Posts Tagged ‘Expo’

Polska sie usmiecha c.d.- list od przedstawiciela PARP

Drodzy Czytelnicy,

Dostalam mail od przedstawiciela Polskiej Agencji Rozwoju Przedsiebiorczosci (PARP) z prosba o umieszczenie go na blogu jako polemiki z moim wpisem pt.: Polska sie… usmiecha, w ktorym opisalam moje wrazenia po wizycie w Pawilonie Polskim na Expo. Do prosby sie przychylam. Oto on:

“Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości jest głównym organizatorem udziału Polski w Światowej Wystawie EXPO 2010 w Szanghaju – zrealizowała projekt wybudowania cieszącego się spektakularnym zainteresowaniem zwiedzających Pawilonu Polski oraz wyposażenie jego przestrzeni wewnętrznej. Przygotowała także obszerny program promocji Polski na  w tej Wystawie – program gospodarczy, kulturalny, program promocji regionów i miast polskich.”

E-mail zawiera opinie tworcow Pawilonu:

“Sklejka to duży walor pawilonu

Projekt od pierwszego, inicjalnego szkicu zakładał wykończenie elewacji Pawilonu odpowiednio zaimpregnowaną sklejką, jako materiałem naturalnym, odnawialnym, i spełniającym nasze estetyczne kryteria. Wykorzystanie w zamian blachy, co byłoby oczywiście wielokrotnie tańsze i prostsze, nie wyszło nigdy nawet poza proces myślowej weryfikacji.
Co ciekawe, zastosowanie brzozowej sklejki na pawilonie zostało odebrane przez krytykę, zarówno branżową, jak i spoza kręgu profesjonalistów, jako największy walor obiektu. Jako projektanci mamy uczucie, że dzięki temu wyraźniejsze są konotacje z polską tradycją, m.in. rękodziełem, a co chyba najistotniejsze, budynek wyróżnia się swoim ciepłym, naturalnym walorem wśród przeważającej ilości stalowych lub zbudowanych z tworzyw sztucznych elewacji. Na koniec wreszcie, prezentuje się świetnie w kontraście do szaro-burego  nieba nad Szanghajem, w towarzystwie innym drewnianych fasad, np. Hiszpanii i Norwegii, krajów które mają odwagę postawić na low-tech, klimat i swoja tradycję.
Istotna zmiana, którą niestety musieliśmy wprowadzić na etapie realizacji, to rezygnacja z penetracji wnętrza przez światło słoneczne. W obliczu ostrej redukcji budżetu przeznaczonego na budowę i lokalnego prawa ppoż. było to nieuniknione. Warto chyba porównać ile kosztował pawilon Polski – 20 mln PLN, a ile pawilon Arabii Saudyjskiej – 146 mln US lub Japonii – 140 mln US. Patrząc z tej perspektywy cieszymy się, że wystawa którą mieliśmy szansę zaprojektować we współpracy z wybitnym scenografem, Borisem Kudlicką, z oświetleniem autorstwa Holendra Marca Heinza i eksperymentalnymi animacjami warszawskiego studia Lunapark, cieszy się na tyle dużym zainteresowaniem  zwiedzających, że ustawiają się w długiej kolejce wokół budynku.

Marcin Mostafa, Natalia Paszkowska – twórcy Pawilonu Polski”

W e-mailu zawarta jest tez wypowiedz pana Tomasza Baginskiego, tworcy filmu o historii Polski prezentowanego na Expo:

“Historia Polski, jak zresztą historia każdego kraju, to ogrom wydarzeń, ludzi i dat. Mnogość danych. Nie tylko aktów, także rzeczy mniej uchwytnych.

To historia w dużej mierze stoi za tożsamością każdego narodu, do niej odnosimy się, mówiąc o rzeczach dla nas ważnych. Nawet skrótowe i z założenia banalne opracowania historyczne roją się od informacji.

Jak to wszystko zawrzeć w kilkuminutowym filmie, nazywanym „Historia Polski?”. Tego zrobić się nie da. Nijak w parę minut nie da się zawrzeć wszystkich ważnych faktów, w taki sposób, aby widzowie cokolwiek zarejestrowali.

Cofnąłem się więc w założeniach. Czy widzowie, którzy przyjdą obejrzeć ten film, rzeczywiście chcą lekcji historii? Ściągawki z faktów, wypracowania przekrojowego? Czy możemy narodowi, którego historia sięga parę tysięcy lat wcześniej niż nasza, zaimponować, pokazując parę dat? Nie, widzowie chcą wrażeń. Zaskoczeń. Odpłynięcia w inną rzeczywistość, zachwytu obrazem i muzyką, uczuć.

Jeśli nawet pragną wiedzy, to raczej chcą dowiedzieć się czegoś o wnętrzu Polaków, o tym, czym nasz kraj się wyróżnia. Chcą wiedzieć, dlaczego warto nas znać i co to za europejskie plemię Polacy.

Odszedłem więc od dosłownego traktowania tematu „Historia Polski”. W ośmiu minutach da się przekazać tylko wrażenia ogólne, nastroje i klimat, więc taki też powinien być nasz film. Wizualny poemat, wiersz opowiadany obrazem, zainspirowany przez polską historię. Ponieważ takich projektów praktycznie nie ma, doprecyzuję, o co chodzi.

Wyobraźmy sobie obraz przedstawiający wszystkie wydarzenia, bohaterów, ważne miejsca i ważne momenty naszej historii. Obraz, w którym owe momenty są wymieszane ze skojarzeniami, które przynoszą, z symbolami, prezentacjami miast, ludzi, charakterystycznych budowli. Gigantyczny kolaż najróżniejszych elementów, połączonych ze sobą bardzo płynnie.

Tomasz Bagiński , reżyser animowanej <<Historii Polski>>”

Autor listu (i ja tez) jest ciekawy Panstwa wpisow, zapraszam wiec do komentowania!

Tags: ,

09

07 2010

Polska sie… usmiecha

Tak, wiem, mialo byc wiecej/mniej o polityce, bardziej/mniej o zyciu codziennym, bardziej z perspektywy mikro/makro/sredniego zasiegu, mniej/bardziej eseistycznie. To (dla odmiany) bedzie o …Expo, a konkretnie o polskim pawilonie. To przedostatni wpis o Expo, obiecuje.

Projekt naszego pawilonu byl tutaj w Szanghaju chwalony, czesto sie pojawial na roznych reklamowkach, plakatach. Bialy, azurowy, lekki, swietlisty. Na azurowym dachu spacerujacy ludzie. Widok projektu stwarzal nadzieje, ze Polska jest w stanie wystapic z nowa, spojna strategia dotyczaca wizerunku i ze to jest pierwszy krok.

