwyczaj na innych orbitach młodzi, zakapturzeni i zajęci grą w bejsbola na konsolach koreańscy koledzy z klasy zdobyli się na współczujące pomruki i zgodny komentarz: “ci ludzie do niczego się nie nadająoąoąoą. (To na końcu to marna podróbka arcybogatego w nieistniejące w chińszczyźnie głoski i modulacje akcentu koreańskiego, który ułatwia zrozumienie w podobnym stopniu jak akcent francuski w angielskim). Pozostałe osoby (oprócz cudzoziemców i tajwańskich tongbao), które nie udawały, że nic nie widzą, albo nie raczyły mnie psychologicnzymi rewelacjami w rodzaju “nie powinnaś sie złościć, bo oni chcieli dla Ciebie dobrze”, pochodzą – podobnie jak Xu Wei, owa nauczycielka – również z z miejsc możliwie dalekich od Szanghaju np. Mongolii Wewnętrznej i Jilin. Albo należą do mniejszości etnicznych – np. Hui – chińskich Muzułmanów. Ja wiem, że oni wszyscy po prostu do pewnego stopnia dzielą mój los obcego w Szanghaju, ale  przy okazji nabieram ponurych podejrzeń.

Szanghaj w Chinach jest nielubiany jeszcze chyba bardziej niż Warszawa w Polsce. Od ludzi np. z Guangxi, prowincji dość ubogiej, ale z której mam wyjątkowe dobre wspomnienia, jeśli chodzi o spotkane osoby, nasłuchałam się, jak to Szanghajczycy udają, że nie rozumieją ich puntonghua. Tylko, że ja, laowai, rozumiem ich bez problemu, a tych bardziej wiejskich i starszych po lekkim treningu, ale akurat takich osób nie podejrzewam o jazdy do Szanghaju. Sąsiedzi z prowincji Anhui wypominają Szanghajczykom skrajny materializm i skąpstwo. Ci z Anhui, którzy tu są (migracja z tej prowincji do Szanghaju jest masowa) na pytanie o Szanghaj najczęściej machali tylko ręką, trzyma ich tu tylko praca i brak perspektyw w ich rodzinnych stronach.

Jak patrzę na widniejące wszędzie hasło Expo: “Miłość do Szanghaju zaczyna się ode mnie” (tutaj na samym dole, pod brzydactwem, na górze kolejna ze złotych myśli publicznych: “Uśmiechnięte miasto, szczęśliwy Ty”)….

milosc do Szanghaju

…to myślę, że może być trudno. I nie chodzi mi tyle o mój udział (ja przecież też mam tu miejsca, czy rzeczy które łatwo mi było polubić, będę o nich jeszcze pisać). Chodzi np. o to, że przybysze, którzy stanowią ogromną część mieszkańców miasta (jaką, to nie wie nikt, jako, że nawet kilka milionów osób może przebywać tu nielegalnie), mają poczucie wykorzenienia, tymczasowości, pogłębiane jeszcze przez efemeryczny charakter większości stosunków pracy. Nie czują z miastem związku, poza czysto ekonomicznym, nie mówiąc o miłości. Zresztą historia miasta jest tak porwana, a zmiany tak radykalne, że sprecyzowanie, z czym tu konkretnie czuć identyfikację, co tu kochać, może być trudne także dla kogoś, kto tu się urodził.

Ten brak identyfikacji, ale i wspólnoty, przejawiany np. pod postacią tratowania przez młodych starszego pana, aby dorwać się do wolnego miejsca w metrze, czy wysadzaniem dziecka na kupę na środku chodnika historycznej ulicy Fuzhou, sprawia, że miasto robi sie jeszcze trudniejsze do pokochania.

I jak patrzę na ten plakat poniżej:

DSC01457“Zwracajmy uwagę na maniery, bądźmy cywilizowanymi Szanghajczykami”, to mam wrażenie (oprócz tego, że znowu jest tam to wstrętne Haibao), że problem “bycia cywilizowanymi Szanghajczykami” to także problem ”bycia Szanghajczykami” i tego, co miałoby to dziś oznaczać.

