Posts Tagged ‘error’

starszy/straszny budynek

Gdy szukałam mieszkania do wynajęcia i mówiłam w agencjach, jaki przedział cenowy mnie interesuje, to proponowano mi  mieszkania w “starszych blokach”. “Starszych to znaczy jak starych?”. “Około 25-letnich”. Przyzwyczajona do mieszkania z jednym z pierwszych okazów budownicta socrealistycznego w Warszawie, solidnego, muranowskiego ponad 60-letniego kolosa o ścianach tak mocnych, że się wiertła tytanowe gną, myślałam, że to to śmieszne, żeby nazywać 25-letni budynek starszym i w ogóle nie zrozumiałam problemu (albo nie chciałam zrozumieć, każdy kto kiedyś wylądował bardzo daleko z perspektywą dłuższego pozostania wie, w jakich warunkach podejmuje się decyzję o wyborze mieszkania). Ludzie mi oględnie mówili, że “jakość nie jest najwyższa”. Ale jak ja myślałam o jakości, to miałam na myśli rzeczy typu brak windy, albo atrakcje typowe dla polskiej wielkiej płyty – złą izolację akustyczną, stare okna, czy krzywe ściany. I mówiłam, że nie szkodzi, bo w moim 60-letnim (przerażenie w oczach rozmówcy – teraz wiem, że oni po prostu sobie wyobrażali te kłopoty, te całą zmurszałość x 3) też jakość nie jest nadmierna. I jak to zwykle bywa, myślałam, że te różne rzeczy, które mogą przytrafiać się z okazji mieszkania w budynku “o niezbyt wysokiej jakości” nie przytrafią się mi. Albo przybiorą postać jakiś małych bliżej niesprecyzowanych napraw, które w porównaniu z wrażeniem, jakie ma ktoś, kto znalazł się w 25-milionowym mieście tylko z małą walizką, będą jakąś zupełną pestką. Zresztą jest dach nad głową, prąd, gaz (z niemal zachwytem przyjełam wiadomość, że tutaj wszędzie jest instalacja gazowa, nie trzeba taszczyć butli, jak często się to działo na Tajwanie), woda, to czego więcej potrzebuję?

Tym bardziej, że znalazłam mieszkanie (to, w którym właśnie siedzę i piszę, może jednak nie wyleci dziś w powietrze) ładne, czyste, jasne i sympatyczne. Oczywiście na klatce jest wszystko. Stare kubły, połamane meble, klatka kanarka bez kanarka i Momo, bobtail sąsiadów – ledwie poznałam, że to bobtail, bo ogolony, żeby mu było chłodniej. Śpi na klatce, bo w kawalerce się nie mieści (o sensie trzymania ogolonego bobtaila w kawalerce w klimacie subtropikalnym chyba nie napiszę, bo jakoś nie wiem, jak to ująć). Na zewnątrz, dzięki milionom dobudówek z różnych materiałów, prętów do suszenia bielizny, pordzewiałych klimatyzatorów, starych doniczek i innych podolepianych do betonowego, omszałego budynku gratów, rzecz też nie jest może najpiękniejsza.

Tylko że to nie o estetykę chodzi. Te budynki od “nowszych” dzieli całą epoka, a nade wszystko system, w jakim je wykonano – i tego nie da się przeskoczyć, to nie jest coś, co może przytrafić się innym mieszkającym, w formie konieczności drobnej naprawy. Mój budynek to jeden z ostatnich przykładów konstrukcji powstałych w warunkach nieobecności rynku budowlanego. Innymi słowy, to owoc wspólnotowego budowania, ideału, gdzie każdemu się należało, gdzie mieszkanie było prawem (a nie wyborem, bo to chyba w tej sytuacji właściwa opozycja). Można było w nim otrzymać miejsce na zasadzie przydziału, a nie kupić.  Jaki ma wpływ taki ideał na jakość produktu (szczególnie w kraju, gdzie trzeba było w ten sposób zapewnić dach nad głową niebotycznej liczbie ludzi), nie trzeba chyba nikomu tłumaczyć. Chyba tylko mi.

Mój socrealistyczny muranowski kolos zapowiadał nową epokę (mój obecny budynek zaś znaczy schyłek pewnej epoki), ale jednocześnie był jednym z ostatnich wyrazów kunsztu znakomitych przedwojennych architektów, więc nie mógł tak po prostu od razu się rozlecieć. No i co tu dużo mówić - został zbudowany z bloków z miału z cegieł wypalonych w płomieniach Getta.

A tutaj – najpierw, po większych deszczach w ciągu dwóch dni zapleśniała dosłownie calutka ściana - na równo, na zielono, jak trawa, tylko w pionie. Fakt, że była wilgotność tak straszna, że czułam, że oddychając dosłownie się topię. Ale ta ściana – tak jakby to była latami nasiąkana gąbka. Potem jeszcze kilka małych oznak rozkładu. A teraz właśnie czekam na pogotowie gazownicze. No bo dziś przychodzę i coś upiornie śmierdzi gazem, aż głowa boli. Poluzowało się dosłownie chyba w ciągu kilku godzin. Kazali otworzyć drzwi, nie używać gazu i czekać, że będą za godzinę. No to czekam. Co będzie następne.

P.S. Rura. Nie da się zakręcić, bo to przed zaworem. Pan z pogotowia gazowego kazał otworzyć wszystkie okna, zamknąć drzwi do pokoju, gdzie śpię i czekać do jutra rana, aż przyjdą z nową rurą. Kurcze, nie mam ochoty, ale może pójdę przetańczyć do świtu?

06

10 2009