Ze cos wyszlo nie tak, zaczelam podejrzewac, gdy zobaczylam pierwsze zdjecia instalowanej elewacji pawilonu. Biale sciany z duzym azurem zostaly zastapione przez kremowo-herbaciane, z duzo mniejszym stopniem azurowosci. Co za licho? Pierwotny projekt przewidywal, ze sciany beda blaszane. Tymczasem po wkroczeniu na teren Expo i wraz z przyblizaniem sie do pawilonu zaczela do mnie docierac straszna prawda - tu seczek, tu sloj, tu trocina. Nie, nie nawet nie z drewna. Sciany sa z dykty.  Jak trabant, jak kajak, jak mebloscianka. Z dykty surowej, niepomalowanej. Nie dalo sie w niej wyciac tak duzych azurow jak mialoby to miejsce przy blasze. O chodzeniu po dachu nawet nie ma co marzyc.

polskipawilon3

DSC08344

Dykta ta – wedlug technologa drewna, ktory rozbudzil sie po latach na widok tych pokladow sklejki w jednej z osob, ktorym mialam przyjemnosc towarzyszyc podczas wizyty w Szanghaju (Drodzy! Dziekuje Wam za wspanialy tydzien, mam nadzieje, ze dobrze odpoczywacie po naszym chinskim maratonie) - w panujacym tutaj klimacie najpierw zacznie sie rozwarstwiac. Potem zczernieje. Na koniec splesnieje. “Polska sie usmiecha”. To haslo naszego pawilonu.

Ze cos moglo wyjsc naprawde nie tak, zaczelam podejrzewac takze, gdy pierwsze ze znajomych mi osob zaczely odwiedzac nasz pawilon. Pamietajac moj zbity wyraz twarzy po katastrofie smolenskiej, moje znajome Chinki po odwiedzinach pawilonu powiedzialy tylko, zeby bxy (czyli ja)  idac tam, lepiej nie ogladala pokazywanego tam filmu “bo odnowi jej sie trauma”.

Trauma? Na Expo?? No ale i tak ide. No wiec zblizam sie do pawilonu i uswiadamiam sobie, ze to zblizanie, to jednoczesnie wejscie w strefe dzwiekowa, ktora jest otoczony. Z poteznych glosnikow na zewnatrz plynie glosna muzyka – cos wznioslo-narodowego (a moze to w sumie to Rubik?) Tak jakby pawilon chcial sobie wywalczyc troche dodatkowej przestrzeni, jakby przygotowywal sie na wojne audio z pawilonem niemieckiem obok. Tylko, ze tamten milczy. Podziwiam ludzi, ktorzy w tym halasie stoja i czekaja na swoja kolejke do wejscia. Jeden raz, drugi, trzeci, siodmy. Ten sam utwor.

Po wejsciu zdumienie. Azur z definicji jest po to, aby przepuszczal - swiatlo, powietrze. Laczyl to co na zewnatrz i wewnatrz etc. Jednak w naszym pawilonie panuja ciemnosci. Azurek to tylko zewnetrzna powloka. W srodku jest budynek o scianach nie przepuszczajacych swiatla. Sciany w srodku sa koloru…czarnego, po azurze dachu i scian ani sladu. Wszystko czarne, tylko wyciete ze - niespodzianka -  sklejki kontury drzew i (jakby) pajeczyn sa bialo-szare. Czekam czy gdzies sie pojawi zarys np. jezdzca bez glowy. Albo damy w bieli. W powietrzu cos jakby dym teatralny. Na czarnym tle napis: “Polska sie usmiecha”.

No ale skoro sie usmiecha, to ide szukac tego usmiechu. Faktycznie - na scianach sa puszczane filmiki, gdzie kilka rodaczych twarzy sie…usmiecha i macha. To nie jest interpretowanie hasla tylko ilustrowanie go w najmniej pomyslowy z mozliwych sposob. Zaklinanie rzeczywistosci malo wymyslnym zakleciem. Potem udam sie jeszcze do pawilonu czeskiego – w sumie skromnego, ale spojnego, sprawnie zrealizowanego. Jednak – cos takiego – aby pokazac poczucie humoru Czechow nie dano filmikow z zanoszacymi sie od smiechu ludzmi, ale np. kilka polaczonych ze soba ekranow, na ktorych odwiedzajacy moga podmieniac fragmenty dzieciecych rysunkow przedstawiajacyh rozne zwierzeta, tak, ze wycodzi im a to swinia z kurza glowa i zebrzymi nogami, a to ryba z krowim tulowiem. To odwiedzajacy  zanosza sie od smiechu. Przekaz jest jasny – Czechy to kraj, ktory potrafi myslec nieszablonowo, ma wyobraznie, lubi absurdalne poczucie humoru, chce, zeby inni sie dobrze bawili. No ale udane budowanie wizerunku jest mozliwe tylko wtedy, gdy przekroczy sie prog doslownosci i wkroczy w sfere odnoszenia sie, skojarzen. A zdolnosc do takiego przekraczania i wkraczania w budowaniu wizerunku to nie tyle sprawa funduszy (fakt, dramatycznie w naszym pawilonie, ale i zapewne i w czeskim, okrojonych), ile pomyslu i swiadomosci. Niemiecki pawilon, do ktorego jeszcze pozniej przedre sie przez strefe razenia Rubikiem, oferuje gosciom mozliwosc przymierzenia czapki krasnala ogrodowego i bokobrodow a la Bismarck. Czapka i bokobrody sa chyba tanie.  Lajkonik, syrenka czy stroj goralski nie bylyby wiele drozsze. Obserwuje ludzi cykajacych sobie zdjecia z bokobrodami i w krasnalskiej czapce i znowu przekaz jest jasny - potrafimy sie smiac z siebie, z wlasnej estetyki (obecnej czy minionej) oraz dbamy o to, zebyscie sie dobrze bawili.

A u nas? Clou wszystkiego mial byc film 3D Baginskiego przedstawiajacy w kilka minut historie Polski. Dostajemy okularki i ogladamy. Pomijam kwestie, czy ten film w ogole moze jakkolwiek zachwycic technologicznie Chinczykow namietnie grajacych w barokowo i bajecznie zaawansowane gry komputerowe. Gdy robie jeden dzien przerwy od pobytu na Expo i wpadam na moj chinski uniwersytet, dowiaduje sie od moich wspolstudiujacych, ze film

a) przekazuje negatywne emocje (no dobra, to juz bylo wiadomo, kiedy dziewczyny wyjechaly z ta “trauma”). O ile na poczatku pokazuje dosc konwencjonalne sceny walk w otoczeniu sredniowiecznym, to potem widac juz tylko rozbiory, powstania, okupacje, obozy koncentracyjne, szarosc komunizmu, by na koniec ukazac dosc mglista wizje szklanych domow rosnacych jak grzyby pod deszczu w XXI wieku

b) jest kompletnie niezrozumialy. Niezrozumialy nie tylko dla studentow dziennikarstwa (podobno najlepszego w Chinach), ktorzy generalnie nie wiedza o Polsce wlasciwie nic (sprawdzilam: Solidarnosc? nie-e. Przynaleznosc do NATO? Nie-e, Katyn? nie-e). Jest tez niezrozumialy dla profesora tychze, prawdziwego erudyty, ktorego wiedza o naszym kraju wykracza radykalnie poza srednia krajowa ChRL. Profesor pyta mnie: a Ty ten film rozumiesz? I podsumowuje: martyrologia, umartwianie sie, koncentrowanie na tym, co tragiczne, mroczne. I konczy: Expo to nie miejsce na cos takiego. To faux pas. I znowu pyta sie, co ja o tym mysle.