P.S. Wracając jeszcze do przyjezdnych – ich rotacja jest zawrotna. Jak bardzo, uświadomiła mi m. in. taka sytuacja: gdy tylko tu przyjechałam (koniec lipca, a więc wakacje), gdy szłam ulicą przy uniwersytecie, co chwilę słyszałam nieszczęsne “aaa laowai” (nie chcę już o tym pisać, kto ciekaw, niechaj czyta wpis poprzedni). Tymczasem początek roku akademickiego uświadomił mi, jak wielką część studiujących stanowią tutaj ludzie z Zachodu – poza wakacjami na laowaja można natrafić średnio co kilka minut. Wraz z nastaniem roku akademickiego nieszczęsne “aaa laowai!” tu w rejonie uniwersytetu skończyło się jak nożem uciął. Słychać je co najwyżej w wykonaniu dzieci. Krótko mówiąc, ci którzy w wakacje na mój widok wydawali okrzyk zdumienia, nigdy jeszcze tutaj nie spędzili roku akademickiego. I sądząc po częstotliwości tych zawołań, stanowią niezłą armię.

P.P.S. “Brzydka córka cesarza” to oczywiście określenie Szanghaju.  Historyczne, ale dziś pasuje chyba jak ulał. Paskuda, ale i tak każdy chciałby być wybrany.

P.P.S. Jadąc metrem można rzucać okiem na ekrany, na których wyświetlają się różne ciekawostki, informacje i reklamy. Tym razem po informacji o hodowli aksolotla meksykańskiego (六角恐龙 – “sześciorogi dinozaur”, chińskie nazwy różnych stworzeń sugerują prostą i uroczą wizję świata fauny – “mysz sosnowa” to wiewiórka, “mysz kieszeniowa” to kangur etc.) pojawiła się najpierw ośnieżona droga, później ośnieżony drewniany, spiczasty fronton, który już nasunął mi niejakie skojarzenia, a potem to już po prostu pojawiła zielona tabliczka z napisem Zakopane spowita w wielką czapę śniegu. Tak dowiedziałam się o wielkiej śnieżycy.

16

10 2009

Powiedz “hello”

Angielski azjatycki bywa traktowany jako kuriozum i jako taki podlega np. kolekcjonowaniu (największa kolekcja to http://www.engrish.com, jak dla mnie jeśli chodzi o ładunek poezji niezrównany jest ten ). Status ten owa angielszczyzna zawdzięcza nie tylko specyfice błędów robionych przez Azjatów (a te płyną głównie ze specyfiki nauczania), ale także chyba popularności automatycznych translatorów, w oparciu o które powstaje duża część tablic informacyjnych i ulotek. Np. takich jak te (na dolnym zdjęciu polecam rozwadze zwłaszcza punkt 7 i 8, choć wizja “randomly feeds the animal” też nasuwa wyobraźni różne niepokojące obrazy):fancysoup

civilized pledge

Pewnie niejedna osoba widząc w nowoczesnym supermarkecie zawalonym miliardem dóbr ładnie wykonaną i podświetloną tablice z napisem “one time sex thing” (słowo w słowo przetłumaczone znaki wyrażenia “produkty jednorazowego użytku”), albo powyższą tablicę przy wejściu do cudu architektury z listy UNESCO – wioski Xidi w południowym Anhui, zastanawia się, dlaczego nie zainwestowano jeszcze odrobinę więcej w weryfikację albo tłumacza.

Myślę, że wynika to głównie ze specyficznej roli, jaką pełni yingyu tutaj, w Chinach. Mam bowiem coraz silniejsze wrażenie, że yingyu to już nie tyle odpowiednik słowa “angielski”, ale cały złożony system, którego motywy i cele zamykają się niemal w całości w chińskiej rzeczywistości. No bo:

Dzieciaki uczą się yingyu, żeby dostać się na dobrą uczelnię i mieć szansę na znalezienie dobrej pracy w którymś z dużych miast Chin. I to jest zasadniczy horyzont czasowy i geograficzny motywów jednostki.

Państwo z kolei chce aby yingyu był nauczany, bo wpisuje się to idealnie w wizję otwartego, “cywilizowanego” (nieśmiertelne słówko klucz – 文明  wenming), nowoczesnego kraju. Słowem projektu wielkich wspanianiałych Chin (kolejne słówko klucz - 中华 zhonghua), który jest obecnie konstruowany głównie na użytek wewnętrzny.

Dla pracodawcy yingyu delikwenta stanowi informację, że odpowiednią ilość czasu i pieniędzy w taką osobę zainwestowano, że jest ona zdolna do opanowania dużego zasobu informacji, że ma pojemną kartę pamięci, że jest pilna.

W takiej sytuacji zarówno od strony systemu, jak i pojedycznego ucznia, nauczyciela czy rodziców czytanie literatury, oglądanie filmów, szukanie kontaktu z żywym językiem, zagranicą, laowajami i ich kulturą to dość dalekie (i wcale nie specjalnie funkcjonalne, by nie powiedzieć, że to strata czasu) dodatki do uporządkowanego systemu yingyu. Owszem, można syknąć dziecku do ucha “patrz, cudzoziemiec, powiedz hello“. Matka będzie zadowolona, że zachowała się wenming i kaifang (otwarcie) i że można znajomym powiedzieć, że dziecko ”rozmawiało z cudzoziemcem”. Więcej nie trzeba – reszta yingyu dokona się na testach i egzaminach.

