Posts Tagged ‘Engrish’

Does the pot…

Mam nadzieję, że Czytelnik miły, podobnie jak i ja sobie, daje mi prawo do napisania na blogu – od czasu do czasu – jakichs glupot. Głupot jak głupot – ale przynajmniej czegos, co nie ma jawnego/ukrytego sensu, nie jest pisane po Cos choćby przez srednie “C”. Bo dzis chcę sprzedać po prostu impresję estetyczną bez wniosków z niej płynacych. I już. O engrishu i jego źródłach pisałam już kiedys, teraz miłemu Czytelnikowi proponuję jedynie wspólną kontemplację napotkanych dzis przeze mnie w menu jednej z pobliskich syczuańskich knajp kilku apetycznych engrishów. Engrish jest engrishem jest engrishem, jest engrishem… a już w szczególnosci engrish z menu różnych knajp. Choć – tu muszę złożyć samokrytykę – kontemplacja ze mną, to komtemplacja kulawa, zaczynajaca się nie tam, gdzie trzeba. Lata tkwienia w systemie edukacyjnym o okreslonym profilu sprawiły, że zostałam w dużej mierze pozbawiona możliwosci relatywnie czystej (acz, oczywiscie, intencjonalnej), niezabarwionej obserwacji – trudno mi dokonać epoché, trudno dostrzec, choć na chwilę, strumień. A co gorsza, najwyraźniej mogę o tym mówić jedynie mniej więcej tak, jak powyżej (i poniżej). No więc nieszczęsnym noematom dowalam od razu np. siatkę kategoryzacji. Nie inaczej stało się i dzis, gdy czekałam na obiad. W wyniku tej operacji wyróżniłam kilka kategorii występujących w menu knajpy “Syczuańskie Przekąski” engrishów. I tak, otrzymałam, co poniżej:

1. Ekstremistyczne/przemoc władzy:
Palace explodes the diced chicken
2. Aktywizacja zawodowa grup nieuprzywilejowanych:
The pork cooks the starch noddles
3. Konfrontacja, przemoc:
The shredded meat shiitake mushroom burns the dried bean curd
The sauce explodes the diced chicken

3.a Konfrontacja, przemoc – przesladowania mniejszosci:
The meat fries the auricularia auricula
4. Czysto teoretyczne:
Unwearied effort however mutton
5. S-f
Old vinegar hibernation of insects head
6. House & trip-hop:
Halogen musk-duck gizzard
7. Czysto retoryczne:
Does the pot pig’s intestines
8. Retoryczno-społeczne (tożsamosciowe):
Does the pot chicken duck to be mixed
9. Retoryczno-kokieteryjne:
Does the pot chick
10. Dermatologiczny suspens:
The flavor pulls the skin
11. Narracyjne:
The peasant family slightly fries the meat
12. Narracyjno-lifestyle’owe:
The grand mother is drunk the fish
13. Całkowicie straszne:
Shiitake mushroom rape

P.S. Ogłaszam konkurs dla tych, co znają/lubią chińską kuchnię i chcą do kontemplacji dodać rozrywkę rodzaju szarada – kto prawidłowo rozszyfruje największą liczbę nazw wymienionych powyżej dań – dostanie piękną nagrodę: miły usmiech i cieple słowo.

Tags:

16

11 2010

Różnica (i powtórzenie)

Zagadka (szalenie trudna): z jakiego kraju pochodzą poniższe zdjęcia?

DSC02396

DSC02373

DSC02393DSC02407

DSC02310

Jeśli jeszcze się ktoś nie zorientował, to ostatnie zdjęcie w nieco innym kadrowaniu:

DSC02310

A jeśli jest wśród czytających szczęśliwiec, któremu niebieskie coś wyskakujące z boku zdjęcia nic nie mówi, to śpieszę (neutralnie) donieść, że to (wszędobylskie) Haibao, (pokraczna) maskotka szanghajskiego Expo 2010.

Podobno już nie ma oryginalnych i dubbingowanych wersji nowoczesności. A jak się patrzy na Chiny, to można szczególnie łatwo zrozumieć, że podział na kopie i oryginały stracił ostrość i sens i to na wielu wymiarach. W najprostszym wcieleniu: podróbki towarów – coraz trudniej powiedzieć, co jest oryginałem, a co podróbą. Przy czym nawet nie chodzi już o to, że nie da się na oko rozróżnić, tylko o problem eeee… ontologiczny. No dobrze, telefon marki NCIKIA i SVMSVNG są po prostu podróbami. Ale przy całej gamie rzeczy typu:

a) oryginalny materiał wyprowadzony z fabryki, wykonane gdzie indziej + logo wykonane na boku

b) trochę oryginalnego, trochę nieoryginalnego materiału + logo na boku

c) towar robiony na lewo (a czasem i nie koniecznie) na tych samych maszynach i tym samym know-how w fabryce oryginałów + nowe logo

d) oryginalny towar z odrzutu + lewe logo

e) i tak dalej, i tak dalej, kombinacji może być jeszcze dużo

rozróżnienie takie przestaje mieć sens.