Owszem, sa kampanie, ktore sa konstruowane w oparciu o negatywne emocje, ale to jest po cos. Np.  taka reklama sprzed paru lat pewnego koncernu sportowego, ktora ukazywala m in. biegacza wymiotujacego w bolu na boku trasy i biegnacego dalej. To bylo po cos - zeby ukazac milosc do sportu, pasje i wole, ktore przezwycieza wszystko. A tutaj? Jaki byl cel? Odpowiedzi “no, zeby poznali nasza historie” nie biore na powaznie. Expo jest sprzedawaniem (uprzednio wyznaczonego!) wizerunku przez dostarczanie wrazen, przez rozrywke, uklonem w strone potrzeb odwiedzajacego, a nie odwiedzanego. W naszym pawilonie jest tylko jeden element, ktory spelnia takie zadanie – to wirtualny smok wawelski, ktory z ekranu toczy rozmowy z widzami. Wychowani z komputerem przy twarzy, poruszajacy sie sprawnie po swiatach wirtualnych mlodzi ludzie i dzieciaki gadaja ze smokiem, podchodza i glaszcza jego wirtualna, wycinankowa gebule. To fajnie. Ale stanowczo za malo jak na 40 minut stania w kolejce do pawilonu.

Jaki wizerunek sprzedaje Polska tym pawilonem? Moj profesor mowi, ze dosc mroczny, smutny (“Polska sie usmiecha”!), niezrozumialy, skierowany na siebie i swoje bolaczki. “A przeciez macie tyle dobrego do pokazania!” I kolejny raz pyta sie, czy sie z nim zgadzam. Tak, zgadzam sie. A oprocz tego wykreowanego (chyba) nieswiadomie mrocznego wizerunku, widze jeszcze dobijajaca niespojnosc – azur po to, by w srodku byla ciemnosc (najwieksza na pietrze, czyli najblizej azuru), usmiech Polski + film zanurzony w martyrologii stosowanej. Nie potrafie zrekonstruowac mysli przewodniej ani etapow dochodzenia do takiego wygladu/skladu wnetrza.To wszystko sie rwie, nawet ja, Polka, nie odczytuje tych kodow (przy zalozeniu, ze w ogole tam sa), mam wrazenie, jakbym obcowala z jakims dzielem sztuki wspolczesnej, ktorego nie rozumiem, operujacego obcymi dla mnie kontekstami – moze np. z jakiegos obcego mi kulturowo kraju.

Wizerunek. Brak swiadomosci, ze ten nasz polski w Chinach trzeba tworzyc gruntownie od podstaw, ze najpierw trzeba okreslic cele i sie ich trzymac. Brak swiadomosci, ze wizerunek to nie zarty. I ze taka szansa w Chinach juz nam sie w ciagu najblizszych lat nie przydarzy.

Siadamy przy wyjsciu i czekamy na nasz polski obiad z przypawilonowej restauracji. Z poteznego glosnika leci ogluszjacy polonez z “Pana Tadeusza”. Jeden raz (czekamy na zupe). Drugi raz (jemy zupe). Trzeci raz (czekamy na drugie). Czwarty… Po drugiej stronie alejki wychodza z niemieckiego pawilonu usmiechnieci ludzie, ktorzy byli na pokazie jakiejs magicznej, latajacej, kolorowej kuli. Jemy drugie. Pijemy piwo. Polonez leci jak zdarta plyta.

Zdjecia:

DSC08366DSC08370

Filmiki:

gadajacy smok, dobrze, ze jest chociaz on. No dobrze, tu akurat para sie dydaktyka:

MOV08381

ale tutaj milo gada z ludzmi:

smok1

drugie pietro – to, co jawi sie na koncu, to…wystawa designu polskiego (kilka krzesel i lampek, niestety z zarowkami malej mocy). Przepraszam, ze dobrze nie sfilmowalam, ale mnie zwyczajnie zatkalo – zwlaszcza, ze to doslownie jedyne wystawione w pawilonie przedmioty:

MOV08376

P.S. Tak, wiem, mialam byc na dniu polskiego pawilonu. Nie dalam rady, po pracowitym tygodniu, przy koncu zlanym nankinskim deszczem w sobote udalo mi obudzic dopiero na wieczorna gale w szanghajskim Teatrze Wielkim…

23

05 2010

Chinese Wave – uderzenie Expo

Za duzo rzeczy sie dzieje. Np. tragiczne trzesienie ziemi w Gansu. Jak zwykle gazeta o ktorej byla mowa w poprzednim poscie zadziwila, dajac na pierwszej stronie zaraz po wstepniaku, zamiast zwyczajowych peanow na czesc panstwa niosacego pomoc ofiarom, artykul pochwalny ku czci…mnichow tyb3tnskich. “Podczas gdy ratownicy uzywali do zlokalizowania zywych sprzetu specjalistycznego, mnisi bez chwili wahania rzucali sie pod gruzy by ratowac ludzi” po czym wezwala czytelnikow do recytowania tbetanskiej Ksiegi Umarlych. No ale trzesienie ziemi przeszlo, a dzis w telewizji w show randkowych podrywa sie na te katastrofe panny. Niemal wypadly mi paleczki z reki, gdy zobaczylam jak chlopak w mundurze opowiada ze lzami w oczach w migajacym swiatelkami studio, jak ratowal ludzi w Yushu, a panny ktore wspolzawodniczyly o jego wzgledy – wycekinione, wymalowane, ze sztucznymi metrowymi rzesami, z torebusiami, plakaly ze wzruszenia i wyznawaly, ze “nie sa godne takiego bohatera”.  A on salutowal.

No a teraz mamy Expo. Najwieksze w historii, najwspanialsze. “Z zacofanego kraju Chiny staly sie potega podziwiana na calym swiecie” – to juz gazety. My w Polsce z ekscytacja sledzimy losy naszego azurowego pawilonu i dociekamy czy podoba sie on Chinczykom. Owszem podoba sie – glownie dlatego, ze, jak zaznaczaja Chinczycy, jego faktura do zludzenia przypomina… chinskie wycinanki, 剪纸,wpasowuje sie w “chinska estetyke”. Polski pawilon odczytywany tu moze byc po prostu jako…uklon w strone Chin (?)