“Angielski” napis w supermarkecie, podobnie jak takie hello pokazuje Chińczykom (co prawda tym, którzy nie rozumieją yingyu, ale to wciąż przytłaczająca większość jego klientów), że sklep ów jest już wenming. Że jest już taki, jak sklepy 发达国家 – fada guojia - krajów rozwiniętych. I to w przypadku np. wielkiego hipermarketu na obrzeżach Szanghaju wystarcza.

Jeśli tak spojrzeć, system nauczania yingyu tutaj (z reguły od 40 do 60 uczniów w klasie, wszystko niemal w całości oparte na pisaniu ćwiczeń do testów) jest względem wyżej wymienionych celów jak najbardziej funkcjonalny.

Oczywiście krytyków tego systemu (wśród nich np. mój profesor od neo-konfucjańskich narzekań, który słusznie zresztą widzi w tym systemie marnotrawstwo możliwości, czasu i zdolności młodzieży) nie brakuje. Wśród nich są też i sami uczniowie, którzy niemal płaczą, jak słyszą, że uczyłam się chińskiego połowę krócej niż oni yingyu. Wśród tych, dla których angielski jest czymś innym niż system yingyu są też ci wszyscy odważni i zdolni młodzi ludzie, którzy proszą – czy to w restautacji czy w autobusie, o pogadanie z nimi po angielsku. Przynam, że bardzo mi sie podoba taka śmiałość (bo wiem, że to tędy droga) i że ich znajomość słówek czy gramatyki jest zdumiewająca (niestety, często jednak nie wiedzą jak wymówić trudne słówka, których się nauczyli). I co tu dużo mówić - cieszę się, bo w takiej sytuacji paradoksalnie mniej jestem dodatkiem do - zresztą nieswojego – języka. Jak dla mnie jest wtedy całkiem wenming i zupełnie kaifang.

No, ale  z punktu widzenia (zwłaszcza nie mówiącego po chińsku) cudzoziemca w Chinach – nie ma co narzekać. Nawet takie pisane “engrishem” informacje są lepsze niż  niemal całkowity brak informacji po angielsku w Polsce (np. brak napisu na Dworcu Cetralnym to skandal). Może gdyby nie nasze szlachetne milczenie, okazałoby się, że polski Engrish jest po stokroć śmieszniejszy?

22

09 2009

Haibao nie jest ….

…udaną maskotką. Jest brzydką maskotką. Jest maskotką mało komunikującą. Niby ma przypominać znak 人 (człowiek) i – jak stwierdza oficjalny opis -  “it expresses our capacity to create wonderful lives and enjoy fruits of our work”.

Haibao - czyli “skarb morza” to maskotka Expo 2010, którym żyje (chyba na razie w sposób sztucznie nakręcany) całe miasto.

Tutaj na przykład Haibao patrzy z wyrozumiałością na wszechświat:

wszechświat

Moje czerwone światło dla radośnie fikającego Haibao:

czerwone dla haibao

Haibao oprócz tego, że radośnie fika, pozdrawia tłumy i wszechświat, to jeszcze – podobnie jak kiedyś u nas Miś Uszatek – poucza i sztorcuje. “Respektuj zasady ruchu drogowego”, “nie rzucaj śmieci na ulicę”. Występuje też na licznych tutaj ulicznych dystrybutorach prezerwatyw.

Na moim osiedlu i jego przyległościach dystrybutorów takich jest 5, oprócz Haibao jest na nich jeszcze hasło “prezerwatywa – zdrowie i cywilizacja” (jedno ze słów kluczy dzisiejszych Chin – 文明 wenming – jako cywilizacja w znaczeniu “bycia cywilizowanym”). Parę ulic dalej jest też tabliczka z hasłem “nie pozwólmy, aby AIDS zatrzymało wspaniały postęp narodu chińskiego”. Naród chiński -  中华民族, zhonghua minzu. Nie da się wprost przetłumaczyć dumy i aury wspaniałości, jaka bije z tego wyrażenia. Zamiast tego definicja z mojego słownika elektronicznego:

中华民族 zhonghua mingzu: “Chinese nation, having 56 ethnic peoples, a long history, a splendid cultural heritage, and a glorious revolutionary tradition”.

I to wszystko w 4 znakach – cud semiotyczny, ale jak najbardziej tutaj realny.

21

09 2009