Są jednak takie kopie, co do których nie ma wątpliwości, że kopiami są, ale ze strzępiącą się po dwóch użyciach NCIKIĄ mają niewiele wspólnego. Np. miejsce, w którym byłam dziś, a z którego pochodzą powyższe zdjęcia – to osiedle Thames Town w Songjiang (miasteczko – obecnie fragment aglomeracji Szanghaju, ma kilka wspaniałych zabytków: np. Kwadratową Pagodę, której duże fragmenty pochodzą z dynastii Song). Ale właśnie na takich kopiach dokładnych jak Thames Town widać wyraźnie, że kopiowanie wcale nie musi być wyrazem zależności kopiującego od „oryginalnej wersji”, tylko konkretną strategią marketingową, mocą wykrawania z „oryginału” kawałka i sprzedawania go ku korzyści i wzrostowi kawałka własnego. Mówiło się niegdyś (zwłaszcza w Japonii), że takie „zarządzanie obcością” to specjalność Kraju Kwitnącej Wiśni (nawet w takich miejscach, gdzie wydawałoby się, że to obcość zarządza Japonią, np. jak w Disneylandzie – polecam klasyk takiego podejścia: Re-Made in Japan, J. Tobin). Ale jak spojrzeć na Thames Town i miasteczko przedstawione parę postów wcześniej – bliźniacze w pomyśle, ale szwedzkie, to widać, że i Chiny się tej sztuki właśnie uczą. Inna sprawa, że jak pokazuje przykład tych dwóch osiedli, jeśli chodzi o budownictwo, chyba jeszcze się za dobrze nie nauczyły. Podobnie jak w przypadku “Szwecji” inwestor Thames Town również poniósł spektakularną klapę i osiedle – wybudowane 4 lata temu – świeci pustkami, może w jednym na 30 okien widać oznaki życia.

Pomijając powszechny tutaj problem przeinwestowania, może tenże inwestor zrobił nieudaną ekstrapolację pędu do nauki angielskiego (“skoro kują słówka, wmuszają w dzieci od najmłodszych lat yingyu, będą chcieli mieszkać w małej Anglii”), zapominając, że ta całą nauka jest na użytek wewnętrzny i tym, co na zewnątrz Chin ma niewiele wspólnego.

Może próbował sprzedawać nostalgię. Faktycznie, sprzedawanie nostalgii – nawet (a może zwłaszcza) za tym, czego publiczność nie doświadczyła – jest dziś dobrym pomysłem marketingowym (np. na nim zasadza się wielomiliardowodolarowa obecna miłość Japonek do koreańskich telenowel). W Thames Town na każdym kroku jeszcze nowe, ale już zestarzałe tablice głoszą:

DSC02315

…enjoy your life & holiday. Dreaming of Britain live in Thames Town!

Jeśli tak, to rozumowanie znowu niefortunne. To, co jest dobrym pomysłem na sprzedaż telenoweli czy utworu muzycznego, nie musi być dobre przy sprzedaży całego kompletnego entourage’u do życia. Krótko mówiąc inne wybory człowiek czyni, gdy jest publiką, a inne gdy ma być aktorem. Może po prostu nikt z praktycznych Szanghajczyków nie chce przeżyć życia marząc i tęskniąc do nieznanej, dalekiej Brytanii? Tudzież zwyczajnie dzisiejsze chińskie nostalgie mają inny kierunek (gdyby chcieć jedną z nich, nostalgię za czasami Rewolucji Kulturalnej, ubrać w postać architektoniczną, trzeba by pewnie zaraz po wybudowaniu wybić okna, zerwać podłogę, albo coś w tym stylu). Nostalgia europejska dobrze za to wychodzi na fotografii ślubnej, na tej akurat widać 50% dziś fotografujących się w Thames Town par (nb. na witrażach “kościoła” Jezus ukrzyżowany, zstąpienie Ducha Świętego, krzyże, ciekawe co jest w środku):

DSC02354

Ale wracając do kopii i oryginałów – czy telefon NCIKIA, czy Louis Vuitton w 32% składający się z oryginalnych materiałów, czy kopia szwedzkiego, czy angielskiego miasteczka, jak dla mnie, każda z tych rzeczy ma inne znaczenie, inną wymowę, a wszystkie razem paradoksalnie składają się na unikatowość chińskiej wersji nowoczesności.