No wlasnie – zachwyca czy nie – trzeba pamietac, ze w tym Expo nie chodzi o zachwyt Chin nad swiatem zewnetrznym. To swiat ma sie zachwycic Chinami, zobaczyc ich potege. Ma to dwie funkcje. Po pierwsze – uzytek wewnetrzny. Wizja swiata stojacego w podziwie to element idei kluczowych dla dzisiejszych Chin – nacjonalizmu/dumy narodowej, opartych nie tylko na 悠久 (youjiu – przymiotnik niemal powszechnie stosowany w odniesieniu do chinskiej kultury i historii – cos jakby “uhonorowany przez czas”) chinskiej kulturze i historii, ale i dumie z dzisiejszych osiagniec, z drogi, jaka przeszly Chiny przez ostatnie 60 lat. Drogi tym bardziej znaczacej, ze kontrastujacej z wczesniejszym okresem, postrzeganym jako pasmo upokorzen i ranienia chinskiej dumy przez Zachod i Japonie. Jak zaznaczal Hu z okazji parady na 60-lecie i jak w ogole czesto sie tu mowi – Chiny “powstaly z kolan”. O tej dumie/nacjonalizmie/patriotyzmie w dzisiejszych Chinach niemal nie da sie pomyslec w oderwaniu od obecnej wladzy, od “socjalizmu z chinska charakterystyka” etc., “rozwoju opartego o naukowe podstawy” etc. Ten pakiet znaczeniowy mozna albo kupic w calosci albo w calosci odrzucic (byle tylko glosno o tym nie mowic). Odrzucic – tylko na rzecz czego?

Niedawno obserwowalam grupke studentow, ktorzy spontanicznie sie spotkali aby puszczac wlasnorecznie wykonane latawce. Na jednym byl namalowany chinski pawilon Expo, na drugim Haibao i napis “Expo wita” i “Expo do przodu! Chiny do przodu!”, a na trzecim napis “niech obecna dynastia rzadzi nam dziesiec tysiecy lat” (“obecna dynastia” to troche zartobliwe, troche uszczypliwe okreslenie wladzy po 1949 r).

W ukazywaniu Expo w telewizji istotne sa obrazki laowajow, ktorzy pieja z zachwytu, ze “kochaja Szanghaj” i ze “Expo jest niesamowite”, “ze zrobiliscie kawal dobrej roboty”. I gratuluja Chinczykom. Ale Chiny juz podczas pierwszych dni Expo daly wyrazny sygnal, ze choc to oni – mieszkancy bogatego Zachodu – sa, jako zachwyceni chinska potega widzowie, najbardziej cennym, jesli chodzi o wspomniany wyzej cel wewnetrzny, lupem, to uwaga Chin nie jest nakierowana na Zachod jako taki. W Shaoguan w prowincji Kanton (gdzie ucieklam od Expo, ale niestety nie od majowego weekendu) w telewizji ogladalismy jak przy salutach kompanii honorowej, na czerwonych dywanach, prezydent Hu juz drugiego dnia Expo wital i przyjmowal tych, ktorzy nie mieli ani chyba nigdy nie beda mieli szans na porownywalne zaszczyty na Zachodzie – prezydentow: Mali, Mongolii, Seszeli, Armenii, przywodce Autonomii Palestynskiej, prezydenta Tadzykistanu. Kanal informacyjny chinskiej telewizji panstwowej szeroko prezentowal i komentowal te pelne pompy spotkania. Poza obiegowymi formulkami o “zaciesnianiu wspolpracy” i przyjazni Hu podkreslal, ze Chiny tak jak nikt potrafia zrozumiec problemy krajow rozwijajacych sie (coz, niewatpliwie chinskim firmom latwiej jest dzialac w warunkach nieoznaczonosci, skomplikowanych ukladow laczacych wladze z biznesem niz “grzecznym” firmom z Zachodu), kiwal glowa, wsluchiwal sie.

Bo klimat zachwytu nad Chinami jest narzedziem w procesie o wadze globalnej. Wprawianie tych mniejszych, zapomnianych, na Zachodzie nieakceptowanych w podziw, polaczone z oferowaniem poczucia dowartosciowania, bycia na rownej stopie (chinska kompania honorowa dla Seszeli!), zrozumienia, wraz z wytwarzaniem poczucia opieki, otwartosci, wspolpracy, (wzajemnej) pomocy, to mieszanka skladajaca sie potezne zjawisko chinskiego soft power. Coz, mowi sie duzo o Chinach w Afryce, ale najciekawsze jest chyba to, jak Chiny buduja wokol siebie bufor skladajacy sie z sasiadow, z Azji Srodkowej (te masy studentow z Kazachstanu tutaj!), Azji Poludniowo-Wschodniej (Hu podkreslajacy w Laosie, ile to Chiny moga sie od Laosu nauczyc…). To budowanie widac bylo wyraznie juz podczas kryzysu azjatyckiego, gdzie np. w Tajlandii sympatie niemal gwaltownie odwrocily sie od – postrzeganej jak opuszczajacej w potrzebie – Ameryki do przejawiajacych przyjazne gesty Chin. Niedawno jeden z profesorow mojej chinskiej uczelni prezentowal wyniki swoich badan – dotyczacych wzajemnego postrzegania sie krajow Azji Wschodniej. Przytlaczajaca wiekszosc mlodych Filipinczykow, Wietnamczykow, Koreanczykow a nawet Japonczykow stwierdzila, ze dzisiejsze Chiny graja pozytywna role w regionie. Zmiane widac tez w Ameryce Poludniowej a na pewno na Karaibach. Znajoma Kostarykanka z duma opowiadajaca o tym, jak to Chinczycy “zbudowali im stadion narodowy” (Kostaryka jeszcze niedawno byla panstwem uznajacym Tajwan), cieszaca sie 5-letnim stypendium, choc nie wiedzaca, kim byl Zhou Enlai, jest dla mnie modelowym efektem chinskiego soft poweru.

Jeden z plakatow Expo wyglada tak: na tle pawilonu chinskiego (przeklete) Haibao (maskotka Expo) prowadzi kolorowy pochod skladajacy sie z dzieci roznych nacji w strojach ludowych. Gdy na niego patrze nie moge nie skojarzyc go z innymi, popularnymi 40 lat temu plakatami, gdzie tez kroczyl podobnie barwny pochod (Afrykanow, Arabow, Latynosow, tez w strojach etnicznych), a na czele podazal Chinczyk z Czerwona Ksiazeczka wzniesiona ku gorze. Barwny pochod kroczacy za nim tez wymachiwal ksiazeczkami. W tle promienisty portret Przewodniczacego Mao. Idea przewodzenia barwnej, ale zaniedbanej (wykorzystywanej!) przez Zachod “reszcie swiata” – blizniacza. Zmienila sie za to zasada, podstawa, sposob mowienia. Kolonializm zmienil sie w “cocacolonializm” (czy tam inne dzwieczne i popularne w swiecie niezachodnim, choc nie tylko, idee). A same idee Mao zastapily kontrakty (a jeszcze czesciej ich obietnice), honory, salwy, towary, lagodny jezyk, unikanie bezposredniej konfrontacji i (choc to chyba jednak wciaz wizja przyszlosci) chinskie wytwory kultury popularnej (byla Japanese wave, byla Korean Wave, czemu nie Chinese Wave?). Swiat sie zmienia. Po cichu i bez rewolucji.

06

05 2010

Expo 2010 – cesarskie korony i blaszaki

Expo się zbliża, Expo się buduje. Wszędzie na mieście elektroniczne zegary odliczające ile jeszcze dni zostało do rozpoczęcia (teraz chyba coś około 170). Wszędzie coś rozkopane, wszędzie się robi, a duch Haibao unosi się nad całą sytuacją:Szanghaj Expo i Haibao

Haibao pojawia się na wszystkim (także tym rozkopanym). Jak szłam z klubu sportowego do domu (10 minut, rozkopanie niezłe, bo robi się nowa linia metra) Haibao mignęło kolejno: jako rzeźba ku ku czci samego siebie (x3), jako 2 metrowa naklejka na drzwi do lokalnego centrum handlowego (x 6), jako pluszowa zabawka na straganie ulicznym (x nie wiem ile), a przed samym domem przedefilowało narysowane na śmieciarce w towarzystwie nieśmiertelnego napisu: „Przoduj w byciu kulturalnym”. Haibao pojawił(o) się też na tym oto plakacie zawieszonym na lokalnym kinie i przedstawione jest tym razem chyba jako dumny ojciec (no bo ta zaczeska, karnacja, poza tym wzrok Haibao na tym zdjęciu mówi wszystko):Haibao i potomek

Jak się człowiek tyle na to napatrzy…..

DSC01053…napatrzy…..DSC01056

… to potem widzi ten niemiły oku kształt nawet w przypadkowej kępce krzaków:

Haibao

Drugi z wszechobecnych kształtów to ten (oczywiście nie chodzi o jakąś tam Pearl Tower, tylko o to, co na ogrodzeniu przesłaniającym przebudowywany Bund):DSC00146 To pawilon chiński. Na moim wydziale nawet kwietniki są w jego kształcie:

DSC02077

Jest wysoce prawdopodobne, że, tak jak marzy projektant, prof. He Jingtang, budynek stanie się nowym symbolem Szanghaju. Dzieło nawiązuje swym kształtem do 斗拱 dougong (wielkie brawa dla naszych polskich wikipedystów – polski jest jednym z czterech niechińskich języków, w których jest przedstawiony ten element architektoniczny). Przechrzczono też dzieło “cesarską koroną”. Niektórym kojarzy się też z nakryciem głowy cesarskich urzędników. Rzecz pokryta jest materiałem w różnych odcieniach czerwieni (tutaj to widać), ale z daleka wydaje się, że odcień jest tylko jeden (ciekawie, czy tych odcieni jest 56, jak grup etnicznych?). Jak przedstawia się tutaj ten projekt, mówi się o wydobyciu, podkreśleniu i zintensyfikowaniu chińskich elementów narodowych: czerwieni, dougongu etc. Mam wrażenie, że jest to raczej podniesienie do którejś potęgi. A ja mam problem (zresztą opisany w poprzendnim poście) z traktowaniem podnoszenia do którejś potęgi jako środka ekspresji architektonicznej. Ale wydaje się, że we współczesnej architekturze chińskiej - zwłaszcza w wielkich, pokazowych dziełach, to norma.

Tak potraktowany został np. motyw bambusa (aż dziw, że tego “nieśmiertelnego” motywu nikt nie napakował do pawilonu, no nic, może będzie w środku) np. w  Taipei 101, do niedawna najwyższym wieżowcu świata. W wersji trochę subtelniejszej (choć nie na tyle, aby nie zaburzyć równowagi wspaniałego skyline’u miejsca) w przypadku 国际金融中心 (International Finance Centre) w Hongkongu.

Ale w odniesieniu do wielkiego dougonga mam jeszcze jeden problem. Dougong  w oryginale jest czymś, co pozwala na podtrzymanie dachu, łączy, spaja budynek z jego zadaszeniem – górę z dołem. W pawilonie ten wielki dougong pozostawiony jest sam sobie - nie spaja budynku (bo tego prawie nie ma, są tylko 4 cieniutkie w porównaniu z całością nóżki) z dachem (bo tego też nie ma, no chyba, że za dach uznać niebo). Krótko mówiąc z punktu widzenia harmonii góry z dołem, wierzchołka z podstawą, jest jakoś…osobliwie.

W każdym razie wczoraj nadarzyła mi się okazja odwiedzenia terenów budowy Expo osobiście. Oczywiście nie ma mowy o łażeniu sobie luzem, bo to faktycznie gigantyczy plac budowy:

Szanghaj Expo budowa Jeździmy więc wolniutko autokarem, a pan z biura prasowego Expo opowiada, przed czyim pawilonem właśnie się znaleźliśmy.  Tutaj oczywiście wiadomo:

szanghaj expo chiński pawilonszanghaj expo chiński pawilonszanghaj Expo chiński pawilonRzecz jako bodaże jedyna jest z zewnątrz właściwie ukończona i w sposób absolutny i niepodważalny dominuje nad całą resztą. Pawilony Stanów czy Rosji choć wieglaśnie, nie sięgają nawet cienkich nóżek wielkiego dougonga.

Pawilony poszczególnych krajów są pogrupowane według kontynetów. Bogate kontynenty, jak Europa, to właściwie całe miasto, w którym poszczególne budynki reprezentują konkretne kraje. Nasz pawilon jest wciśnięty pomiędzy gigantyczny pawilon niemiecki a (niespodzianka!)… francuski. I prezentuje się na razie tak (to pośrodku, na drugim planie):Expo polski pawilon

Generalnie, choć może z tego szkieletu jeszcze dużo nie widać, jest to fajny pawilon, również zwielokratniający coś dla Polski tradycyjnego: wycinanki, koronki, pisanki, ale robiący to w nienachalny, lekki, przyciągający sposób. Tutaj w Szanghaju zdecydowanie uznawany za jeden z atrakcyjniejszych – czego dowodem może być prezentowanie go we wszelkich spotach reklamowych czy na banerach na równi z multimedialnym pawilonem Anglii czy nieziemskimi kształtami pawilonu Emiratów Arabskich. A na poniższym plakacie dostąpił nawet zaszczytu wystąpienia przy budynku - gospodarzu:Szanghaj Expo polski i chiński pawilon Czego ten baner (litościowie) nie oddaje, to tego, że wielki dougong jest od naszej wycinanki jakieś 15 razy wiekszy (choć w sumie proporcja i tak dla nas korzystna).

No więc kraje zasobniejsze snują jakieś tam własne - mniej lub bardziej udane – opowieści architektoniczne na temat własnej cudowności. Na kontynenty i obszary ubogie – Afrykę, ale i Amerykę Łacińską (z wyjątkami np. Chile i Meksyku) -  już czekają wielkie, zbiorowe blaszaki. Po wielkim dougongu, pozerskiej Europie, Stanach, Kanadzie, po nadymającej się Rosji, przykro było patrzeć na fioletowy hangar z blachy falistej pomalowany w pomarańczowe słońca, żyrafy i słonie. Tu nie będzie żadnej architektonicznej niespodzianki - hangar jest już wybudowany, w porównaniu z japońską wielką komórką nerwową/amebą czy nawet polskimi ażurami, nie było to skomplikowane. Żyrafka i słoń robią przy tych wszystkich złożonych projektach odbijających trendy “dorosłej” architektury i narodowe dyskusje o symbolice, dziecinne wrażenie.