15

01 2010

Powiedz “hello”

Angielski azjatycki bywa traktowany jako kuriozum i jako taki podlega np. kolekcjonowaniu (największa kolekcja to http://www.engrish.com, jak dla mnie jeśli chodzi o ładunek poezji niezrównany jest ten ). Status ten owa angielszczyzna zawdzięcza nie tylko specyfice błędów robionych przez Azjatów (a te płyną głównie ze specyfiki nauczania), ale także chyba popularności automatycznych translatorów, w oparciu o które powstaje duża część tablic informacyjnych i ulotek. Np. takich jak te (na dolnym zdjęciu polecam rozwadze zwłaszcza punkt 7 i 8, choć wizja “randomly feeds the animal” też nasuwa wyobraźni różne niepokojące obrazy):fancysoup

civilized pledge

Pewnie niejedna osoba widząc w nowoczesnym supermarkecie zawalonym miliardem dóbr ładnie wykonaną i podświetloną tablice z napisem “one time sex thing” (słowo w słowo przetłumaczone znaki wyrażenia “produkty jednorazowego użytku”), albo powyższą tablicę przy wejściu do cudu architektury z listy UNESCO – wioski Xidi w południowym Anhui, zastanawia się, dlaczego nie zainwestowano jeszcze odrobinę więcej w weryfikację albo tłumacza.

Myślę, że wynika to głównie ze specyficznej roli, jaką pełni yingyu tutaj, w Chinach. Mam bowiem coraz silniejsze wrażenie, że yingyu to już nie tyle odpowiednik słowa “angielski”, ale cały złożony system, którego motywy i cele zamykają się niemal w całości w chińskiej rzeczywistości. No bo:

Dzieciaki uczą się yingyu, żeby dostać się na dobrą uczelnię i mieć szansę na znalezienie dobrej pracy w którymś z dużych miast Chin. I to jest zasadniczy horyzont czasowy i geograficzny motywów jednostki.

Państwo z kolei chce aby yingyu był nauczany, bo wpisuje się to idealnie w wizję otwartego, “cywilizowanego” (nieśmiertelne słówko klucz – 文明  wenming), nowoczesnego kraju. Słowem projektu wielkich wspanianiałych Chin (kolejne słówko klucz - 中华 zhonghua), który jest obecnie konstruowany głównie na użytek wewnętrzny.

Dla pracodawcy yingyu delikwenta stanowi informację, że odpowiednią ilość czasu i pieniędzy w taką osobę zainwestowano, że jest ona zdolna do opanowania dużego zasobu informacji, że ma pojemną kartę pamięci, że jest pilna.

W takiej sytuacji zarówno od strony systemu, jak i pojedycznego ucznia, nauczyciela czy rodziców czytanie literatury, oglądanie filmów, szukanie kontaktu z żywym językiem, zagranicą, laowajami i ich kulturą to dość dalekie (i wcale nie specjalnie funkcjonalne, by nie powiedzieć, że to strata czasu) dodatki do uporządkowanego systemu yingyu. Owszem, można syknąć dziecku do ucha “patrz, cudzoziemiec, powiedz hello“. Matka będzie zadowolona, że zachowała się wenming i kaifang (otwarcie) i że można znajomym powiedzieć, że dziecko ”rozmawiało z cudzoziemcem”. Więcej nie trzeba – reszta yingyu dokona się na testach i egzaminach.

“Angielski” napis w supermarkecie, podobnie jak takie hello pokazuje Chińczykom (co prawda tym, którzy nie rozumieją yingyu, ale to wciąż przytłaczająca większość jego klientów), że sklep ów jest już wenming. Że jest już taki, jak sklepy 发达国家 – fada guojia - krajów rozwiniętych. I to w przypadku np. wielkiego hipermarketu na obrzeżach Szanghaju wystarcza.

Jeśli tak spojrzeć, system nauczania yingyu tutaj (z reguły od 40 do 60 uczniów w klasie, wszystko niemal w całości oparte na pisaniu ćwiczeń do testów) jest względem wyżej wymienionych celów jak najbardziej funkcjonalny.

Oczywiście krytyków tego systemu (wśród nich np. mój profesor od neo-konfucjańskich narzekań, który słusznie zresztą widzi w tym systemie marnotrawstwo możliwości, czasu i zdolności młodzieży) nie brakuje. Wśród nich są też i sami uczniowie, którzy niemal płaczą, jak słyszą, że uczyłam się chińskiego połowę krócej niż oni yingyu. Wśród tych, dla których angielski jest czymś innym niż system yingyu są też ci wszyscy odważni i zdolni młodzi ludzie, którzy proszą – czy to w restautacji czy w autobusie, o pogadanie z nimi po angielsku. Przynam, że bardzo mi sie podoba taka śmiałość (bo wiem, że to tędy droga) i że ich znajomość słówek czy gramatyki jest zdumiewająca (niestety, często jednak nie wiedzą jak wymówić trudne słówka, których się nauczyli). I co tu dużo mówić - cieszę się, bo w takiej sytuacji paradoksalnie mniej jestem dodatkiem do - zresztą nieswojego – języka. Jak dla mnie jest wtedy całkiem wenming i zupełnie kaifang.

No, ale  z punktu widzenia (zwłaszcza nie mówiącego po chińsku) cudzoziemca w Chinach – nie ma co narzekać. Nawet takie pisane “engrishem” informacje są lepsze niż  niemal całkowity brak informacji po angielsku w Polsce (np. brak napisu na Dworcu Cetralnym to skandal). Może gdyby nie nasze szlachetne milczenie, okazałoby się, że polski Engrish jest po stokroć śmieszniejszy?

22

09 2009