Znajoma Kostarykanka mówi, że to Chiny opłacą urządzenie i utrzymanie kostarykańskiego stoiska (w zbiorowym pawilonie Ameryki Łacińskiej). Nie wiem, jak w przypadku Afryki-blaszaka, ale podejrzewam, że bardzo podobnie.

27

11 2009

Powitaj Expo – bądź przodownikiem dobrych manier

文明 wenming (cywilizacja w znaczeniu “ucywilizowanie”) to jedno z tutejszych słów-kluczy. Cała przestrzeń publiczna jest dosłownie bombardowana pouczeniami, zaleceniami, hasłami i „przyjacielskimi radami”: „Przechodź tylko na pasach, ustępuj miejsca potrzebującym”(autobus), „Mów w putonghua”(czyli w tym, co u nas potocznie nazywa się chińskim, wszelkie instytucje publiczne), „Nie pchaj się w autobusie”(moja klatka schodowa), „Nie daj szansy złodziejowi, pilnuj swoich rzeczy”(w knajpach, złodziej na rysunku czemuś bardzo przypomina przedstawicieli pewnej dużej i ostatnio szczególnie kłopotliwej mniejszości), „Nauczycielu, ścieraj tablicę po zajęciach”(uczelnia), „Spuszczaj wodę”(wiadomo). Kolejne wielkie wydarzenia – olimpiada, a teraz Expo, są okazją, aby rzecz nieco pokrzewić. Wysiłek musi być po coś, mieć jakiś cel, plan, to musi być mobilizacja. Tutejsze wysiłki w celu osiągnięcia relatywnego wenming mają rzecz jasna na celu odpowiednie powitanie Expo. Na zdjęciu wjazd do parkingu. Napis: “Cywilizowane parkowanie. Witamy Expo. Uprzejma obsługa” (zdjęcie trochę niewyraźne, ale chyba nie szkodzi, bo to nie artystyczne): parking

Jak patrzę na obojętność, z którą te wszelkie hasła i rady są traktowane, to raczej skłaniam się do wniosku, że to jest średnio skuteczna metoda. Chyba o wiele pożyteczniejszą było coś (przedziwnego), co widziałam (jak dotąd jedyny raz) na jednej z głównych szanghajskich ulic w ubiegłym roku, na krótko przed olimpiadą. Policjant, na oczach tłumu stojącego mniej lub bardziej posłusznie na światłach, ukarał mandatem osobę przechodzącą na czerwonym. Chłopak był tak zdziwiony, że w ogólnie nie wiedział o chodzi. 杀鸡骇猴 shaji haihou – zabić kurczaka, żeby przestraszyć małpy. Choć te wszystkie hasła i rady wyglądają na rzucanie grochem o ścianę, to jednak znajomi, którzy mają porównanie, jeśli chodzi o Pekin sprzed i po Olimpiadzie, mówią, że się poprawiło, że to cała abiorowa akcja wenming jednak czegoś ludzi nauczyła, może pokazała, że można trochę inaczej.

Tu w pouczaniu prym wiedzie Haibao – niebieskie, radośnie uśmiechnięte …no właśnie. Chyba najlepszą kategorią, jaką można je opisać to “coś tam, coś tam…”. Na poniższym zdjęciu Haibao daje “przyjacielskie rady” odnośnie do zachowań w środkach transportu (przepuszczanie starszych, ustępowanie miejsca, ogólnie warto powiększyć zdjęcie, żeby zobaczyć tę utopię). Witamy Expo, ale i w domyśle zagranicznych gości i media, które się zjadą. Własne cywilizowanie trzeba zobaczyć odbite w oku Innego. Hasło: “Szahajskie Expo – Chiny patrzą na świat, świat patrzy na Chiny”. Hasło pomniejsze: “Wspaniałe Expo — bądź w awangradzie (jak kto woli – bądź przodownikiem) w byciu cywilizowanym”:

DSC01382

Haibao firmuje też swoją gębą (czy tam nogą, u niego to chyba wszystko jedno) serię broszurek „Powitanie Expo – poradnik dla mieszkańców”, które można dostać za darmo w niektórych punktach publicznych. Niestety, strasznie żałuję, że broszurki pt. „Wykorzenianie złych nawyków” już nie udało mi się dostać (może rozchwycili ją, żądni pokuty i nękani moralnym kacem, ci, którzy plują na podłogę w knajpie i wysadzają dzieci na kupę do kosza na śmieci w hali targowej?). Na szczęście udało mi się dostać książeczkę z pozytywnym przesłaniem: „Nauka etykiety”:

DSC01894

Urywki (w leniwym tłumaczeniu) poniżej.

Rozdział pierwszy: kultura osobista.

Paragraf 2. Wygląd – najbardziej podstawowe wymagania

Fryzura: stosowna do wieku, profesji, czesana

Wyraz twarzy: pokojowe i życzliwe spojrzenie, usta w lekkim uśmiechu

Paznokcie w czas obcięte (tylko, ze dla niektórych ten czas, zwłaszcza odnośnie małego palca u ręki chyba głównie lewej, nie następuje nigdy, paznokieć ma urosnąć na tyle, żeby móc pełnić wiele pożytecznych funkcji, o których pewnie była mowa w książeczce „Wykorzenianie złych nawyków”.)

Paragraf 4. Ubranie – najbardziej podstawowe wymagania

Nie wolno pokazywać ramion, zawijać nogawek, nosić piżamy (niee! Na chińskie bogi, już pal licho jakieś ramiona, nogawki jakichś tam głupich spodni, tylko nie odbierajcie ludowi piżam! Niestety w prawdziwym Szanghaju piżam faktycznie na ulicy prawie się już nie uświadczy. U nas na peryferiach to powszechny widok. Piżamy te są estetyczne, góra z dołem zawsze do kompletu, materiał stosowny do pory roku – teraz, jak zrobiło się zimno, to są flanelowe albo polarowe. Jak dla mnie piżamy stały się symbolem swojskości, lokalności, domowości tego miejsca. Widok osób w piżamach, jak żadna terapia, przyczynia się do łagodzenia stresów związanych z wyścigiem szczurów i tym podobnych życiowych frustracji. To tak, jakby każda z tych osób mówiła – “zobacz, masz prawo do przełażenia całego dnia w piżamie i świat się nie zawali”)

Paragraf 6. Bary i knajpy „samoobsługowe” (czyli takie, gdzie trzeba zamawiać samemu)

Ustawić się w kolejce (jakiej kolejce?), zgodnie z jej kierunkiem (jakim kierunkiem??). Nie wolno w kierunku odwrotnym, nie wolno też się wpychać (czemu nie dodali „torując sobie drogi tacą z jedzeniem”?)

Dalej następują jakieś pomniejsze wyjaśnienia typu jak się kłaniać Japończykowi i jak nie pytać laowajów o wiek, liczbę dzieci i mężów (powinni jeszcze dodać zakaz wypowiedzi typu: „ojej, w taaaakim wieku, jeszcze nie ma dzieci, u nas tu już byś miała takie – tutaj pokazanie mniej więcej do pasa —dziecko, musimy ci kogoś znaleźć. Bo mój syn….”). No, ale to wszystko nic w porównaniu z „etykietą” na ulicy – bo tu chodzi nie o jakieś tam obrażenie Japończyka (najwyżej dostanie nerwicy) albo starej polskiej baby, tu chodzi o życie.

Rozdział 2 – Zachowania publiczne

Paragraf 8. Jazda rowerem

Nie przejeżdżać na czerwonym, nie jeździć pod prąd. Przepuszczać pieszych (nawet nie chce mi się na ten temat nic pisać)

Paragraf 9. Prowadzenie pojazdów

Nie wyrzucać śmieci przez okno, nie pluć przezeń, w nocy na światłach jeździć (jak to, przecież żarówki się zużywają?)

Paragraf 10. Jazda publicznym środkiem transportu

Nie palić, nie pluć, ustępować miejsca kobietom w ciąży, starszym i niepełnosprawnym oraz osobom z małymi dziećmi (byłam świadkiem, jak nikt nie ustąpił miejsca dziewczynie z noworodkiem, chyba prosto ze szpitala, chyba zbyt biednej, żeby wziąć taksówkę. Ustąpiono dopiero, gdy zaczęła się osuwać, o mało nie uderzając główka dziecka o poręcz. A siedzieli sami młodzi faceci i grali na mini konsolach).

Paragraf 11. Toaleta publiczna

Rożne oczywistości oraz….

Dobrze zamykać drzwi za sobą.

Wydalanie przez bardzo wielu ludzi nie jest traktowane jako czynność wstydliwa, wymagająca chwilowej izolacji od świata, drzwi często nie są zamykane. Do tego osoba znajdująca się w środku może przy tym w międzyczasie np. prowadzić swobodnie konwersacje z osoba na zewnątrz. Ale jakoś się nie dziwie. Trzeba pamiętać, że jeszcze całkiem niedawnej przeszłości – np. podczas Rewolucji Kulturalnej, wydalanie bywało często czynnością publiczną (np. toaleta we wszelkich kolektywach, zwłaszcza tych bardziej karnych– dół z deską przez środek, na której trzeba przycupnąć). I w ogole intymnosci jakiegokolwiek typu specjalnie nie dalo sie uswiadczyc. Dziś poza dużym miastami toalety bez żadnych przegródek – tylko otwarta przestrzeń na kilka/kilkanaście osób, z kanałkiem pośrodku, którym płynie woda i nieczystości, to dość powszechny widok. Doświadczenia Rewolucji doświadczeniami Rewolucji, ale chyba chodzi o coś jeszcze innego. Na Tajwanie, który pod wieloma względami od kontynentu dzieli przepaść, np. wizyta u lekarza (nawet takiego jak ginekolog) też nie jest traktowana jako sprawa prywatna, intymna. W gabinecie kreci się wiele osób, pielęgniarki, inni pacjenci, drzwi do gabinetu są ciągle otwierane, bądź (najczęściej) w ogóle nie są zamykane. Nie mówiąc już o postrachu dentystycznym – absolutna większość gabinetów stomatologicznych to miejsca, gdzie fotele z nieszczęsnymi są tak ustawiane, aby z ulicy było dokładnie widać tzw. jamę i czynności na niej wykonywane. Tutaj też się na coś takiego natykam, ale bardzo sporadycznie, bo w ogóle gabinety prywatne to wielka rzadkość.

No ale wracając bo broszurki: na końcu mini rozmówki —-jak miło odpowiedzieć cudzoziemcowi („Thank you. I’ve enjoyed talking with you”, „Eat a little more fish, please, Robert”)

14

11 2009

重新启动 -restart i brzydka córka cesarza

Podniosłam się po uniwersyteckiej zniewadze (wcześniejszy post). Powiedzieć, że się cieszę, że nastąpiła, to może za dużo, ale już widzę, co mi, m. in. dała:

…应该先头弄清楚什么是人民,什么是敌人  (Trzeba najpierw się zorientować, kto jest lud, a kto wróg) .

Nie wiem, czy słyszeliście kiedykolwiek o Mao Zedongu (proszę się nie denerwować za to pytanie, bo nie trzeba się denerwować, tym, że nie słyszeliście, bo pouczycie się u nas trochę, to usłyszycie. Nie mogłam się powstrzymać, upupianie jest jak fala w wojsku :) ). To uniwersalne zdanie pochodzi z “Czerwonej książeczki” będącej – pewnie nie wiedzieliście, bo niby skąd – zbiorem cytatów Wielkiego Sternika i po raz kolejny pasuje mi jak ulał.

Sytuację, którą opisałam w poprzednim poście oprócz tego, że zabiegałam na bieżni w moim ulubionym klubie sportowym (któremu zresztą należy się następny post), to jeszcze zaczęłam opowiadać, wyrzucać z siebie. I efekt jest taki, że teraz mam znacznie lepszy pogląd, kto z otaczających mnie osób jest lud. Moja nauczycielka chińskiego-koreańskiego (pochodzi z maleńkiej wioski w Heilongjiangu, czyli północnego Wschodu) jak mnie zobaczyła (musiałam mieć chyba wyjątkowo skwaszoną minę), to zmusiła niemalże do powiedzenia, co się stało, potrafiła wysłuchać, doradzić. I nawet moi przebywający zazwyczaj na innych orbitach młodzi, zakapturzeni i zajęci grą w bejsbola na konsolach koreańscy koledzy z klasy zdobyli się na współczujące pomruki i zgodny komentarz: “ci ludzie do niczego się nie nadająoąoąoą. (To na końcu to marna podróbka arcybogatego w nieistniejące w chińszczyźnie głoski i modulacje akcentu koreańskiego, który ułatwia zrozumienie w podobnym stopniu jak akcent francuski w angielskim). Pozostałe osoby (oprócz cudzoziemców i tajwańskich tongbao), które nie udawały, że nic nie widzą, albo nie raczyły mnie psychologicnzymi rewelacjami w rodzaju “nie powinnaś sie złościć, bo oni chcieli dla Ciebie dobrze”, pochodzą – podobnie jak Xu Wei, owa nauczycielka – również z z miejsc możliwie dalekich od Szanghaju np. Mongolii Wewnętrznej i Jilin. Albo należą do mniejszości etnicznych – np. Hui – chińskich Muzułmanów. Ja wiem, że oni wszyscy po prostu do pewnego stopnia dzielą mój los obcego w Szanghaju, ale  przy okazji nabieram ponurych podejrzeń.

Szanghaj w Chinach jest nielubiany jeszcze chyba bardziej niż Warszawa w Polsce. Od ludzi np. z Guangxi, prowincji dość ubogiej, ale z której mam wyjątkowe dobre wspomnienia, jeśli chodzi o spotkane osoby, nasłuchałam się, jak to Szanghajczycy udają, że nie rozumieją ich puntonghua. Tylko, że ja, laowai, rozumiem ich bez problemu, a tych bardziej wiejskich i starszych po lekkim treningu, ale akurat takich osób nie podejrzewam o jazdy do Szanghaju. Sąsiedzi z prowincji Anhui wypominają Szanghajczykom skrajny materializm i skąpstwo. Ci z Anhui, którzy tu są (migracja z tej prowincji do Szanghaju jest masowa) na pytanie o Szanghaj najczęściej machali tylko ręką, trzyma ich tu tylko praca i brak perspektyw w ich rodzinnych stronach.

Jak patrzę na widniejące wszędzie hasło Expo: “Miłość do Szanghaju zaczyna się ode mnie” (tutaj na samym dole, pod brzydactwem, na górze kolejna ze złotych myśli publicznych: “Uśmiechnięte miasto, szczęśliwy Ty”)….

milosc do Szanghaju

…to myślę, że może być trudno. I nie chodzi mi tyle o mój udział (ja przecież też mam tu miejsca, czy rzeczy które łatwo mi było polubić, będę o nich jeszcze pisać). Chodzi np. o to, że przybysze, którzy stanowią ogromną część mieszkańców miasta (jaką, to nie wie nikt, jako, że nawet kilka milionów osób może przebywać tu nielegalnie), mają poczucie wykorzenienia, tymczasowości, pogłębiane jeszcze przez efemeryczny charakter większości stosunków pracy. Nie czują z miastem związku, poza czysto ekonomicznym, nie mówiąc o miłości. Zresztą historia miasta jest tak porwana, a zmiany tak radykalne, że sprecyzowanie, z czym tu konkretnie czuć identyfikację, co tu kochać, może być trudne także dla kogoś, kto tu się urodził.

Ten brak identyfikacji, ale i wspólnoty, przejawiany np. pod postacią tratowania przez młodych starszego pana, aby dorwać się do wolnego miejsca w metrze, czy wysadzaniem dziecka na kupę na środku chodnika historycznej ulicy Fuzhou, sprawia, że miasto robi sie jeszcze trudniejsze do pokochania.

I jak patrzę na ten plakat poniżej:

DSC01457“Zwracajmy uwagę na maniery, bądźmy cywilizowanymi Szanghajczykami”, to mam wrażenie (oprócz tego, że znowu jest tam to wstrętne Haibao), że problem “bycia cywilizowanymi Szanghajczykami” to także problem ”bycia Szanghajczykami” i tego, co miałoby to dziś oznaczać.

P.S. Wracając jeszcze do przyjezdnych – ich rotacja jest zawrotna. Jak bardzo, uświadomiła mi m. in. taka sytuacja: gdy tylko tu przyjechałam (koniec lipca, a więc wakacje), gdy szłam ulicą przy uniwersytecie, co chwilę słyszałam nieszczęsne “aaa laowai” (nie chcę już o tym pisać, kto ciekaw, niechaj czyta wpis poprzedni). Tymczasem początek roku akademickiego uświadomił mi, jak wielką część studiujących stanowią tutaj ludzie z Zachodu – poza wakacjami na laowaja można natrafić średnio co kilka minut. Wraz z nastaniem roku akademickiego nieszczęsne “aaa laowai!” tu w rejonie uniwersytetu skończyło się jak nożem uciął. Słychać je co najwyżej w wykonaniu dzieci. Krótko mówiąc, ci którzy w wakacje na mój widok wydawali okrzyk zdumienia, nigdy jeszcze tutaj nie spędzili roku akademickiego. I sądząc po częstotliwości tych zawołań, stanowią niezłą armię.

P.P.S. “Brzydka córka cesarza” to oczywiście określenie Szanghaju.  Historyczne, ale dziś pasuje chyba jak ulał. Paskuda, ale i tak każdy chciałby być wybrany.

P.P.S. Jadąc metrem można rzucać okiem na ekrany, na których wyświetlają się różne ciekawostki, informacje i reklamy. Tym razem po informacji o hodowli aksolotla meksykańskiego (六角恐龙 – “sześciorogi dinozaur”, chińskie nazwy różnych stworzeń sugerują prostą i uroczą wizję świata fauny – “mysz sosnowa” to wiewiórka, “mysz kieszeniowa” to kangur etc.) pojawiła się najpierw ośnieżona droga, później ośnieżony drewniany, spiczasty fronton, który już nasunął mi niejakie skojarzenia, a potem to już po prostu pojawiła zielona tabliczka z napisem Zakopane spowita w wielką czapę śniegu. Tak dowiedziałam się o wielkiej śnieżycy.

16

10 2009

Haibao nie jest ….

…udaną maskotką. Jest brzydką maskotką. Jest maskotką mało komunikującą. Niby ma przypominać znak 人 (człowiek) i – jak stwierdza oficjalny opis -  “it expresses our capacity to create wonderful lives and enjoy fruits of our work”.

Haibao - czyli “skarb morza” to maskotka Expo 2010, którym żyje (chyba na razie w sposób sztucznie nakręcany) całe miasto.

Tutaj na przykład Haibao patrzy z wyrozumiałością na wszechświat:

wszechświat

Moje czerwone światło dla radośnie fikającego Haibao:

czerwone dla haibao

Haibao oprócz tego, że radośnie fika, pozdrawia tłumy i wszechświat, to jeszcze – podobnie jak kiedyś u nas Miś Uszatek – poucza i sztorcuje. “Respektuj zasady ruchu drogowego”, “nie rzucaj śmieci na ulicę”. Występuje też na licznych tutaj ulicznych dystrybutorach prezerwatyw.

Na moim osiedlu i jego przyległościach dystrybutorów takich jest 5, oprócz Haibao jest na nich jeszcze hasło “prezerwatywa – zdrowie i cywilizacja” (jedno ze słów kluczy dzisiejszych Chin – 文明 wenming – jako cywilizacja w znaczeniu “bycia cywilizowanym”). Parę ulic dalej jest też tabliczka z hasłem “nie pozwólmy, aby AIDS zatrzymało wspaniały postęp narodu chińskiego”. Naród chiński -  中华民族, zhonghua minzu. Nie da się wprost przetłumaczyć dumy i aury wspaniałości, jaka bije z tego wyrażenia. Zamiast tego definicja z mojego słownika elektronicznego:

中华民族 zhonghua mingzu: “Chinese nation, having 56 ethnic peoples, a long history, a splendid cultural heritage, and a glorious revolutionary tradition”.

I to wszystko w 4 znakach – cud semiotyczny, ale jak najbardziej tutaj realny.

21

09 2009